Trzeci miesiąc roku, jaki właśnie zleciał, wyglądał trochę... dziwnie. Gdy w 2018 roku zaczynałem statystować i wkładać do portfela swoje pierwsze zarobione pieniążki, najpierw poprzez udział na widowni różnych programów telewizyjnych, a później, z czasem, także w serialach czy filmach - praca ta (jako trzecioplanowy aktor, jak się określiłem) była moją jedyną, jakiej się podejmowałem. Z upływem czasu otworzyłem się delikatnie na inne zlecenia, kompletnie niezwiązane z aktorskim światem, choć nadal prym wiódł nieśmiały udział przed kamerami. Niestety czasy potrafią diametralnie się zmienić... Mam wrażenie, że moja główna fucha zaczęła zanikać, tym bardziej jeśli pomyślę, że w tym miesiącu złapałem zaledwie osiem planów zdjęciowych, a zdecydowanie więcej z kolei odhaczyłem zleceń niepowiązanych z tym, od czego moja kariera się rozpoczęła i były nimi... inwentaryzacje. Czy to mój drugi "świat"?
W zasadzie ciężko jest mi stwierdzić, jak to się stało, że sklepy kojarzą mi się bardziej z pracą (ponadto nocną), niż z jakimikolwiek zakupami. Pamiętam, że na swoją pierwszą w historii inwentaryzację udałem się czystym przypadkiem, bez jakiegoś konkretnego nastawienia. Gdy jednak po raz pierwszy otrzymałem do ręki skaner i słuchałem instrukcji, jak praca mniej więcej wygląda i co się robi - czułem się niezwykle zestresowany, wręcz przerażony. Liczenie asortymentu sklepowego było dla mnie czymś zupełnie obcym i nowym, a posługiwanie się skanerem czarną magią. Wydawało mi się, że szybko odpuszczę sobie owe zajęcie, albo że nawet jeszcze szybciej zwyczajnie podziękują mi i zwolnią bez żadnej zapłaty. Mimo psychicznej wojny przetrwałem pierwszą inwenturę, przetrwałem też drugą i jeszcze kilkanaście następnych, może ciut więcej, aż do okolic 2024 roku, gdzie zrobiłem sobie dłuższą przerwę od liczenia towaru. Oficjalny powrót do pracy nastąpił pod koniec stycznia 2025 gdy udałem się na inwentaryzację Żabki pod moim miastem. Poważna przerwa wyraźnie mi niestety zaszkodziła i odnosiłem wrażenie, jakby niczym bumerang powróciły emocje z mojej życiowej pierwszej inwentury. Pewna pani aż musiała przypomnieć, jak to całe liczenie wygląda i jak obsługiwać prawidłowo skaner. Stresowałem się potwornie i modliłem, żeby ten mini-koszmar jak najszybciej dobiegł końca... Od tego czasu, aż do dzisiaj, nie zrobiłem już żadnej większej przerwy od liczenia, a nawet zdarzały się maratony po kilka zleceń tygodniowo. Właściwie nawet ciężko jest mi powiedzieć, jakim cudem nadal pojawiam się w gronie tamtejszych pracowników i odhaczam kolejne zlecenia tego typu. Pamiętam, że początkowo dosyć często zwracano mi uwagę na niskie tempo pracy. Nigdy nie liczyłem zbyt żwawo, a akurat jestem człowiekiem, który przykłada większą wagę do dokładności niż do szybkości, ale niestety na inwentaryzacjach trzeba się też trzymać z góry ustalonej średniej liczenia, a przynajmniej nie wyróżniać się negatywnie od innych. Później uwag słyszałem o dziwo dużo mniej, mimo że raczej nie czułem, żebym się szczególnie poprawił. Najbardziej w pamięć chyba zapadła mi pewna dziewczyna, która pewnego słonecznego lutowego dnia (czyli stosunkowo niedawno, bo w tym roku) o mały włos nie wyrzuciła mnie z pracy (i tym samym wykluczyłaby mnie z przyszłych inwentur) mówiąc mi, że moje tempo liczenia jest "poniżej krytyki"! Co ciekawe - tylko ta jedna, złośliwa koordynatorka przyczepiała się do mojej pracy więcej niż raz... Przyznaję, że sama robótka ogólnie nigdy nie należała do moich ulubionych, co też podkreślałem w kilku wcześniejszych wpisach, gdzie o inwentaryzacjach się co nieco wypowiadałem. Niekiedy towar zlicza się z naprawdę niemałym trudem, szczególnie gdy produkty są przemieszane, ułożone byle jak, głęboko schowane, albo na tyle pechowo rozstawione, że trzeba część towaru wyjąć z półki. Atmosfera również nie zawsze jest sprzyjająca, a niektórzy koordynatorzy (na szczęście tylko nieliczni) wydaje mi się, że pracują jak za karę. Z drugiej jednak strony - może to dziwnie zabrzmi, ale od jakiegoś czasu zacząłem tę fuchę doceniać. Doceniam ją choćby za stawkę godzinową (której bardzo mi brakuje na planach filmowych, zwłaszcza całodziennych) co już sprawia, że zarabiam tam lepszą forsę niż na większości planach. Jest to poza tym zaskakująco dobra praca dla introwertyków (w tym dla mnie), albowiem kontakt z innymi osobami jest ograniczony do minimum i nie trzeba zbyt wiele się odzywać. Doceniam inwentaryzacje już nawet za to, że są, a też nie jest łatwo je złapać z racji błyskawicznie znikających miejsc. Po rekordowo pracowitym marcu ubiegłego roku pamiętam dobrze, że chciałem zrezygnować z inwentur, odpuścić sobie to zajęcie na dobre... ale póki mam siłę, energię, póki czerpię z inwentur choćby skrawek przyjemności (bo nie jest to aż tak zła fucha, mimo że czasem niestety męcząca), albo raczej... póki nikt mnie jeszcze nie zwolnił - dam radę dalej na nie uczęszczać, a zarobioną kasę na pewno spożytkuję na coś fajnego!
Żeby nie zamknąć tego wpisu bez dodatkowego słowa, myślę, że byłoby fajnie wspomnieć o... mojej karcie miejskiej! Nie ukrywam, że od marca począwszy, kiedy zacząłem jeździć na kwartalnym bilecie, życie stało się pod tym jednym aspektem zdecydowanie przyjemniejsze. Odeszły zakupy niewygodnych, kartonikowych, pojedynczych biletów, przestałem też jeździć na gapę, mimo że nie złapałem jeszcze ani razu kanarów. Powiem nawet więcej - wziąłem niedawno udział w pewnym, nazwijmy to konkursie, które oficjalnie zorganizowało miasto i w którym do wygrania był bilet miesięczny. Wystarczyło w nim tak naprawdę jedynie wypełnić pewnego dnia prosty formularz, najszybciej jak to możliwe (wygrywało w sumie 100 najszybszych osób), oczywiście spełniwszy pewne warunki (np. to, że trzeba mieć kupiony i aktywny bilet przynajmniej 30-dniowy, nie dawniej niż od początku marca), które na szczęście spełniałem, dzięki temu, że wreszcie zdecydowałem się mieć kartę. I ten bilet także wygrałem!