SIMY NA STAŻU OFF: PREMIERY/PREZENTACJE 2015 02.12.2015 g.19:00 Teatr Ósmego Dnia w Poznaniu
02.12.2015r. o g.19:00 w Teatrze Ósmego Dnia w Poznaniu odbędzie się premiera spektaklu „Simy na stażu”, dotyczącego wykorzystywania stażystów na bezpłatnych stażach. Spektakl jest pokazem konkursu OFF: PREMIER/PREZENTACJI 2015 Teatru Ósmego Dnia. Tegorocznym idiomem było pytanie: „Gdzie jesteście dzieci wolności? Jaka jest kondycja i tożsamość pokolenia urodzonego po '89 roku?”. Autorką tekstu jest Patrycja Sawicka. W rolach simów zobaczyć będzie można trzech zdolnych aktorów: Ewelinę Gnysińską, Krzysztofa Brzazgonia i Marcina Zarzecznego.
„Simy na stażu” to opowieść o pokoleniu Y, pracującym na bezpłatnych stażach. Główni bohaterowie dzielą się z widzami swoimi doświadczeniami z kolejno odbywanych staży. Inspiracją do napisania spektaklu były autentyczne wydarzenia studentów, jak i niezwykle popularna, symulacyjna gra The Sims. Sytuacja, w jakiej znajdują się stażyści, jest łudząco podobna do zasad w grze: postacie regularnie otrzymują kolejne polecenia – gra nie ma końca.
Spektakl „Simy na stażu” są spektaklem społecznie zaangażowanym. To sprzeciw wobec nieuczciwości pracodawców – manifest o szacunek dla kształcącego się człowieka. Organizatorzy bezpłatnych praktyk i staży, kusząc obietnicami pracy marzeń, świadomie wykorzystują zaangażowanie młodych ludzi. To właśnie oni, w znacznej mierze są odpowiedzialni za narastającą frustrację, poczucie niższości wobec innych i brak perspektyw pokolenia urodzonego po '89 roku.
„Simy...” są obrazem smutnej rzeczywistości i konsekwencji przyzwolenia na wyzysk. W spektaklu zagrają: Ewelina Gnysińska (aktorka współpracująca z Bałtyckim Teatrem Dramatycznym
w Koszalinie), Krzysztof Brzazgoń (aktor współpracujący z Teatrem Dramatycznym w Warszawie) oraz Marcin Zarzeczny (aktor Teatru Polskiego w Szczecinie, współpracujący z teatrami: Komedią, Capitol i Dramatycznym w Warszawie). Aktorzy, tak jak simy, dostali wolną wolę – są
w pełni odpowiedzialni za kreowane przez siebie postaci. Autorką tekstu jest Patrycja Sawicka
– animatorka społeczno-kulturalna i pedagog mediów, dla której „Simy na stażu” są debiutem.
Patroni „Simów na stażu”: Nasze Miasto Poznań, Nasz Głos Poznański, Fundacja Wspieramy Wielkich Jutra, Odpowiedzialny Biznes, Katedra Krytyki – portal kultury, Nie Parzę Kawy, Student News, Świat Kultury Poznań, Staż Wysokiej Jakości (PSZK), Student.pl, Wielkopolska Kultura
u Podstaw, Pracownia Duży Pokój, Portal Dla Studenta.
Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
✓ Live Streaming✓ Interactive Chat✓ Private Shows✓ HD Quality✓ Free Actions
Free to watch • No registration required • HD streaming
Wszystko, co jest fascynujące w Konradzie Górze poecie, jest już w Konradzie Górze osobie. Można by więc zapytać: po co w ogóle Góra miałby pisać? Wystarczyłoby przecież, żeby Góra był i spotykał się z ludźmi. I opowiadał te swoje niestworzone historie z morałem albo i bez – urzekające historie o składzie butelek, zbieraniu puszek, korzenioplastyce i fermentacji krwi.
Ale gdyby nie było Góry poety, szybko i pochopnie ktoś rzuciłby: Góra – wariat, Góra – skłoters, Góra – dziwak. Tymczasem przysłuchiwanie się Górze bywa bardziej zbawienne od przysłuchiwania się Zaratustrze.
Jeśli więc ktoś zadałby mi pytanie: „Po co dziś jeszcze potrzebni są poeci?”, odpowiedziałbym, że żaden zupełnie normalny człowiek nie jest w stanie wybawić nas od postępującej standaryzacji myślenia. I nic tu nie pomoże coaching i kreatywność. Przeciętność zapluwa media społecznościowe jeszcze skuteczniej i bardziej efektywnie niż mass media. Brak tolerancji wobec inności przekłada się coraz mocniej na lajki. Organizujemy się, tak, organizujemy się coraz doskonalej, ale organizujemy się bezbarwnie i standardowo.
I może dlatego tak chętnie oglądamy filmiki o rzeczach niespotykanych (konie na drzewach, kocio-psie przyjaźnie, wypadki bez ofiar i dyrygujące dzieci), że w naszym życiu brak jakiegokolwiek lichtung albo wręcz wyłomu, wyrwy. Brak nam po prostu nadziei na zdrową dla umysłu pozaracjonalną Inność.
Gdy publiczność, bardziej lub mniej przypadkowa, przysłuchuje się opowieściom Góry, salwy śmiechu pełne niedowierzania wybuchają co kilka zdań. Dopiero po dłuższej chwili wraca się do kontekstu: luźnej rozmowy w barze, wywiadu albo polemiki o kondycji współczesnej poezji. Góra na co dzień posługuje się przypowieściami i gatunek ten konsekwentnie rozwija na swój własny użytek. Nigdy nie zapomnę, jak podczas pewnego festiwalu literackiego wyćwiczeni w teoretyzowaniu polemiści nie byli sobie w stanie poradzić, gdy przy pomocy alegorii zbieracza butelek tłumaczył swój pogląd na postmodernizm. Umysłom wyćwiczonym w konstruowaniu wypowiedzi z zestawów skomplikowanych pojęć bardzo, bardzo trudno było przestawić się na logikę jego opowieści.
A jednak wszyscy przecież czujemy, że Konrad Góra poetą wybitnym jest. I że wypowiada się sensownie i błyskotliwie. Trafia w punkt nawet tam, gdzie my sami nie byliśmy w stanie precyzyjnie zarysować problemu. W swoich wierszach stawia na nieraz chropowatą niesamowitość. I tak jak niezwykłe bywają jego anegdoty, tak też niezwykłe są jego wiersze. Pewnie nawiguje po meandrach języka, sprawiając, że codzienność staje się odmiennością.
By doprecyzować, o jaki rodzaj zabiegów tutaj chodzi, można by sięgnąć do Norwida:
„I stąd największym prosty lud poetą,
Co nuci z dłońmi ziemią brązowemi,
A wieszcz periodem pieśni i profetą,
Odlatującym z pieśniami od ziemi”.
Cyprian Kamil Norwid, Promethidion. Bogumił
Proste prace, nędza, skisłe mleko, chleb, niski język - to są wyjściowe składniki poetyki Góry. I dlatego wierzę mu, wierzę bezwarunkowo, gdy czytam:
„Ręki, co na usta opada z kosmosu:
polskiego poety potrzeba od zaraz”.
Konrad Góra, Poeta
Nie wiem, skąd wzięła się ta kosmiczna ręka, nie wiem, do kogo należy, nie wiem, jak ten przebłysk doskonałości zjawił się w naszym świecie i jak długo w nim pozostanie, nie wiem też, co stanie się z tak dotkniętymi ustami, ale wierzę, że sprawa jest paląca, że nam wszystkim po prostu i zwyczajnie potrzeba poetek i poetów. I że potrzeba ich już. Teraz. Od zaraz.
Wiersz, któremu poświęcony jest niniejszy felieton, przeczytacie tutaj (mieliśmy umieścić go na Katedrze Krytyki, ale na niniejszej stronie prezentuje się pięknie): http://fundacja-karpowicz.org/konrad-gora-poeta/
POLECAMY: „To jest skandal” Strategie skandalu w kulturze współczesnej
W jaki sposób skandal wpływa na przestrzeń społeczną? Jakie strategie skandalu i w jakim celu wykorzystywane są we współczesnej sztuce? Jakie kryteria decydują o tym, że dane zdarzenie określamy mianem skandalu? Kto te kryteria ustanawia? Jak można scharakteryzować współczesnego(ą) skandalistę(kę)? Jakie rodzaje antropotechnik zostają użyte, żeby wywołać skandal? A może jest to jednak działanie zupełnie pozbawione celu i powstaje spontanicznie, w interakcji?
W imieniu Koła Literatury Przełomu i Wydział Polonistyki UJ serdecznie zapraszamy pracowników naukowych, doktorantów, studentów oraz wszystkich zainteresowanych tematem skandalu do udziału w Ogólnopolskiej Interdyscyplinarnej Konferencji Naukowej „To jest skandal!” Strategie skandalu w kulturze współczesnej, która odbędzie się w dniach 21-23 listopada 2015 r. na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Wspólnie z badaczami różnych dyscyplin wiedzy organizatorzy chcą zastanowić się w jaki sposób można definiować pojęcie skandalu i jakie ma ono znaczenie w kulturze zarówno jako kategoria teoretyczna, służąca do porządkowania różnych kulturowych zjawisk, jak i kategoria praktycznej oceny zdarzeń, z którymi mamy do czynienia w codziennym życiu (np. w mediach). Konferencja ma charakter interdyscyplinarny i zaprojektowana została jako laboratorium skandalu, czyli próba szczegółowej analizy strategii, za pomocą których dane zjawisko zostaje przedstawione właśnie jako skandal.
W jaki sposób skandal wpływa na przestrzeń społeczną? Jakie strategie skandalu i w jakim celu wykorzystywane są we współczesnej sztuce? Jakie kryteria decydują o tym, że dane zdarzenie określamy mianem skandalu? Kto te kryteria ustanawia? Jak można scharakteryzować współczesnego(ą) skandalistę(kę)? Jakie rodzaje antropotechnik zostają użyte, żeby wywołać skandal? A może jest to jednak działanie zupełnie pozbawione celu i powstaje spontanicznie, w interakcji? Na te i inne pytania wspólnie poszukają odpowiedzi uczestnicy konferencji.
Organizatorzy zachęcają do przedstawiania własnych pomysłów, których wspólnym mianownikiem będzie kategoria skandalu.
Proponowane zagadnienia badawcze:
skandal jako performance – strategie reżyserowania skandalu,
performatywność skandalu,
skandal a kultura niezależna – potencjał krytyczny i transgresyjny skandalu,
rola afektów w społecznym odbiorze działań uznanych za „skandaliczne”,
„skandale słowne” – rola obelg i przezwisk w życiu społecznym,
sylwetki i sposoby działania współczesnych skandalistów(ek),
rola mediów (także mediów społecznościowych) w recepcji skandalu,
skandal a sankcje prawne, społeczne i moralne,
skandal jako strategia promocyjna (rynek książki, sztuka, film, PR),
skandal jako strategia autoprezentacji/autoobnażania,
od skandalu do obsceniczności – granice dobrego smaku,
ujęcie filozoficzne skandalu – skandal jako przeszkoda w rozumieniu (gr. Σκάνδαλον – przeszkoda, pułapka),
skandal w kontekście pojęcia normalności, anormalności i perwersji,
rola skandalu w rewizji tabu kulturowego,
skandal i plotka – językowe „(re)transmisje” zdarzenia,
pojęcie przyzwoitości i tego, co nieprzyzwoite (skandaliczne) – ujęcie synchroniczne i diachroniczne.
Czas wystąpienia nie powinien przekroczyć 20 minut.
Zgłoszenia przyjmowane będą do 25 października. Natomiast o przyjęciu abstraktów organizatorzy poinformują 30 października.
Organizatorzy zastrzegają sobie prawo do wyboru referatów spośród przesłanych propozycji.
Trudna książka na trudne czasy. Nowa powieść Houellebecqa z islamem w tle
Dezydery Barłowski
„Uległość” Michela Houellebecqa to niewątpliwie, i niechybnie, najgorętsza literacka pozycja tego roku – bo tematyka islamu w Europie dość kontrowersyjna, autor od lat uznawany jest za enfant terrible światka galickiej kultury, a ponadto książka ukazała się we Francji dokładnie w dniu ataku terrorystycznego na redakcję „Charlie Hebdo”. Natomiast polska premiera (wrzesień 2015) ma miejsce podczas żenującej „debaty” o muzułmańskich imigrantach. Zatem czy ktoś wymyśliłby lepszą strategię promocyjną? Chyba nie, choć zdecydowanie nie o taki obrót rzeczy chodziło Houellebecqowi i też nie o to chodzi w tej książce…
Czytając kolejne dzieła Houellebecqa, wywiady z nim oraz oglądając produkcję filmową, w której zagrał główną rolę, można z jednej strony odnieść wrażenie, że jest on zrzędliwym, starym, obrzydliwym onanistą, który prócz zgłębiania tajników literatury i polityki, zajmuje się wyłącznie krytykowaniem współczesnego świata; natomiast z drugiej strony można odebrać go jako niezależnego myśliciela, który z troski o losy naszego świata w kontrowersyjny i skuteczny sposób ukazuje wady oraz absurdy kultury Zachodu. I właśnie za tą „artystyczną kreację” zawsze go ceniłem. Gdyż wzbudzał skrajnie negatywne emocje zarówno u przedstawicieli lewicy, jak i prawicy. Naprawdę każdy znajdzie w nim takie elementy, za które będzie mógł go z czystym sumieniem nienawidzić. Jeśli się dobrze „pogrzebie” i stosownie „uogólni”, to Houellebecqa da się przyodziać w szanty mizogina, rasisty, islamofoba, lecz również liberała, pornografa czy nawet żarliwego apologety! Do wyboru, do koloru. I w przypadku „Uległości” jest dokładnie tak samo!
Osoba z prawej strony może poczuć się urażona: przedstawieniem muzułmanów nie jako skąpanych w chrześcijańskiej krwi szalonych morderców, lecz jako wytrawnych polityków oraz obrazem katolików i nacjonalistów – niemrawych, miękkich faji, którzy poprzez swoją hipokryzję, słaby PR i uległość przegrywają walkę o Francję, Europę, a w przyszłości również świat. Natomiast osobę z lewej może zaboleć przedstawienie nowoczesnej, socjalistycznej, lewicowej Europy, bez godności oddającej się w ręce konserwatywnych, „nacjonalistycznych”, religijnych muzułmanów. Lecz może po kolei…
Głównym bohaterem „Uległości” jest François – około 50 lat, samotnik, wykładowca literatury na paryskim uniwersytecie, autor genialnego doktoratu, którego „życiową pasją” oraz obiektem akademickich zainteresowań jest Joris-Karl Huysmans – francuski pisarz, dekadent, skandalista, który na starość nawrócił się na katolicyzm. Nawet w pierwotnej wersji książki, jak podkreśla sam Houellebecq, François miał ostatecznie podzielić neofickie losy czołowego literata fin de siècle’u, jednak książka „napisała się” inaczej. Prócz rzadkich spotkań ze znajomymi protagonista urozmaica sobie życie towarzyskie „okresowymi” związkami ze studentkami, które zaczynają się na początku roku akademickiego, a kończą – nie z jego winy – po sesji letniej (jeśli tak to się nazywa we Francji). Natomiast wakacyjna luka między kolejnymi partnerkami łatana jest przez upojne wieczory z dziwkami, które bohater wybiera na portalu typu „roksa.pl” (patrz: Google). Zresztą erotyzm (lub pornografia – jak kto woli) w wykonaniu Houellebecqa wygląda naprawdę paskudnie. Jest to subiektywna opinia, ale uważam, że przerywanie prowadzonej „uczuciowo” dość neutralnym językiem akcji opisami sami scen erotycznych typu: „zaczęła od długiego, pełnego czułości wylizywania kakaowego oczka (…)” (nie mam pojęcia, jak to brzmi w oryginale, ale z pewnością równie odrażająco co tutaj, zważywszy na charcząco-gulgoczące brzmienie języka francuskiego, którego masochiści i fetyszyści zwą „językiem miłości” – oczywiście „żart”), nie jest najprzyjemniejszą rzeczą, która może przytrafić się czytelnikowi podczas lektury. Zresztą, „Uległości” w porównaniu np. do „Platformy” (w której Houellebecq opisuje przybierające patologiczny charakter praktyki seks-turystyczne zmitologizowanego przez francuzów pokolenia 68’) jest książką dość „wstrzemięźliwą” jeśli chodzi o „kwestie kopulacyjne”. Na pierwszy plan wysuwa się bowiem literatura i polityka. Literatura, bo sam François się nią – jako wykładowca akademicki – zajmuje i pała, więc musimy wysłuchiwać tysięcy dygresji na temat książek, o których nie wiemy zazwyczaj nic (zdecydowana większość dzieł Huysmansa nie została przełożona na język polski). Ponadto narrator – którym jest sam François – odnosi się do literatury z taką… lekką nutką snobizmu, przez to czytelnik może poczuć się wręcz niebotycznie wkurzony. A przecież literaturoznawcy – wiem to, bo sam jestem literaturoznawcą(!) – są otwartymi, spontanicznymi, ciekawie i subtelnie piszącymi ludźmi, mającymi olbrzymi dystans do przedmiotu swojej pasji (choć akurat mogę się tu mylić – co jest nawet bardzo prawdopodobne). Niemniej bohater nie jest typem człowieka, z którym chcielibyśmy pójść w piątek na browar i zawrzeć bliską znajomość. Jest to taka postać, rzec by można, Houellebecqowska, pełna powszechnie nietolerowanych wad, aspołeczna, znudzona życiem, nieprzystająca do „fajnego” współczesnego stylu i ogólnie passé. Także jego literackie zamiłowania stawiają go w mentalnej okolicy dekadentyzmu. Prócz tego nie ma się co dziwić, że charakterystyka głównego bohatera wygląda właśnie tak, a nie inaczej, ponieważ obraz Europy – a szczególnie „Europy” jako konstrukcji ideowej – również przedstawia się w iście dekadenckim stylu.
