"Incydent" i melancholia
Hiszpania 2008, wiosna / lato
Ciąg dalszy do wpisu: "Krótki związek i ciążą"
Zaczęłam rodzić akurat w dniu, w którym moja mama była w podróży do mnie. To musiało być przeznaczenie, bo nie chciałam rodzić podczas jej obecności... Przyjechała w nocy, kilka godzin po rozwiązaniu. Latynos cieszył się z córeczki. Był ze mną podczas porodu i to akurat było dobre, bo chciałam, aby podczas tego wyjatkowego wydarzenia był ze mna mój partner, obojętnie kto by to nie był. Umiał odnaleźć się w sytuacji i pomagał mi przy dziecku podczas połogu. Ale już niedługo później jego zachowanie zaczęło się zmieniać.
Moja mama, mieszkająca na czas pobytu w Hiszpanii u mojej ówczesnej przyjaciółki (gdyż nie udało nam się znaleźć na czas mieszkania) przychodziła do nas codziennie i chodziłyśmy razem z niemowlęciem na długie spacery, zwiedzając okolicę. W dalsze rejony jeździłyśmy metrem, poznając miasto i rozkoszując się wiosennym słońcem i ciepłem. Latynos prawie nigdy i nigdzie z nami nie chodził. Jeśli nie pracował, to siedział w domu i oglądał filmy na dvd, albo odwiedzał znajomków ze swojego kraju. Dla mojej mamy to było dziwne. Nie dość, że miał samochód i mógł pojechać gdziekolwiek by zechciał, to wolał siedzieć w brzydkim mieszkaniu ze współlokatorami, z którymi ja nie chciałam mieć nic wspólnego. Tam nie było nawet salonu, bo wynajmująca to mieszkanie dziewczyna podnajęła pół salonu głupiemu bratu mojego Latynosa! Całą okolicę poznawałam więc z mamą, która z racji swojego znaku zodiaku kochała podróże, ruch i przygodę. Robiłyśmy zdjęcia, przemierzałyśmy parki, brodziłśmy w morzu, jadałyśmy na mieście, do domu wracałyśmy pod wieczór, albo gdy się ściemniło. To dzięki wycieczkom z moją mamą poznałam główne miasto i okolicę, w której mieszkałam, bo Latynos już wcześniej był oporny na wychodzenie z domu. Jedynie kilka razy udało nam się namówić go na dalsze wycieczki samochodem do pobliskich miasteczek, gdzie nie docierało metro. Raz pojechaliśmy w góry, jeśli można to nazwać górami. To były skąpo zalesione wzgórza z asfaltową drogą prowadzącą prawie na sam szczyt, gdzie rozpościerał się widok na morze, port i pobliskie miasta.
Latynos wykazywał całkowity brak chęci do wychodzenia z domu ze mną, za to często wychodził z ziomkami ze swojego kraju, niby to grać w siatkówkę na prowizorycznym, zrobionym na dziko boisku, ale tak naprawdę głównym ich zajęciem było picie piwa. Nic by nie było w tym złego, gdyby nie fakt, że mój Latynos bardzo szybko się upijał. Wracał do domu podchmielony i szedł spać, albo bredził jakieś niezrozumiałe rzeczy. Kiedyś płakał, mówiąc coś o swojej mamie, że dawno z nią nie rozmawiał, że nie ma jak zadzwonić, bo tam jest tylko telefon stacjonarny i ona musi chodzić na pobliską plebanię, aby odebrać połączenie. Czasami wracał do domu późnym wieczorem, lub w nocy, wtedy moja mama zostawała ze mną i wnuczką, aż wróci albo ja sama szłam na tamto boisko go szukać... Potrafił obrazić się o byle co i wyjść z domu, chociaż w tamtym czasie rzadko się to jeszcze zdarzało. Ale jednak...
Kiedy moja mama wróciła do Polski (musiała, bo wkrótce czekała ją kolejna zagraniczna wyprawa do swojej siostry - mojej cioci, która z racji operacji oczu potrzebowała opieki i pomocy), próbowałam kontynuować te spacery i wycieczki metrem, ale samej - to już nie było to samo... Poza tym zaczęło się lato i było nieznośnie gorąco! Upały były nie do wytrzymania. Czasami wychodziłam jedynie na skąpo zadrzewiony plac, który Hiszpanie nazywali "parkiem". Kiedy Latynos wychodził do "swoich" (ja nie chciałam z nim tam chodzić, bo on tylko siedział w samochodzie, albo pił piwo z kolegami, a ja się nudziłam) lubiłam być w domu sama - bez tych męczących współlokatorów. Szczęście, że oni, podobnie jak mój Latynos, jeździli na podobne boiska do siatkówki i tam przebywali przez większość dnia. Włączałam wtedy antyczny, ale wciąż działający telewizor w salonie i oglądałam stary serial latynoamerykański, który znałam jeszcze z czasów młodości. Była to opowieść o trzech siostrach, które kochały trzech braci i miały wredną, bardzo despotyczną i wymagającą matkę. Tekst czołówki tego serialu napisałam kilka lat później pod zdjęciem mojego Rudzielca, które wstawiłam na FB, a Latynos - wtedy już mój eks, zażarcie je komentował, krytykując Jego wygląd. Chyba sam siebie w lustrze nie widział!
