Morocco (1930) dir. Josef von Sternberg
Xuebing Du
Monterey Bay Aquarium
h
almost home
macklin celebrini has autism

Janaina Medeiros
dirt enthusiast

Origami Around
we're not kids anymore.


Cosimo Galluzzi
One Nice Bug Per Day

blake kathryn

JVL
Aqua Utopia|海の底で記憶を紡ぐ

JBB: An Artblog!
"I'm Dorothy Gale from Kansas"
NASA
seen from United Kingdom

seen from Singapore
seen from Poland

seen from China
seen from Türkiye
seen from United States

seen from United States

seen from United States

seen from United States
seen from United States

seen from Germany

seen from Malaysia
seen from United States
seen from Italy
seen from Australia
seen from United States
seen from United States

seen from Malaysia

seen from Germany
seen from United States
@chujpleonazm
Morocco (1930) dir. Josef von Sternberg

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
ja pierdole ale mi teraz smutno moj stary mnie obgadywal z matka jak bylam w lazience teraz sie bede bala wychodzuc gdziekolwiek albo nakladac obie sluchawki ze strachu ze znowu mnie bedzie obgadywal oh god oh fuck to jest takie okropne zaraz znowu sie porycze
dzieki tato ze tez mnie nienawidzisz ale wystarczy chyba ze ja siebue sama nienawidze
zapoznanie
Czarne, eleganckie buty wysokiego mężczyzny zagłębialy się nieco w mokrawy grunt, po jakim szedł. Obserwował kobietę tuptającą przed sobą - była niska, ale wydawała się wprawiona w poruszaniu się po takich bagnach.
Jak ktokolwiek mógłby tu mieszkać? — zadał sobie pytanie, widząc niewielki domek, otoczony masywnym, choć drewnianym płotem. Chociaż budyneczek nie znajdował się centralnie na mokradłach - raczej tuż obok nich, niemalże przylegając do lokalnego kościoła.
— Czy to tu? — zapytał, gdy zbliżyli się do domku. Kobieta skinęła głową i otworzyła bramkę. — Wie pani, dalej nie wiem, czemu tu jestem.
— Mówiłam, że musisz poznać kogoś ważnego. — Jej głos brzmiał dość uparcie. Mężczyzna natychmiast stracił ochotę na jakąkolwiek dyskusję, pomimo tego, że niekoniecznie chciał tu być. — Mam nadzieję, że się polubicie.
Wątpię, że polubiłbym się z kimkolwiek mieszkającym w takim miejscu. — Myśl sama uformowała się w jego głowie, podczas gdy drzwi zaskrzypiały i stanęła w nich kolejna postać.
Był to mężczyzna średniego wzrostu, miał może z metr siedemdziesiąt, wyglądający na trochę zbyt chudego jak na taką wysokość. W oczy rzucały się jego blizny - dwie szramy od ostrza miecza, ciągnące się po nosie i sięgające do kącika lewego oka; rozcięcie na szyi, które wyglądało na głębokie, ale nie mogło takie być, prawda?; i w końcu największa z widocznych ran - kikut zamiast lewej nogi, chociaż nieco zasłaniany drewnianą nogą.
— Witaj, Aslinnie — przywitała go kobieta. Postać w drzwiach skinęła głową.
— Miło cię widzieć, Kasjopejo. Kimże jest ten młody dżentelmen, który przybył tu z tobą?
Mężczyzna wzdrygnął się, czując na sobie spojrzenie brązowych oczu Aslinna. Nie było to jednak wzdrygnięcie odrazy czy strachu, raczej... swoistego zachwytu, może trochę zaskoczenia. Coś było w nich pięknego, w odróżnieniu od poranionej twarzy.
— Sierżant Caes, ale sądząc po jego talencie, wkrótce jego ranga się podwyższy.
Mężczyzna spłonął rumieńcem, słysząc pochwałę od członkini rodu królewskiego. Aslinn obrzucił go badawczym spojrzeniem, tym razem czujniejszym i bardziej zaciekawionym, niż poprzednio.
— Nazywam się Erelah, proszę pana. Erel.
Aslinn odgarnął ciemne włosy z twarzy.
— Miło poznać. Podejrzewam, Kasjopejo, iż przyprowadziłaś go, by...
Nie pozwoliła mu skończyć.