Osią wydarzeń są wybory na prezydenta Francji w 2022 roku. Pierwsza tura przynosi zwycięstwo kandydatki nacjonalistów, a socjaliści minimalnie przegrywają z Bractwem Muzułmańskim. Ostatecznie w drugiej turze wygrywa wyznawca islamu, co zmienia zupełnie porządek polityczny i „obyczajowy” w kraju. Jednak nie ma żadnych zamachów terrorystycznych, oszustw wyborczych, wszystko odbywa się zgodnie z prawem. We Francji wprowadzony zostaje szariat w wersji light, Sorbonę wykupują Saudyjczycy i staje się uniwersytetem muzułmańskim, do Unii Europejskiej wchodzą arabskie kraje z północnej Afryki, a świat idzie w kierunku całkowitej islamizacji. Co na to „Europa”?
Nie ma jej. Kryzys wartości, na których została wybudowana, przynosi jej ostateczną klęskę. Katolicy praktycznie wyginęli, liberalizm skutecznie usypia poczucie własnej wartości, a ludzie zamiast interesować się wspólnotą, wolą dbać o własne cztery litery. W takiej sytuacji, paradoksalnie, islam staje się bardziej „europejski” niż Europa z 2022 roku. Religia Mahometa chroni instytucje rodziny, skupia się na dobru wspólnoty, wprowadza zapomnianą religijność i duchowość, daje nadzieję na odwrót od postępującej degradacji obyczajowej i całkowitego zepsucia. Czy to ma jakikolwiek sens? Aż tak bardzo ma, że naprawdę można się przerazić. Prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji w Europie da się wykazać choćby tym, że trwałe wartości zawsze będą wypierać słabe, a dzisiejsza, postmodernistyczna europejska rzeczywistość właśnie na tych drugich stoi. Natomiast islam to porządek zbudowany na mocnych fundamentach. Jednak czy do faktycznej islamizacji Europy może dojść i to już w 2022 roku?
Michel Houellebecq twierdzi, że wygrana muzułmańskiej partii za 7 lat to czysta fikcja. Zresztą sam, widząc brytyjskich Pakistańczyków lub austriackich Turków praktykujących toaletowo-dyskotekowe one night standy lub walących ostro gorzałę – bo w dalekiej Europie (lub po zmroku) Allah nie widzi – jestem gotów przekreślić realne wprowadzenie szariatu na Starym Kontynencie nawet i za sto lat. Zresztą w tej książce nie chodzi o refleksję na temat prawa islamu, przyszłej dominacji muzułmanów w Europie, rosnącej populacji wyznawców Allaha, czy samej religii Bliskiego Wschodu. Houellebecq ubierając swoje wątpliwości w historię o islamizacji Starego Kontynentu, pyta swojego czytelnika, co tak naprawdę zostało nam z europejskiego dziedzictwa? Czy już niedługo bardziej europejscy będą od nas Arabowie? Czy jesteśmy depozytariuszami jakichkolwiek wartości i czy mamy jeszcze coś, co nazywane jest niezależnością umysłową?
źródło: theguardian.com
Podczas lektury można zwrócić uwagę na cechę dzisiejszych czasów, która w „Uległości” osiąga apogeum. Europejski świat dzieli się na dwa nienawidzące się obozy – prawicę i lewicę. Choć tak naprawdę obydwa w jakimś stopniu hołdują starym wartościom, to nie potrafią się dogadać, bo kierują się przede wszystkim wzajemną nienawiścią. Na tym konflikcie zyskują muzułmanie, którzy przejmują kontrolę nad Francją pogrążoną w politycznej wojnie, w której ściera się naiwność i hipokryzja. Większości społeczeństwa obce jest niezależne, analityczne myślenie, bo nauczyli się już bezkrytycznie postępować wedle przyjętej przez nich struktury ideologicznej z prawej lub lewej strony; ewentualnie mają wszystko gdzieś. Więc na taki „jałowy grunt” intelektualny z łatwością wkraczają muzułmanie.
Przed takim, z pozoru wielkim, konfliktem wartości staje główny bohater. Uniwersytet, na którym pracował, zostaje instytucją religijną, gdzie rządzą prawa wystosowane przez wyznawców Allaha. By nadal tam pracować, François musi przejść na islam. Od momentu wykupienia uniwersytetu przez Saudyjczyków, studentki muszą chodzić w strojach zakrywających całe ciało, a ze stanowisk na uczelni zostały – bez możliwości powrotu – wyrzucone wszystkie kobiety. Sam bohater nigdy nie pałał miłością do islamu, choć był wychowany w tradycji katolickiej i zdarzało mu się nieraz zaglądać na katolickie nabożeństwa, to nie był zbytnio religijnym człowiekiem, cenił sobie liberalizm obyczajowy i wolność poglądów, a gdyby nie wybrał islamu, to mógłby spokojnie przejść na dobrze płatną emeryturę – wszystko to musiał skonfrontować z chęcią pracy na uczelni, zmianą religii oraz afirmacją muzułmańskich obyczajów. Jak wybrał?
Po odpowiedź na to pytanie zapraszam do lektury „Uległości”, która zdecydowanie nie jest arcydziełem, ale pozostawia nam dość ciekawe pytania, i to pytania istotne, pytania o nas samych.
Niektórzy czasem wpadają na pomysł wybrania się do teatru. W takim przypadku zapewne sprawdzają repertuary i recenzje granych sztuk. Czego tam szukają? Krótkiej odpowiedzi – iść czy nie iść, porażka czy perełka. Dlatego daruję sobie głębokie studium krytyczne okraszone intelektualnymi wywodami i w kilku zwięzłych słowach odpowiem wam, do której kategorii zaliczam „Noc żywych Żydów” według Marka Kality.
Porażka, bo…
Wrodzona przekora nakazuje mi zacząć od minusów. Pierwszym, najbardziej rzucającym się w oczy, jest dobór aktorów i ich umiejętności sceniczne. Dwie główne damskie postacie odgrywają aktorki (Agnieszka Roszkowska i Katarzyna Herman), które są tak łudząco do siebie podobne (ten sam wzrost, fryzura a la Miley Cyrus, te same gabaryty), że w początkowych minutach spektaklu, zanim obie znajdą się w tym samym czasie na scenie, widz odnosi wrażenie, że tak naprawdę ogląda tę samą kobietę. Można by dyskutować, czy to był zamierzony zabieg, ale biorąc pod uwagę książkowy pierwowzór, w którym jedna z kobiet jest uzależnioną od Internetu anorektyczką, a druga pulchną, nieco frywolną seksualnie imprezowiczką, raczej stawiałabym na faux pas ze strony reżysera. Ale nie będę aż tak czepliwa. Bo, gdy już zarejestrujemy, że mamy do czynienia z dwoma zupełnie odmiennymi charakterami, ich podobieństwo nie wpływa rażąco na odbiór spektaklu. Za to gra co niektórych aktorów owszem.
Złota Malina bez wątpienia powędrowałaby do Henryka Niebudka, który wcielił się (a w zasadzie to właśnie niezbyt) w rolę Kapitana – zombie Żyda, który wraz ze swoją córką wychodzi z piwnicy głównych bohaterów. Ta postać została odegrana tak drętwo, że nawet żarty z długą brodą o Rasiaku tego nie oddadzą. Widywałam lepszą grę aktorską w zamierzchłych czasach na szklonych przedstawieniach. Za każdym razem, gdy Kapitan pojawiał się na scenie, przypominał mi się film „The Room” i legendarny Tommy Wiseau. Zresztą, gra aktorska w „Nocy żywych Żydów” w całokształcie pozostawiała wiele do życzenia. No, może z małymi wyjątkami, o których wspomnę za chwilę.
źródło fot.: teatrdramatyczny.pl
Wiem, że niektórzy mają alergię na interpretacje, które odchodzą nieco od pierwowzoru. Mi nie przeszkadza wtłaczanie własnych wizji artystycznych we wcześniej przygotowaną przez kogoś innego formę. Jednak nadrzędna zasada jest prosta – wszystko musi mieć swój cel i sens. Nie mogę powiedzieć, że interpretacja Kality mocno odbiega od treści książki, jednak strasznie spłyca to, co Ostachowicz przekazuje swojemu czytelnikowi. Największym rozczarowaniem dla widza po lekturze jest scena, w której główny bohater za sprawą szatańskich mocy zostaje przeniesiony do Auschwitz. W tekście „Nocy żywych Żydów” odbiorcy został zaserwowany wstrząsający obraz brutalnych gwałtów, tortur i kompletnego zezwierzęcenia, po przeczytaniu którego osoby o wysokiej wrażliwości mogą mieć małe kłopoty z zaśnięciem w nocy. Co widzimy na scenie? Atak serca głównego bohatera, Chirico (Anna Gorajska) tańczącą z nagim biustem przed neonazistami, skazańców, którzy śpiewają dla Niemców i zostają zastrzeleni, ale za chwilę wstają i okazuje się, że to były tylko takie żarty. I w zasadzie to właśnie tyle pozostało z wizji piekła, refleksji na temat granic ludzkiego okrucieństwa, post pamięci i tematu Holokaustu we współczesnym dyskursie antropologicznym i socjologicznym.
Powracając do sensu i celu niektórych scen, zatrzymajmy się na chwilę przy wspomnianej Chirico. Internetowa przyjaciółka głównej bohaterki w teatralnej interpretacji ma kilka solowych występów wokalnych. Raz śpiewa na scenie, raz na balkonie, wygina się, piszczy, szepcze. Aktorka głos ma dobry, to prawda. Ale jej piosenki są o niczym i nie wnoszą kompletnie nic do dzieła. Wygląda to trochę tak, jakby Kalita przyszedł do Gorajskiej i powiedział: „Słuchaj, dobrze śpiewasz, to może wrzucimy ci kilka kawałków, dobra?”. Werdykt w kwestii piosenek Chirico – sensu i celu nie odnaleziono.
źródło fot.: teatrdramatyczny.pl
Ciekawym wątkiem w „Nocy żywych Żydów” zarówno na scenie, jak i na papierze, jest historia Doktora Oj Boli. Niezbyt przyjazny, jak sam przydomek wskazuje, zombie lekarz pojawia się znikąd i początkowo jest bardzo tajemniczą postacią. Aury tajemniczości dodaje mu fakt, że pośród całej zmartwychwstałej żydowskiej ferajny Doktor jako jedyny jest Polakiem. W końcu ciekawość odbiorcy zostaje zaspokojona i doczekujemy się chwili, w której wychodzi na jaw cała historia Oj Boli i jego tragicznej miłości do pięknej Żydówki. I w tym momencie nieco skłamałam, bo luksusu zrozumienia tego wątku doświadczą jedynie czytelnicy książki. W interpretacji Kality pada informacja, że na Doktora doniósł Nostromo, ale któż to taki? Tego widzowie nie wiedzą i jeżeli nie sięgną po książkę, pozostaną w tej niekomfortowej nieświadomości. Pikanterii dodaje fakt, że Nostromo jest jedną z głównych postaci, ale ten pseudonim na scenie pada tylko ten jeden, jedyny raz, więc niemożliwością jest, żeby osoby siedzące na widowni wiedziały, o kogo w ogóle chodzi. W ten sposób Kalita całkowicie spartaczył ciekawy i dobrze przemyślany Ostachowiczowski wątek, który wyjaśniał wszystkie motywacje Doktora i obnażał fakt, że pewien nieco stetryczały dziadunio z problemami zdrowotnymi w istocie wcale święty nie jest, a mówiąc wprost, kawał z niego sukinsyna. Ale jeżeli jedynie obejrzycie „Noc żywych Żydów”, nigdy się tego nie dowiecie.
źródło fot.: teatrdramatyczny.pl
Perełka, bo…
Nie ukrywam, że tu będzie krócej. Wspomniałam, że pośród ogólnego obrazu kiepskiej gry aktorskiej są również wyjątki. Pierwszym z nich jest Mariusz Drężek, który wystąpił jako Fritzl. Postać ta została mocno przerysowana w stosunku do tej, którą znamy z powieści, jednak wbrew pozorom wyszło jej to tylko na dobre. Oficer SS, który początkowo jawi się jako okrutny i siejący grozę, w późniejszej części paraduje jako żywy stereotyp geja rodem z czasopisma Fronda. Fritzl wywołuje w odbiorcy strach, by później zmienić swój SS-mański mundur na różowe ciuszki, a nazistowskie komendy na ustach na piosenkę Ich liebe meine Genitalien i wzbudzać jedynie śmieszność. Mimo tak mocnego kontrastu i ogromnego przejaskrawienia w tworzeniu tej postaci, Drężek oczarowuje widza swoją charyzmą i umiejętnością bardzo wiarygodnego przedstawienia tak skrajnych cech w jednym bohaterze. Do ról, które ratują ten spektakl, zaliczyłabym jeszcze wspomnianego Doktora (Waldemar Barwiński), który jednak, niestety, zbyt wiele na scenie nie gości, Hitlera (Krzysztof Ogłoza) i Fakira/Złego (Julian Świeżewski). Głównego, bezimiennego bohatera zagrał sam Marek Kalita i ta postać również nie budzi większych zastrzeżeń, jednak po tym nazwisku kończy się lista osób, które wychodząc na scenę, nie sprawiały wrażenia, jakby były tam jedynie dublerami. Ale w tej części miałam schować pazury, więc na ten temat już milknę.
To, że adaptacja teatralna „Nocy żywych Żydów” nieco spłyca wersję książkową, nie oznacza, że pozostaje kompletnie bez wartości i jest płytkim przedstawieniem bez żadnego przekazu. Ostachowicz w swojej powieści trudną i traumatyczną tematykę Zagłady przedstawia za pomocą konwencji horroru klasy B, stosując groteskę i karnawalizację. Podobny zabieg znajdziemy również u Kality, jednak zrealizowany w nieco odmienny sposób. Refleksja nad Holokaustem w kontekście popkultury jest tutaj bardzo mocno obecna i kluczowa. W spektaklu znajdziemy wiele popowych rekwizytów takich jak wizerunek Myszki Miki zamiast swastyki na nazistowskich flagach, odtwarzacze mp3, Michael Jackson, centra handlowe jako Mekka rozrywki i konsumpcjonizmu. Na ten temat można by wiele i długo, ale obiecałam bez zbytniej głębi, więc, tak jak „Noc żywych Żydów”, pozostawiam was z pytaniem o rolę Zagłady w przewartościowaniu we współczesnej erze konsumpcjonizmu i zależności pomiędzy Holokaustem a popkulturą.
źródło fot.: teatrdramatyczny.pl
Gdybym miała wystawić szkolną ocenę „Nocy żywych Żydów” w reżyserii Marka Kality, byłoby to 3+. Myślę, że odbiór tej sztuki głównie zależy od tego, czy widz wcześniej zapoznał się z pierwowzorem książkowym, czy historia ukazana na scenie będzie dla niego zupełną nowością. Mimo wszystko osoby szczególnie zainteresowane tematyką Zagłady i popu w tej sztuce mogą coś dla siebie znaleźć. Pozostałym, żeby moje sumienie pozostało czyste, mogę polecić jedynie powieść. Zachowawczo, ale szczerze.
