REBLOG IF YOU ARE A WRITER ON TUMBLR
IT DOES NOT MATTER WHAT KIND OF WRITER YOU ARE YOU CAN BE WRITING: POEMS, FANFICS, IDK NORMAL FICS, NOVELS, SHORT STORIES, IDK ANYTHING!! JUST REBLOG!!!
Cosmic Funnies

titsay
i don't do bad sauce passes
Misplaced Lens Cap
Not today Justin
Sade Olutola

shark vs the universe
DEAR READER
Keni
AnasAbdin
$LAYYYTER

Janaina Medeiros

roma★

#extradirty
Xuebing Du
Peter Solarz
Jules of Nature
Aqua Utopia|海の底で記憶を紡ぐ
seen from Canada
seen from Romania

seen from United States

seen from Malaysia

seen from United States
seen from United States

seen from Germany
seen from Türkiye
seen from Canada
seen from United States

seen from United States
seen from Romania
seen from United Kingdom

seen from United States
seen from United States
seen from Italy
seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from Canada
@memoryusurer
REBLOG IF YOU ARE A WRITER ON TUMBLR
IT DOES NOT MATTER WHAT KIND OF WRITER YOU ARE YOU CAN BE WRITING: POEMS, FANFICS, IDK NORMAL FICS, NOVELS, SHORT STORIES, IDK ANYTHING!! JUST REBLOG!!!

