Zawsze i nieustannie
Nigdy mi się nie uda od niej uciec.

seen from Spain
seen from United States

seen from Bulgaria
seen from Maldives

seen from Germany
seen from Russia

seen from Malaysia

seen from China

seen from United States
seen from Türkiye
seen from China
seen from Maldives

seen from United Kingdom

seen from Bulgaria
seen from China
seen from United States

seen from Malaysia
seen from Austria
seen from China
seen from United States
Zawsze i nieustannie
Nigdy mi się nie uda od niej uciec.

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Problemem jest, że moje myśli przeskakują z
„Kocham to miejsce i ludzi. Nie wytrzymałbym bez tego”
Na
„Chce wyjechać i zacząć życie w innym mieście. Kompletnie nic mnie tu już nie trzyma”
Jakieś 100 razy w ciągu jednego dnia.
Wyjątkowe lato
W moich wspomnieniach tamto lato było cudowne. Purpura i róż nieba sprawiały, że miasto było wyjątkowe. Gorące noce zakrapiane alkoholem, były czymś zwyczajnym i chciało się żyć. Jak wyglądałby świat, gdybym nigdy cię nie spotkał? Gdybyśmy nie wpadli na siebie tamtej nocy i nie zaczęli się przepraszać, a te nasze przeprosiny nie przerodziły się w kilkugodzinną rozmowę, aż noc przedłużyła się poza swoje granice. Słuchałem cię, jak słucha się szmeru deszczu w rozgrzaną noc po wielu dniach słonecznej gorączki. Zanim cię spotkałem, już czułem twoją niewidzialną obecność, czułem pulsowanie twojej krwi i twój przyśpieszony oddech. Uśmiechałaś się łagodnie, opowiadając o swoim, jakże odległym mieście. Nazajutrz miałaś wracać, ale zostałaś, jakbyś o niczym innym nie marzyła, jak tylko o spędzaniu czasu ze mną. Powinienem cię wtedy wyprawić w to bezkresne, gorące popołudnie, odwieźć taksówką na stacje i patrzeć jak wsiadasz do jednego z wagonów, odsuwasz okno i mówisz do mnie słowa, których nie da się wymazać, ale tak nie zrobiłem, bo byłaś tak fascynująca, że chciałem cię mieć tylko dla siebie. Chciałem przeczytać twoje myśli, jak czyta się wiersz, ale to nie było potrzebne, bo dzieliłaś się ze mną wszystkimi sekretami, nawet tymi, które próbowałaś ukryć przed samą sobą. Uświadomiłem sobie wówczas, że poznanie ciebie było najlepszą rzeczą, jaka spotkała mnie w życiu.
Manuel del Kiro
Limassol inwestuje w nowoczesny sprzęt do czyszczenia ulic. Dwa nowe pojazdy mają zwiększyć efektywność miejskich służb porządkowych. #Cypr #Cypr24 #Limassol #Czystość #Miasto
O życiu i takie tam
Spisałem trochę wspomnień z młodych lat, kiedy latem wyjeżdżaliśmy na zbiory wiśni do wsi o nazwie Wesołówka. Przeżyliśmy tam przygody nie zawsze wesołe, jak ratowanie dwójki dzieci z Wisły, które matki wsadziły w małe dętki z Ursusa z doklejonym dnem i puściły na Wisłe, choć same nie potrafiły pływać czy śmierć młodego mężczyzny, który utopił się w Wiśle. Tyle czasu się za to zabierałem i miałem, jakąś blokadę, ale dwa dni temu siadłem i napisałe i to sporo.
Byli zgraną paczką, chociaż po ukończeniu podstawówki te kontakty, były nieco luźniejsze. Nowe szkoły nowi kumple, więcej lekcji i trochę mniej czasu dla starych kumpli, ale nie było tak źle.
Chmura, Chudy, bracia Pikolo i Figiel, bracia – Miron i Szary, Szakal i Cypis. Skład ekipy na przestrzeni lat się zmienia, ale oni trzymali się długo.
***
Słońce dopiero co zaczęło wygrzewać asfalt, a w powietrzu unosił się ten specyficzny, letni zapach, który zawsze zapowiadał długi dzień pełen oczekiwania i niespodzianek. Szary zatrzymał się na chwilę, by zawiązać buta i spojrzał na brata który szedł obok. Szary był od niego nieco wyższy i starszy o dwa lata, co w ich wieku – kiedy każdy centymetr był na wagę złota – dodawało mu autorytetu, ale cicha rywalizacja między nimi trwała. Szli w stronę parku. Wystarczyło przejść przez ulicę i już, było się w zielonej wyspie otoczonej domami z kamienia i cegły, ich królestwa, w którym każde drzewo miało swoją historię, a każda ścieżka była świadkiem dziecięcych planów i zdartych kolan. Zanim zdążyli zejść z krawężnika, usłyszeli za sobą charakterystyczne kasłanie i już wiedzieli, że z domu wyszedł Chmura.