„Noc żywych Żydów”
Teatr Dramatyczny w Warszawie
reżyseria: Aleksandra Popławska i Marek Kalita
obsada: Marek Kalita, Agnieszka Roszkowska, Julian Świeżewski, Katarzyna Herman, Krzysztof Ogłoza, Agata Woźnicka, Waldemar Barwiński, Mariusz Drężek, Zdzisław Wardejn
Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
✓ Live Streaming✓ Interactive Chat✓ Private Shows✓ HD Quality✓ Free Actions
Free to watch • No registration required • HD streaming
Maryla Szymiczkowa, Tajemnica domu Helclów
Zapiszczałam z radości, kiedy dowiedziałam się, że Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński napisali kryminał. Emocje opadły, gdy zobaczyłam Rusinkowego blurba na okładce (mam z nim na pieńku: trochę za Szymborską w mercedesie, trochę za orzeszki). Ale książkę połknęłam w dwa wieczory i ogarnął mnie smutek podobny temu, który przychodzi wraz z ostatnią kostką ulubionej karmelowej czekolady od fioletowej krowy. Powiedzieć, że ta książka jest dobra, to nic nie powiedzieć. Jest GENIALNA. I pisze to ta, która nie zachwyciła się Lalą, a dopiero Balzakianami, w międzyczasie nie zrozumiała Saturna (sic!) i nie ruszyła dehnelowskiej poezji (od tego jest mój sublokator). Autorzy albo – jak kto woli – autorka połechtali moją wewnętrzną panienkę-szlachciankę, zaspokoili plotkarską naturę i dali upust wszystkiemu, co myślę o Krakowie. A z Krakowem mam problem. Taki trochę Lublin, tylko większy, taka trochę prowincja, a jednak centrum rozrywkowe i kulturalne Galicji. I trudno mi powiedzieć, za co bardziej pokochałam Szymiczkową w dwóch osobach. Za skandal z Sienkiewiczem, uśmiercenie Matejki czy zakończenie jak u Christie (wiece o co chodzi z jednym pokojem Poirota, no nie?)?
Cichutko marzę o tym, że Dehnel i Tarczyński zrobią karierę kryminalną, a profesorowa Szczupaczyńska będzie przynajmniej taką panią Marple, jeśli nie Herkulesem Poirotem. Nie przesadzam, przeczytajcie, nie pożałujecie.
Mitch Cullin, Pan Holmes
Są książki, dla których piszczę z radości, i takie, na które zacieram rączki. Na Pana Holmesa zacierałam rączki i piszczałam, choć czytelniczy opór trwał długo. Znacie ten stan, kiedy gorączkę wariata wywołuje motyw przewodni jakiejś książki? Ja mam kilka takich motywów i statystycznie stawia mnie to na pozycji przegranej: kwiczę z radości na widok książki z dziełem sztuki w tle, kwiczę z radości na widok książki z książką w tle, kwiczę z radości na widok czegokolwiek holmesowego. Serio. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że trzeciego stanu kwiku nie wywołuje Benedict Cumberbatch, ale Arthur Conan Doyle. Do rzeczy. Książki Doyle’a o Sherlocku Holmesie mogę określić jednym słowem: wykwintne. Akcja, intryga etc… Wykwintne. Nie ukrywam, że tego samego spodziewałam się po Panu Holmesie i o ile nie za bardzo biorę sobie do serca blurby, które mają trafić w serce (wiecie, te dwuwyrazowe zbitki, które u jednych wywołują nudności, u drugich wzruszenie; przykłady z Pana Holmesa: „Przepiękna”, „Rozdzierająca serce”, „Rzadka, piękna i głęboka książka”, „Mądra i poruszająca”), to na serio przeraziłam się rekomendacji „New York Timesa”: „Cullin to niezwykle wyrafinowany teoretyk ludzkiej natury”. Z teoretykiem ludzkiej natury po drodze jest mi mniej więcej tak samo, jak z opisami przyrody w Nad Niemnem (za jakie grzechy?). I rzeczywiście: ludzką naturę Holmesa autor próbuje podzielić na kawałki. Czasem jest to nużące, czasem denerwujące, ale jednego nie można tej książce odmówić: piękna i subtelności języka (nawet w tłumaczeniu!). Cullin świetnie gra narracją i gdyby nie te zgrzyty, że coś jest tu nie tak, że coś jest z Doyla albo przynajmniej chce takie być, a coś jest z Cullina, to wszystko byłoby pięknie. Holmes staruszek jest uroczy i poruszający, ale dla mnie zawsze będzie miał spojrzenie Cumberbatcha.
Stefanie Zweig, Dom przy alei Rothschildów
Przez długie lata wczesnej czytelniczej młodości saga kojarzyła mi się jedynie z Sagą o Ludziach Lodu Margit Sandemo. Zastraszająca liczba tych książek (dopiero dziś wyklikałam, że nie aż tak zastraszająca, bo tylko 46 tomów) w moim rodzinnym domu to jedno ze słodkich wspomnień dzieciństwa. W regale, w pokoju dziadków, za szybą. Widzę je oczami wyobraźni, dziś chyba już tam nie stoją. I nie wiem dlaczego, bo Sandemo nigdy nie czytałam, ale świadomość istnienia tych książek wywoływała u mnie jakiś rodzaj wstydu, tak niewytłumaczalnego, że zakrawającego na kicz. Z biegiem lat Ludzie Lodu zniknęli z czytelniczego horyzontu wstydu, a ja pokochałam sagi za Kapelusz cały w czereśniach Oriany Fallaci (nie, nie pokochałam za Buddenbrooków Manna, stojących jak wyrzut sumienia na półce). Rozpływałam się nad Fallaci i jeśli komukolwiek polecałam jakąkolwiek książkę, to i tak kończyło się na Kapeluszu… Teraz do pary trafiła Zweig i wiem, że najpełniej tę książkę opisze tylko jedno słowo: piękno. Jeśli istnieje coś, co możemy nazwać pisaniem wzruszeń, to Zwieg robi to doskonale. I nie przesadzę, jeśli powiem, że Dom przy alei Rothschildów drży na każdej stronie, pulsuje, oddycha. Historię oczywiście łatwo zbanalizować: niemiecka rodzina pochodzenia żydowskiego w przededniu I wojny światowej = nieszczęście, tragedia, rozczarowanie. Ale, ale… to wszystko na tle przecudnej atmosfery Frankfurtu z początku XX wieku. Gdybym mogła tak sobie ,,achać” i ,,ochać” w trakcie czytania, to robiłabym to po każdej kropce. Tak pragnę kolejnej sagi, że z łakomstwa przeczytam Manna…
Jeden wiersz (2): Co nam się wczytało (zamiast Polski)?
Grzegorz Jędrek
Roku Pańskiego 1989 wczytaliśmy Polskę. Mam wrażenie, że od tamtego czasu kodeki do odtwarzania polskiej poezji były coraz rzadziej aktualizowane. Wreszcie w roku 2015 mamy chyba do czynienia z absolutną dezaktualizacją polskiego programu poetyckiego. I nie chodzi o to, że mamy kiepskich deweloperów nowych poetyk. Po prostu aparat krytyczny jest w tej chwili tak przestarzały, jak Flash Player i Internet Explorer.
Jest co prawda na uniwersytetach kilku młodych badaczy przedzierających się dzielnie przez zgromadzone zasoby tradycji, jest też kilku młodych krytyków próbujących zaproponować jakiś nowy standard. Tyle że te próby nie mają rozmachu systemu operacyjnego. Nie są w stanie zaspokoić potrzeb użytkowników smartfonów i ultrabooków.
Dobrze już, dobrze. Dość tych komputerowych metafor. Wywołał je wiersz, o którym dzisiaj chciałem Wam opowiedzieć. Wiersz, który nawet nie jest wierszem. Znajdziecie go tutaj:
Leszek Onak, „Wczytaj Polskę”
Z pozoru prosta zabawa. Klikamy wielokrotnie na przycisk „Lubię to” i w ten sposób wczytujemy Polskę. Jako bonus dostajemy zmieniające się statusy w stylu „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my klikamy”, „Co nam obca przemoc wzięła, myszką odbierzemy” czy też „Czy to był koment, synku, czy to serce pękło?”. Wszystko to na tle rozpikselizowanej flagi Polski.
Za każdym razem kiedy pokazuję tę aplikację niewinnym grupom powierzonym mi w opiekę, słyszę podobne salwy śmiechu. Jedynie od czasu do czasu zdarza się konsternacja i zżymanie się na kalanie narodowych symboli. Czy jest to więc tylko zgrywa?
Dla mnie wiersz-aplikacja Leszka Onaka to raczej mechanizm obronny. Umówmy się: środowisko skrajnej światopoglądowo prawicy zrobiło się dziś tak duże, że zaczyna być niepokojące. I choć często sam pozwalam dojść do głosu patosowi w swoich tekstach, to jednak drżę, kiedy czytam kolejne „polskie” wywiady, „polskie” felietony i, co najgorsze, „polskie” wiersze.
Ostatnio na przykład dowiedziałem się od Rymkiewicza, że jestem donosicielem. Nie wierzycie? Serio! Zacytuję:
„Stało się jednak jakoś tak, że pęknięcie podzieliło również i tych młodszych, którzy wówczas byli za młodzi, żeby donosić. Ci, równie radykalnie, dzielą się bowiem na takich, którzy uważają, że donoszenie jest czymś, w czym nie ma nic szczególnie złego, oraz na takich, którzy uważają, że donoszenie jest niedopuszczalne. To przekonanie – że wolno lub nie wolno donosić, że to jest rzecz zła lub rzecz bez większego znaczenia – sytuuje ich po jednej lub po drugiej stronie pęknięcia. (…) Ale może trzeba ująć to inaczej. To, czy ktoś jest na prawicy czy na lewicy, czy ktoś wierzy w Boga czy nie wierzy, czy ktoś ma takie poglądy estetyczne czy inne – może mieć pewien związek z tym, czy ten ktoś donosił, czy nie donosił; sytuuje się on bowiem, może się sytuować, tam a nie gdzie indziej, na prawicy lub na lewicy, w Kościele lub poza nim, właśnie ze względu na ten swój status: donosiciela, który akceptuje donosicielstwo, lub kogoś, kto nie donosił i donosicielstwo potępia” (Rozmowa z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem o afirmacji polskości).
Cóż za wspaniałe i chytre uniwersum. Kiedy nie zaczynasz dnia od przeglądania strony lokalnego oddziału IPN, wiedz, że jesteś donosicielem. Kiedy z Facebooka nie wyrzucasz przy porannej kawie znajomych, którzy cytują Baumana i Kołakowskiego, wiedz, że jesteś donosicielem. Kiedy wieczór twój nie jest wypełniony walką z postkomuną, wiedz, że jesteś donosicielem. Kiedy wreszcie sny twoje nie są snami o lustracji, wiedz, że jesteś donosicielem.
Ten zbiorowy resentyment mieści się jeszcze w granicach mojej wyobraźni. Rozumiem, że to pokłosie bezkrwawej zmiany systemu. Jestem sobie nawet w stanie wyobrazić, że bolesne i niezałatwione do końca sprawy poprzedniego pokolenia mają swoje odbicie w wychowaniu następnego. Jeśli tata nie spełnił marzenia o zemście na oprawcach, bo zajął się rodziną, najprawdopodobniej przeniesie je na syna. Z córkami będzie analogicznie.
O wiele bardziej przeraża mnie inny fragment tego wywiadu. Kiedy mowa jest o ogromnej hekatombie Powstania Warszawskiego rozmówcy zaczynają instrumentalnie posługiwać się ludzkim życiem w sposób, jakiego nie jestem w stanie zrozumieć:
„D.K.: Albo podmiotowość, albo śmierć, tak?
J.M.R: To albo to. Do końca będziemy się bili o każdy kawałek muru. Jest taka piosenka z wersem: <<Warszawo, o każdy kamień twój>>, co dobrze oddaje tę sytuację.
D.K.: I to byłaby miara. Wzorzec metra.
J.M.R.: To jest symboliczna sytuacja polskości, uchwycona w obrazie wydarzeń, które miały miejsce w sierpniu 1944 roku w katedrze świętego Jana: o każdy skrawek polskości tak się będziemy bić. Może także w bitwach konfederacji barskiej dałoby się znaleźć podobne przykłady takiej ostatecznej determinacji.
D.K.: W tym jest afirmacja, a nie nihilistyczne umiłowanie śmierci.
J.M.R: Afirmacja polskości. Nie należy tego sprowadzać do walk o jakąś abstrakcyjną wolność. Oni nie bili się o abstrakcyjną wolność, oni bili się o polskość. Bili się o katedrę, a później o jedną nawę, o kawałek ołtarza, o schody, które prowadziły na chór.
D.G.: Są ludzie gotowi to skomentować jako nacjonalizm. Jak im powiedzieć, że to nie jest nacjonalizmem?” (jw.)
Szanowny Jarosławie Marku Rymkiewiczu, szanowni redaktorzy Teologii Politycznej, jak mam Wam powiedzieć, że w mojej tożsamości mieści się polskość, ale nie mieści się brak szacunku dla ludzkiego życia? Tamten świat ginął w okropnej pożodze. Jarosławie Marku Rymkiewiczu, czy dla Ciebie naprawdę polskość wykuwała się w ten sposób:
„Przeciwnicy wchodzą z dwóch stron do jakiegoś pomieszczenia i zaczyna się walka wręcz, ale nie na bagnety czy na sztylety. Polacy i Niemcy, chcąc zdobyć to pomieszczenie, obrzucają się w nim granatami – kto nie zginie, ten zwycięży. (…) O walkach w katedrze mówię natomiast jako o wydarzeniu symbolicznym, ponieważ zdobycie czy oddanie katedry niczego już nie zmieniało – ani w sytuacji Polaków, ani w sytuacji Niemców. Było już wiadomo, że bitwa jest przegrana, Niemcy zniszczą Warszawę i wszystkich wymordują. I można się tylko poddać, położyć i umrzeć. Ale żołnierze AK bili się dalej, nie położyli się i nie umarli. Bili się i ginęli. Trochę to przypomina bitwę pod Maciejowicami w roku 1794, choć ta oczywiście była wydarzeniem rozgrywającym się w znacznie mniejszej skali. Tam też żołnierze Kościuszki bili się do końca, choć było już po wszystkim i właściwie nie było się o co bić. A potem Rosjanie mordowali rannych jeńców, co opisał Julian Ursyn Niemcewicz”. (jw.)
Ciężki temat. Temat, który mnie przerasta o głowę. Obawiam się, że stracę tym razem wielu czytelników cyklu. Mimo to spróbuję powrócić do Leszka Onaka. Po pierwszych salwach śmiechu pytam zwykle grupy, którym pokazuję „Wczytaj Polskę” o struktury ironiczne, jakie zauważają w aplikacji. Na pierwszy ogień idzie zestawienie poetyki polskich, tyrtejskich pieśni z poetyką portali społecznościowych. Następnie zwracają uwagę na nieładne potraktowanie flagi. Później na niemożność wczytania Polski. Ich ostateczny wniosek to zwykle bezsensowność, śmieszność i żałosność wirtualnego zaangażowania w sprawy Polski. W takie rzeczy, mówią zwykle, angażować się trzeba naprawdę, a nie na Facebooku. I to jest ten najsmutniejszy moment, kiedy odczuwam duże rozczarowanie.
Ja czytam wiersz-aplikację Leszka Onaka jako studium kultury rozmiłowanej w śmierci. Kultury, która zagrzewa nas do walki. Prosta gra, w której bierzemy udział – wczytywanie Polski – powoduje w nas chęć zwycięstwa. Kiedy idzie nam coraz trudniej, kiedy śmieją się z nas powykrzywiane cytaty, my dalej walczymy o te pieprzone 100%. I jeśli taką determinację potrafimy wykazać w grze, w której naszym przeciwnikiem jest tylko klawiatura i komputer, a cel jest śmieszny, to tym łatwiej wciągną nas gry proponowane przez Rymkiewicza. Szczególnie teraz, gdy obrona polskości nic nas nie kosztuje, a nacjonalizm proponuje proste jak klikanie „Lubię to” rozumienie polskości. I tym łatwiej gra zaczyna nam mieszać się z rzeczywistością. Zwłaszcza że tak duża część przekazanej nam w polskiej szkole polskiej poezji to romantyczna poezja tyrtejska. I nie jest dla mnie sprawą oczywistą, że ktokolwiek tutaj zwycięży. Mam raczej wrażenie, że przegrywamy nasze własne, ludzkie twarze.
---
Od kilkunastu minut przeglądam eseje i felietony Miłosza. Szukam cytatu, który zdawało mi się, że kiedyś czytałem. Miał on mówić, że szczególnym wyznacznikiem polskiej literatury jest historyzm. Nie jestem specjalistą od Miłosza. Nie mogę go znaleźć. Być może to tylko jakiś powidok. Znalazłem inny fragment:
„Szczególną jednak cechą polskiej poezji i prozy, odróżniającą nas od innych literatur, była nieustanna obecność podtekstu, prawie niezrozumiałego dla cudzoziemców. Takie były koszty walki o niepodległość. Swoją tożsamość chroniono, zakreślając linię pomiędzy „my” i „obcy”, ale terytorium własne, tak wycięte, dzieliło słabe strony wszelkich wysp”. (Czesław Miłosz, Zadania dla Krytyka)
I dalej:
„Obecne odwrócenie się młodego pokolenia od ideologii i historii można interpretować jako chęć całkowitego pozbycia się podtekstu”. (Czesław Miłosz, Zadania dla Krytyka)
I dalej:
„Czy w ogóle ma istnieć literatura polska, jeżeli znikną specyficzne polskie problemy i zostaną jedynie ludzkie, takie jak wszędzie? Może i nie powinna, ale jest pisana po polsku, a język niesie ze sobą całą przeszłość ludzkiej wspólnoty”. (Czesław Miłosz, Zadania dla Krytyka)
Jak bardzo nasza literatura jest zakorzeniona w historii, widać dopiero wtedy, kiedy wpadniemy w pułapkę zastawioną przez Leszka Onaka. Bo jeśli Marcin Świetlicki chciał uwolnić się od Polski i pisze o Polsce nieustannie, jeśli nawet eksperymentalna poezja cybernetyczna daje się wciągnąć w „specyficzne polskie problemy”, to ten historyzm będzie w nas siedział jeszcze długo. I proszę tylko: uczyńmy go bardziej skomplikowanym niż prosta gra wojenna. Bo może się okazać, że kiedy my bawimy się w strzelanki, ktoś właśnie gra w Cywilizację.
