Nic nie mów, obserwuj. Ludzie pokażą Ci swoje prawdziwe twarze, jeśli tylko przestaniesz ich zagadywać.
Maski spadną szybciej niż myślisz.
seen from Panama

seen from United States
seen from China

seen from United States
seen from China
seen from United States
seen from China
seen from Malaysia
seen from China

seen from United States
seen from United States

seen from United States
seen from United States
seen from China
seen from Russia
seen from United States

seen from South Korea

seen from Canada
seen from United States

seen from United States
Nic nie mów, obserwuj. Ludzie pokażą Ci swoje prawdziwe twarze, jeśli tylko przestaniesz ich zagadywać.
Maski spadną szybciej niż myślisz.

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Nieważne, jak pięknie brzmią słowa to czyny zawsze pokazują, jakie miejsce zajmujesz w czyimś życiu.
20 styczeń
Nigdy nie wiesz kiedy po raz ostatni się z kimś widzisz, kłócisz, kochasz lub patrzysz w oczy.
rozkosz-v
Czasem nie tęsknię za ludźmi.
Tęsknię za wersją siebie, którą przy nich byłam.
slowabezglosu
Nie zaczęło się od miłości od pierwszego wejrzenia,
Najpierw była ciekawość, która zakorzeniła się w piersi,
Gdy przekwitła w miłość, przenikając do trzewi i kości - poczułem to,
Uczucie poddające w wątpliwość wszystko co o miłości wiedziałem,
Przyćmiewające wszystko co czułem wcześniej,
Spokój z którym nie mógł się równać i ten pośmiertny,
Radość większa niż kiedykolwiek, troska która wylewała się ze mnie,
Dziś siedząc przy oknie, popijając herbatę wspominam czas w którym po raz pierwszy mogłem czuć się jak człowiek - szczęśliwy i wolny.

