Kiedy chce mi się mówić... nie ma nikogo. Pustka. Kiedy robi się źle... nagle wszyscy przychodzą. Ale nie dla mnie. Dla siebie. Zwalamy na siebie nawzajem. Tylko ja nie mam już na to siły. Ta pustka w środku jest ogromna. Nie do wypełnienia. Kiedyś było inaczej. Kiedyś ktoś zatrzymywał się na chwilę. Kiedyś inni doceniali te małe momenty. Ciszę ... czy spojrzenie bez słów. Zwykłe bycie. Ale to było dawno. Tak dawno że prawie nieprawdziwe. A teraz? Teraz czuję że walczę sam. Z każdym dniem. Z każdą myślą. Z każdym westchnieniem. I nawet nie próbuję już mówić. Nie chcę zrzucać na nikogo swoich myśli. Nie chcę robić komuś spamu. Nie chcę żeby ktoś przewijał moje słowa z westchnieniem i kliknął "ignoruj". Bo każda prośba o wysłuchanie... i tak nigdy nie jest wysłuchana. Nawet jeśli ktoś odpowie. Nawet jeśli pokiwa głową. To nie słucha. Nie naprawdę. Więc po co? Po co się męczyć. Po co otwierać usta. Po co w ogóle jeszcze coś czuć. Nie warto. Nic nie jest warte. Nawet te słowa które teraz piszę... też są niewarte. Ale chociaż nikt ich nie przewinie. Chociaż nikt nie musi udawać że słucha. Bo tu jest tylko pustka. I ja. I ta cisza która krzyczy.
