Czas, jaki upłynął od stłumienia Praskiej Wiosny w 1968 roku, zdaje się być niewystarczający, by każdy z narodów mógł w pełni rozliczyć się z własną historią. Warto sięgnąć po literacką pozycję wychodzącą poza ramy standardowej narracji. Często deprecjonowane wydarzenie, pomijane i marginalizowane na tle innych zawirowań powojennej Europy, skłoniło kilka lat temu jednego z najlepszych czeskich pisarzy do zwrócenia na nie uwagi w dość nietypowy sposób.
Akcja „Strefy Cyrkowej” rozgrywa się na prowincji, w małej miejscowości Siřemi. W dawnej siedzibie szlacheckiej siostry zakonne prowadzą przytułek dla dzieci. Miejsce to, bedące schronieniem dla porzuconych przez rodziców maluchów, społecznych odszczepieńców i młodych kryminalistów staje się sceną, na której rozgrywa się momentami irracjonalny historyczny spektakl. Autor prezentuje własne rozumienie i interpetację zrywu z 1968 roku. Staje pomiędzy zaciekłymi krytykami i prześmiewcami walki o wyzwolenie spod komunistycznego jarzma a tymi, którzy są wyznawcami czeskiej odmiany martyrologii. Strona po stronie, wraz z rozwojem akcji stajemy się świadkami tego, jak w monotonną codzienność sierocińca wparowuje z impetem komunistyczny treser, który ustanawia nowy ład i zasady.
Główny bohater, Ilja, jest zaprzeczeniem przyjętego wzorca prawego, walczącego o wolność patrioty. Niczym Zelig Woody’ego Allena, jest bardzo elastyczny, dostosowuje się do sytuacji i otoczenia. Przyjmuje zasady tych, którzy mogą zapewnić mu przetrwanie i korzyści. Jest to jednak tylko pozorny konformizm. W rzeczywistości to sprytnie zaplanowane działanie, obliczone na przetrwanie wojennej zawieruchy: „Postanowiłem, że sytuację określę w zależności od tego, komu będę musiał się tłumaczyć .” To, że wraz ze swoim chorym bratem od najmłodszych lat wychowuje się w sierocińcu w dużym stopniu wpływa na jego osobowość. Mimo że siostry próbują zaszczepić w podopiecznych wiarę w to, że są wyjątkowi i wybrani, Ilja szybko dochodzi do wniosku, że tak naprawdę są wszyscy „(...) hołotą, bękartami, psychopatami, synami kurw i cudzoziemców.” Zresztą, wpływ sióstr zakonnych zostaje brutalnie przerwany przez pojawienie się w Domu Domów kapitana Vyžlaty, który kładzie kres wychowaniu w duchu religijnych wartości. Nowy opiekun, propagator partyjnego ładu, zacięty przeciwnik jakichkolwiek modłów, przeprogramowuje chłopców na tryb komunistyczny, w międzyczasie dając upust swojej wątpliwej fascynacji jednym z podopiecznych, Margaszem. Pod wodzą Vyžlaty chłopcy bardzo szybko chłoną nowe zasady, zawiązują nowe przyjaźnie i sojusze a także poznają historię legendarnego męczennika z Workuty. W imię własnego i innych dobra, w obliczu zniewag i zmieniającej się sytuacji, nie obywa się również bez krwawych rozwiązań. A wszystko to w wykonaniu dzieci... Trudno powstrzymać się przed skojarzeniami z „Władcą Much” Goldinga, gdzie okrucieństwo i zwierzęce instynkty kiełkują w młodych umysłach pozbawionych odpowiedniego nadzoru.
Mimo że fabuła skonstruowana jest wokół wydarzeń rozgrywających się na przestrzeni blisko 20 lat, cały czas odnosi się wrażenie, że Ilja jest chłopcem, który ciągle nie może osiągnąć dojrzałości. Albo nie chce. Ucieka do swojej Krainy Cieni, gdzie znajduje ukojenie i spokój. Wątki odrealnione mają duże znaczenie w powieści Topola. Czy to Kraina Cieni, czy też sny Margasza lub tajemnicze rewolucyjne jajo kolidują z bezwzględną rzeczywistością niespokojnych rewolucyjnych dni. Nie zdradzając szczegółów, można snuć domysły co do motywów autora. Zarówno tytuł jak i sposób konstruowania wydarzeń dalekie są od typowo historiozoficznych opisów. Sama Praska Wiosna i lata, w jakich dzieje się akcja są autentyczne. I tyle, jeśli chodzi o trzymanie się faktów. Tłem powieści jest właśnie tytułowa strefa cyrkowa, w której dzieją się rzeczy sprzeczne z rozumem i moralnością. A w zależności od zmiany głównego tresera w tym cyrku, bohaterowie dostosowują się do nowego układu sił, nowych zasad i nowych warunków.
„Strefa Cyrkowa” została przez wielu okrzyknięta pozycją „na wskroś antyczeską”. Należałoby też zaznaczyć, że pod tym wszystkim odnajdujemy również głos krytyki wobec jakiejkolwiek wojny. Pisarz nie trudzi się idealizowaniem swoich rodaków, nie rozgranicza na tych, którzy mieli rację lub nie. Dla niego każda wojna jest bezsensownym spektaklem, w którym główne role grają zwierzęce instynkty, bezwzględność i chęć przetrwania. Bohaterowie miotają się w tej dziejowej zawierusze, pozornie myśląc, że przyświeca im jakiś wyższy cel. Tymczasem zostają oni wrzuceni do wspólnego kotła degrengolady i tylko najsprytniejsi są w stanie wydostać się z niego i obserwować przełomowe zmiany dziejowe ze strategicznej pozycji usytuowanej za plecami silniejszych.
Powieść Jáchyma Topola to pozycja pod wieloma względami wartościowa, a nawet obowiązkowa. Na wojnę i wszelkie konflikty będące jej echem warto spojrzeć z innej, niż ogólnie przyjęta, perspektywy. Dzięki motywom z pogranicza fantastyki lub oniryzmu uświadamiamy sobie, jak bezsensowne były, są i będą. Skomplikowana akcja jest odzwierciedleniem zawiłych losów Europy Środkowej, o których często zapominamy. Co więcej, uderzające jest uczynienie bohaterami dzieci, które każdemu kojarzą się z niewinnością i uczciwością. Tymczasem, w obliczu zagrożenia, nawet młodzi chłopcy rozpoczynają niebezpieczną grę, w której stawką jest ich życie. Zestawienie dziecięcej psychiki ze złem wojny jeszcze bardziej uwypukla chaos i bezprawie szerzące się w jej trakcie. Jest to też książka, którą powinni czytać nie tylko Czesi, ale i Polacy, dla rozliczenia z własną historią. Nie zawsze to, co było udziałem naszych przodków obecnie jest powodem do dumy. Nie zmienia to jednak faktu, że stało się tak a nie inaczej i udawanie, że nie wiemy lub nie pamiętamy, jest bezsensowne. Nie jest to powieść lekka, lecz taka, nad którą trzeba się skupić i do przeczytania której potrzebny jest pewien zasób wiedzy historycznej.
Leszku, wybacz, że nie piszę tego tekstu o cybernetykach. Kamilu, wybacz, że pierwszy tekst nie będzie o tobie. Wybacz też X. Y., że nie piszę za uczciwe sto polskich złotych, jaka była najlepsza książka XYZ w tamtym roku. Ja rozumiem, że to twoja praca. Ja na te wszystkie mejle kiedyś odpiszę, bo inaczej ścigać mnie będą jeszcze w czyśćcu. I czemu tak zaczynam? Otóż podobno dzisiaj poeci i krytycy piszą tylko dla swoich znajomych. Klika. Taka historia.
Maciej Taranek, boom #1
oglądałem pokemony, kiedy pierwszy samolot
uderzał w północną wieżę world trade center.
oglądałem pokemony, kiedy drugi samolot uderzał
w południową wieżę world trade center.
oglądałem uśmiechniętą mysz, która pika jak serce.
A jednak wydaje mi się, że tu powyżej wisi coś jakby wiersz z przeżyciem pokoleniowym. Wiersz, który nas wszystkich z roczników młodszych rozgrzesza z udawanej beztroski i maskowanych nerwic. Niby nic. Pokemony. Ale właśnie wtedy, kiedy ten wiersz się dzieje, skończyło nam się dzieciństwo. Skończyło i mimo wszelkich zaklęć nie chce wrócić.
W roku Pańskim 2001 byliśmy absolutnie nieprzygotowani na „światową wojnę z terroryzmem”. Byliśmy w ogóle nieprzygotowani na nic. Okrężnymi drogami wracaliśmy ze szkoły, graliśmy w gry na naszych pierwszych, komunijnych pecetach i konsolach, oglądaliśmy kątem oka bajki z młodszym rodzeństwem. I tak codziennie, i tak nieustannie. Retardacje kolejnych dni usypiały nas w jakimś idyllicznym świecie przesłodkiej, polskiej, narodowej mutacji postkomuny. Było dobrze. I nagle boom. Boom. BOOM.
Uogólniając: Wschód kontra Zachód. Islam kontra chrześcijanie. Wrócili barbarzyńcy, a wraz z nimi odrodziło się imperium. Wszystko takie samo jak w starożytności. Jedni zamknięci w idealnym świecie zbudowanym na krwi, drudzy próbujący ten krwawy balon niczym dobry cyrulik przebić. Świat stał się znowu wrednym miejscem.
Pokemony nigdy nie stały się czymś takim jak teleranek dla naszych rodziców. Za dużo było już wtedy kanałów na kablówce i satelicie. Te stworki za mało były polskie. Połączenia koloru i światła, które je wypełniały, były ponoć japońską manipulacją przeprowadzaną na naszych młodocianych mózgach. Tak mówiły miejskie legendy i nasi rodzice.
Wybaczcie Państwo, że ja się z tym MY tak bardzo narzucam. Nie każdy może czuł to w ten sam sposób i tak przeżywał, ale coś, jakiś rdzeń zbiorowej pamięci, pozostało takie samo i o tym akurat jestem przekonany. Szkoda jedynie, że nie był to jeszcze czas błyskawicznie reagujących memów.
Rozdrabniam się w opisie, ale nie można pisać o tym, jak bardzo różni jesteśmy od starszych kolegów Świetlików i starszych kolegów Podsiadłych, jeśli nie napiszemy: bruLion spóźnił się na walkę o wolną Polskę (tak bardzo mam ochotę wziąć Polskę w cudzysłów). Taranek i my wszyscy zostaliśmy wrzuceni w świat walki wszystkiego ze wszystkim. I to nie jest cudowne uczucie. Pamiętam te przechodzące przeze mnie fale lęku i wibrujące w zjonizowanym od telewizora powietrzu napięcie. Może i później wszystko jakoś poszło, wszystko się jakoś zezwyczajniło. Wtedy jednak nasze serca to były „tchórzliwe serce mysie kryształ palpitujący” z wiersza Wata. Boreasz pochylał się nad nami z ogromną i bezrozumną satysfakcją tytanicznego boga i gniótł te nasze serca na miazgę. Nasze niedorosłe oczy robiły się puste, nasze niedorosłe mięśnie stawały się napięte, nasze niedorosłe ciała robiły się sztywne.
I właśnie za to pożegnanie z apolityczną beztroską dzieciństwa, za te nasze serca pikające jak Pikachu, za uśmiechnięte szaleństwo, które wkradło się w nas przez dotąd bezpieczne, przyciągające kurz ekrany telewizorów, tak bardzo cenię wiersz Taranka.
Wszystko w nas od tamtego czasu domagało się jakiejś leczniczej repetycji, jakiegoś emocjonalnego podręcznika do XXI wieku. I staranne „Repetytorium” Maćka Taranka, czyli jego poetycki debiut z roku 2013, dostarczyło nam właściwy cartridge z grą edukacyjną.
Jeden wiersz, czyli poezja jak bluza z kapturem (cykl)
Grzegorz Jędrek
Zaczęło się to wszystko dawno, dawno temu. Chyba od tego, że pewien niegłupi krakowski krytyk, do którego nie będę tu robił linka, napisał tekst o tym, jak bardzo nie lubi nowej poezji, bo ta nowa poezja go nie wzrusza.
Albo zaczęło się jeszcze wcześniej: wtedy, kiedy pewnemu poecie zaangażowanemu tytuł tekstu redakcja „Przekroju” zmieniła na „Trzeba zabić starych poetów”. A może zaczęło się jeszcze wcześniej? W mitycznych czasach Jacka Dehnela jako administratora nieszuflada.pl, sanacji rynsztok.pl, felietonów ś.p. Pułki na niedoczytania.pl i zgryźliwych paszkwili Marka Trojanowskiego na historiamoichniedoli.pl. O poezji mówiło się wtedy w sieci zaciekle a profesorowie udawali, że sieć nie istnieje. O poezji mówiło się wtedy w sieci zaciekle, bo profesorowie udawali, że sieć nie istnieje.
Nieważne zresztą, kiedy się zaczęło. Dobre opowieści zaczynają się w połowie drogi, a ta ma być przynajmniej opowieścią solidną. Tak czy inaczej, od jakiegoś czasu widać wyraźnie, że nowe pisanie poezji nie tylko różni się od pisania dawnych mistrzów, ale też zaczęło odróżniać się od pisania lat 90. i początków XXI wieku. I od tego czasu powstało kilka wierszy, które we mnie –znudzonego i zblazowanego – potrafiły wlać odrobinę „dojrzewającego płaczu”, że posłużę się poetyką Andrzeja Franaszka. Piszę tutaj, bo potrzebuję o tych wierszach napisać. Piszę, bo oglądając wystawę poetów cybernetycznych w Lublinie, poczułem, że nikt o niej nie napisze, a ja chciałbym o niej poczytać. A ponieważ kiepsko mi się ostatnio pisze (za to pracuje się wyśmienicie), chciałbym opisać nie więcej niż po jednym wierszu na raz.
Jest tak, że lubię, kiedy za mną jest jakieś motto, więc cykl ten otwieram mottem potrójnym:
Czy mianowicie nie byłoby dobrze, czy nie byłoby zbawienne, aby pisarze nasi pokazywali się czasem publiczności tak, jak ich Pan Bóg stworzył (oczywiście w znaczeniu moralnym, proszę być bez obawy), a nie zawsze w tym odświętnym, uroczystym, szczelnie zapiętym tużurku.
Tadeusz Żeleński (Boy), Jak zostałem literatem
W latach ówczesnych byłem wyznawcą katastrofizmu w poezji. Mniejsza o nazwiska.
Kazimierz Wyka, Dojście do Broniewskiego
Jeżeli chodzi o cel uprawiania nauki, „zwrot performatywny” manifestuje przesunięcie punktu ciężkości z kontemplacji, refleksji nad światem i człowiekiem oraz aprobaty owego świata na bunt wobec zastanej rzeczywistości i jej zmianę. W centrum zainteresowań zostaje postawiona zatem kategoria zmiany jako wartości pozytywnej oraz aktywny (sprawczy) podmiot (podmiot performatywny), który tworzy się poprzez zmiany i powoduje konkretne zmiany w otaczającej rzeczywistości, zwłaszcza poprzez wydarzenia, „happeningi”, performance.
Ewa Domańska, „Zwrot performatywny” we współczesnej humanistyce
Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
✓ Live Streaming✓ Interactive Chat✓ Private Shows✓ HD Quality✓ Free Actions
Free to watch • No registration required • HD streaming
Najnowszy film Carlosa Vermuta to mocny, hiszpański akcent na międzynarodowej arenie filmowej. Pełen niedopowiedzeń, dziwnych zbiegów okoliczności i ludzkich dramatów, układanka zawierająca co najmniej tysiąc elementów, której główne spoiwo pozostaje nieznane. W opinii Pedro Almodovara to „objawienie hiszpańskiego kina XXI wieku”. Tak pokrótce można scharakteryzować „Magical Girl” - obraz, który ma w sobie coś, co przykuwa uwagę i angażuje emocje.
Jeden z głównych bohaterów, Luis, bezrobotny nauczyciel literatury, ma nieuleczalnie chorą córkę. Alicia zdaje sobie sprawę ze zbliżającej się śmierci i stara się być jak najmniejszym obciążeniem dla taty. Ten z kolei, dowiedziawszy się o jej największym marzeniu, postanawia za wszelką cenę je spełnić. Bajońsko droga sukienka bohaterki japońskiej kreskówki staje się tym samym ogniwem uruchamiającym szereg zdarzeń, które prowadzą do tragicznego finału.
