Oczekiwanie jest pustką
Mój stary wiersz ożył dzięki tej piosence
Suno AI
Powinieneś był przyjść tamtej nocy gdy tańczyłam dla ciebie z zamkniętymi oczami w deszczu
Listen and make your own on Suno.
$LAYYYTER
One Nice Bug Per Day

oozey mess
Jules of Nature
h
Aqua Utopia|海の底で記憶を紡ぐ
Lint Roller? I Barely Know Her

⁂
Three Goblin Art


blake kathryn
KIROKAZE
Sweet Seals For You, Always
Game of Thrones Daily
he wasn't even looking at me and he found me
🪼

Kaledo Art
"I'm Dorothy Gale from Kansas"
Cosimo Galluzzi
let's talk about Bridgerton tea, my ask is open
seen from Argentina
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from Malaysia
seen from Brazil
seen from United States

seen from United States

seen from United States
seen from United States
seen from Philippines

seen from Australia

seen from Canada
@mamwdomuszafe
Oczekiwanie jest pustką
Mój stary wiersz ożył dzięki tej piosence
Suno AI
Powinieneś był przyjść tamtej nocy gdy tańczyłam dla ciebie z zamkniętymi oczami w deszczu
Listen and make your own on Suno.

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
O życiu i takie tam - twarda sztuka z tej mamy
30 czerwca po czterech miesiącach w szpitalu mam wróciła do domu i jak to napisała siostra: mama w domu odżyła. Dziś po dwóch tygodniach w domu zaczyna chodzić za pomocą pionizatora tak zwanej ambony. Wychudła, od długiego leżenia w łóżku wypadały jej włosy, więc siostra obcięła je na krótko. Straciła głos, a ten głos zawsze mama miała piękny i mocny. Kiedy tylko miałem spotkania autorskie w Domu Kultury w Ćmielowie zapraszałem mamę by czytała moje wiersze. Jeszcze twn błysk w oku jest - będzie dobrze. Twarda sztuka z tej mamy.
O życiu i takie tam - pisanie
Od 11.11.2014 publikuję swoje wiersze i opowiadania na Portal Pisarski. Na początku, kiedy uczyłem się pisać prozę dostawałem baty: brakuje przecinków, zdania źle zbudowane itp. ale to mnie jeszcze bardziej motywowało do pracy nad tekstem. Popełniałem proste błędy, ale nie odpuszczałem. Czytałem, czytałem i pisałem. Kiedyś napisałem wiersz czy opowiadanie i od razu wrzucałem na fb, opowi.pl czy Portal Pisarski. Dziś zanim coś opublikuję muszę odczekać. Czasem czekam kilka dni czasem tydzień, sprawdzam po kilka kilkanaście razy i dopiero wstawiam. Tekst musi dojrzeć. Przez to, że nie wrzucam na fb wierszy niemal każdego dnia, jak to robiłem dawniem straciłem wielu czytelników, ale nie martwi mnie to. Kiedy wstawiam dłuższy tekst - opowiadanie praktycznie nikt tego nie czyta, ale za to doceniają moje pisanie na PP. Rano przeczytałem jeden z wielu komentatzy i postanowiłem się pochwalić. Realizm magiczny. W nim czuję się najlepiej, ale upłynęło wiele lat zanim zdałem sobie z tego sprawę.
O życiu i takie tam - stary nowy ból
Wczoraj zaczął odzywać się odcinek dolny L4/S1 ten po stabilizacji. Noc nieprzespana Ibuprom 800 nie pomógł. Po śniadaniu wziąłem Combo Forte i leżę z nadzieją, że ból przejdzie, ale jest równie uparty jak Joana. Może ciasto z borówkami i kawa, coś pomogą? Prawdopodobnie płytka stabilizująca operowany odcinek c4/c5 c5/c6 i dolna stabilizacja powodują silne napięcia. Trzeba to wyleżeć oglądając Punishera i czekając na sernik z makiem. Potem zapewne pójdę w ślady Stefana, bo Combo, jak żaden inny lek działa na mnie nasennie. Muszę się wykurować, bo za dwa tygodnie Joana znów jedzie do babci Wolsburga na 6 tygodni, a dwa dni po jej powrocie jedziemy do Władysławowa na tydzień. Bylismy tam w zeszłym roku i zaprzyjaźniliśy się z właścicielami i cenę dostaliśmy dużo lepszą niż na Booking. Właścicielka też po stabilizacji dolnego odcinka i na jesień czeka ją operacja szyjnego.
Może, gdy wyjedzie Joana spróbuję zmierzyć się z wypiekami. Może. Gotować lubię i sprawia mi to dużą frajdę, ale wypieków się obawiam, a dziadek piekarz patrzy z góry i pewnie myśli: nie ma się czego bać.
Gdy mieszkaliśmy na Mykonosie piekłem chleb. W Niemczech to Joana zajmowała się pieczeniem, a teraz to odpuściliśmy.
Tabletka zaczęła działać. Można się trochę ruszyć.
Edit: w kuchni rośnie ciasto na drożdżowe. Powstaną bułki z makiem🙂 Dobrze, że z wagą nie mam proglemu - od lat stoi w miejscu.
