Mówią, że świat należy do odważnych. Do ludzi, którzy się nie boją. Chyba nigdy nie będę go mieć, przeraża mnie nawet cisza. To jest najgorszy rodzaj strachu, szczególnie mając świadomość, że może trwać całą wieczność. I będzie trwać, i trwać, i trwać, aż wyniszczy mnie do końca, pozbawi ostatniego włosa na głowie, resztek nadziei, które w ciągu kilku dni zostały rozszarpane na kawałki i teraz staram się posklejać je w całość, ale to trudniejsze niż oduczyć się płakać. Niż przestać płakać. I pogrążam się jeszcze bardziej używając słowa "miłość" w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie. Piję za dużo, palę za dużo, wegetuję przez większość czasu na podłodze z nadzieja, że może zdąrzę umrzeć zanim telefon zadzwoni, bo w innym razie będę musiala albo wziąć się w garść, albo umrzeć z sercem roztrzaskanym na malusieńkie kawałki, które rozprysną się po pokoju, będą kaleczyć wszystko i wszystkich. (Idź spać, to najlepsze co możesz zrobić w tej sytuacji. I przestań tyle pić, przestań, dziewczyno)