W tym filmie nic nie układa się tak, jak chcieliby tego bohaterowie. Nie jest to jednak wina bezlitosnego fatum, a raczej błędnych decyzji ludzi, którzy sami komplikują sobie życie. Tymczasem jest to jedna z wielu możliwych interpretacji. Reżyser w żadnej minucie nie podaje gotowej odpowiedzi. Prowadzi równolegle kilka autonomicznych opowieści, które bardzo powoli krystalizują się w koherentną całość. Historia depresyjnej, uzależnionej od męża Barbary początkowo nijak ma się do Alicii i Luisa. Jedynym elementem wspólnym jest radiowa audycja, której w tym samym czasie słuchają bohaterowie. Jest jeszcze Damian, niegdysiejszy nauczyciel, który właśnie opuścił więzienie, spędza wieczory na układaniu puzzli i panicznie boi się spotkać swoją byłą uczennicę.
Cały obraz jest niezwykle intrygujący. Nic nie jest jasne, nawet samo zakończenie nie do końca może wydawać się sprawiedliwe i zrozumiałe. Co więcej, wychodząc z kina niektórzy z pewnością odniosą wrażenie, że czegoś im brakuje... Twórcy nie odpowiadają na pytania, które stawiają na początku. Układanka nie jest kompletna. Ale może właśnie dlatego na tak długo zapada w pamięci? Wielowymiarowość i sprzeczność to jedne z cech charakterystycznych tego filmu. Vermut zderza ze sobą dwa rożne środowiska. Doprowadza do kolizji dziecięcych, niewinnych marzeń z ciemnym światem dorosłych, przepełnionym intrygami i kłamstwem. Z drugiej strony dużo jest momentów, które bawią i rozczulają. To wszystko powoduje, że nie sposób jednoznacznie określić gatunku filmowego. To raczej hybryda, która ma w sobie cząstkę thrillera psychologicznego, dramatu i komedii. Całość utrzymana jest w klimacie kina noir. Tu każdy walczy o swoją tożsamość i swoje szczęście, i pomimo najlepszych chęci angażuje się w świat przestępczy i łamie wszelkie normy i moralne konwenanse. Zatarta pozostaje granica między dobrem i złem, nie ma moralizowania i szczęśliwego zakończenia, za to uderzają w nas co chwilę kontrasty i kolejne zagadki.
Ten wielopłaszczyznowy i skomplikowany film z pewnością wymagał od aktorów sporego wysiłku. Efekty ciężkiej pracy są zauważalne i zostały już docenione. Grająca Barbarę, Bàrbara Lennie została uhonorowana Nagrodą Goya 2014 dla najlepszej aktorki. Produkcja uzyskała też nagrodę za najlepszy film i za najlepszą reżyserię na festiwalu filmowym w San Sebastian. Reżyser, wymagający nie tylko perfekcyjnej gry aktorskiej, dba też o każdy szczegół kreowanego świata przedstawionego. Na uwagę zasługują chociażby zdjęcia i charakterystyczne komponowanie kadru – zbliżenia na dłonie i przedmioty codziennego użytku budują niezwykły klimat.
Nie sposób również zlekceważyć elementu publicystycznego. Carlos Vermut wyraźnie komentuje obecną sytuację w swoim kraju. W usta aktorów wkłada słowa krytyki pod adresem rządu i polityków, którzy doprowadzili Hiszpanię i jej mieszkańców do skrajnej nędzy. Z sytuacją takich ludzi kontrastuje położenie środowisk żyjących na wysokiej stopie i nie zdających sobie sprawy z rosnących dysproporcji w społeczeństwie. Wszystko to dzieje się w światach głównych bohaterów, które przenikają się wzajemnie. Na pochwałę zasługuje to, że jakakolwiek aluzja do rzeczywistości nie jest nachalna i dosłowna. Dzięki temu film nie zamienia się w polityczny manifest. Tu wszystko współgra ze sobą, uzupełnia się i jednocześnie pozwala widzowi na samodzielną ocenę. Nikt nam niczego nie narzuca ale i nie tłumaczy.
„Magical Girl” to z pewnością film nietypowy. Pozostawia po sobie niedosyt i nutkę dezorientacji. Finał całej historii może być dla niektórych wstrząsem i daleko niezrozumiałym zabiegiem – takiego końca raczej nikt się nie spodziewa. Ale przecież w „Magical Girl” nic nie trzyma się logiki i utartych schematów. Ta magia owiewa nas chłodem i sarkazmem, nie pozwalając na całkowite zbliżenie. Niewidzialna ręka powstrzymuje przed zmniejszeniem dystansu, który uniemożliwia odnalezienie ostatniego elementu.
Tytuł: „Magical Girl”
Reżyser: Carlos Vermut
Gatunek: Dramat
Czas trwania: 127 min
Data premiery: 7 września 2014 (świat); 12 czerwca 2015 (Polska)
Obsada: Javier Botet, Bárbara Lennie, José Sacristán, Israel Elejalde
Szczepan Twardoch, „Drach”, Mercedes i inne przypadłości
Dezydery Barłowski
W piątek trzeciego marca roku Pańskiego 2015 ok. 70% użytkowników portalu Pudelek widząc artykuł o nowym ambasadorze popularnej niemieckiej marki, zadało sobie następujące pytanie: „A co mnie obchodzi koleś z reklamy merola?”.[1] Jednakże nazajutrz, pod kolejnym tekstem o tej samej osobie, już tylko niecała setka użytkowników wyraziła taką oto opinię (cytuję): „kto to k…a jest?”.[2] Rzecz jasna, bohater przywołanych artykułów to Szczepan Twardoch. I tak się akurat składa, że prócz bycia ambasadorem merola, jest on także jednym z najbardziej interesujących polskich pisarzy młodego pokolenia, a nie tak dawno wydał równie interesującą książkę pt. „Drach” – o czym niezwłocznie tu opowiem (a do całej „reklamowej afery” jeszcze powrócę w ostatnim akapicie).
Dobry przyjaciel „po piórze” Szczepana Twardocha w jednym z wywiadów, zapytany o prym śląskiej tematyki w „Drachu”, odpowiedział, że książka ta jest o Śląsku tak, jak „Czarodziejska góra” o sanatorium. Twardoch, jako rzeczony dobry przyjaciel „po piórze”, ze zdaniem tym oczywiście się zgodził, co mimo wszystko nie oznacza, że tak być musi w rzeczywistości.
Więc dla porządku… Miejscem akcji jest Górny Śląsk (książkę nawet zdobią mapy tych okolic), większość bohaterów to Ślązacy, drugi język tej książki (występujący często w dialogach) to śląski, przedstawione są elementy kultury Ślązaków, ich obyczajów, zwyczajów itd. A Szczepan Twardoch twierdzi, że ta powieść nie jest o Śląsku, choć w wywiadzie stwierdził, iż to jego pierwsza i ostatnia książka z dziedziny literatury śląskiej. I właśnie przez tego typu komplikacje, mym skromnym zdaniem, Śląsk urósł tu do rangi głównego „problemu”. I to nawet nie tylko w ramach tej książki, ale też wokół całego pisarstwa Twardocha, zatem wypada poświęcić temu zagadnieniu trochę więcej miejsca.
Szczepan Twardoch choć pisarzem jest młodym (rocznik 79’), to już od kilku lat nie przedstawia go się jako pisarza „dobrze zapowiadającego się”. A konkretnie od roku 2010, kiedy to premierę miał jego „Wieczny Grunwald”, po którym stał się po prostu pisarzem „dobrym i ważnym”. Wcześniej znany był przede wszystkim wśród czytelników literatury gatunkowej, która w Polsce ma raczej „przypisany” drugorzędny charakter. Jednak po „Wiecznym Grunwaldzie” wiele się zmieniło, zaczęło się często o Twardochu mówić i trzeba nawet stwierdzić, że warunki ku temu były jak najbardziej sprzyjające. A dlaczego? Druga dekada XXI wieku w Polsce charakteryzuje się dużą niestabilnością nastrojów społecznych z tendencją do skrajnych, najczęściej prawicowych odchyleń, głównie wśród ludzi młodych. A jakie to ma z kolei znaczenie dla Twardocha?
Pamiętam dokładnie moje wykłady z „literatury polskiej po 89.” sprzed pół roku. Gdyby odbywały się teraz, to zapewne byłaby mowa również o „Drachu”. Z pewnością pani profesor prowadząca wykład wspomniałaby o skomplikowanej narracji, specyficznym języku, o grach tym językiem, o tym, że prócz polskiego i śląskiego pojawia się też niemiecki oraz rosyjski, by jeszcze bardziej oddać rzeczywistość opisywanych czasów, i choć nie ma tam przypisów z tłumaczeniami, to fabuła na tym nie traci, bo ważniejsze treści narrator i tak parafrazuje po zakończeniu dialogu. Ponadto podczas wykładowej charakterystyki pojawiłyby się prawdopodobnie cytowane fragmenty dokładnych opisów miejsc i przedmiotów, w których autor się lubuje i które obrazuje z niesamowitą precyzją – czasami jest to przyjemne w lekturze, a czasami denerwujące (w zależności od wartkości momentu akcji, którą opisy przerywają), lecz ogólnie trzeba zaliczyć je „na plus”, bo bywają naprawdę urzekające i tworzą „specyficzny klimat ówczesności”, jak i klimat całej narracji. Jednak „Dracha” na tych wykładach być nie mogło, natomiast podczas przedostatnich zajęć z semestralnego cyklu pani profesor omawiała kręgi „literatury gatunkowej”, a w tym kręgi „fantastyki”. I oczywiście pojawiło się pytanie: „Dlaczego twórcy, nawet wybitni, tejże literatury nie otrzymują nagród na skalę ogólnoliteracką?”. Naturalnie padła odpowiedź, że po prostu literatura ta w Polsce nie jest traktowana jako „literatura wysoka”, co więcej krytycy się do niej nie przyzwyczaili i nie jest tak popularna w „wielkich kręgach literackich”. I w tym miejscu skończyło się wyjaśnianie. Zatem ja się teraz dopytuję. Dlaczego tak jest? Wszakże mamy postmodernizm, sztuki nie tworzą już wyłącznie ludzie z dworków szlacheckich czy z wyższych warstw, ze szczelnego koła inteligencji, bo takowych podziałów już nie ma, a na fantastyce można przecież sporo zarobić, więc promowanie jej nikomu w strukturach krytyczno-literackich (jurorów, tych od nagród literackich) oraz wydawniczych by nie przeszkadzało. Więc dlaczego? No i odpowiedź jest smutna, bo wydaje się znajdować poza samą literaturą.
źródło: wiadomosci.onet.pl
Niestety tej fantastyce z „literaturą wysoką” nie jest po drodze, no i vice versa. Fantastyka stworzyła sobie oddzielny świat, oddzielny rynek, oddzielnego odbiorcę, a nawet oddzielną mentalność, która bardzo różni się od wszystkich dominujących w „literaturze wysokiej”. I w tej mentalności kryje się ostateczna odpowiedź, ponieważ jest to mentalność narodowo-patriotyczna, prawicowa i tradycjonalistyczna. Wśród zdecydowanej większości czołowych twórców tej literatury można odnaleźć tego typu zabarwienie ideowe, m.in. u Dukaja, trochę u Szostaka, a również u młodego Twardocha, który z pozostałą dwójką był i obecnie jest w doskonałych relacjach. Tylko że Twardoch w tym gronie stanowi postać najbardziej specyficzną. Jeszcze w pierwszej dekadzie XXI wieku, prócz publikowania książek i opowiadań w kręgu literatury fantastycznej, zajmował się prawicową publicystyką. Pisał m.in. w „Gazecie Polskiej” o „arabskim motłochu we Francji”, a na swoim blogu o „degeneracji współczesnych obywateli”. Prócz tego afiszował się jako patriota lokalny, etniczny Ślązak, osoba zainteresowana historią lokalną oraz historią dziejów – i z tej całej wyliczanki we współczesnym pisaniu Twardocha, np. w „Drachu”, wybrzmiewa najbardziej ostatni przymiot, bo książka ta opowiada o dziejach historycznych, o ich ciągłości i powtarzalności. Zresztą narracja poprowadzona jest w taki sposób, że wszystko dzieje się teraz; ludzie się rodzą, umierają, przeżywają romanse, sprzeczki, miłości, wojny, lecz mimo ukazania tak wielu bohaterów – należących do jednego rodu na przestrzeni kilku pokoleń – to ich losy zdają się pokrywać; ich egzystencja, choć tak pozornie skomplikowana, stanowi zamazaną odbitkę życiowego dorobku każdego z poprzedników. Jest w tym jakiś bolesny życiowy nihilizm, który zbliża człowieka do każdego innego stworzenia; takiego jak choćby przewijające się przez całą powieść sarny, których nieskomplikowane życie w ostatecznym rozrachunku ma taką samą wartość jak życie istot stworzonych na wzór i podobieństwo Boga. Dlatego „Drach” daje do myślenia. Można się nie zgadzać z narratorem, ale powieść ta zarówno przez drastyczność przekazu, jak i przedstawianych treści, zmusza czytelnika do choćby ogólnej refleksji, której np. zabrakło kiedyś kilku krytykom i po „Wiecznym Grunwaldzie” nadal nawiązywali (co jakiś czas) do tych starych „prawilnych czasów” Twardocha. Jednak autor „Dracha” dosyć się zmienił przez te kilka lat, lekko odsunął od środowiska fantastyki i w 2012 roku – nawiązując (jako pierwszy młodszy pisarz od lat) do „polskiej tradycji wielkich powieści” – książką „Morfina” na stałe zapisał się w kręgach „literatury wysokiej”. Zyskał przychylność kapituł-wielkich-nagród-literackich-światka-literatury-wysokiej, które – tak się akurat złożyło – są na ogół w naszym kraju ukierunkowane w liberalno-lewicową stronę, więc odwrotną w stosunku do światka fantastyki, ergo – żaden pisarz zakorzeniony w kręgu fantastyki nie otrzymał i nie otrzyma w najbliższym czasie żadnej nagrody fundowanej czy „sędziowanej” przez ludzi z kręgów „literatury wysokiej”.
Odnośnie dzisiejszych czasów sprzyjających Twardochowi, to w nawiązaniu do tego, co powyżej… Autor „Morfiny” jest z jednej strony przykładem (ostatnio) „wstrzemięźliwego” patrioty, lubianego przez prawicowe media popularne wśród młodzieży (która dziś po prawej stronie widzi myślową bazę swojego pokoleniowego buntu); z drugiej typem eleganckiego młodego, inteligentnego literata, który potrafi pisać, a przede wszystkim potrafi pisać o czymś, co wśród młodych polskich prozaików jest rzadkością. Co więcej, Twardoch przeszedł ogromną metamorfozę wizualną. Modnie się ubiera, modnie strzyże, trochę nawiązuje do stylu dżentelmena z dwudziestolecia, ale wszystko to ze współczesnym „smakiem” i tajemniczym spojrzeniem na portretowych fotografiach, niemalże tak tajemniczym jak sam narrator „Dracha”, czyli „drach” – który jest wszechwiedzący, wszystko widzi, wszystko czuje i jest czymś ma wzór ducha ziemi, a może po prostu ziemią lub ziemią Śląską? Sam Twardoch podczas wywiadu wyjaśnił, że drach wedle definicji może być latawcem, łobuzem lub smokiem, aczkolwiek ja byłbym bliższy pojmowania „dracha” jako czegoś na wzór bóstwa pogańskiego z widoczną domieszką panteistycznych wyobrażeń. Książka jednak nie daje żadnej precyzyjnej odpowiedzi, ale wiemy, że jest to byt wieczny, który widzi wszystkie prawidłowości ludzkiej egzystencji i opowiada o sadze śląskiego rodu, przeskakując na przestrzeni jednego akapitu nawet i o 50, 100 lub 200 lat, bo dla niego wszystko dzieje się teraz. Jest to naprawdę ciekawa konstrukcja, która decyduje o pewnej niezwykłości, jak i „zwykłości” zdarzeń dziejących w tej książce, i należą się za to słowa uznania autorowi, którego tajemnicze spojrzenie wbija się w nas również z napisanej przez niego nie tak dawno książki o stylu dla mężczyzn pt. „Sztuka życia dla mężczyzn”. Warto również zauważyć, że jego oblicze od czasów premiery „Morfiny” kilkukrotnie gościło – jako ciekawy przykład modnego faceta – na stronicach kolorowych magazynów o błyszczącym powierzchniach graficzno-reklamowo-tekstowych. Sięgają więc po niego wszelakie opcje, bo praktycznie każdemu jest jego postać na rękę, a on sam zdaje się mieć coraz większy dystans do tego podzielonego świata i tworzy literaturę, która jest wartościowa ze względu na samą literackość, a nie zaangażowanie, kontrowersje, inne problemy. Choć „problem” Śląska nadal pozostaje.