Wyjątkowe lato
W moich wspomnieniach tamto lato było cudowne. Purpura i róż nieba sprawiały, że miasto było wyjątkowe. Gorące noce zakrapiane alkoholem, były czymś zwyczajnym i chciało się żyć. Jak wyglądałby świat, gdybym nigdy cię nie spotkał? Gdybyśmy nie wpadli na siebie tamtej nocy i nie zaczęli się przepraszać, a te nasze przeprosiny nie przerodziły się w kilkugodzinną rozmowę, aż noc przedłużyła się poza swoje granice. Słuchałem cię, jak słucha się szmeru deszczu w rozgrzaną noc po wielu dniach słonecznej gorączki. Zanim cię spotkałem, już czułem twoją niewidzialną obecność, czułem pulsowanie twojej krwi i twój przyśpieszony oddech. Uśmiechałaś się łagodnie, opowiadając o swoim, jakże odległym mieście. Nazajutrz miałaś wracać, ale zostałaś, jakbyś o niczym innym nie marzyła, jak tylko o spędzaniu czasu ze mną. Powinienem cię wtedy wyprawić w to bezkresne, gorące popołudnie, odwieźć taksówką na stacje i patrzeć jak wsiadasz do jednego z wagonów, odsuwasz okno i mówisz do mnie słowa, których nie da się wymazać, ale tak nie zrobiłem, bo byłaś tak fascynująca, że chciałem cię mieć tylko dla siebie. Chciałem przeczytać twoje myśli, jak czyta się wiersz, ale to nie było potrzebne, bo dzieliłaś się ze mną wszystkimi sekretami, nawet tymi, które próbowałaś ukryć przed samą sobą. Uświadomiłem sobie wówczas, że poznanie ciebie było najlepszą rzeczą, jaka spotkała mnie w życiu.
Manuel del Kiro

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
O życiu i takie tam - piękni ludzie
Poszliśmy na spacer po osiedlu. Dwa bloki dalej ukazał nam się inny świat. Przed blokiem (cztery klatki) pewien starszy pan od lat dba o kwiaty. Na całym osiedlu nie widziałem tak pięknie zadbanego terenu. Kwiatów do wyboru do koloru, a jaki zapach. Na trawie między blokami ławeczki i klomb z drzewkiem po środku. Na skraju duża wierzba. Pan idąc z wiadereczkiem z wodą spojrzał na nas i powiedział (oczywiście dzień dobry) kawki od rana wypiły wiadereczko wody.
Joana wychwala, że pięknie zadbane, a pan, że nie ma nic piękniejszego niż przyroda.
- Od lat się zajmuję tymi kwiatami, bo ca mam robić? Oglądać telewizję. Wiecie państwu tu w tej pierwszej klatce mieszka taki człowiek, któremu to wszystko przeszkadza. Żona i dzieci piękni ludzie, ale on to zły człowiek. Wylewał mi tu na trawnik i kwiaty jakieś kwasy i niszczył moją pracę. Kiedyś mu powiedziałem: Kaziu zobaczysz natura cię kiedyś pokaże. Z dwa lata temu patrzę, a on o kulach chodzi, a od kilku miesięcy jeździ na wózku, a mówiłem mu to nie słuchał. Tak zły człowiek, że z każdym tu wojował nawet ci młodzi, co biegają czy grają w piłkę go denerwowali. Kiedyś wzieli - zniżył głos - i za przeproszeniem narobili do reklamówki i rzucili. Chcieli trafić w drzwi balkonowe jego mieszkania, a zamiast tego pobrudzili elewację. Mówię im: Chłopcy nie róbcie tak, bo on jezt złym człowiekiem, ale jego żona i dzieci to bardzo dobrzy ludzie i niczemu nie są winni.
Takich ludzi chciałbym spotykać w swoim życiu, a nie typu hydraulik krzykacz. Muszę się tam jeszcze kiedyś przejść i porozmawiać, a raczej wysłuchać opowieści pana. Uwielbiam słuchać takich ludzi. Szkoda, że zdjęć nie zrobiłem, ale nadrobię to jeszcze.
Joana szaleje w kuchni. Zrobiła dżem z brzoskwini, uprażyła mak do jutrzejszego sernika z makiem, zrobiła ciasto na biszkopcie (sama robiła) z borówkami, a na kolację zrobi naleśniki z twarogiem i rodzynkami, a do tego dżem z truskawek dzieła Joany - do tego zimne mleko i żyć nie umierać.
Żółta sukienka
Charlie mieszkał na poddaszu, w małym mieszkaniu z równie małym oknem wychodzącym na plac, wąskim łóżkiem, biurkiem pod oknem, stołem poplamionym farbami, szafą i zlewem w kącie. Do tego mała łazienka z żółtym światłem nad niewielkim lustrem to wszystko, czego potrzebował do życia.
To okno było jedynym okiem na świat, a jednocześnie świadkiem jego twórczej niemocy. W pokoju stały sztalugi, na których od lat tkwiły niedokończone obrazy. Jedne ledwie zaczęte, inne prawie gotowe, ale porzucone w chwili, gdy zabrakło mu sił, by postawić ostatnie pociągnięcie pędzla.
W powietrzu unosił się zapach terpentyny, rozpuszczalnika, farb i kawy. Blejtramy, przeróżne pędzle stojące w słoikach, palety farb, zapach terpentyny, rozpuszczalnika, farb i kawy, której Charles wypijał duże ilości – ten charakterystyczny, gęsty aromat, który zna każdy, kto choć raz wszedł do pracowni malarza.