- Ej, czekajcie! – rzucił, dociągając do nich. Wkroczyli do parku, który czekał na nich jak otwarta księga.
Słońce przebijało się przez korony starych drzew, rzucając na alejki ruchome plamy światła. Szary, Miron i Chmura zajęli swoją ulubioną ławkę – tę z wygiętym oparciem, na której ciemno zielona farba pamiętała jeszcze czasy ich dzieciństwa.
- Jak przeżyjemy te zbiory, to będziemy twardzi jak stal – rzucił Szary żując gumę. – Wiśnie w tym roku podobno obrodziły tak, że gałęzie prawie ziemi dotykają. Maciejówka nas wykończy.
Chmura, który do tej pory patrzył w tylko sobie widoczny punkt, odwrócił głowę.
- Maciejówka to stan umysłu panowie. Tam czas płynie inaczej, zwłaszcza jak człowiek siedzi dziesięć godzin na drabinie, ale słuchajcie, mam wizję... wyobraźcie sobie taki system zbierania, że tylko podkładasz skrzynkę, a drzewo samo się trzęsie – zawiesił głos, uśmiechając się pod nosem w swoim marzycielskim stylu.
- Chmura, zejdź na ziemię, bo wpadniesz w krzaki – zaśmiał się Miron wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. – I co? Człowiek już nie będzie potrzebny, a młodzi nie zarobią na wakacje.
Wtedy usłyszeli śmiech. Głośny, przebijający się przez szum drzew. Przez park szli: Chudy, Pikolo, Szakal, Patison i Figiel, który jak zwykle szedł na przedzie, wymachując rękami. Wszyscy mieli ciężkie plecaki i już nie mogli się doczekać wyjazdu.
- Ekipa w komplecie! – krzyknął Figiel, dopadając do ławki.
- Chłop se kupił gitarę, a w domu wody nie było – rzucił Chudy kolejny dowcip bez sensu odpalając papierosa.
Szakal wybuchnął krótkim, gardłowym śmiechem.
– Dobra, dobra, Chudy, oszczędź nam tych sucharów – odparł Szakal, poprawiając na głowie czapkę z daszkiem. – Lepiej powiedzcie, czy bierzecie prowiant na Maciejówkę czy będziemy żreć same wiśnie?
Patison otworzył plecak, w której coś podejrzanie grzechotało.
- Mam zapas marynowanych specjałów od matki i kilka konserw. Jak zjem te patisony, to będę miał siłę na zrobienie kilku drzew dziennie – zażartował, wyciągając mały słoik, którego nakrętka błysnęła w porannym słońcu.
- Przecież tam dają wyżywienie i to bardzo dobre. Bez sensu to targać. Zresztą, będziemy raczej tu wracać, żeby uzupełnić zapasy.
Chudy, który wyglądał jakby pęd powietrza mógł go przewrócić, usiadł na oparciu ławki, wyglądając ze swojej wysokości jak bocian na gnieździe. Jego wystające kości policzkowe i nieco zmrużone oczy sprawiały, że różnił się od chłopaków. Na chwilę zapadła cisza, przerywana tylko dalekim dźwiękiem przejeżdżających aut. Siedzieli i stali tam – chłopaki ze zgranej paczki, w swoich spranych dżinsach, krótkich spodenkach i własnoręcznie farbowanych koszulkach planując wyprawę, która w ich głowach urosła już do rangi wielkiej, letniej przygody.
Dochodziła dziesiąta i słońce już wysoko zawisło nad miastem, wygrzewając mury domów, które pamiętały odległe czasy i ten czas, gdy każde z nich stawiało tu pierwsze kroki. Szary siedział na ławce, wpatrując się w stronę chodnika, którym szło kilka dziewczyn.
- Dobra, plan jest jasny – zaczął, przesuwając dłonią po szorstkim oparciu ławki. – Maciejówka to nasz cel, a potem zobaczymy, co nam wyjdzie.
Chudy spuścił głowę.
- Chłopaki, ja muszę się wyłamać. Jadę do rodziny do Szczecina i w tym roku nici z wiśni.
W grupie zapadła cisza, przerywana tylko dalekim stukotem końskich kopyt uderzających w asfalt. Koń ciągnął furę wyładowaną węglem, a woźnica pochylony myślał o swoich sprawach. Dla nich, w cieniu tych domów, każda taka zmiana w składzie, była małą tragedią.
Chmura, jak zawsze zapatrzony gdzieś w stronę horyzontu, westchnął ciężko.
- Szkoda, Chudy. Bez ciebie to już nie będzie to samo. Tak, jak i bez Cypisa, który zasuwa w kamaszach, ale co zrobić. Takie życie panowie.
- Mówi się trudno. Może później uda mi się wyskoczyć z wami nad jeziorko.
Patison poklepał dumnie swój plecak.
- Panowie. Z prowiantem nie będzie problemu. Mam zapas marynat, a jak dojdą do tego
wiśnie, to będziemy mieli ucztę jak królowie.
- I będziemy latać po krzakach – rzucił Szary i wszyscy wybuchnęli śmiechem.

