Najbardziej boli to, czego nie powiedzieliśmy. Nie kłótnia. Nie rozstanie. Nie te wszystkie wielkie sceny jak z filmu. Boli jedno proste zdanie, które utknęło w gardle, bo akurat zabrakło odwagi.
Milczymy, bo tak jest łatwiej. Bo nie wypada. Bo jeszcze nie teraz. Bo co ktoś pomyśli. Bo może samo przejdzie. Świetny plan. Naprawdę. W głowie jesteśmy bohaterami. Mówimy wszystko jasno i spokojnie. Stawiamy granice.Wyrażamy uczucia. Na żywo robimy tylko hmm i zmieniamy temat. Mistrzostwo świata.
Potem wracamy do domu i nagle wiemy dokładnie, co trzeba było powiedzieć. Idealne zdania. Idealny ton. Idealny moment. Szkoda, że już po wszystkim. Ale przynajmniej w myślach wygraliśmy tę rozmowę. Nosimy w sobie słowa, które były ważne.
Przepraszam. Zostań. To boli. Tęsknię. Kocham. Takie małe, proste rzeczy. Najtrudniejsze do powiedzenia...
Najgłośniej boli cisza, którą sami wybraliśmy. Bo prawda jest taka, że nikt nam tej taśmy na usta nie przykleił. Zrobiliśmy to sami. Bardzo profesjonalnie.
I tak żyjemy z tymi zdaniami w środku. One nie znikają. One tylko czekają na trzecią w nocy, żeby przypomnieć, jacy byliśmy odważni. W teorii.















