Czytając XIX-wieczną powieść realistyczną, czasami, rzadko, ale jednak, przeszywa mnie strach przed tym, by pewnego dnia nie obudzić się i nie zrozumieć, że w lustrze majaczy odbicie Emmy Bovary, Eugeniusza de Rastignaca, Anastazji czy Delfiny Goriot, Stanisława Wokulskiego, słowem, całej tej plejady plebejuszy kultury, których czoło rozpalały myśli o szyku, szwungu, elegancji i luksusie szlachetnego urodzenia oraz nienagannego wykształcenia.
Na szczęście w tych zabawnych chwilach groza niemal natychmiast się oddala, oddech się uspokaja, a na pierś wpływa łagodna fala. Jeszcze nie stałam się chlipiącym do kamery Krzysztofem Gonciarzem, szepczącym w chwili uniesienia: „Jestem artystą”…
Oczywiście, że chciałam pisać. Zawistne oko zawieszałam zatem na pięknie wygładzonych tekstach, a rozmowy uroczo i tajemniczo brzmiące, pełne wyszukanych słów, wywoływały we mnie gorączkę; wręcz kaskadę ckliwych marzeń o złotych szczytach artyzmu. Nie wiążę już tych migotań serca z prowincją; ba, przecież miałam tam naprawdę sporo czasu i naprawdę sporo książek przeczytałam. Raczej wiążę je z małymi nakładami pracy. Wkrótce wydaję drugi tom poetycki, który jest dość zabawny i jestem z niego bardzo zadowolona. Świetnie się przy nim bawiłam. Czasami ktoś spyta: "czy to już, Olgo? Bo czekamy." I jest git.