Who the fuck is Nostromo?
Milena Florczak
Niektórzy czasem wpadają na pomysł wybrania się do teatru. W takim przypadku zapewne sprawdzają repertuary i recenzje granych sztuk. Czego tam szukają? Krótkiej odpowiedzi – iść czy nie iść, porażka czy perełka. Dlatego daruję sobie głębokie studium krytyczne okraszone intelektualnymi wywodami i w kilku zwięzłych słowach odpowiem wam, do której kategorii zaliczam „Noc żywych Żydów” według Marka Kality.
Porażka, bo…
Wrodzona przekora nakazuje mi zacząć od minusów. Pierwszym, najbardziej rzucającym się w oczy, jest dobór aktorów i ich umiejętności sceniczne. Dwie główne damskie postacie odgrywają aktorki (Agnieszka Roszkowska i Katarzyna Herman), które są tak łudząco do siebie podobne (ten sam wzrost, fryzura a la Miley Cyrus, te same gabaryty), że w początkowych minutach spektaklu, zanim obie znajdą się w tym samym czasie na scenie, widz odnosi wrażenie, że tak naprawdę ogląda tę samą kobietę. Można by dyskutować, czy to był zamierzony zabieg, ale biorąc pod uwagę książkowy pierwowzór, w którym jedna z kobiet jest uzależnioną od Internetu anorektyczką, a druga pulchną, nieco frywolną seksualnie imprezowiczką, raczej stawiałabym na faux pas ze strony reżysera. Ale nie będę aż tak czepliwa. Bo, gdy już zarejestrujemy, że mamy do czynienia z dwoma zupełnie odmiennymi charakterami, ich podobieństwo nie wpływa rażąco na odbiór spektaklu. Za to gra co niektórych aktorów owszem.
Złota Malina bez wątpienia powędrowałaby do Henryka Niebudka, który wcielił się (a w zasadzie to właśnie niezbyt) w rolę Kapitana – zombie Żyda, który wraz ze swoją córką wychodzi z piwnicy głównych bohaterów. Ta postać została odegrana tak drętwo, że nawet żarty z długą brodą o Rasiaku tego nie oddadzą. Widywałam lepszą grę aktorską w zamierzchłych czasach na szklonych przedstawieniach. Za każdym razem, gdy Kapitan pojawiał się na scenie, przypominał mi się film „The Room” i legendarny Tommy Wiseau. Zresztą, gra aktorska w „Nocy żywych Żydów” w całokształcie pozostawiała wiele do życzenia. No, może z małymi wyjątkami, o których wspomnę za chwilę.
źródło fot.: teatrdramatyczny.pl
Wiem, że niektórzy mają alergię na interpretacje, które odchodzą nieco od pierwowzoru. Mi nie przeszkadza wtłaczanie własnych wizji artystycznych we wcześniej przygotowaną przez kogoś innego formę. Jednak nadrzędna zasada jest prosta – wszystko musi mieć swój cel i sens. Nie mogę powiedzieć, że interpretacja Kality mocno odbiega od treści książki, jednak strasznie spłyca to, co Ostachowicz przekazuje swojemu czytelnikowi. Największym rozczarowaniem dla widza po lekturze jest scena, w której główny bohater za sprawą szatańskich mocy zostaje przeniesiony do Auschwitz. W tekście „Nocy żywych Żydów” odbiorcy został zaserwowany wstrząsający obraz brutalnych gwałtów, tortur i kompletnego zezwierzęcenia, po przeczytaniu którego osoby o wysokiej wrażliwości mogą mieć małe kłopoty z zaśnięciem w nocy. Co widzimy na scenie? Atak serca głównego bohatera, Chirico (Anna Gorajska) tańczącą z nagim biustem przed neonazistami, skazańców, którzy śpiewają dla Niemców i zostają zastrzeleni, ale za chwilę wstają i okazuje się, że to były tylko takie żarty. I w zasadzie to właśnie tyle pozostało z wizji piekła, refleksji na temat granic ludzkiego okrucieństwa, post pamięci i tematu Holokaustu we współczesnym dyskursie antropologicznym i socjologicznym.
Powracając do sensu i celu niektórych scen, zatrzymajmy się na chwilę przy wspomnianej Chirico. Internetowa przyjaciółka głównej bohaterki w teatralnej interpretacji ma kilka solowych występów wokalnych. Raz śpiewa na scenie, raz na balkonie, wygina się, piszczy, szepcze. Aktorka głos ma dobry, to prawda. Ale jej piosenki są o niczym i nie wnoszą kompletnie nic do dzieła. Wygląda to trochę tak, jakby Kalita przyszedł do Gorajskiej i powiedział: „Słuchaj, dobrze śpiewasz, to może wrzucimy ci kilka kawałków, dobra?”. Werdykt w kwestii piosenek Chirico – sensu i celu nie odnaleziono.