— Chciałabym, by znał prawdę, tak.
Poraniony mężczyzna pokiwał kilka razy głową.
— Wygląda, jakby był tego wart. Wejdźcie.
Wnętrze domku było stosunkowo skromne - przynajmniej w porównaniu z zamkowymi komnatami, do których przyzwyczaił się Erelah. Stół z pięcioma miejscami stał tuż przy oknie, obok o ścianę opierała się kanapa, przed którą widać było małą ladę. Bliżej wejścia rozciągał się aneks kuchenny - piecyk, długi blat i lodówka. Naprzeciwko drzwi sterczały czarne schody na wyższe piętro, zapewne pełniące rolę sypialni i łazienki.
Aslinn usiadł na kanapie. Erelah po części spodziewał się, że położy protezę nogi obok, ale mężczyzna siedział całkiem prosto. Obok rozsiadła się Kasjopeja i zaprosiła sierżanta, by przystawił sobie krzesło.
— Oczywiście jeśli Aslinnowi to nie przeszkodzi — dodała, spoglądając niepewnie na ciemnowłosego.
— Wyglądam na oburzonego tym, że ktoś dotyka moich krzeseł? — burknął mężczyzna. Erelah uśmiechnął się lekko i usiadł naprzeciw kanapy.
— Cóż, nie chcę pana pospieszać, ale...
— Nie jestem żadnym panem, mów mi Aslinn. — Machnął ręką. — Kojarzysz pewnie, kim są protektorzy?
— Ci nieśmiertelni obrońcy mieszkańców każdego kraju z tej legendy? Jasne! — Nie spodziewał się takiego pytania, ale jako dzieciak uwielbiał opowieści o protektorach. Po części to te legendy spowodowały jego decyzję o odejściu do wojska.
— Cieszę się, że wiesz o czym mówię. Pomyliłes się tylko w jednej rzeczy... To nie legenda.
Aslinn przygryzł dolną wargę, czekając na reakcję sierżanta. Jasne oczy Erelaha rozszerzyły się z zaskoczenia.
— Niemożliwe! — wykrztusił. Popatrzył pytająco na Kasjopeję, ale ta tylko pokiwała głową. Czyżby legenda była prawdziwa.
— Całkiem możliwe. — Aslinn najwyraźniej nie umiał się śmiać, więc z jego gardła wydobył się tylko jakiś chrapliwy odgłos. — Właśnie masz jednego z nich przed sobą.
Erelah otworzył lekko usta.
— Pan jest...?
— Protektorem Vitlainu, tak. I nie pan.
— Uznałam, że powinieneś wiedzieć — wtrąciła Kasjopeja. — Jesteś wysoko postawionym żołnierzem. Prędzej czy później doszłoby do waszego spotkania i podejrzewam, że gdyby zostało to odwleknięte na zbyt długi czas, żaden z was nie byłby z tego powodu zadowolony. Może nawet doszłoby do jakiejś tragedii...
— Dokładnie — powiedział szybko Aslinn, patrząc z nieodgadnioną emocją na Erelaha. — Dokładnie, tak. Jeśli chciałbyś kiedyś potrenować albo porozmawiać, wpadnij, Erelahu. Nie mam nic przeciwko gościom.
Kasjopeja uniosła brwi w niedowierzaniu, ale nic nie powiedziała. Erelah skinął głową z wdzięcznością.
— Oczywiście, postaram się... Jeśli grafik pozwoli.
Aslinn uśmiechnął się. Kasjopeja wstała.
— Dobrze, nie wpadliśmy tu na długo, chciałam tylko dopełnić tę formalność. Erelahu, i tak zaraz Casper przetrzepie mi skórę za zabranie najlepszego z jego podwładnych.
— Nie może pani nic zrobić — zauważył młody sierżant. Popatrzył szybko na Aslinna, w którego oczach mignął swego rodzaju żal. Czyżby spowodowany odejściem Erelaha?
Sierżant miał taką nadzieję, bo sam nie mógł powstrzymać smutku, że nie udało mu się lepiej poznać protektora - ale cóż, musiał wrócić do swoich treningów.
— Do widzenia — pożegnał się sierżant, trzymając drzwi Kasjopei. Aslinn odwrócił się w drugą stronę i nie patrzył na gości.
— Do zobaczenia — rzekł cicho. Erelah szybko wyszedł, by ukryć rumieniec, który wpłynął na jego twarz.
bede tu postowac
opowiadania
i moze shitpost tez ale glownie opowiadania
Nie bede repostowac bo yo moje gowno tu (chyba ze bardzo bede tego pragnav)