źródło: news.o.pl
19 września zeszłego roku miało odbyć się spotkanie autorskie Szczepana Twardocha w Łodzi zorganizowane przez Klub Liberte. Jednak zamiast spotkania był tylko skandal. Pisarz nie przyjechał, ponieważ (cytuję) „wkurwił się” o notkę zapowiadającą niniejsze wydarzenie. A rozsierdził się m.in. przez wzmiankę o tym, iż jest „zagorzałym Ślązakiem” oraz o to, że przytoczono jego wpis na Facebooku, w którym potępił decyzję Sądu Najwyższego odmawiającą Ślązakom prawa do mienienia się narodowością. Jego decyzja o odwołaniu spotkania autorskiego wyglądała tak: „Po pierwsze, nie jestem <<zagorzałym Ślązakiem>>. Po drugie, nie toleruję używania określenia <<Ślązak>> jakby był to jeden z moich tytułów zawodowych. Nie spotkałem się jak do tej pory z tym, żeby ktoś nazywał np. Łukasza Orbitowskiego <<pisarzem, publicystą i Polakiem>>. Po trzecie, napisałem parę ważniejszych rzeczy niż facebookowe statusy i wypowiedzi w wywiadach i nie zamierzam występować na spotkaniach jako autor tychże (…)”. Było dość nieprzyjemnie, bo taka sytuacja świetnie sprzedaje się w mediach. Rzecz jasna, zaraz pojawiły się przeprosiny i artykuł redaktora „Liberté!”, w którym adorował Twardocha, porównując go do Gombrowicza i Witkacego, a nawet stawiając go wyżej. Cytat: „Szczepan Twardoch to nasz współczesny Witkacy czy Gombrowicz. Nie tylko dorównuje im talentem, ale przerasta ich osobowością, nieposkromionym temperamentem, błyskotliwym stylem.”, hmm… Albo temperament Gombrowicza i Witkacego nie był znany panu redaktorowi, albo ten artykuł miał być bardzo ironiczny. Nie chcę wchodzić tu w polemikę, ale ukazać „problem”, który wielu ze Śląskiem ma. I jest to dziwne, ponieważ region ten jest jednym z najbardziej rozwiniętych w Polsce, ludzie tam są (wedle sondaży) najszczęśliwszymi obywatelami w kraju, a pominąwszy hałdy węgla i dziesiątki fabryk Śląsk jest piękny, a nawet z tymi wszystkimi „przemysłowymi atrakcjami” ma swój niepowtarzalny klimat. Jednak o tej „problematyczności” Śląska decyduje coś innego i zdaje mi się, że to, iż większość Polaków tego Śląska pod względem kulturowym sobie nie „oswoiła” i traktuje śląską kulturę jako atrakcję turystyczną. Można tu szukać uzasadnienia w historii, gdyż faktem jest, że przez całą Polskę Ludową odmienność kulturowa (i to taka leciutko powiązana z Niemcami) nie była mile widziana i nie mogła się rozwijać, a przed II RP ostatni raz Polska miała wspólną historię ze Śląskiem w XIV wieku. Silesia jest dość specyficznym obszarem społeczno-kulturowym, a z perspektywy Polaka mieszkającego np. w Warszawie skomplikowanym i różnorodnym, niemniej większość Ślązaków ma Polskie paszporty, więc – skąd ten problem? Warto też nadmienić, że Ślązacy są dzięki swojej skomplikowanej historii bogatsi kulturowo, bo mają i Polską kulturę, i Śląską. Dziedzictwo kulturowe Śląska wciąż się „organizuje”, wciąż trwa debata o właściwej transkrypcji języka śląskiego, wciąż kompletuje się teksty wchodzące w skład literatury śląskiej i „Drach” jest właśnie takim tekstem, który współtworzy piękną kulturę Śląska, choć sama Silesia nie jest w tej książce piękna. Region ukazany jest w sposób brutalny. Non stop trwają konflikty – międzypaństwowe, międzyludzkie, międzypokoleniowe. Mieszkańcy tak zyskują nowe tożsamości podczas kolejnych zmian na mapie i w społeczeństwie. Niektórzy chcą być Polakami, niektórzy Niemcami, niektórzy chcą być po porostu sobą i każda taka decyzja wiąże się z niemiłymi konsekwencjami. Bardzo ważnym momentem są wojny, a przede wszystkim doświadczenie pierwszej wojny światowej. Autor wydzielił nawet w książce część, wewnątrz której opisuje dokładnie dzieje wielkiej wojny z perspektywy Ślązaka. Dzięki temu czytelnik wcześniej nieznający tej tematyki może niemal wejść w umysły osób mieszkających tam, w tamtych czasach, i poczuć, jak wielkim doświadczeniem był ten konflikt dla Górnego Śląska, bo współcześnie Polacy raczej wiedzą więcej o II WŚ czy o samym odzyskaniu niepodległości po I WŚ, natomiast wielka wojna schodzi na drugi plan. Dlatego też uważam, że ta książka jest również o Śląsku, co dla mnie osobiście było wielkim walorem, bo podczas lektury tak naprawdę pierwszy raz w życiu ogarnąłem specyfikę tego regionu i z pewnością w przyszłości zechcę pogłębić moją wiedzę na temat historii tamtych właśnie miejsc. Tak już kończąc ten temat… Śląsk jest częścią Polski, ale wyjątkową częścią Polski, natomiast Twardoch pozostaje najważniejszym w Polsce śląskim pisarzem, na co nic nie poradzi…
źródło: culture.pl
Więc o czym ostatecznie jest „Drach”? Rekapitulując, pozwolę sobie na przytoczenie rozstrzygającego tę kwestię cytatu z omawianej książki:
Kolejne pokolenia synów i córek Augusta Lomani rozdają się zaś po strefach okupacyjnych angielskiej, francuskiej i amerykańskiej, które potem z Trizonii staną się Republiką Federalną Niemiec, i w niej będą żyły, a potem nagle wymrą, bezpotomnie, co oczywiście nie ma najmniejszego znaczenia.
I tu padła właśnie odpowiedź, dokładnie padła w najczęściej powtarzanej frazie tej powieści, czyli „nie ma to najmniejszego znaczenia”, bo „Drach” nie jest literaturą o jedynym konkretnym problemie, jest przede wszystkim literaturą dobrą, dobrą literacko.
A! I jeszcze ten nieszczęsny Mercedes. Wiele osób w literackim światku – w tym Paweł Dunin-Wąsowicz – miało (i nadal ma) problemy z tym, że pisarz (jak np. Szczepan Twardoch) może zarabiać porządne pieniądze i cieszyć się wielką sławą. Niestety nadal wśród sporej części osób zajmujących się literaturą dominuje artystowskie przekonanie o istnieniu etosu biednego „niebiańskiego literata”, który broni swą niezłomną postawą ostatniego bastionu „wysokiej sztuki”… No a później wydawane są miliony złotych na promowanie czytelnictwa, bo jakimś cudem większość polskiego społeczeństwa w ogólnie nie czyta (?!)… bo jakimś cudem większość polskiego społeczeństwa nie tyka się tej „elitarnej dziedziny” przeznaczonej tylko dla ponadprzeciętnych, dalekich od reszty plebsu, genialnych jednostek (czyli dla: „żenujących bufonów”). I tak też się tę literaturę „promuje”, mistrzowskimi akcjami krzyczącymi: „jesteś debilem – nie czytasz; jesteś snobistycznym bucem – czytasz” albo „Nie czytasz? Nie robię Ci laski”, czy jakoś tak. Zresztą sam Twardoch kiedyś powiedział: „czytanie jest przereklamowane”. I chyba o to w tym chodzi, żeby mieć do tego wszystkiego dystans. Czytanie powinno być normalną czynnością, tak samo jak pisarz powinien być normalnym artystą – jak muzyk czy reżyser. A jeśli ktoś nadal uważa literaturę za ostatnią elitarną dziedzinę sztuki z pięknymi etosami i wysublimowanymi dworkami szlacheckimi, to życzę miłego oglądania upadku polskiego czytelnictwa przy rozkosznej ipsacji do „ę” oraz „ą” na kredowym papierze ambitnych dzieł dla prawdziwych inteligentów, zapisywanych przez biedaków. Niestety (lub stety) łatwiej dziś zaufać (dostrzec go, kupić coś jego i przeczytać) ładnemu panu w merolu niż snobistycznemu panu, który jest tak bardzo awangardowy i tak bardzo „ponad”, że nikt na niego nie zwraca uwagi…
Ktoś kiedyś powiedział, że są takie tomiki, do których wraca się przez całe życie, a „Clubbing” autorstwa K. Brewińskiego takim tomikiem właśnie nie jest, a może bardziej… nie chciałbym, aby takim tomikiem był. Więc powróćmy do niego raz jeszcze…
Ogólne ogóły
Kamil Brewiński, alias Breivik, urodzony 3 lipca 1984 roku na Lubelszczyźnie, w 2013 kończy pisanie swojego długo wyczekiwanego debiutu poetyckiego o nazwie „Clubbing”. W latach poprzednich publikuje wiersze w almanachu projektu Połów 2011 oraz w wielu czasopismach literackich i Internecie. Tomik ukazuje się w Hubie Wydawniczym „Rozdzielczość Chleba” i zostaje dość ciepło, a nawet „głośno”, przyjęty. W „prasie” i „sieci” pojawia się kilkanaście recenzji, a w 2014 otrzymuje nominację do jednej z najważniejszych nagród poetyckich w Polsce (czyli Silesiusa). Nagrody jednak nie zdobywa, gdyż zgarnia ją, wydany przez szanowane Biuro Literackie, tomik Martyny Buliżańskiej. Decyzja przyjęta jest przez „środowisko” z jednej strony jako zrozumiała i będąca do przewidzenia, bo Buliżańska posługuje się oswojoną i uznaną przez „światek” poetyką, a z drugiej jako niezrozumiała, bo Brewiński (podobnie jak drugi nominowany – Maciej Taranek) pisze wiersze, które wydają się świeże w porównaniu do tego, co mieliśmy w polskiej poezji przez ostatnią dekadę. Oczywiście nie wszyscy podzielają powyższe zdanie i wielu twierdzi, że Brewiński jest słaby, bo to, co pisze, to „zbiór bezsensów” i nic poza. W tym wypadku prawda jak zwykle nie leży po środku, a gdzie – to zaraz Państwu opowiem.
Ogóły
Więc „o czym to jest?” – nagabnie zapewne wnikliwy wielbiciel poezji polskiej? I w tym wypadku najrozsądniejszą odpowiedzią wydaje się: „nie wiem”, lecz równie dobrą eksplikacją mieni się tu stwierdzenie: „to zupełnie nieistotne”. Bo jak wyciągnąć sens ogólny z tomu, który wita nas mottem: „Nie pomoże piguła, / Kiedy w bok kole rywuła.”? A gdy owo wyciągnięcie jest dodatkowo wciśnięte w zmurszałe usta Mikołaja Reja, to cóż począć? Reasumując powyższe, zbiór jest nierówny, wieloaspektowy, z lekka chaotyczny i (inne niewiele mówiące przymiotniki, które mają za zadanie zilustrowanie tego, że lepiej jest odbierać „Clubbing” po jednym wierszu niż jako zwartą całość). Rzecz jasna, stworzona tu (przez mnie) „na siłę” kategoria „ogólnego sensu” nie rzuca bezpowrotnie niejasności na inne – że tak powiem – „kategorie odbiorcze” całej książki. Bo, na ten przykład, atmosferę ogółu wyczuć da się nawet po przeczytaniu, przytoczonego już tu wcześniej, motta. Czyli atmosfera CIĘŻKOŚCI, niechcianego balastu; niemal wszystko jest tu takie obrzmiałe i ociężałe, a jedynymi elementami dynamicznymi wydają się pozostawać słów samych połączenia – w sensie: lingwistycznie ten tomik „płynie” tudzież „lata”, więc nawet „płynie latając”; dokładnie tak! I dzięki tej błyskotliwej metaforze, możemy dość sprawnie przejść do kolejnego aspektu tego tomiku, czyli wersyfikacji, która „płynie latając”.
Kilku krytyków i naukowców zwróciło już na to uwagę. Zastanawiali się dość poważnie, do czego to zrytmizowanie, sylabiczność, i inne tego typu chwyty prowadzą, gdzież kryje się ten „ukryty sens”. Ja natomiast, w tym temacie, pozostaję racjonalnym ignorantem i za naczelny sens niniejszych uważam: „żeby się dobrze czytało, żeby odbiór był ok”. Do obrony mej hipotezy, prócz oczywistego stwierdzenia „bo się dobrze czyta”, powołam się na autokreację Brewińskiego, który nieraz raczył swą audiencję deliberacjami na temat życia, typu: „bez napinki”, „na luzie”, „na spokojnie”, więc tak też czytam jego wiersze, a czyta mi się dobrze, ergo: szach mat, wszystko się zgadza.
źródło: http://kultura.lublin.eu/
Wróćmy jednak do tej „ciężkiej atmosfery”. Bo prócz oczywistego odnośnika do często pojawiającego się „klimatu węzłowego zwału” (czyli polibacyjnego genius loci) po hardcore’owym clubbingu, w którym niemiłosiernie męczy się Kamil, to i sami „bohaterowie” oraz przedmioty występujące wewnątrz imaginacyjnej struktury poezji toną w ociężałości. Gdyż mamy „nieplanowaną ciążę w przerwie pierwszej zmiany”, „ciężarówki do wuefu w przenośnych schronach”, „idę trochę spasiona” i mógłbym jeszcze tak długo, długo, długo… Słowem rekapitulacji powyższych dwóch akapitów – połączenie „szybkości” frazy z ociężałością świata przedstawionego sprawia wrażenie, jakbyśmy mknęli rosyjską łodzią podwodną klasy Alfa o napędzie nuklearnym w głąb olbrzymiego szamba pełnego gęstej mikstury. I, o zgrozo (!), jest to uczucie dość ciekawe, a nawet i przyjemne – oczywiście do momentu, gdy pozostajemy oddzieleni od tego wszystkiego kartką papieru lub ekranem monitora.
Przez chwilę pozostańmy przy tropach przed momentem zaznaczonego dyskursu i zastanówmy się, jaką to jeszcze wspólną cechę można wyodrębnić w ogóle tych wierszy. Odpowiedź brzmi: niedostatek! I jest to odczucie dość subiektywne. Niedostatek ten przejawia się bowiem niemal zawsze po przeczytaniu pojedynczego utworu. Bo jest rytmicznie, przyjemnie, z konkretną treścią, ale brakuje tej przejmującej pointy, tej dobitnej „eksplodującej końcówki”. Więc czytelnik pozostaje z takim niedosytem… Rozumiecie, Państwo? To jest jak w tym „zwale” po tęgiej libacji, gdy delikwent próbuje zaznać oczyszczenia, a tam coś pozostało… pozostał ten osierocony, finalny haust wymiocin, który ugrzązł w ciemnych zakamarkach przewodu pokarmowego i na siłę – ów biedny delikwent – wciska tam palce, dłoń, pięść całą, dildo XXL, kompletny aparat hermeneutyczny… a tu nic! Taki właśnie jest ten tomik (a „ilustracje” powyższych opinii i opisów – konkretne egzemplifikacje – będą później, jako przykłady zbiorowych tez, by tu zbytnio miejsca nie marnować).
