Czarne, eleganckie buty wysokiego mężczyzny zagłębialy się nieco w mokrawy grunt, po jakim szedł. Obserwował kobietę tuptającą przed sobą - była niska, ale wydawała się wprawiona w poruszaniu się po takich bagnach.
Jak ktokolwiek mógłby tu mieszkać? — zadał sobie pytanie, widząc niewielki domek, otoczony masywnym, choć drewnianym płotem. Chociaż budyneczek nie znajdował się centralnie na mokradłach - raczej tuż obok nich, niemalże przylegając do lokalnego kościoła.
— Czy to tu? — zapytał, gdy zbliżyli się do domku. Kobieta skinęła głową i otworzyła bramkę. — Wie pani, dalej nie wiem, czemu tu jestem.
— Mówiłam, że musisz poznać kogoś ważnego. — Jej głos brzmiał dość uparcie. Mężczyzna natychmiast stracił ochotę na jakąkolwiek dyskusję, pomimo tego, że niekoniecznie chciał tu być. — Mam nadzieję, że się polubicie.
Wątpię, że polubiłbym się z kimkolwiek mieszkającym w takim miejscu. — Myśl sama uformowała się w jego głowie, podczas gdy drzwi zaskrzypiały i stanęła w nich kolejna postać.
ByÅ‚ to mężczyzna Å›redniego wzrostu, miaÅ‚ może z metr siedemdziesiÄ…t, wyglÄ…dajÄ…cy na trochÄ™ zbyt chudego jak na takÄ… wysokość. W oczy rzucaÅ‚y siÄ™ jego blizny - dwie szramy od ostrza miecza, ciÄ…gnÄ…ce siÄ™ po nosie i siÄ™gajÄ…ce do kÄ…cika lewego oka; rozciÄ™cie na szyi, które wyglÄ…daÅ‚o na głębokie, ale nie mogÅ‚o takie być, prawda?; i w koÅ„cu najwiÄ™ksza z widocznych ran - kikut zamiast lewej nogi, chociaż nieco zasÅ‚aniany drewnianÄ… nogÄ….Â
— Witaj, Aslinnie — przywitała go kobieta. Postać w drzwiach skinęła głową.
— Miło cię widzieć, Kasjopejo. Kimże jest ten młody dżentelmen, który przybył tu z tobą?
Mężczyzna wzdrygnął się, czując na sobie spojrzenie brązowych oczu Aslinna. Nie było to jednak wzdrygnięcie odrazy czy strachu, raczej... swoistego zachwytu, może trochę zaskoczenia. Coś było w nich pięknego, w odróżnieniu od poranionej twarzy.
— Sierżant Caes, ale sądząc po jego talencie, wkrótce jego ranga się podwyższy.
Mężczyzna spłonął rumieńcem, słysząc pochwałę od członkini rodu królewskiego. Aslinn obrzucił go badawczym spojrzeniem, tym razem czujniejszym i bardziej zaciekawionym, niż poprzednio.
— Nazywam się Erelah, proszę pana. Erel.
Aslinn odgarnął ciemne włosy z twarzy.
— Miło poznać. Podejrzewam, Kasjopejo, iż przyprowadziłaś go, by...
Nie pozwoliła mu skończyć.
— Chciałabym, by znał prawdę, tak.
Poraniony mężczyzna pokiwał kilka razy głową.
— Wygląda, jakby był tego wart. Wejdźcie.
WnÄ™trze domku byÅ‚o stosunkowo skromne - przynajmniej w porównaniu z zamkowymi komnatami, do których przyzwyczaiÅ‚ siÄ™ Erelah. Stół z piÄ™cioma miejscami staÅ‚ tuż przy oknie, obok o Å›cianÄ™ opieraÅ‚a siÄ™ kanapa, przed którÄ… widać byÅ‚o małą ladÄ™. Bliżej wejÅ›cia rozciÄ…gaÅ‚ siÄ™ aneks kuchenny - piecyk, dÅ‚ugi blat i lodówka. Naprzeciwko drzwi sterczaÅ‚y czarne schody na wyższe piÄ™tro, zapewne peÅ‚niÄ…ce rolÄ™ sypialni i Å‚azienki.Â
Aslinn usiadł na kanapie. Erelah po części spodziewał się, że położy protezę nogi obok, ale mężczyzna siedział całkiem prosto. Obok rozsiadła się Kasjopeja i zaprosiła sierżanta, by przystawił sobie krzesło.