To był zapach niespełnionych marzeń, zapach lat spędzonych nad płótnem, zapach życia, które nie poszło w stronę, o jakiej śnił.
Był emerytowanym nauczycielem historii. Przez lata nauczał dzieci, choć w głębi duszy marzył o czymś zupełnie innych. Historia była jego wyuczonym zawodem, ale malowanie było jego wielką niespełnioną pasją, tą, którą nosił w sobie od młodych lat, a której nigdy nie potrafił w pełni oddać się tak, jakby chciał. Śnił o lataniu o niesamowitych kolorach, których nie potrafił opisać i których nigdy nie widział. Śnił też obrazy, których nie potrafił namalować. W snach jego ręka była pewna, ruchy płynne, kolory żywe, a światło układało się na płótnie tak, jakby samo chciało być częścią jego wizji, ale gdy budził się rano, ciało znów było ciężkie, kręgosłup palił żywym ogniem, a dłonie drżały. Ostatnie miesiące były najtrudniejsze, bo zdawał sobie sprawę, że ma niewiele czasu i coraz mniej sił.
Siadał w fotelu i godzinami patrzył na sztalugi i nie widział sensu dalszego malowania. Nie wierzył już, że jeszcze potrafi cokolwiek namalować. Patrzył na swoje niedokończone obrazy z rezygnacją, jak na listy, których nigdy nie wysłał, jak na sny, które nie miały szansy się spełnić.
Był lipcowy poranek. Charles siedział przy swoim małym oknie na poddaszu, tym samym, z którego od lat obserwował plac. Padał drobny deszcz, ludzie szli za swoimi sprawami w sobie wiadomym kierunku, straganiarki, jak co piątek zdartym głosem zachęcały do kupna owoców i warzyw, a stukot kół tramwaju niósł się daleko.
Otworzył niewielkie okno i zapach deszczu, owoców ze straganów mieszał się z zapachem kawy z kawiarni na rogu, a z głośników płynęła piosenka Julio Iglesiasa – Baila Morena. Charles oparł dłonie o parapet, wychylił się i wtedy ją zobaczył.
Tańczyła przed restauracją boso w długiej żółtej sukience z dekoltem, nie przejmując się tym, że deszcz osiada na jej włosach i ramionach. Sukienka falowała przy każdym jej obrocie. Nie wyglądała jak ktoś, kto chce zwrócić na siebie uwagę – raczej jak ktoś, kto wrócił do życia po długiej nieobecności i teraz chłonął każdy dźwięk, każdy ruch, każdy oddech ulicy. Charles poczuł, że musi ją zobaczyć z bliska. Zamknął okno, wziął laskę, której nie lubił, ale której potrzebował, i powoli zszedł po skrzypiących schodach na dół. Kręgosłup palił go żywym ogniem, jakby ktoś rozpalił w nim małe ognisko, które nigdy nie gasło. Mimo to szedł nie zważając na ból, który stał się nieodzownym elementem dnia.
Kelnerzy znali go dobrze. Był jednym z tych ludzi, którzy nie robią hałasu, ale których obecność jest zauważalna. Zamawiał czarną kawę, siadał przy oknie i patrzył na plac z takim skupieniem, jakby próbował zapamiętać każdy jego szczegół. Tego dnia jednak nie patrzył na plac. Patrzył na młodą kobietę w żółtej sukience. Tańczyła, a jej ruchy były tak miękkie, że nawet kelnerzy przystanęli przy dużej szybie, zapominając o pracy.
Włosy miała ciemne, długie, lekko falujące, mokre od deszczu, który osiadał na nich jak drobne kryształki. Gdy tańczyła, włosy poruszały się miękko, jakby były częścią muzyki, czasem opadając jej na twarz, a ona odgarniała je ruchem tak naturalnym, że wyglądało to jak gest kogoś, kto tańczy od zawsze.
Goście kawiarni i kelnerzy patrzyli w milczeniu, jakby oglądali coś, czego nie widuje się na co dzień – czystą radość, nieprzefiltrowaną przez rozsądek. Ktoś z zaplecza zawołał ostrym tonem i kelnerzy wrócili do pracy, niechętnie, jakby odrywano ich od czegoś ważnego.
Stara kwiaciarka, ta sama, która od lat przemierzała miasto z koszem kwiatów, przystanęła obok tańczącej dziewczyny. Spojrzała na nią z czułością, jak na kogoś, kogo zna od dawna, choć nigdy wcześniej się nie widziały. Wyjęła z kosza mały bukiet żółtych tulipanów i podała jej bez słowa.
Kobieta objęła kwiaciarkę i ucałowała w oba policzki. Charles obserwował tę scenę z taką uwagą, jakby była fragmentem jego snu.
Starszy mężczyzna przy sąsiednim stoliku nachylił się do Charlesa.
- To córka dyrektora liceum – powiedział cicho, jakby zdradzał tajemnicę. – Niedawno wróciła ze szpitala psychiatrycznego. Długo tam była, a teraz chyba próbuje wrócić do życia. Biedna dziewczyna. Ma dopiero dwadzieścia trzy lata, a tyle już w życiu przeszła
Charles nie odpowiedział. Patrzył na dziewczynę, która tańczyła w deszczu z żółtymi tulipanami w dłoni, i czuł, że w jej ruchach jest coś, co go przyciąga.