Szczegóły
Tomik ten należy do tak zwanych „tomików średniej objętości”. Zawiera on 41 utworów, których „literacka jakość” rozpościera się od oceny bardzo dobrej aż po lichego „dopa”. By naświetlić Państwu całą sprawę, wskażę głównych „przedstawicieli artystycznych tworów” Brewińskiego z póki górnej i środkowej, oraz takich, których na żadnej półce raczej nie chciałbym widzieć. Zacznijmy od pozytywów, a zatem pierwszy w porządku zbioru wiersz pt. „Pindrzenie”:
dzisiaj jestem niebieski możesz mnie kojarzyć
z morzem niebem lub wodą zadzwonić na suki
i zgłosić wątpliwości tak długo się staramy
coś o sobie powiedzieć – tu pomysł się kończy
a zaczyna poezja proszę o wers ciszy
dziękuję dzisiaj jestem niebieski jak toto?
sen jest spędzony z powiek łasi się do lustra
kiedy tępą żyletką zdrapuję ten kolor
z niebyłego obiektu – coś jakby boisko
oczywiście do polo a może do diabła?
tutaj pomysł się kończy sen zmienił się w lipiec
więc rodzę się na nowo stoję pod prysznicem
woda spłukuje resztki – murawę i konie
całą trybunę vipów podobnych do diabła?
chciałbyś odpalić auto a kluczyk jest z lodu
woda niebo i morze w drobnym kruchym soplu
kilkadziesiąt sposobów powiedzenia – jestem
dziękuję
Raczę Państwa całym utworem, ponieważ w mej ocenie – warto; warto poczuć ten płynny rytm trzynastozgłoskowca, te „płynąco-latające” słów polaczenia i tę przygniatającą atmosferę pytań, którą emanuje podmiot liryczny i która może udzieliła się co poniektórym Paniom i Panom podczas lektury. Taki właśnie Brewiński do mnie „przemawia”. Szczególnie urzeka tu kreacja podmiotu lirycznego: silącego się na grzeczność (proszącego, dziękującego), ugładzonego sylabizmem, starającego przypodobać się potencjonalnemu odbiorcy i nawiązać z nim nić porozumienia czy nawet zrozumienia („tak bardzo się staramy” – pierwsza osoba liczby mnogiej), a z drugiej strony nieco szpanującego (np. efekciarskimi zagrywkami typu „wers ciszy”), z lekka wulgarnego („zadzwonić na suki”), a nawet przejawiającego cechy megalomanii (bo czym on tu nie jest?!). Jak świetnie w tę kreację podmiotu pierwszego utworu wpisuje się osoba publikująca swój pierwszy zbiór i z tego powodu próbująca mówić o sobie jak o… no właśnie? Pełnoprawnym poecie? Chłopcu aspirującym do bycia artystą? Czy może, jak o pindrzącym się przed występem wierszoklecie-trubadurze, który musi stawić czoło wymagającej publiczności (czy też bardziej samemu sobie)? Dokładnie nie wiemy, a odpowiedź wydaje się tu nie aż tak istotna. Gdyż liczy się ten „płynny ciąg”, stały proces „stawania się”, obmyślania nowych „pomysłów na siebie”, patrzenie z (niebieską) nadzieją na „ja”, na dziś i jutro, i zawsze – bo panta rhei, jak ta woda, morze i chmury na niebie. Ten ciężar rozważań, świetnie kontrastujący z tą „szybkością frazy”, ostatecznie pozostawia nas bez rozwiązania, lecz z grzecznym „dziękuję”, którym podmiot pokornie wyraża wdzięczność wobec odbiorcy za wysłuchanie jego przemowy lub niespodziewanie dziękuje za to, że sam podmiot jest i może być, stawać się, dzięki odbiorcy? I wraz z „Pindrzeniem”, na tej najwyższej półce, stoi jeszcze kilka utworów, które przydałoby się przedstawić, lecz oczywiście nie ma na to miejsca, więc szybko przenoszę Państwa wzrok kilka poziomów niżej…
źródło: http://xn---ch-ppa33b.pl/
Pułap średni. Znajduje się tu zdecydowana większość utworów z tego tomu. Na ten przykład, weźmy sobie „Rewizję”, której druga strofa brzmi tak:
powtarzam: ta lufka to nasz wstrzymany oddech
więc niech pan nie pierdoli że była frygana
więc niech pan nie szuka przyczyn w miednicy róży
ten osad to równie dobrze zaczątek góry
ten osad to równie dobrze kolec powietrza
Drodzy Państwo, nadal jest płynnie, miło i przyjemnie. Jest lufka – najprawdopodobniej rurkowaty przyrząd do palenia nielegalnych substancji, jest zapewnienie, iż nie była frygana, więc może nieopalana, jest bliżej niesprecyzowana „miednica róży”, jest metaforyczny osad, a wcześniej zapewnienia o własnej nieskazitelności w liczbie mnogiej. Czas narkotycznego „zwału”, to idealny moment na opalenie lufki z osadu, np. przylegającej do ścianek przyrządu „haszowej zlepy” po „zielsku” i jest to taka jedna rewizja, którą dokonuje ćpun na takim oto narzędziu. Z drugiej strony, mamy tu zapewnienia o nieskazitelności, więc może taką rewizje przeprowadzać policjant w mieszkaniu ćpuna, ale może też sam ćpun na samym sobie podczas rzucania nałogu. Zagadką pozostaje „miednica róży”, która może być faktycznie czymś ważnym, lecz – odnosząc się do kształtu kwiatu róży – może być też końcowym, poszerzanym elementem lufki, do którego wkłada się nielegalne substancje. No i niby wszystko ładnie się układa, ale pozostaje pytanie: no ok, ale co z tego? I to właśnie ten niedostatek, o którym mówiłem na początku. Podobne odczucie dotyka nas, gdy w tytule pojawiają się cyferkowo-literkowe elementy z języka techniki i komputerów (np. NAX 910039 czy DXH 130025) lub gdy w tok wiersza wplatane są znane postacie z świata kultury i zamierzchłych dziejów, takie jak O’Hara, Puszkin, Feliński itd. Niby w tych wierszach większość rzeczy „się zgadza”, niby jest ok, ale pozostaje takie nieznośne pytanie: czy to do czegoś więcej było potrzebne? czy to faktycznie ma sens, czy to tylko – za przeproszeniem – takie niewysublimowane koszałki-opałki? Ja pozostawiam tu wielokropek…
Na samym zaś końcu pozostają wiersze, których sens… trudno jest uchwycić. W takich wierszach szeroko wcześniej omawiany element niedopowiedzenia zdaje się rozciągać na całą „materię” utworu, wzdłuż, wszerz itd. Kulminacja tego zjawiska ma miejsce w ostatnim wierszu pt. „Bliżej nieznanej”. Jednak nie chcę go tu komentować, bo jest to wiersz cybernetyczny, a cyberprzestrzeń jest mi znana tylko z cyberpunka, zatem musicie Państwo ocenić to sami – zachęcam.
Szczegółowe szczegóły
OK, szanowni Państwo, karty na stół! Czy jury Silesiusa miało choć trochę racji w swym wyborze? Czy ten tomik to przełom w polskiej poezji? Czy w ogóle warto przeczytać „Clubbing” Brewińskiego? Czy to dobra książka?
Jak już wspominałem, wielu krytyków usiłowało na powyższe pytania odpowiedzieć. Niektórzy próbowali, ale przez przypadek zbłądzili we własne literackiej ideologii zakamarki. Jak np. Adam Wiedemann, który chciał wcisnąć w ten „zwałowy klimat” „Clubbingu” polityczne zaangażowanie, bo taka to nastała moda, że nawet jak człowiek się o własne sznurówki wypieprzy na chodniku przed Pałacem Prezydenckim, to bardzo on zaangażowany.[1] Moim zdaniem: nie. Niektórzy coś tam o tomiku mówili, lecz chcąc pozostać neutralnymi, nie mówili nic. Jak np. Anna Kałuża, z tzw. mainstreamu, która nazwała „Clubbing” pejoratywnie brzmiącą „wirówką nonsensu”, a później wypowiedziała się w dość przychylnym tonie, ostatecznie nie pozostawiając czytelnikowi swej oceny.[2]
Ja, szanowni Państwo, pozostanę hojnym recenzentem i ocenę Państwu pozostawię. Jury Silesiusa nie miało ani krzty racji. Ten tomik nie jest przełomowy w polskiej poezji (choć jest dość „świeżym” doznaniem dla czytelnika, biorąc pod uwagę dokonania ostatniej dekady polskiej poezji). Warto go przeczytać (choćby dla tych „płynących…”). Jest to książka przyzwoita. Oczywiście ta ocena jest subiektywna i znam wielu, którzy za nic by się ze mną nie zgodzili, ale tym bardziej polecam przeczytanie tego „głośnego” „Clubbingu”. I mam nadzieję, że dobrze się Państwo będziecie bawili, bo np. ja bawiłem się wyśmienicie.
[1] Zob. A. Wiedemann, …co to jest róża?, http://www.dwutygodnik.com/artykul/4661-co-to-jest-roza.html, data dostępu: 07.05.2015.
[2] Zob. A. Kałuża, Wirówka nonsensu, http://tygodnik.onet.pl/kultura/wirowka-nonsensu/dnbfb, data dostępu: 07.05.2015.
Odwiedziny po latach - Stalin w PKiN – „Młody Stalin” recenzja
Karolina Krzęcio
Józef Stalin, a właściwie Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili, większości z nas znany jest jedynie z lekcji historii. I to w oparciu o suche fakty historyczne, oscylujące wokół jego politycznej i dyktatorskiej działalności, postać Stalina krystalizuje się w świadomości każdego pokolenia. Tadeusz Słobodzianek w swojej sztuce odchodzi od tych utartych schematów i proponuje nieco odmienne spojrzenie na fundatora Pałacu Kultury i Nauki.
Ponad dwugodzinny spektakl rozpoczyna się weselem młodego Dżugaszwilego (Soso) z piękną Kato. Tawerna Tilipuczuri, głęboka noc, zaślubiny zdają sie odbywać prawie że potajemnie. Mimo charakteru uroczystości Soso nie odmawia sobie niewyszukanych aluzji pod adresem własnej matki. Oficjalnie syn szewca i sprzątaczki, młodzieniec snuje domysły co do pochodzenia biologicznego ojca i okoliczności, w jakich on sam został poczęty. Tym samym upokarza i poniża matkę w obecności gości.
Wesele, w trakcie którego nie brakuje ludowych, gruzińskich tańców, zostaje przerwane przez rozruchy w Tyflisie. Soso, ostrzeżony przez przyjaciela Kamo, próbuje uniknąć aresztowania. Gdy jednak trafia do więzienia, przekonuje współwięźniów do swoich racji, a członka odmiennej partii zmusza do przyznania się do podpalenia komisariatu. Za szczegół zdaje się uznawać fakt, że to on sam był zleceniodawcą.
W kolejnych scenach podróżujemy razem z, już rewolucjonistą Koba, po całej Europie. Jest i Wiedeń wraz z toczącą uczone spory inteligencją (Freud, Jung, Wittgenstein, a nawet Hitler). Następnie Londyn, w którym odbywa się zjazd partii bolszewickiej. Jest i Kraków wraz z grupą młodych artystów śpiewających „Musimy siać” w imię rewolucji i zakrapiających całą imprezę alkoholem. Podróż kończy się powrotem do Tyflisu i krwawymi rozrubami.
źródło: www.teatrdramatyczny.pl
Całość sztuki opiewa wokół pierwszych lat działalności Stalina. Opowiada o tym, jak wyglądała lub mogła wyglądać droga Soso do władzy. Najważniejsze jednak pozostaje to, co determinowało Dżugaszwilego, czym kierował się w swoich poczynaniach i na kim się wzorował. Słobodzianek główny akcent zdaje się kłaść na dzieciństwo Soso. Nieprzepracowane traumy, jak uważają psychologowie, mogą stać się przyczyną późniejszych niepowodzeń w życiu lub napędzać agresję, zło i okrucieństwo. Stalin poniekąd pasuje do tego schematu; nie jest to jednak jedyny i główny powód jego postępowania. Nie należy tłumaczyć i usprawiedliwiać zła traumą z dzieciństwa. Choć tym samym Słobodzianek zmusza do refleksji. Smutna jest świadomość tego, że niektórzy dyktatorzy znani z kart historii traktowali swoją władzę jako lekarstwo na własne nieszczęścia. Kierując się niskimi pobudkami, dowartościowywali się poprzez ranienie niewinnych ludzi. W tym miejscu należy chyba zastanowić się nad tym, czy obecne głowy państw zawsze są odpowiednimi osobami do pełnienia takich funkcji i czy zawsze kierują się oni doświadczeniem i zdrowym rozsądkiem, a nie własnymi ambicjami.
Zgodnie z tym, co zapowiadał dyrektor Teatru Dramatycznego, jest to rzeczywiście „gangsterska opowieść w rytmie lezginki”. Nie brakuje momentów wywołujących śmiech wśród widowni, które po chwili zamieniają się w sceny pełne gorzkich słów i refleksji. Z pewnością spektakl ogląda się lekko i z zaciekawieniem, co przy takiej długości jest już jakimś osiągnięciem. Nie jest to sztuka nużąca, przez większość czasu bawi widza. Biorąc jednak pod uwagę poruszaną tematykę, uderza to karykaturalne momentami rozluźnienie. Możliwe, że jest to celowy zabieg. Słobodzianek do spółki ze Spišákiem ukazuje tło społeczno-polityczne, jakie towarzyszyło wielkim przemianom z początku XX wieku (akcja toczy się na przestrzeni kilku miesięcy 1907 roku).
I tak widzimy, jak młody, zapalony do działania, idealista Soso przemienia się w tyrana i prowadyra napaści na pociągi i banki. Przykładem jest chociażby krwawy napad w Tyflisie. Oczytany i inteligentny, były członek seminarium duchownego, swoje wykształcenie i bystrość umysłu wykorzystuje w celu rozpętania rewolucji. Z prac filozofów czerpie tylko to, co dla niego samego jest dostatecznie pożyteczne i zgodne z jego planami. Tym samym zapomina o miłości żony i dziecku. Jego zaangażowanie polityczne niszczy ich małżeństwo i w pewnym sensie zabija Kato. Sam Koba w trakcie swoich podróży wdaje się w romans z Ludmiłą Stahl.
źródło: www.teatrdramatyczny.pl
W Wiedniu Słobodzianek przedstawia ówczesną intelignecję, trwoniącą czas na dysputach i zafascynowaną wschodnią ideologią. W tym miejscu nie sposób nie zauważyć aluzji do tego, że często naukowe tezy są splamione subiektywnymi ocenami i poglądami ich autorów. Z kolei w Krakowie, w kawiarence Jana Michalika, młodzi artyści podgrzewają atmosferę alkoholem i wyśpiewują, powiedzmy, hymn o refrenie: – „musimy siać, choć wiatr porywa ziarno, choć w ślad za siewcą kroczą stada wron…”. W odniesieniu do sztuki jest to na pewno głos rewolucji. Może to być również pstryczek w nos od artystów, którzy borykają się z cięciami dotacji dla teatru.
W całej historii ginie gdzieś postać samego Stalina. Niby główny bohater, a jednak jakby nieobecny. Staje się momentami jedynie obserwatorem, który angażuje się w niektóre sceny stanowczo w zbyt małym stopniu. Nie wiem czy jest to kwestia aktora (w tej roli M. Sztabiński) czy celowy zabieg Słobodzianka. Z pewnością jednak w rzeczywistości Stalin wykazywał więcej charyzmy niż na scenie.
Na uwagę i pochwałę zasługuje fakt, że aktorzy grają kilka ról. Unoszą ciężar wchodzenia w różnorodne osobowości. Nie wywołuje to jednak wrażenia zdezorientowania w widzach, jakie może pojawiać się, gdy tego samego aktora widzimy w trzeciej z rzędu roli tej samej sztuki.
źródło: www.teatrdramatyczny.pl
Podsumować tą sztukę można wielorako. W zależności od tego, czy będziemy doszukiwać się w niej drugiego dna, czy nie. Ktoś, kto nie będzie starał się znaleźć w niej żadnego ukrytego przesłania, wyjdzie z teatru z przekonaniem, że oto obejrzał potencjalną drogę Soso do władzy. Że słusznie Słobodzianek podjął temat młodości Stalina, o którym na ogół mówimy w odniesieniu do lat, w których był u pełni władzy. I że w sumie „Młody Stalin” to całkiem sympatyczny kryminał. Choć niektóre sceny mogą wydać się trochę naciągane, w przeważającej części autor trzyma się faktów historycznych. Dlatego ktoś, kto pójdzie na ten spektakl bez odpowiedniego przygotowania, nie posiadając elementarnej wiedzy historycznej, pośmieje się z wygibasów tancerek i momentami niewybrednych żartów. Nic więcej jednak z tego spektaklu nie wyniesie.
Sytuacja jest zgoła odmienna gdy na widowni zasiądzie osoba znająca chociaż po części życiorys Stalina. Spektakl daleki jest od nudnych biografii znanych nam wszystkim. Jednak analizując pewne sceny, dochodzimy do konretnych wniosków. Słobodzianek po pierwsze kpi z członków partii bolszewickiej. Zjazd w Londynie, w trakcie którego owi wielcy reformatorzy (Lenin, Krupska, Plechanow i Martow, Róża Luksemburg, Wiera Zasulicz, Trocki, Zinowjew i inni) kłócą się jak dzieci o to, kto w jakim hotelu nocuje to kwintesencja ich niedojrzałości i krótkowzroczności. Czy właśnie w takiej atmosferze ważyły się losy Europy? Przy wykwintnych trunkach i suto zastawionych stołach toczono bezsensowne spory. A dobrodziejstw, na jakie członkowie partii wydawali pieniądze, szary człowiek miał nigdy nie zobaczyć.
Dostaje się też zachodnim inwestorom. Amerykański biznesmen, w trakcie zjazdu w Londynie, ochoczo finansuje partię, nie przejmując sie specjalnie jej ideami. Liczy się przyszły zysk.
Myślę, że tym ukrytym dnem jest krytyka ówczesnych, ale i obecnych elit, które dbają tak naprawdę o własne interesy, zasłaniając się dobrem ogółu. Ogół ten, a więc przeciętni zjadacze chleba, nic ich nie obchodzi.
źródło: www.teatrdramatyczny.pl
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest to teatr „robiony” pod bardziej przeciętną publikę, która musi się na spektaklu również bawić, nie tylko myśleć. A może taki widz to ostatnio codzienność? Mimo to sztuka jest warta zobaczenia. Chociażby po to, by już po wyjściu z teatru zastanowić się nad tym, w jakiej atmosferze ważą się nasze losy na szczytach władzy. I czy nadal rodzą się tacy dyktatorzy/przywódcy jak Stalin?