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Kawiarniane clowny
Nabijałem się z warszawskich twórców kawiarnianych. Elita intelektualna. Rozsiadają się takie pozery ze swoimi elektro-narzędziami przy stolikach, zamawiają kawę i tworzą. Powieści. Raporty. Maile. Notatki. Arcydzieła. Wszystko oczywiście publicznie, na widoku. Bo przecież nie chodzi wyłącznie o pisanie. Chodzi o to, żeby było widać, że się pisze. Żeby wyglądać jak bohater ulubionego serialu. Żeby odegrać rolę człowieka kultury. Żeby laptop, kubek i skupiona mina utworzyły spektakl intelektualny dostępny dla przypadkowych przechodniów.
Pisarz nie popisuje się aktem pisania. Pisarz popisuje się efektem pisania. Czyta się książkę, a nie procesor tekstu.
Do tego dochodzi jeszcze jedna kwestia. Kelnerzy i kelnerki. Muszą przez kilka godzin znosić natręta, który zamawia jedną zaledwie kawę i okupuje stolik przeznaczony dla innych klientów. Cały ten teatr odbywa się przecież kosztem ludzi wykonujących swoją pracę.
W Zielonej Górze niemal nie widuję tego zjawiska. Być może dlatego tak dobrze się tutaj czuję. Ludzie sprawiają wrażenie bardziej skupionych na wykonywaniu swoich obowiązków niż na ich odgrywaniu. Nie tworzą wokół pracy rozbudowanej scenografii. Nie zamieniają jej w przedstawienie. Dlatego oddycha mi się tutaj lżej.
Powoli leczę się z warszawskich neuroz. A wraz z nimi z potrzeby nieustannego wystawiania siebie na pokaz. Praca nie potrzebuje reflektorów. Potrzebuje rezultatów.
Winna Tybinga, ciepła Toskania
Mieszkałem w winnej Toskanii, konkretnie w Pizie. Mieszkałem również w Tybindze, na niemieckim południu wina. Dzisiaj, żyjąc w Zielonej Górze, mam nieodparte wrażenie, że to miasto łączy w sobie fragmenty obu tych światów, tworząc całkowicie własny, niepodrabialny styl.
Jest tu południowe umiłowanie wina, jest spokój miasta akademickiego, jest porządek, ciepło, relaks, czystość i wszechobecna zieleń. Zielona Góra od lat znajduje się wśród najcieplejszych miast Polski. Czy można znaleźć lepszą rekomendację do zamieszkania w epoce, w której szarość, zimno i wielomiesięczna melancholia przestają być romantycznym obrazkiem, a stają się zwyczajnym zmęczeniem człowieka?
Mazowiecki koszmar kiedyś zapewne pozostanie odległym wspomnieniem. Nuda. Jak w dialogach Maklaka z Jasiem: nic się nie dzieje, pola, pustka, zimno, szaruga. Człowiek chce wyjść z kina.
I ja z tego kina wyszedłem.
Porażka
Pochodzę wprawdzie ze Starego Mokotowa, ale nigdy nie odczuwałem szczególnej więzi z Legią. W miarę upływu lat wręcz coraz bardziej się od niej dystansowałem. I tak pozostało. Nie oznacza to jednak, że jej złorzeczę. Po prostu nie jest to mój świat sportowych emocji.
W koszykówce sprawa jest już zupełnie jasna. Zdecydowanie kibicuję Zielonej Górze.
Dlatego po wczorajszym meczu Zastalu mocno się zabulgotałem. Jeżeli drużyna schodzi po trzeciej kwarcie z parkietu, mając sześć czy osiem punktów przewagi nad rywalem, a następnie przegrywa całe spotkanie, to, przykro mi, ale nie jest jeszcze gotowa na złoto.
Wielkie drużyny poznaje się właśnie w takich momentach. Gdy mają przeciwnika pod kontrolą, nie pozwalają mu wrócić do gry, grają spokojnie, na czas, kontrolują nerwy, zabijają mecz sportowo. W tym konkretnym przypadku mentalność drapieżnika powinna znaleźć się na pierwszym planie.
Liczę, że zielonogórzanie się jednak przełamią i w najbliższy piątek wygrają. Jeżeli jednak się nie uda, będzie to znak, że na tym etapie zabrakło im dojrzałości.
Szkoda.