Deszcz był już tylko lekką mgiełką. Z głośników przed kawiarnią popłynęła nowa piosenka: Duran Duran – Come Undone. Kobieta w żółtej sukience znów zaczęła tańczyć, tym razem wolniej, jakby wsłuchiwała się uważnie w hipnotyzujący, zmysłowy taniec.
Charles siedział przy swoim stoliku, z laską opartą o krzesło, z dłonią lekko drżącą od bólu, ale w jego oczach było światło – to samo, które pojawia się w oczach człowieka, który widzi coś, co przypomina mu, że świat wciąż potrafi być piękny. Kobieta obróciła się w tańcu, jej żółta sukienka zakreśliła miękki łuk. W pewnym momencie jej spojrzenie powędrowało w stronę restauracji i zobaczyła Charlesa. W jej spojrzeniu było coś, co sam dobrze znał – samotność i zagubienie. Poczuł, że jego serce drgnęło i wiedział, że długo zapamięta dziewczynę w deszczu. Uśmiechnęła się lekko, prawie nieśmiało, jakby ten uśmiech był przeznaczony tylko dla niego.
Potem wróciła do tańca, ale jej ruchy były już inne. Bardziej świadome, miękkie, jakby ten krótki kontakt wzrokowy coś w niej zmienił. Charles odsunął filiżankę, oparł dłonie na lasce i przez chwilę zastanawiał się, czy powinien wstać i podejść do kobiety, ale postanowił zostać na miejscu.
Przez plac przeszła grupka głośnych, pewnych siebie nastolatków, z tym rodzajem energii, która nie zna jeszcze granic. Zatrzymali się obok tańczącej dziewczyny, zaczęli wytykać ją palcami, śmiać się, rzucać krótkie, ostre słowa, które miały zaboleć i kobieta przestała tańczyć.
Stała nieruchomo, przyciskając do piersi tulipany, jakby były jedyną tarczą, jaką miała.
Jej twarz nie wyrażała strachu, raczej coś w rodzaju smutnego zdziwienia – jakby nie rozumiała, dlaczego ktoś chciał przerwać jej chwilę radości. Charles poczuł, że jego serce ścisnęło się boleśnie.
- Łobuzy! – rzucił głośno.
Nie mógł wstać i podejść, bo stare ciało nie pozwalało, ale patrzył z taką intensywnością, jakby sam chciał odgonić tych młodych ludzi.
Jeden z młodych kelnerów wyszedł przed kawiarnię i zawołał, żeby dali spokój kobiecie, ale odpowiedział mu tylko śmiech młodych. Jeden z nich wyrwał kartkę z zeszytu, zrobił z niej samolocik i puścił w kierunku kobiety. Samolocik przeleciał pół metra obok jej głowy, co wywołało jęk dezaprobaty intruzów.
W tym momencie przez plac przejechał wolno tramwaj, z otwartymi drzwiami, jakby sam chciał zobaczyć, co dzieje się na placu. W pewnym momencie wyskoczył z niego wysoki, elegancki mężczyzna, ubrany w jasnoniebieskie spodnie w prążki, białą koszulę z krótkim rękawem, kamizelkę w tym samym odcieniu i jasny kapelusz. Na nogach miał buty, które idealnie dopełniały całość – brązowe, miękkie mokasyny z cienką podeszwą, eleganckie, jakby stworzone dla niego. Mężczyzna miał nie więcej niż trzydzieści lat. Ruszył w stronę grupki nastolatków. Nie wyglądał na kogoś, kto zamierza się awanturować. Raczej na człowieka, który wie, że wystarczy kilka słów, by zmienić bieg sytuacji. Podszedł do młodych, powiedział coś spokojnie, ale stanowczo. Nastolatkowie spojrzeli na niego, potem na kobietę, i po chwili odeszli, mrucząc coś pod nosem, ale już bez drwin.
Mężczyzna podszedł do dziewczyny. Uśmiechnął się do niej tak, jak uśmiecha się ktoś, kto widzi w drugim człowieku coś pięknego, nawet jeśli ten człowiek sam o tym nie wie.
Wyciągnął dłoń. Kobieta spojrzała na niego, jakby nie była pewna, czy powinna mu zaufać, lecz po chwili powoli odłożyła kwiaty na mokry chodnik – delikatnie, jakby odkładała coś bardzo cennego i podała mu dłoń. Muzyka płynęła dalej, deszcz wciąż padał, a oni zaczęli tańczyć.
Na ich taniec patrzyło się z przyjemnością. Był spokojny i pełen czegoś, co przypominało dawno zapomnianą czułość. Kelnerzy znów przystanęli przy szybie, patrząc w milczeniu, jakby oglądali scenę z filmu.
Ktoś z zaplecza zawołał ich do pracy, ale nikt nie ruszył od razu. Każdy chciał zobaczyć jeszcze kilka sekund tego niezwykłego tańca. Charles siedział przy swoim stoliku, z laską opartą o krzesło, z siwymi włosami i zmęczoną twarzą, ale w jego oczach było światło – to samo, które pojawia się w oczach człowieka, który właśnie zobaczył coś, co przypomina mu, że świat wciąż potrafi być piękny.
Gdy Ordinary World powoli wygasała, dziewczyna i mężczyzna w jasnym kapeluszu przystanęli. Stali blisko siebie, jakby muzyka była nicią, która ich połączyła, a teraz ta nić delikatnie się rozluźniała. Deszcz przestał padać i słońce mocno świeciło.