— Oczywiście jeśli Aslinnowi to nie przeszkodzi — dodała, spoglądając niepewnie na ciemnowłosego.
— Wyglądam na oburzonego tym, że ktoś dotyka moich krzeseł? — burknął mężczyzna. Erelah uśmiechnął się lekko i usiadł naprzeciw kanapy.
— Cóż, nie chcę pana pospieszać, ale...
— Nie jestem żadnym panem, mów mi Aslinn. — Machnął ręką. — Kojarzysz pewnie, kim są protektorzy?
— Ci nieśmiertelni obrońcy mieszkańców każdego kraju z tej legendy? Jasne! — Nie spodziewał się takiego pytania, ale jako dzieciak uwielbiał opowieści o protektorach. Po części to te legendy spowodowały jego decyzję o odejściu do wojska.
— Cieszę się, że wiesz o czym mówię. Pomyliłes się tylko w jednej rzeczy... To nie legenda.
Aslinn przygryzł dolną wargę, czekając na reakcję sierżanta. Jasne oczy Erelaha rozszerzyły się z zaskoczenia.
— Niemożliwe! — wykrztusił. Popatrzył pytająco na Kasjopeję, ale ta tylko pokiwała głową. Czyżby legenda była prawdziwa.
— Całkiem możliwe. — Aslinn najwyraźniej nie umiał się śmiać, więc z jego gardła wydobył się tylko jakiś chrapliwy odgłos. — Właśnie masz jednego z nich przed sobą.
Erelah otworzył lekko usta.
— Protektorem Vitlainu, tak. I nie pan.
— Uznałam, że powinieneś wiedzieć — wtrąciła Kasjopeja. — Jesteś wysoko postawionym żołnierzem. Prędzej czy później doszłoby do waszego spotkania i podejrzewam, że gdyby zostało to odwleknięte na zbyt długi czas, żaden z was nie byłby z tego powodu zadowolony. Może nawet doszłoby do jakiejś tragedii...
— Dokładnie — powiedział szybko Aslinn, patrząc z nieodgadnioną emocją na Erelaha. — Dokładnie, tak. Jeśli chciałbyś kiedyś potrenować albo porozmawiać, wpadnij, Erelahu. Nie mam nic przeciwko gościom.
Kasjopeja uniosła brwi w niedowierzaniu, ale nic nie powiedziała. Erelah skinął głową z wdzięcznością.
— Oczywiście, postaram się... Jeśli grafik pozwoli.
Aslinn uśmiechnął się. Kasjopeja wstała.
— Dobrze, nie wpadliśmy tu na długo, chciałam tylko dopełnić tę formalność. Erelahu, i tak zaraz Casper przetrzepie mi skórę za zabranie najlepszego z jego podwładnych.
— Nie może pani nic zrobić — zauważył młody sierżant. Popatrzył szybko na Aslinna, w którego oczach mignął swego rodzaju żal. Czyżby spowodowany odejściem Erelaha?
Sierżant miał taką nadzieję, bo sam nie mógł powstrzymać smutku, że nie udało mu się lepiej poznać protektora - ale cóż, musiał wrócić do swoich treningów.
— Do widzenia — pożegnał się sierżant, trzymając drzwi Kasjopei. Aslinn odwrócił się w drugą stronę i nie patrzył na gości.
— Do zobaczenia — rzekł cicho. Erelah szybko wyszedł, by ukryć rumieniec, który wpłynął na jego twarz.