źródło fot.: teatrdramatyczny.pl
Ciekawym wątkiem w „Nocy żywych Żydów” zarówno na scenie, jak i na papierze, jest historia Doktora Oj Boli. Niezbyt przyjazny, jak sam przydomek wskazuje, zombie lekarz pojawia się znikąd i początkowo jest bardzo tajemniczą postacią. Aury tajemniczości dodaje mu fakt, że pośród całej zmartwychwstałej żydowskiej ferajny Doktor jako jedyny jest Polakiem. W końcu ciekawość odbiorcy zostaje zaspokojona i doczekujemy się chwili, w której wychodzi na jaw cała historia Oj Boli i jego tragicznej miłości do pięknej Żydówki. I w tym momencie nieco skłamałam, bo luksusu zrozumienia tego wątku doświadczą jedynie czytelnicy książki. W interpretacji Kality pada informacja, że na Doktora doniósł Nostromo, ale któż to taki? Tego widzowie nie wiedzą i jeżeli nie sięgną po książkę, pozostaną w tej niekomfortowej nieświadomości. Pikanterii dodaje fakt, że Nostromo jest jedną z głównych postaci, ale ten pseudonim na scenie pada tylko ten jeden, jedyny raz, więc niemożliwością jest, żeby osoby siedzące na widowni wiedziały, o kogo w ogóle chodzi. W ten sposób Kalita całkowicie spartaczył ciekawy i dobrze przemyślany Ostachowiczowski wątek, który wyjaśniał wszystkie motywacje Doktora i obnażał fakt, że pewien nieco stetryczały dziadunio z problemami zdrowotnymi w istocie wcale święty nie jest, a mówiąc wprost, kawał z niego sukinsyna. Ale jeżeli jedynie obejrzycie „Noc żywych Żydów”, nigdy się tego nie dowiecie.
źródło fot.: teatrdramatyczny.pl
Perełka, bo…
Nie ukrywam, że tu będzie krócej. Wspomniałam, że pośród ogólnego obrazu kiepskiej gry aktorskiej są również wyjątki. Pierwszym z nich jest Mariusz Drężek, który wystąpił jako Fritzl. Postać ta została mocno przerysowana w stosunku do tej, którą znamy z powieści, jednak wbrew pozorom wyszło jej to tylko na dobre. Oficer SS, który początkowo jawi się jako okrutny i siejący grozę, w późniejszej części paraduje jako żywy stereotyp geja rodem z czasopisma Fronda. Fritzl wywołuje w odbiorcy strach, by później zmienić swój SS-mański mundur na różowe ciuszki, a nazistowskie komendy na ustach na piosenkę Ich liebe meine Genitalien i wzbudzać jedynie śmieszność. Mimo tak mocnego kontrastu i ogromnego przejaskrawienia w tworzeniu tej postaci, Drężek oczarowuje widza swoją charyzmą i umiejętnością bardzo wiarygodnego przedstawienia tak skrajnych cech w jednym bohaterze. Do ról, które ratują ten spektakl, zaliczyłabym jeszcze wspomnianego Doktora (Waldemar Barwiński), który jednak, niestety, zbyt wiele na scenie nie gości, Hitlera (Krzysztof Ogłoza) i Fakira/Złego (Julian Świeżewski). Głównego, bezimiennego bohatera zagrał sam Marek Kalita i ta postać również nie budzi większych zastrzeżeń, jednak po tym nazwisku kończy się lista osób, które wychodząc na scenę, nie sprawiały wrażenia, jakby były tam jedynie dublerami. Ale w tej części miałam schować pazury, więc na ten temat już milknę.
To, że adaptacja teatralna „Nocy żywych Żydów” nieco spłyca wersję książkową, nie oznacza, że pozostaje kompletnie bez wartości i jest płytkim przedstawieniem bez żadnego przekazu. Ostachowicz w swojej powieści trudną i traumatyczną tematykę Zagłady przedstawia za pomocą konwencji horroru klasy B, stosując groteskę i karnawalizację. Podobny zabieg znajdziemy również u Kality, jednak zrealizowany w nieco odmienny sposób. Refleksja nad Holokaustem w kontekście popkultury jest tutaj bardzo mocno obecna i kluczowa. W spektaklu znajdziemy wiele popowych rekwizytów takich jak wizerunek Myszki Miki zamiast swastyki na nazistowskich flagach, odtwarzacze mp3, Michael Jackson, centra handlowe jako Mekka rozrywki i konsumpcjonizmu. Na ten temat można by wiele i długo, ale obiecałam bez zbytniej głębi, więc, tak jak „Noc żywych Żydów”, pozostawiam was z pytaniem o rolę Zagłady w przewartościowaniu we współczesnej erze konsumpcjonizmu i zależności pomiędzy Holokaustem a popkulturą.
źródło fot.: teatrdramatyczny.pl
Gdybym miała wystawić szkolną ocenę „Nocy żywych Żydów” w reżyserii Marka Kality, byłoby to 3+. Myślę, że odbiór tej sztuki głównie zależy od tego, czy widz wcześniej zapoznał się z pierwowzorem książkowym, czy historia ukazana na scenie będzie dla niego zupełną nowością. Mimo wszystko osoby szczególnie zainteresowane tematyką Zagłady i popu w tej sztuce mogą coś dla siebie znaleźć. Pozostałym, żeby moje sumienie pozostało czyste, mogę polecić jedynie powieść. Zachowawczo, ale szczerze.
„Noc żywych Żydów”
Teatr Dramatyczny w Warszawie
reżyseria: Aleksandra Popławska i Marek Kalita
obsada: Marek Kalita, Agnieszka Roszkowska, Julian Świeżewski, Katarzyna Herman, Krzysztof Ogłoza, Agata Woźnicka, Waldemar Barwiński, Mariusz Drężek, Zdzisław Wardejn
czas trwania: 3 godz. (z przerwą)
najbliższy pokaz: 17.10.2015