Te wady i nieodpowiednie zachowania Latynosa powinny były mi już wtedy dać do myślenia, ale to wszystko było za świeże, a podświadomość jeszcze się nie obudziła. W tamtym czasie ja sama chodziłam jak we śnie. Najgorsze było jednak odkrycie, że on - Latynos jest "szczurem" i tchórzem!
Był sierpień, może początek września. W tym czasie dopadła mnie nostalgia i tęsknota za krajem. Czułam w sobie jakąś dziwną pustkę, w Hiszpanii czułam się jak w klatce, brakowało mi przestrzeni, dzikich miejsc, do których mało kto uczęszcza, swojskiej przyrody, rodzimych drzew: brzózek, topoli, a Pewna piosenka - "Chico Latino" powodowała melancholię. Nie wiem dlaczego akurat TA piosenka? Czy słyszałam ją jeszcze w Polsce, przed wyjazdem? Być może słowa tej piosenki dawały mi do myślenia?
I've got a secret, I cannot keep it It's just a whisper of a distant memory Just a dream or so it seems Take me back to the place I'd rather be Take me back to my sweet la vida Find my love my dolce vita Show me where I need to go (...) Stolen moments time has broken My eyes are open to this life-long mystery And so I'll go with what I know Take my chances, and run with destiny Now there's fire in my eyes I’ll break away and say goodbye I'm free to be I'm letting go I'll find my way so Take me back to my sweet la vida Find my love my dolce vita Show me where I need to go (...)
Melodia za to kojarzyła mi się z długimi, łagodnymi, letnimi wieczorami w Polsce, zachodem słońca nad polami, wcale nie z żadnym "chico latino", a już na pewno nie z moim Latynosem!
Pewnego dnia odwiedził nas znajomy współlokatorki z Wenezueli. Oglądając wiadomości rozmawiali o wenezuelskim prezydencie (wtedy był to ten zarozumiały Hugo Chavez, o którym było w Hiszpanii głośno, z racji pewnego incydentu). Słuchając jego wypowiedzi i przemówień do ludu, zwracającego się do nich per "compañeros" (znaczy "towarzysze") od razu skojarzyłam to z komunizmem. Postanowiłam wyrazić swoją opinię, mówiąc, że brzmi jak komunista, widziałam też więcej podobieństw. Znajomy od razu zaczął zaprzeczać, że przecież w ich kraju komunizmu nie ma. Ja nie przyjęłam tego jako pewnika. Słyszałam, co Chavez mówił i widziałam, jak się zachowywał. Nie zgadzałam się, że tam "nie ma komunizmu". Może nie formalnie, ale mentalność komunistyczna była wszechobecna. I propaganda. Po jakimś czasie czasie zapomniałam już o tej rozmowie i poszłam po coś do kuchni. Latynos po chwili przyszedł tam za mną i zupełnie niepodziewanie, znienacka i bez słowa uderzył mnie w ramię. Pięścią! Byłam zupełnie zaskoczona! Nie wiedziałam o co mu chodzi. Po tym powiedział, że zrobiłam mu wstyd przed znajomym, mówiąc o komuniźmie w Wenezueli. Byłam w szoku! Przecież to nie powód, żeby tak się zachowywać, a zwłaszcza, że było to długo po fakcie! I nie było to nic ważnego, zwykła wymiana poglądów. Poza tym tylko tchórze tak się zachowują! Nie potrafią zrobić niczego wprost, tylko za plecami, z ukrycia, kąsać jak pospolity szczur! Miałam w tym miejscu dużego siniaka i kiedy moja mama ponownie przyjechała do nas, do Hiszpanii, musiałam kłamać, że się uderzyłam. To był incydent, później zdarzył się ponownie chyba tylko jeden raz (o jeden za dużo!), ale odbił się na mojej psychice dość mocno, bo dotąd żaden facet nie zachował się w ten sposób w stosunku do mnie. Każdy z poprzednich "byłych" szanował mnie i nie było mowy o fizycznej przemocy. Poza tym, u mnie w domu z babci, prababci rządziły i decydowały kobiety i taki obraz świata miałam.
Być może tamta dziwna melancholia i tęsknota za krajem był to już początek mojej wewnętrznej przemiany, z której świadomie nie zdawałam sobie jeszcze sprawy. Przemiany, która, następowała powoli, ale systematycznie, której dopomogły sny, wspomnienia i uczucia, aż do świadomego przebudzenia się mojej prawdziwej JA, którą byłam kiedyś i którą pragnęłam ponownie przywrócić do życia!
