Teatr Dramatyczny w Warszawie: scena im. G. Holoubka
„Młody Stalin” Tadeusza Słobodzianka
Reżyseria: Ondrej Spišák
Scenografia: František Liptak
Obsada: Krzysztof Ogłoza, Izabela Dąbrowska , Anna Szymańczyk, Michał Czarnecki, Maciej Wyczański, Anna Markowicz, Krzysztof Dracz, Agnieszka Wosińska, Agnieszka Warchulska, Halina Skoczyńska, Paula Kinaszewska, Piotr Siwkiewicz, Mariusz Drężek, Marcin Sztabiński, Janusz Nowicki
Gdy usłyszałem, że oto Mike Leigh kręci film o Williamie Turnerze, nie mogłem wyjść ze zdziwienia. Ten, który zasłynął z filmów o raczej ascetycznej formie, opowiadających o zwyczajnych, prostych ludziach, wziął się za kostiumową biografię Wielkiego Artysty? Czy nie zagubi się w tym? Nie straci najcenniejszych cech, które prezentował w swoich skromnych filmach?
W angielskim salonie siedzi kilku mężczyzn i kobieta. Z wielką powagą rozmawiają o tym, czy agrest woli chłodniejszy, czy raczej cieplejszy klimat. Po chwilowej wymianie zdań, młody gentleman proponuje kolejny temat: kwestię przedstawiania mórz i oceanów w sztukach wizualnych. Problem idealny dla zebranego grona, w którym znajdują się zasłużeni kapitanowie marynarki oraz dwóch artystów specjalizujących się w malowaniu widoków marynistycznych. Jednym z nich jest sam William Turner, wybitny, choć nie do końca zrozumiany przez współczesnych, artysta. Rozmowa toczy się nie bez różnicy zdań, a bryluje w niej ów młody inicjator dyskusji – nie kto inny, ale John Ruskin, który już wkrótce ma się stać jedną z najbardziej prominentnych i wpływowych postaci w historii sztuki brytyjskiej. Pan Turner, wyraźnie zirytowany słuchaniem zakochanego we własnym głosie Ruskina, z poważną miną proponuje nadzwyczaj elokwentnemu młodzieńcowi, aby ten odpowiedział na jego pytanie. Chwila wydaje się tak wzniosła, że zapytany z dostojną powagą powstaje i podchodzi do okna, prezentując się w całej krasie w promieniach słońca. Z posągową miną czeka na pytanie Wielkiego Artysty. Gdy ono pada, nawet ten brytyjski gentleman nie potrafi ukryć zdumienia. Turner pyta bowiem: „Woli Pan mięso i cynaderki w cieście, czy raczej cielęcinę i szynkę w cieście?”.
źródło: nytimes.com
Scena ta pojawia się dopiero w drugiej połowie filmu „Mr. Turner” Mike’a Leigha, ale znakomicie, moim zdaniem, prezentuje strategię reżysera, jaką przyjął, podejmując się nakręcenia biografii malarza. Nie znajdziemy bowiem w filmie jakiś wielkich rozważań na temat sztuki - które pogrążyły już zresztą niejedną filmową biografię artysty. Owszem, występuje ciekawie zarysowany wątek nadchodzącej przyszłości, rozwoju wieku fotografii, stali i pary – widoczny przecież i w obrazach Turnera. Nie ma tu jednak pompatycznych symboli, czy stereotypowego budowania opowieści na antynomiach sztuka – życie, kultura – natura. Zamiast tego zaserwowane nam zostały mięso i cynaderki oraz cielęcina i szynka w cieście. A jest to danie zaiste wyśmienite.
Gdy usłyszałem, że oto Mike Leigh kręci film o Turnerze, nie mogłem wyjść ze zdziwienia. Ten, który zasłynął z filmów o raczej ascetycznej formie, opowiadających o zwyczajnych, prostych ludziach (m.in. „Sekrety i kłamstwa”, „Wszystko albo nic”, „Kolejny rok”) wziął się za kostiumową biografię? Czy nie zagubi się w tym? Nie straci najcenniejszych cech, które prezentował w swoich skromnych filmach?
Na szczęście tak się nie stało, a te charakterystyczne cechy brytyjskiego reżysera przysłużyły się tylko temu dziełu. Otrzymaliśmy bowiem nie jakiś portret reprezentacyjny, nie spiżowe popiersie Wielkiego Artysty, ale człowieka z krwi i kości. A w tym właśnie Leigh zawsze był znakomity – niezrównany mistrz psychologii i obserwacji obyczajowej.
źródło: joylesscreatures.com
Film wygrywa trzeźwym realizmem, jaki prezentuje w nakreślaniu postaci i tła historyczno-społecznego. Ile tu "filmowego mięcha"! Cynaderki, cielęcina i szynka w cieście kapitalnych szczegółów. Każda scena to mały majstersztyk elementów, które zawsze przesądzały o wielkości kina Mike’a Leigha: oprócz tych wspomnianych wyżej to przede wszystkim dyskretny humor i wielka empatia w stosunku do przedstawianych postaci. I, jak to zwykle bywa u tego twórcy, nie ma tu słabej roli: nawet na drugim i trzecim planie same perełki sztuki aktorskiej. Chyba tylko Brytyjczycy są w stanie osiągnąć podobny efekt.
Na koniec wspomnieć trzeba o wizualnej stronie filmu. Autor zdjęć, Dick Pope, po prostu maluje światłem. Ewokuje nie tylko wizjonerskie obrazy Turnera, ale i malarstwo holenderskie, francuskie, a nawet pejzaże Caspara Davida Friedricha. Jakby chciał ukazać cały kontekst, na tle którego geniusz głównego bohatera widnieje jeszcze wyraźniej. Światło pięknie modeluje bajeczne plenery oraz z pietyzmem wykonane wnętrza i kostiumy, prezentując całą paletę barw: od złotych żółcieni, przez ciemne ugry, po chłodne błękity i zielenie. Aż zapiera dech w piersiach – i to nie tylko w szerokich scenach pejzażowych, ale i w małych rodzajowych obrazkach z kuchni, salonów i wiejskich domków.
źródło: nypost.com
Znakomity film o wielkim artyście to naprawdę rzadkość. Dziękuję, Mr. Leigh! I szkoda tylko, że nie mogliśmy obejrzeć tego oszałamiającego filmu na dużym ekranie. Polski dystrybutor, niesławny Imperial CinePix, już nie pierwszy raz zdecydował się bowiem wprowadzić nagradzany na świecie film znanego reżysera bezpośrednio na płyty DVD i do serwisów VOD – i to ponad rok od światowej premiery. A nam nie pozostaje nic innego, jak znacząco i dobitnie zachrząknąć - na wzór Timothy’ego Spalla w roli Turnera. I co szybciej zasiąść przed ekranem – bez względu na jego rozmiar.
“Mr. Turner”
Reżyseria i scenariusz: Mike Leigh.
Zdjęcia: Dick Pope. Muzyka: Gary Yershon. Scenografia: Suzie Davies, Charlotte Watts, Dan Taylor. Kostiumy: Jacqueline Durran. Montaż: Jon Gregory.
Wykonawcy: Timothy Spall (J.M.W. Turner), Dorothy Atkinson (Hannah Danby), Paul Jesson (William Turner Sr.), Marion Bailey (Sophia Booth), Ruth Sheen (Sarah Danby), Joshua McGuire (John Ruskin), Martin Savage (Benjamin R. Haydon), Lesley Manville (Mary Somerville)
Produkcja: Film 4, Focus Features Int., France 3 Cinema. Wlk. Brytania – Francja – Niemcy, 2014.
Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
✓ Live Streaming✓ Interactive Chat✓ Private Shows✓ HD Quality✓ Free Actions
Free to watch • No registration required • HD streaming
„Początek” Mike’a Cahilla jest zarazem początkiem samego reżysera, który rozgłos zyskał dzięki poprzedniemu obrazowi pt. „Druga Ziemia”. Opowiada historię młodego naukowca, Iana Graya, który łączy pracę biologa molekularnego ze swoim hobby – fotografowaniem oczu napotykanych ludzi. Będąc jeszcze studentem, Ian poznaje dziewczynę, której oczy skłonią go do trudnych poszukiwań i pytań, niekoniecznie na gruncie naukowym.
W „Początku” gra aktorska jest bardzo naturalna, na uwagę zasługuje też ciekawy soundtrack. Dzieło utrzymane jest w gatunku dramatu z lekką domieszką science fiction. Badania Iana dotyczą ewolucji oka oraz sprowadzają się do tego, by potwierdzić lub obalić dowód na istnienie Boga za pomocą wyników swoich badań laboratoryjnych. Jednak za sprawą niezwykłej Sofi jednobiegunowy świat Iana nagle zatrzęsie się w posadach. Uczucie, którym darzy dziewczynę, nie zmieni jego poglądów na naturę świata – zmusi go jednak do pewnych kompromisów, a co za tym idzie, chcąc nie chcąc, będzie musiał zaakceptować pierwiastek religijny, dotąd nieobecny w jego życiu. Reżyser nie pretenduje do miana nieomylnego arbitra – pozostawia interpretację odbiorcy. Jest to lekko filozoficzny dramat, dość oszczędny w środkach. Pozostawia wiele miejsca dla wyobraźni i wrażliwości widza, jeśli ten gotów jest podejść do niektórych poglądów (zarówno religijnych jak i naukowych) z dystansem.
W pierwszych minutach filmu miałam wrażenie, że obejrzę kolejne „dzieło” w cukierkowej oprawie podane tak, aby każdy mógł je łatwo przyswoić. Spodziewałam się rażących przerysowań i maksymalnie wyeksploatowanej problematyki. Słowem: płytkiej, nieumyślnej karykatury. I mile się rozczarowałam. Mike Cahill nie jest bowiem tego typu reżyserem – film jest interesujący i opowiedziany w bardzo naturalny, nienachalny sposób. Zaś jako fanka gatunku science fiction otrzymałam „produkt”, który w pełni mnie usatysfakcjonował. Science fiction w wydaniu Cahilla nie jest nic nie wnoszącą dekoracją, jak to często bywa w produkcjach, gdzie elementy SF to jedynie gadżety czy maksymalna ilość wybuchów wywołana supernowoczesną bronią. Cahill posłużył się fantastycznonaukową aparaturą w sposób, który szczerze uwielbiam – przez pryzmat technologii i nauki pokazał to, co dla człowieka najistotniejsze.
źródło: darkwarez.pl
Widza może drażnić lekkie przerysowanie postaci, szczególnie Sofi (według mnie zbliża się ona do parodii człowieka o bogatym życiu duchowym). Ian jest natomiast przedstawicielem gatunku racjonalisty – purytanina. I tak by mogło zostać gdyby nie olbrzymi ładunek emocjonalny, który film niesie. W połączeniu ze skromną formą i mieszanką gatunkową, która nie szufladkuje z góry odbiorcy, jest to dzieło wyjątkowe na tle innych współczesnych produkcji filmowych. W rezultacie to, co potencjalnie mogło irytować i razić ze względu na kontrast między nauką a religią zostaje podane w sposób, który zachęca, wciąga, zmusza do stawiania sobie pewnych pytań. Film nie jest infantylny, płytki czy szablonowy. Można powiedzieć, że jest dobrze wyważony, nie epatuje jednostronnością, czy pompatycznością (co jest dość rzadkie przy podejmowaniu takiej problematyki). Cahill podejmuje ją zresztą w subtelny sposób, dzięki czemu nie czujemy się tak, jakby wykrzykiwał nam do ucha pytania egzystencjalne. Jeśli jesteś widzem o wrażliwych bębenkach, to ten film na pewno ich nie podrażni. Obraz Cahilla nie należy do gatunku tych, które wywracają życie widza do góry nogami – działa raczej kojąco, unikając moralizatorstwa i arbitralności.
„Nic się nie dzieje, nikt nie przychodzi, nikt nie odchodzi, okropność.”
Samuel Beckett „Czekając na Godota”
Akcja „Jetzt/Teraz” rozgrywa się zarówno podczas jednej imprezy, jak i całego życia bohaterów. Widz poznaje grupę znajomych, o których można by mówić wiele – każdy z nich ma odmienną funkcję w sztuce, każdy posiada indywidualne cechy, jednak bez wątpienia można stwierdzić jedno: wszyscy są chorobliwie nieszczęśliwi. Sytuacja, w której się znajdują, jest doprowadzona do granic absurdu. Dyskotekowe rekwizyty, puste butelki po alkoholu, klubowa muzyka, rozmazane makijaże i pogubione buty to właśnie sceneria, w jakiej została osadzona sztuka. Większości impreza kojarzy się z czymś pozytywnym – dobrą zabawą, spotkaniem ze znajomymi, radosnym nastrojem, jednak tutaj nie jest to szczęśliwa hulanka, a jedynie swego rodzaju pauza, przerywnik, który na chwilę pozwala zapomnieć o poczuciu bezsensu i miałkości życia. I to właśnie ten bezsens i brak celu stanowią główny temat sztuki. Każdy z bohaterów oczekuje od życia czegoś więcej, niż dostaje. Na scenie przedstawiony został cały kolaż niespełnionych pragnień, jak chociażby desperackie poszukiwanie uwagi czy lokowanie uczuć w niewłaściwych osobach. Inni ludzie nie są pocieszeniem i wsparciem, a jedynie niekończącym się pasmem zawodów i rozczarowań. Z każdą minutą coraz bardziej potęguję się u odbiorcy spektaklu przytłaczające uczucie beznadziei. Bohaterowie wydają się być w swego rodzaju pętli, której nie da się przerwać, tkwią w bezsensie, rozgoryczeniu i apatii, prowadzą miałkie rozmowy, które nic nie wnoszą i do niczego nie prowadzą, a jedynie głośna muzyka, która porywa ich do tańca, wprowadza wszystkich w krótki trans, pozwalający zapomnieć o pogłębiającym się marazmie.
fot. Rafał Graboś
„Jetzt/Teraz” bardzo wyraźnie nawiązuje do dramatu Samuela Becketta „Czekając na Godota”. Przedstawione postacie wciąż na coś czekają, wciąż liczą na wyrwanie się z błędnego koła nieszczęść, zmianę swojego życia i odnalezienie szczęścia, jednak kompletnie nic się nie zmienia. Niejednokrotnie próbują „opuścić imprezę”, mimo to wciąż tkwią w martwym punkcie uwięzieni w absurdzie życia, jakie wiodą. Zupełnie jak Beckettowski Gogo i Didi, za każdym razem, gdy postanawiają odejść, nie ruszają się z miejsca, również myślą o samobójstwie, są w takim samym, tragicznym położeniu.
Na szczególną uwagę w spektaklu zasługuje gra aktorska. Sztuka nie posiada zbyt wielu dialogów, a głównym nośnikiem treści są gesty, mimika, postępowania poszczególnych osób. Każda rola została odegrana perfekcyjnie, a przedstawieni bohaterowie są maksymalnie uwiarygodnieni zarówno psychologicznie, jak i w swoim przeżywaniu emocji i wydarzeń – na twarzach aktorów odmalowuje się bezsilność, złość, smutek, sztuczne, udawane uśmiechy, a niekiedy po ich policzkach ciekną łzy. Bardzo mocno jest tu również obecny symbolizm danych zachowań. Jednym z najwyraźniejszych jest gest jednej z kobiet, która, rzucając zalotne spojrzenia i uśmiechy w kierunku mężczyzn, wciąż podnosi rękę, niczym uczniak zgłaszający się do odpowiedzi, ukazując w ten sposób swoje desperackie wołanie o uwagę i dostrzeżenie jej. Przemyślanie i oryginalnie została również odegrana scena erotyczna, w której widzowi jedynie zasugerowano akt seksualny. Jeden z bohaterów, który nie zważając na zaloty innej pani, wybiera sobie tę, która wyraźnie nie jest nim zainteresowana i w sposób natarczywy, a niekiedy nawet brutalny, przenosi ją z miejsca na miejsce, tym samym nakazując, aby stała tam, gdzie on sobie tego życzy, w pewnym momencie maluje jej usta szminką, po czym przyciska do nich kartkę tak, aby zostały na niej ślady warg. Początkowo robi to delikatnie, jednak z każdą sekundą jest coraz bardziej brutalny, by finalnie z przemocą wciskać papier w twarz kobiety i rozmazywać jej makijaż na całej twarzy. Po tym incydencie rozkłada kartki, zdejmuje koszulę i z lubością zaczyna się na nich wić w taki sposób, aby odciski szminki zostały na jego ciele. Tragizmu tej scenie dodaje kwestia „wykorzystanej” kobiety, która pyta, czemu jej nawet nie przytuli. W ten sposób w sztuce przedstawiony został akt niewulgarny, który w swoim wydźwięku zamiast obsceny miał tragizm, smutek i poczucie osamotnienia. Takich aluzyjnych scen w spektaklu widz znajdzie dużo więcej.
fot. Rafał Graboś
„Jetzt/Teraz” pozostawia po sobie uczucie przytłaczającego smutku. Jednak poza tym uczuciem zostawia również pytania: „Na co czekasz?”, „Dlaczego czekasz?”. Historia pięciu indywiduum staje się uniwersalną refleksją dla każdego odbiorcy, dotyczącą poczucia przemijania i oczekiwania na coś, co być może nigdy się nie wydarzy.