W restauracji ktoś zawołał:
- Puśćcie muzykę do tańca! Niech tańczą.
- Oni są tacy piękni – westchnęła kobieta w kapeluszu.
Kelnerka za ladą, zaczęła przeglądać coś na ekranie telefonu. Po chwili z głośników na zewnątrz rozbrzmiała nowa piosenka – Slave To Love – ciepła, kołysząca, jakby ktoś rozlał po Rynku różowe światło. Dziewczyna w żółtej sukience opuściła lekko głowę, jakby chciała wsłuchać się w każdy dźwięk. Mężczyzna w kapeluszu uśmiechnął się do niej, ale nie zaczęli tańczyć – stali blisko siebie, a ich spojrzenia spotkały się w tej krótkiej chwili zawstydzenia, które jest bardziej intymne niż sam taniec. W końcu kobieta uniosła lekko głowę, spojrzała na mężczyznę, uśmiechnęła się promiennie i zaczęli tańczyć.
Nieśmiało, jakby zawstydzeni, ale z każdym ruchem coraz pewniej, coraz bliżej siebie. Sukienka tancerki falowała, kapelusz mężczyzny lekko przekrzywił się, gdy kobieta robiła obrót. Ludzie w kawiarni przestali jeść, rozmowy ucichły, przestali myśleć o swoich sprawach.
Najpierw podeszli do dużej szyby, potem ktoś wyszedł na zewnątrz, a po chwili wyszli na ulicę jeden po drugim, jakby tańcząca para była magnesem, który wyciągał ich z wnętrza kawiarni. Kelnerka, która przed chwilą szukała piosenki w telefonie, stanęła w progu z ręką na ustach, jakby bała się, że głośny oddech mógłby przerwać tę scenę.
Staruszek, który wcześniej rozmawiał z Charlesem, wyszedł na zewnątrz i stanął obok innych, patrząc w milczeniu.
Charles z trudem wstał podparł się laską i ruszył za pozostałymi.
Kręgosłup palił go żywym ogniem, ale nie zwracał na to uwagi. Patrzył na nich zafascynowany, jakby widział obraz, który od lat próbował namalować, ale nigdy nie potrafił uchwycić jego światła. Dziewczyna i mężczyzna tańczyli coraz bliżej siebie, a ich ruchy były miękkie i namiętne.
Charles czuł, że ta scena zapada w niego głęboko, jakby ktoś włożył mu w dłonie pędzel i powiedział: Oto jest twój obraz.
Na plac powoli wjechał czarny Mercedes. Zatrzymał się tuż obok tańczącej pary i wysiadła z niego kobieta w eleganckiej białej garsonce i mężczyzna o surowej twarzy, który rozejrzał się nerwowo. Podeszli do dziewczyny. Rozmowa była krótka, ale intensywna. Kobieta mówiła szybko, z niepokojem, mężczyzna mówił podniesionym głosem, jak ktoś, kto nie ma czasu na tłumaczenia. Dziewczyna słuchała z opuszczoną głową. Po chwili mężczyzna wziął ją pod ramię i poprowadził w stronę samochodu, a ona nie protestowała. Wsiadła do samochodu, a mężczyzna w kapeluszu podał jej przez otwarte okno kwiaty. Uśmiechnęła się tym smutnym uśmiechem, jaki mają dla świata ludzie noszący w sobie piękno. Kiedy auto z tancerką zniknęło za zakrętem mężczyzna w kapeluszu chwilę jeszcze stał w miejscu, a potem ruszył w stronę bazaru.
Staruszek, który wcześniej mówił, kim jest tańcząca kobieta, powiedział.
- To jej rodzice, ale tego pana… tego w kapeluszu to nie znam.
Charles nie odpowiedział. Patrzył na mokry chodnik, na pustą przestrzeń, w której jeszcze chwilę temu tańczyła dziewczyna w żółtej sukience. Zapłacił za kawę i wyszedł z restauracji. Wrócił na poddasze, otworzył drzwi do swojego małego mieszkania i poczuł znajomy zapach terpentyny, farb, rozpuszczalnika. Kręgosłup palił go żywym ogniem, ale nie myślał o tym. Wziął tabletkę przeciwbólową, popił wodą i usiadł na krześle. Przez chwilę patrzył na czyste płótno tak, jak patrzył przez ostatnie miesiące – z rezygnacją, z poczuciem, że nic już nie potrafi, że obrazy w jego głowie są zbyt piękne, by mógł je namalować, ale teraz było inaczej. Wiedział, co ma malować. Kobietę w żółtej sukience i mężczyznę w kapeluszu miał przed oczami.
Wziął pędzel i zaczął malować. Śpieszył się, jakby się bał, że obraz ucieknie mu z pamięci, jakby chciał zatrzymać tę chwilę, zanim świat znów stanie się zwyczajny. Na płótnie zaczęły pojawiać się pierwsze linie i żywe kolory. Po raz pierwszy od miesięcy Charlie malował, jak w transie, jakby ktoś otworzył w nim drzwi, które były zamknięte od lat. Ręka poruszała się szybciej niż zwykle, pewniej, choć oczy już nie były te same, a światło dnia zaczynało gasnąć. W pewnym momencie musiał przerwać, bo światło było już zbyt słabe, a on nie chciał zepsuć tego, co zaczęło się rodzić na płótnie. Obraz pozostał niedokończony, ale był początkiem czegoś, czego Charlie nie potrafił nazwać.
