Ostatnio eksperymentuję z samodzielnym tworzeniem farb i pigmentów… Jestem TOTALNIE zafascynowana i podekscytowana tym tematem!
Od lat staram się być less waste i gdy siostra odnalazła w odmętach szafki trzy przeterminowane, rude henny do włosów uznałam, że skoro i tak mają zostać wywalone to chociaż sprawdzę jak henna zachowuje się na papierze... Na początku nie byłam zachwycona, kolor i struktura farby wydawała mi się jakaś taka zbyt lepka a zarazem mało napigmentowana, trochę jak plakatówka dla dzieci. Ale jak wiadomo w zależności od zastosowania każdy efekt może być zły lub dobry. Zastanowiłam się więc jak wydobyć z tego zachowania henny to co najlepsze. Okazuje się, że gdy np. narysowałam coś flamastrem (na papierze do akwareli) a następnie pokryłam to henną, henna nie rozmywała rysunku ale, był on widoczny spod rdzawej mgły co dało taki "piekielny" albo jak ktoś woli "jesienny" efekt :D
Potem zaczęłam kombinować z mieszaniem henny z farbami akrylowymi i to też świetnie się sprawdziło. Farba wysycha normalnie, na razie nie popękała, kolor również po wyschnięciu nie ulega zmianie. W dodatku ma taki piękny zapach <3
Wcześniej zawsze używałam gotowych, kupnych farb, a szczytem mojego "szaleństwa" w ekspertymentach było np. robienie akrylowej podmalówki pod olej xD Pierwszy raz zainteresowałam się w sklepie plastycznym czystymi pigmentami, ale jak przystało na artystę-malarza jestem biedakiem i na razie muszę odstawić kupne pigmenty na później, bo oczywiście mnie nie stać :3
Zaczęłam więc szukać po chacie wszystkiego co mogła bym spożytkować jako barwniki bez wydawania pieniędzy xD Znalazłam: kurkumę, dwa stare tusze do tatuaży, holi powder i... niedopasowane fluidy do twarzy mojej siostry :3 We fluidach też się zakochałam, ponieważ fakt, że są tłuste sprawia, że po połączeniu ich z farbą tworzą się niesamowite wzory…
Od tego czasu babranie się w różnych papkach, proszkach i barwnikach sprawia mi chyba nawet więcej frajdy niż samo malownie :D Czuję się jak taki renesansowy alchemik xD
Pewnie jak nie jeden z artystów często ulegałam wrażeniu, że to co dzieje się na palecie jest piękne i nie raz nawet piękniejsze niż to co sama tworzę na płótnie xD Mimo tego do tej pory raczej trzymałam się sztuki figuratywnej, od czasu do czasu malując coś bardziej ekspesjonistycznego, ale nadal przedstawiającego "coś" konkretniejszego niż po prostu mieszanina różnych barw. No bo jak to tak, przecież nie mogę się podpisać na upaćkanej palecie i uznać to za "dzieło"... chociaż wait, właściwie to chyba są artyści, którzy tak robią, co nie?
Zawsze szanowałam abstrakcjonizm, ale jakoś dla mnie to było niewystarczające, brakowało mi tam "kogoś" lub chociaż "czegoś" :) Być może wynikało to z przekonania, że jeśli sama coś tworzę to powinno być tam więcej mojej ingerencji a mniej przypadku. Tak, jakbym musiała udowodnić, że moje umiejętności nie kończą się na dobieraniu i komponowaniu barw...
Dopiero komponowanie własnych barwników, łączenie ich, dodawanie do farb nietypowych obiektów (jak pocięte ulotki czy gazety) i bawienie się ich fakturą (np. poprzez dodawanie soli czy pieprzu), pozwoliło mi zaakceptować, że mogę uznać daną pracę za wystarczająco "swoją" i nie muszę w niej udowadniać, że potrafię w sztukę xD
A być może dopiero teraz dojrzałam do tego, by tworzyć dla samej radości tworzenia, a nie dla odbiorcy :)
Inna bariera, która kiedyś powstrzymywała mnie przed wykorzystywaniem niesprawdzonych materiałów to był lęk "co jeśli uda mi się zrobić coś pięknego ale farba potem zniszczenie, odpadnie, popęka itd."
