Krople na szybie pojawiają się w niezgodnym rytmie. Poruszają się nabierając tempa, zmierzają w tym samym kierunku, ześlizgując się po przezroczystej nawierzchni. Mienią się pod wpływem świateł latarni, przybierają ciepłe barwy. Przysłaniają widok, tworząc obraz niewyraźnym. Stłumiony odgłos uderzeń, niewystarczająco wyraźny, by dosłyszeć zawarte w nim słowa. To, co ładne, przykuwa wzrok, przyćmiewając posiadane. Niekończąca się pogoń za zwiększeniem satysfakcji i morze pragnień. Zdobyte coraz częściej jest odkładane na półkę, by pokryło się kurzem. Mało co zadowala, szczególnie już będące w zasięgu codzienności. Rozpraszacze i strapiony wyraz twarzy, gdy wokół tylko cztery ściany. Głowa na poduszce, w górze sufit, pomalowany wyobraźnią. Spokój zewnętrzny w zestawieniu z burzą w środku. To nie smutek, to też nie rozpacz, raczej pożądanie idące pod ramię z imaginacją. To, co kradnie sny, co kradnie chwile i nie odpuszcza, wciąż goni, będąc tuż za plecami. Ciężar, który ugniata, przygważdża do ziemi - duchy teraźniejszości. Koszmar płynie jak rwąca rzeka, nie bacząc na przeszkody. Poryw wiatru wytrąca z równowagi, osuwa się podłoże... Smak niesmaku, przekąs na ustach. Płyty odtwarzane szczątkowo, cały papieros wypalany jeden za drugim. Lufa przy skroni, widok za oknem i znów te krople deszczu na szybie, nabierające tempa. Światła latarni, bijące ciepłym blaskiem. To nie słońce, wszak już dawno zaszło, lecz coś ogrzewa skórę, powodując dreszcz. Kolejny papieros, ten przedostatni. Czas płynie szybko mimo wszystko, nie spowalnia, ucieka. To ile go tak naprawdę jeszcze zostało? Porządek w nieładzie, podjeżdża samochód, by zaraz odjechać. Odgłosy świata, na które nie zwraca się uwagi, teraz zauważalne. Jest coś innego w dobrze znanym schemacie, teraz wyrywa się z więzów krępujących ruchy.