Tej nocy śnił o dziewczynie tańczącej na placu Śnił o żółtej sukience, która falowała jak płomień i o mężczyźnie w kapeluszu, który prowadził ją w tańcu. Śnił o obrazie, który próbował namalować od lat, ale dopiero teraz wiedział, jak powinien wyglądać.
O świcie zerwał się z łóżka, jakby ktoś go zawołał po imieniu. Kręgosłup wciąż bolał, ale nie zwrócił na to uwagi. Zaparzył kawę, wypił ją szybko, zjadł coś na prędce, by nie tracić czasu. Okno, choć niewielkie, wychodziło na południe i od wczesnych godzin rannych w mieszkaniu było dużo światła – jasnego, czystego, idealnego do malowania. Charlie usiadł przed sztalugą, wziął pędzel i zaczął malować. Godzinami z krótkimi przerwami na rozprostowanie kręgosłupa. Światło przesuwało się po pokoju, zmieniało barwę, przeglądało się w niedokończonych obrazach stojących pod ścianą, ale on nie przestawał. Ręka bolała, plecy bolały, oczy piekły, ale malował dalej, jakby całe jego życie od tego zależało, aż w końcu obraz został ukończony. Dziewczyna w żółtej sukience i mężczyzna w kapeluszu. Deszcz, taniec i żółte tulipany na mokrym chodniku. Cała ta chwila została zatrzymana na płótnie.
O życiu i takie tam - hydraulik
Wczoraj o ósmej rano pojawił się u nas w mieszkaniu hydraulik z pomocnikiem do zmiany trzech kaloryferów starych, jak świat. Ciężkie, żeliwne i trzeba było spawać rurki, żeby podłączyć te nowe. Jeden stary ten największyn z sypialni musieli przepołowić, bo ważył 160 kg.
Majster wielki fan tv Republika wszystkich rządzących, by powystrzelał. Rzadko mam do czynienia z tak głośnymi ludźmi, którzy są przekonani, że mają racje. Dla mnie może być wyznawcą latających makaronów, ale nie lubię, kiedy, ktoś mówi, że jest najmądrzejszy. Według niego w pracy sami idioci, a on najmądrzejszy i wszystko wiedzący. Ten jego pomocnik się z niego śmiał, ale wyglądał, jakby dopiero od stołu wstał. Zmięty, jak stare prześcieradło. W południe poszedł po papierosy i chyba, coś chlapnął, bo zrobił się czerwony na twarzy.
Dawno przestałem rozmawiać z ludźmi o polityce, bo po co się denerwować szczególnie z takimi, jak ten hydraulik. Oni nie mówią, tylko krzyczą. Jak to mówią: z koniem się nie kopie.
Rano mieliśmy jazdę z kotem Stefanem. Chcieliśmy schować go do transportera, ale zapierał się tylnymi łapami i za cholerę nie szło go włożyć. Kiedy zadzwonili do drzwi schował się pod narzutę i przesiedział tam do piętnastej. Było trochę głośno, to jak zrobili kaloryfer w sypialni zamknęliśmy drzwi.
Trzy nowe kaloryfery wiszą i pozbyliśmy się i grzejników i hydraulika. Uff.
W nocy o 3.30 obudził nas Stefan. Czegoś się bał i chciał się schować. Okazało się, że bał się pudełek po kaloryferach i gruzu w workach. Taki z niego bohater.
Jeszcze czeka nas remont łazienki, ale to kiedyś, jak się wykuruje.
27 lipca mam umówionego fizjoterapeutę, a 23 kontrolę w szpitalu. Zobaczymy czy lekarz pozwoli 6 tygodni po operacji na rehabilitację. Oby.
O życiu i takie tam
Spisałem trochę wspomnień z młodych lat, kiedy latem wyjeżdżaliśmy na zbiory wiśni do wsi o nazwie Wesołówka. Przeżyliśmy tam przygody nie zawsze wesołe, jak ratowanie dwójki dzieci z Wisły, które matki wsadziły w małe dętki z Ursusa z doklejonym dnem i puściły na Wisłe, choć same nie potrafiły pływać czy śmierć młodego mężczyzny, który utopił się w Wiśle. Tyle czasu się za to zabierałem i miałem, jakąś blokadę, ale dwa dni temu siadłem i napisałe i to sporo.
Byli zgraną paczką, chociaż po ukończeniu podstawówki te kontakty, były nieco luźniejsze. Nowe szkoły nowi kumple, więcej lekcji i trochę mniej czasu dla starych kumpli, ale nie było tak źle.
Chmura, Chudy, bracia Pikolo i Figiel, bracia – Miron i Szary, Szakal i Cypis. Skład ekipy na przestrzeni lat się zmienia, ale oni trzymali się długo.
***
Słońce dopiero co zaczęło wygrzewać asfalt, a w powietrzu unosił się ten specyficzny, letni zapach, który zawsze zapowiadał długi dzień pełen oczekiwania i niespodzianek. Szary zatrzymał się na chwilę, by zawiązać buta i spojrzał na brata który szedł obok. Szary był od niego nieco wyższy i starszy o dwa lata, co w ich wieku – kiedy każdy centymetr był na wagę złota – dodawało mu autorytetu, ale cicha rywalizacja między nimi trwała. Szli w stronę parku. Wystarczyło przejść przez ulicę i już, było się w zielonej wyspie otoczonej domami z kamienia i cegły, ich królestwa, w którym każde drzewo miało swoją historię, a każda ścieżka była świadkiem dziecięcych planów i zdartych kolan. Zanim zdążyli zejść z krawężnika, usłyszeli za sobą charakterystyczne kasłanie i już wiedzieli, że z domu wyszedł Chmura.