Wydaje mi się, że troska o swoje prace, to że chcemy dla nich jak najlepiej, żeby zachowały się w stanie świetności jak najdłużej itd. to jest jakaś forma nadopiekuńczości i wygórowanych ambicji wobec naszej twórczości XD
Nie wiem ilu z Was interesowało się tematem praw autorskich i kreatywności w szerszym kontekście niż w naszej kulturze, ALE to jak kreatywność jest rozumiana przez współczesnego człowieka kultury euroamerykańskiej nie jest tak na prawdę uniwersalnym ani jedynym sposobem pojmowania tego tematu. Postrzeganie własnej twórczości jako coś "swojego" jest typowe dla naszej kultury i myślę, że ma jakiś związek z kapitalizmem ;) a także, że stanowi, czy tego chcemy czy nie, punkt wyjścia w myśleniu o twórczości.
Takie "własnościowe" postrzeganie kreatywności ma zarówno swoje plusy jak i minusy, bo prawa autorskie są mega fajnym wynalazkiem w kontekście np. zarabiania na sztuce, ale w tym konkretnym przypadku (czyli ja + abstrakcjonizm) było to dla mnie ograniczające i nie pozwalało mi na swobodne tworzenie z czystym sumieniem XDDD I wracając do puenty z tego pozornie bezsensownego pierdolenia - samodzielne komponowanie farb sprawiło, że dopiero teraz zaakceptowałam fakt, że plamy barwne same w sobie są WYSTARCZAJĄCE by zakwalifikować je do kategorii sztuki <3
To z kolei nasuwa mi wniosek, że w mojej podświadomości coś może być "sztuką" dopiero wtedy gdy jest w tym dostatecznie dużo ingerencji człowieka... No bo nie nazywamy sztuką np. faktury kory drzew, mimo, że jest przecież piękna. I teraz wjeżdża mi animizm: czemu tak jest?! Czemu jesteśmy tacy antropocentryczni i zawłaszczamy sobie prawo do kreatywności... xD
Z drugiej strony jeśli np. weźmiemy sobie pod lupę chociażby dzieła Pollocka to moim zdaniem jego twórczość jest w dużym procencie dziełem przypadku... A więc wychodzi na to, że ekspresjonizm abstrakcyjny ma w sobie sporo animistycznego rozumienia sztuki, twórczości, kreatywności... Bo tak jakby oddajemy część władzy nad tym dziełem przypadkowi...
Nie wiem czy kiedyś malowaliście/rysowaliście z kimś i jak przez Was jest odbierane to doświadczenie ale dla mnie np. zawsze było to bardzo trudne, irytujące i frustrujące. No bo nie mogę mieć w całości kontroli nad pracą tak od A do Z... Ja tu mam wizję a ktoś mi się wpierdala między wódkę a zakąskę... I tak samo jest właśnie z pogodzeniem się z tym elementem przypadku, nieprzewidzianych zniszczeń, nieplanowanych plam, pęknięć itd.
W przypadku tworzenia z kimś najlepiej sprawdzało się odpuszczenie jakichkolwiek wyobrażeń wobec efektu końcowego. Pogodzenie się z tym, że tworzenie to proces, w którym uczestniczysz jedynie częściowo i nie do końca wiesz do czego on prowadzi. I tym sposobem uznałam: "okej przypadku, możesz ze mną sobie pomalować" i przestałam myśleć o wszystkich niekontrolowanych rzeczach, które się dzieją na moim płótnie jako o zniszczeniach czy błędach. Nagle zmieniły się one w jakąś formę ekspresji, tylko nie mojej :)
Dlaczego o tym pierdolę? Bo wydaje mi się że zrozumienie mechanizmów stojących za tym lękiem przed "co jeśli uda mi się zrobić coś pięknego a to się zniszczy jeśli użyję nieznanych mi materiałów" pozwala na wyzwolenie się od nich i czerpanie jeszcze większej radości z samego procesu tworzenia, albo w ogóle do ośmielenie się aby sięgnąć po nieznane techniki :) Bo całkowite roszczenie sobie praw do dzieła to tak na prawdę też jest ciężar, który mi np. psuł całą zabawę :P
Nie wiem czy to co tutaj piszę jest odkrywcze, pewnie nie bo z tego co kojarzę wielu artystów nawet stulecia temu przede mną jarało się np. sztuką prymitywną czy sztuką dzieci. Nigdy aż do tej pory tego nie rozumiałam. Np. przez lata uważałam, że wczesne prace Picassa są ładniejsze od tych kubistycznych. Teraz rozumiem, że w sztuce nie zawsze chodzi o efekt końcowy, ale o sam proces. Pewnie dla wielu to co napisałam to banały, ale dla mnie jednak to są przełomowe odkrycia i miałam potrzebę podzielenia się tym :)