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Z ŻYCIA SAMOTNIKA - wpis 50 (15.05.2026)
-> Zatrudniłem się pierwszy raz w życiu jako szatniarz
Tegoroczne matury zaowocowały moją nową pracą. Pamiętam jak kiedyś znajomy opowiadał mi o pewnej firmie zlecającej różnorakie jednorazowe prace, a wśród nich były zlecenia polegające m.in. na obsłudze szatni podczas egzaminu dojrzałości w tzw. "szkole w chmurze", na które znajomy wybrał się rok temu i pamiętam, że bardzo chwalił sobie tę fuchę. Postanowiłem pójść w ślady dawnego kolegi i samemu zatrudnić się jako szatniarz (po uprzedniej rozmowie w siedzibie firmy), a przy okazji zmierzyć się z nowymi wyzwaniami. Niestety, w ubiegłym roku mimo prób i szczerych chęci nie złapałem ani jednej zmiany (nad czym ubolewałem), zaś ten rok okazał się już dużo szczęśliwszy dla mnie - zostałem zatwierdzony na kilka dni! Po ich przepracowaniu pomyślałem, że fajnie będzie podzielić się swoimi wrażeniami, przemyśleniami z nowej pracy. Czy było warto?
Wszystko rozpoczęło się od całkiem szybkiego szkolenia, na które zebrało się w sumie kilkadziesiąt młodych osób, w tym oczywiście ja. Po wpisaniu się na listę i odbiorze identyfikatora (potrzebnego do wejścia na teren tytułowej "szkoły w chmurze") przywitał nas pewien jegomość, uznajmy, że szef całego zgromadzenia. Co nieco opowiedział o organizacji, oprowadził po obiekcie, odpowiadał na pytania. Nie ukrywam, że przed samym szkoleniem stresowałem się dosyć mocno, chociaż okazało się, że tak naprawdę nie było zupełnie czym się denerwować, a wszystko sprowadzało się de facto jedynie do obserwowania, słuchania przewodnika i podążania za grupą. Największe wyzwanie czekało mnie już pierwszego dnia, gdy musiałem stawić się na zbiórce o… piątej rano. Nie wiedziałem w dodatku, gdzie dokładnie mam się kierować, a na miejsce przybyło ponad sto osób co tylko pogłębiło poczucie dezorientacji. Na szczęście, znalazłem swego opiekuna szybciej niż się spodziewałem i w zasadzie największe trudności dnia miałem już za sobą. Udało się wstać, udało się dojechać i do tego prawie punktualnie, co jak dla mnie - nocnego marka, jest sporym wyczynem. Wraz z innymi szatniarzami plus opiekunem zawitaliśmy do budynku, gdzie mieliśmy spędzić najbliższe około siedem godzin. Każdy z nas otrzymał swoją szatnię - mi, oraz dziewięciu innym osobom przypadła szatnia na pierwszym piętrze (widoczna na zdjęciu powyżej). Jak mam być szczery, spodziewałem się dużo cięższego zajęcia. Z minuty na minutę gromadzili się maturzyści, lecz nie przychodzili tak tłumnie, jak początkowo przypuszczałem. Mimo, że pracowaliśmy w dziesiątkę, część z nas (w tym ja) nie miała zbyt wielu okazji by obsłużyć choćby jednego abiturienta - odnosiłem wrażenie, jakby moja szatnia nie potrzebowała aż tylu pracowników. W efekcie działali głównie ci, którym… najbardziej się chciało, a reszta w zasadzie tylko… powiedzmy, oczekiwała. Nie aż tak ogromny ruch zdążyłem też spostrzec po liczbie zawieszonych rzeczy i wydaje mi się, że nie wykorzystano nawet połowy wieszaków. Właściwie nie wykonałem prawie żadnej pracy, ani nikt się o to nie przyczepiał! Drugi dzień wyglądać miał bardzo podobnie, identycznie wręcz co pierwszy. No właśnie… miał. Jeśli spodziewałem się kolejnego spokojnego dnia pracy, to się niestety pomyliłem. Żeby nie było za pięknie, jeszcze przed rozpoczęciem matur z matematyki zostałem poproszony wraz z trzema chłopakami na dwór. Zadanie pozornie wydawało się proste, żeby zagonić maturzystów do swoich hal, w których mieli odbyć egzamin. Problemy były jednak większe - młodych osób przystępujących do matury widziałem masę… na oko ponad dwieście, a może nawet ponad trzysta? Nikt nie chciał się zbytnio nas słuchać, co przełożyło się na powtarzane w kółko komunikaty "Zapraszamy do hal!". Był to o tyle stresujący moment, że bałem się odezwać choćby raz. Nie wyobrażałem sobie krzyknąć w tłumie czegokolwiek ani zaganiać kogokolwiek do środka, tym bardziej na siłę. Pozostałem bierny i wszystko co robiłem to mknąłem ślepo za chłopakami modląc się by jak najszybciej wrócić na swoje stanowisko. Z czasem robiło się coraz luźniej, chociaż o mały włos nie uniknąłem kłopotów, gdy jedna nauczycielka zwróciła uwagę, że nie robimy nic, a "tylko spacerujemy". Na szczęście przetrwałem tę próbę, a po około godzinie wróciłem do szatni z wyraźną ulgą. W dalszym ciągu, co śmieszne, nie obsłużyłem ani jednej osoby, dlatego też trzeciego dnia postanowiłem dla odmiany udać się na trzecie piętro, znacznie mniej oblegane, ale i z mniejszą liczbą pracowników. Tym razem przyszło mi spędzić dzień z dwiema dziewczynami i wreszcie - mogłem się co nieco wykazać! Pobudki na piątą rano koniec końców spowodowały niestety zaspanie i spóźniłem się do pracy ponad kwadrans… Raz pamiętam, że powędrowałem z opiekunem do kontenera, gdzie zaopatrzyłem się w tablet (miałem być przerzucony na recepcję, czyli w dużym skrócie odhaczanie osób wchodzących i wychodzących z sal). Finalnie skończyło się na kilku przejażdżkach windą, oddaniu sprzętu i powrocie do znanej mi już szatni na pierwszym piętrze.
Najwięcej pracy czekało mnie, o zgrozo, ostatniego dnia, w którym zająłem jedno z czterech stanowisk w różowej hali. Stanowisko przeze mnie wybrane okazało się "samotne", a więc wszelkie czynności szatniarza, które zdążyłem poznać, spoczywały tylko na mnie. O dziwo nie stresowałem się już zbyt mocno, wiedząc jak praca wygląda, wręcz powiedziałbym, że czuję największą satysfakcję właśnie z tegoż dnia, gdy tylko pomyślę, jak skutecznie, z uśmiechem, kulturą i niemal perfekcyjnie obsłużyłem 66 osób. Udało mi się nie tylko faktycznie popracować, lecz nawet wejść w krótką interakcję z niektórymi maturzystami, pytając się np. o wrażenia z egzaminu (wtedy z biologii, z poziomu rozszerzonego). Wydaje mi się, że takich interakcji mi właśnie brakowało, jakichś niezobowiązujących mini-rozmów z drugim człowiekiem, a niestety, w poprzednich dniach, mimo przebywania z innymi szatniarzami, nie miałem totalnie z kim pogadać, wręcz czułem się niewidoczny dla innych. Wydawać by się mogło, że praca jest dobrym miejscem ku zawieraniu nowych relacji, ale w tym przypadku nic bardziej mylnego. Nie próbowałem też z nikim się zaprzyjaźnić, tym bardziej na siłę i wiedząc jak często moje próby zaprzyjaźnienia kończą się jednostronnymi znajomościami. W rezultacie praktycznie każde wolne chwile spędzałem głównie rozmyślając, przeglądając ogłoszenia czy słuchając muzyki. Nie jest to raczej życie, w jakie celuję, bez prawie żadnych pogawędek, śmiechów, spotkań, zabawy czy flirtów z drugą osobą (wydaje mi się ono zbyt smutne i melodramatyczne), ale uważam, że lepiej jest przebywać sam ze sobą, niż pchać się w bezsensowne relacje, z których nic się nie ma i które tylko ciągną w dół. Na więcej dni niż pięć niestety nie załapałem się z racji mocno ograniczonych miejsc, ale i tak cieszę się, że złapałem tę przygodę! Zarobione pieniążki na pewno wydam na kolejne archiwalne taśmy, z przeglądu których mam nadzieję zaczerpnąć jak najwięcej radości.
Zawsze kiedy wszystko jest dobrze, pojawia się nagle to dziwne, wręcz przejmujące uczucie, że za chwilę coś koncertowo się spierdoli.
I zazwyczaj się pierdoli.