- Ej, czekajcie! – rzucił, dociągając do nich. Wkroczyli do parku, który czekał na nich jak otwarta księga.
Słońce przebijało się przez korony starych drzew, rzucając na alejki ruchome plamy światła. Szary, Miron i Chmura zajęli swoją ulubioną ławkę – tę z wygiętym oparciem, na której ciemno zielona farba pamiętała jeszcze czasy ich dzieciństwa.
- Jak przeżyjemy te zbiory, to będziemy twardzi jak stal – rzucił Szary żując gumę. – Wiśnie w tym roku podobno obrodziły tak, że gałęzie prawie ziemi dotykają. Maciejówka nas wykończy.
Chmura, który do tej pory patrzył w tylko sobie widoczny punkt, odwrócił głowę.
- Maciejówka to stan umysłu panowie. Tam czas płynie inaczej, zwłaszcza jak człowiek siedzi dziesięć godzin na drabinie, ale słuchajcie, mam wizję... wyobraźcie sobie taki system zbierania, że tylko podkładasz skrzynkę, a drzewo samo się trzęsie – zawiesił głos, uśmiechając się pod nosem w swoim marzycielskim stylu.
- Chmura, zejdź na ziemię, bo wpadniesz w krzaki – zaśmiał się Miron wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. – I co? Człowiek już nie będzie potrzebny, a młodzi nie zarobią na wakacje.
Wtedy usłyszeli śmiech. Głośny, przebijający się przez szum drzew. Przez park szli: Chudy, Pikolo, Szakal, Patison i Figiel, który jak zwykle szedł na przedzie, wymachując rękami. Wszyscy mieli ciężkie plecaki i już nie mogli się doczekać wyjazdu.
- Ekipa w komplecie! – krzyknął Figiel, dopadając do ławki.
- Chłop se kupił gitarę, a w domu wody nie było – rzucił Chudy kolejny dowcip bez sensu odpalając papierosa.
Szakal wybuchnął krótkim, gardłowym śmiechem.
– Dobra, dobra, Chudy, oszczędź nam tych sucharów – odparł Szakal, poprawiając na głowie czapkę z daszkiem. – Lepiej powiedzcie, czy bierzecie prowiant na Maciejówkę czy będziemy żreć same wiśnie?
Patison otworzył plecak, w której coś podejrzanie grzechotało.
- Mam zapas marynowanych specjałów od matki i kilka konserw. Jak zjem te patisony, to będę miał siłę na zrobienie kilku drzew dziennie – zażartował, wyciągając mały słoik, którego nakrętka błysnęła w porannym słońcu.
- Przecież tam dają wyżywienie i to bardzo dobre. Bez sensu to targać. Zresztą, będziemy raczej tu wracać, żeby uzupełnić zapasy.
Chudy, który wyglądał jakby pęd powietrza mógł go przewrócić, usiadł na oparciu ławki, wyglądając ze swojej wysokości jak bocian na gnieździe. Jego wystające kości policzkowe i nieco zmrużone oczy sprawiały, że różnił się od chłopaków. Na chwilę zapadła cisza, przerywana tylko dalekim dźwiękiem przejeżdżających aut. Siedzieli i stali tam – chłopaki ze zgranej paczki, w swoich spranych dżinsach, krótkich spodenkach i własnoręcznie farbowanych koszulkach planując wyprawę, która w ich głowach urosła już do rangi wielkiej, letniej przygody.
Dochodziła dziesiąta i słońce już wysoko zawisło nad miastem, wygrzewając mury domów, które pamiętały odległe czasy i ten czas, gdy każde z nich stawiało tu pierwsze kroki. Szary siedział na ławce, wpatrując się w stronę chodnika, którym szło kilka dziewczyn.
- Dobra, plan jest jasny – zaczął, przesuwając dłonią po szorstkim oparciu ławki. – Maciejówka to nasz cel, a potem zobaczymy, co nam wyjdzie.
Chudy spuścił głowę.
- Chłopaki, ja muszę się wyłamać. Jadę do rodziny do Szczecina i w tym roku nici z wiśni.
W grupie zapadła cisza, przerywana tylko dalekim stukotem końskich kopyt uderzających w asfalt. Koń ciągnął furę wyładowaną węglem, a woźnica pochylony myślał o swoich sprawach. Dla nich, w cieniu tych domów, każda taka zmiana w składzie, była małą tragedią.
Chmura, jak zawsze zapatrzony gdzieś w stronę horyzontu, westchnął ciężko.
- Szkoda, Chudy. Bez ciebie to już nie będzie to samo. Tak, jak i bez Cypisa, który zasuwa w kamaszach, ale co zrobić. Takie życie panowie.
- Mówi się trudno. Może później uda mi się wyskoczyć z wami nad jeziorko.
Patison poklepał dumnie swój plecak.
- Panowie. Z prowiantem nie będzie problemu. Mam zapas marynat, a jak dojdą do tego
wiśnie, to będziemy mieli ucztę jak królowie.
- I będziemy latać po krzakach – rzucił Szary i wszyscy wybuchnęli śmiechem.
Chciałbym ci powiedzieć
Chciałbym ci powiedzieć o tym, co tu widziałem. O wietrze, który ociera się o budynki i drzewa. O mężczyznach zapadającyh w pooperacyjne drzemki. Płaczącej kobiecie, śmierci, która przyszła w nocy do pana, który jeszcze rano wołał Basiu! Basiu! Słyszysz mnie! i o tym, jak próbóję pozbierać myśli na szpitalnym łóżku, ale oto widzę, jak pada deszcz, a ty do mnie idziesz z uśmiechem, co koi nawet największy ból.

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Oczekiwanie jest pustką
Oczekiwanie jest pustką w której płoną kwiaty Ciemną nocą bez gwiazd Deszczem który sprawia że dusza płacze Budzę się z bólem i zasypiam z bólem Mylą mi się dni i godziny a zimne prześcieradło i cisza bez twojego oddechu to cały mój świat
Powinieneś był przyjść tamtej nocy gdy tańczyłam dla ciebie z zamkniętymi oczami w deszczu Czekałam tak długo aż wybuchło moje serce Odłamki mnie tkwią w twoim sercu Być może kiedyś odtworzysz mnie kawałek po kawałku
O życiu i takie tam - powrót
Piąty dzień po operacjj i wyglądam, jak prosiak. Wokół rany na szyji zrobiła się opuchlizna. Tak może się dziać, więc na razie nie panikuję.
Dużo śpię, czytam, słucham muzyki. Joana zrobiła tartę z owocami. Taka zimna do kawy, coś pięknego.
Na razie Joana śpi w salonie na kanapie, bo czasem we śnie potrafi machnąć ręką czy nogą. Tak mi walnęła po operacji głowy w 2020, więc dmuchamy na zimne, choć wolałbym, żebyśmy spali razem.
W nocy spaliśmy przy otwartych oknach. Tak, jak poprzednią noc przespałem tak tej budziłem się co 20 minut pół godziny i przekręcałem się z boku na bok. Od czwartej rano darły się mewy przelataując obok otwartych okien. Dobrze, że siatki są, bo mogłaby się, któraś wlecieć do mieszkania. Po piątej postraszyła burz i przeszła bokie. Rano w kuchni na parapecie Joana znalazła kawałek chleba. Pewnie, któraś mewa zgubiła, gdy goniły ją koleżanki.
Nocą w myślach potrafiłem to ładnie opisać słowami, ale w dzień wszystkie słowa, gdzieś ulatują. Jakoś nie potrafię się skupić.
Na sali leżał ze mną Jarek. Rok starszy ode mnie. Większość życia w rozjazdach. Zjechał całą Skandynawię oprócz Norwegii. Pracował na platformach wiertniczych i przy budowie elektrowni atomowych i dopiero, gdy wsłuchamy się w historie innych ludzi zdajemy sobie sprawę, że z naszym życiem nie jest tak źle, jak nam się wydaje. Stracił synka w wieku 3 lat - sepsa. Spalił mu się dom i przeżył ciężki wypadek samochodowy i mimo tych doświadczeń wciąż się uśmiecha i żartuje i ,,tkwi'' w jednym małżeństwie od prawie 30 lat. Obaj na emigracji widzieliśmy, jak rozpadają się małżeństwa i jak odległość zmienia i dzieli ludzi.
Leżę w sypialni. Zasłonięte okna i lekki wiaterek i nie wiedzieć czemu zasłonięte okna kojarzą mi się z powieściami Marqueza. Taka sjesta bez sjesty i kot Stefan drzemiący w nogach. Z oddali słychać odgłosy burzy, ale pewnie znów przejdzie bokiem.
O życiu i takie tam - w domu
W nocy na oiomie na oddziale neurochirurgii zmarły dwie osoby. Pan który spadł z drabiny i wczoraj rano wołał Janek! Janek słyszysz mnie! Janek! Basiu! Basiu! i pani, która wieczorem wołała Halo! Halo! Halo!
Koszmarna noc. Smutne to.
Na powitanie wypiłem cappuccino i zjadłem tartę owocową.
O życiu i takie tam - w domu
W nocy na oiomie na oddziale neurochirurgii zmarły dwie osoby. Pan który spadł z drabiny i wczoraj rano wołał Janek! Janek słyszysz mnie! Janek! Basiu! Basiu! i pani, która wieczorem wołała Halo! Halo! Halo!
Koszmarna noc. Smutne to.
Na powitanie wypiłem cappuccino i zjadłem tartę owocową.
O życiu i takie tam - szpital
Rano słyszałem jak mężczyzna na oiomie wołał: Janek! Janek słyszysz mnie! Janek!
Jakby rozmawiał z kimś przez telefon. Potem wołał Basię. Mówią, że spadł z drabiny i uderzył się w głowę.
Wieczorem woła starsza pani. Halo! Halo! I tak przez dziecięćinut.
Smutne, że nie potrafią tym ludziom pomóc, a z drugiej strony ciekawi mnie kogo ci ludzie wołają.
Jutro całą trójkąt z naszego pokoju wychodzi do domu. Joana upiekła ciasto niespodziankę na powitanie. Będzie dobrze.

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Noc w miarę przespana. Bólu prawie nie czuję. Będzie dobrze
Szpital
Jutro o 8.30 operacja. Idę pierwszy na stół - mniej rozmyślań. Trzymajcie kciuki