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Ksiazka skonczona! Kto chetny pisac na privie. Fb lub tumblr
(viaroendorddon)
Co do tego co jest na tym tumblerze, to jest nieważne. Dużo wątków zostało zmienione i poprawione. Mimo wszystko zostawiam te rozdziały na znak mojej ciężkiej pracy. Pozdrawiam Marcin Stopczyński
Coraz bliżej końca. No mogę się pochwalić, że jestem już w połowie roboty, a mianowicie, w połowie przerzucania rozdziałów do jednego pliku, poprawiania ich i zmieniania niektórych aspektów, które mi się nie podobały. W związku z tym ostatnim, mam nadzieję, że zachęcę Cię do przeczytania całej historii przygód Flinar na nowo. Mam nadzieję, że książka odniesie sukces, bo poświęciłem na nią masę czasu i nerwów, a także liczę na to, że będzie Ci się podobać. Dam znać jak skończę ;)
Autor powieści “Bard: Pierwsze Wrażenie” - Marcin “Stopa” Stopczyński
Źródło Przygód : XVII Nieoczekiwane Zwroty Akcji
- Wszyscy gotowi? –spytał Flin, rozglądając się za przygotowującymi się towarzyszami.
- Bardziej gotowi być nie możemy. – odrzekł Roctuss – Miejmy tylko nadzieję, że nasz wróg się nas nie spodziewa.
- Nieważne co nas tam czeka bracia, ważne że ruszamy tam razem! – pocieszył ich Leopold.
- O nie! Twoja dobroć… i troska o nas… sprawia, że… - skrytobójca zawył z bólu, chwytając się za klatkę piersiową, po czym przemówił jak gdyby nigdy nic – Mam cię jeszcze bardziej dość.
- Ha-ha bardzo zabawne Sineth! Odczep się w końcu od niego! – oznajmiła wściekle Liliana.
- Bo co mi zrobisz? – prowokował dalej łotrzyk.
- Hej! Uspokójcie się! – krzyknął Flinar – Widzieliście może Wendy?
- Dajcie mi jeszcze pięć minut. – wymamrotała ruda postać kuląca się pod ścianą.
- Ileż można spać? Wczoraj podczas kłótni byłaś taka pełna energii. – powiedział rozdrażniony Karraf.
- Nie śpię, po prostu dajcie mi pięć minut! – krzyknęła kapłanka wijąc się z bólu.
- Oho, chyba wiem co się dzieje. – oznajmił muzyk.
- Nie… Tylko nie to! – dodał krasnolud.
- Co? Co się dzieje? Powiedzcie mi! – spytała zmartwiona Lily, a Mori na jej ramieniu zapiszczał pytającym tonem.
- Nasz siostra przechodzi „Dni Wiedźmy” – odparł spokojnie Leo – Przez jakiś czas będzie nie do zniesienia i nie będzie mogła używać magii.
- Ile razy mam ci to pajacu tłumaczyć?! – Wendy wspinała się po paladynie wydzierając się jednocześnie na niego – To nie są żadne „Dni Wiedźmy”, ani żadne chore obrządki, o których nagadali ci twoi zakonnicy. To zwykły okres! I mogę używać magii, tylko będzie ona mniej posłuszna i wolę jej przy was nie używać, ale jeśli jeszcze raz stwierdzisz, że jestem „nie do zniesienia”, to uroczyście przy wszystkich przysięgam, że przywołam najgorsze płomienie z samego wymiaru Katona, tylko po to by zatkać ci tą twoją jadaczkę. Zrozumiano? Tyczy się to was wszystkich!
Cała męska część drużyny, wraz z Morim, stała przerażona pod ścianą i tylko kiwali zgodnie głową. Jedynie Lily stała uśmiechnięta przy kapłance ognia.
- Nie rozumiem po co ich tak straszysz? – odpowiedziała rozbawiona łuczniczka – Okres jest bardzo naturalną i przyjemną rzeczą.
- Żartujesz, prawda? – Wendy spoglądała teraz na łuczniczkę z pod burzy swoich gęstych rudych loków, spojrzeniem, które zabiło by nawet bóstwa – Cały tydzień męczarni, raz w miesiącu nazywasz przyjemną rzeczą?
- Cały tydzień? Teraz to chyba ty żartujesz. Okres przechodzi się tylko w dniu urodzin, wszystkie zmysły się wyostrzają, a świat nabiera nowych barw i zapachów. To najwspanialszy dzień jaki może być!
- Że co?!
- Chcesz powiedzieć, że mówisz tak całkiem poważnie z tymi męczarniami?
- Tak! – Wendy zawyła z bólu i skurczyła się w pół, opierając się plecami o ścianę.
- Hmm… Może to dlatego, że jestem pełną elfką. Wraz z długowiecznością, jesteśmy mniej płodni, a zatem mamy bardziej rozłożony okres na czas naszego życia.
- Nienawidzę cię…
- Poczekaj mam pomysł. Mori chodź tu! – łuczniczka zawołała swojego małego towarzysza – Z racji tego, że Mori, jest duszkiem lasów, to może on nie tylko przywoływać dzikie korzenie i tworzyć mi „gałęziostrzały” hihi – zaśmiała się i szepnęła coś do mikrusa, a ten podleciał do podłogi i za pomocą swojej magii, przywołał kępkę liści , który wręczył kapłance – Pożuj to przez jakiś czas. Soki tych ziół łagodzą skurcze organizmu i uśmierzają nieco ból.
- Czy mówiłam wam, jak bardzo jesteście kochani? – Wendy przytuliła łuczniczkę z jej duszkiem u boku.
- Odwołuję alarm, powtarzam odwołuję alarm! – oznajmił Flinar – Problem zażegnany, jesteśmy wszyscy uratowani!
W korytarzu rozległy się oklaski i śmiechy, rozluźniający całą tą sytuację. Gdy Wendy przestała się już wić z bólu, razem z drużyną ruszyła przez kamienne przejście. Patrząc z zewnątrz wrota przypominały po prostu kawałek ściany, co stanowiło świetny środek zapobiegawczy przed niechcianymi gośćmi. Grupa poszukiwaczy przygód znajdowała się teraz na górskim szlaku, mniej więcej w połowie wysokości gór, które porastały głównie trawy, mchy i niewielkie krzewy.
- Tędy – oznajmił Flinar ruszając w głąb szlaku.
- Skąd ta pewność bracie? – spytał Leo.
- Przeczucie barda – zaśmiał się Flin.
Drużyna ruszyła żwawo za swoim przewodnikiem. Po niedługim marszu, zeszli ze szlaku na szczyt w stronę zachodniego stoku góry. Gdy w południe większość drużyny była już zmęczona podróżą, zadecydowano aby rozbić niewielkie obozowisko.
- Poruszasz się jakbyś już tutaj był. – Karraf spoglądał podejrzliwie w stronę barda.
- Jestem tu po raz pierwszy, ale… - zaczął Flin.
- Ale?! – krzyknęła niemal cała Swawolna Kompania.
- Czuję się jakby coś mnie przyciągało.
- No świetnie czyli kierujemy się na ślepo, tylko dlatego, że tobie się coś uroiło? – oburzyła się Wendy.
- Tak dla bezpieczeństwa, Roctuss sprawdź go! – Sineth zwrócił się do swojego brata.
- Stój spokojnie – kapłan Grrosha machnął mu dłonią przed oczami inkantując pod nosem zaklęcie. – Jest czysty, nie ma na nim ani hipnozy, ani innej kontroli.
- Czyli jednak idziemy na ślepo. – zapiszczała pod nosem łuczniczka, której we włosach odpoczywał Mori. – Przynajmniej jesteśmy na otwartej przestrzeni i nic nas nie zaskoczy.
- Bierz pod uwagę, że to działa w obie strony. – pouczył ją Karraf – My widzimy ich, a oni nas.
- A propos tego co widzimy, zauważyliście jaką mamy tu roślinność? – spytała Lily.
- Tylko ktoś kto został wychowany przez druidów mógłby zwracać uwagę na takie pierdoły. – stwierdził Sineth ziewając głośno.
- Przestań być takim wrednym. – Wendy uderzyła go w potylicę – Same trawy i krzewy. To normalne dla tej wysokości, czemu pytasz?
- No właśnie, skoro jest tu za wysoko na drzewa to czemu tam w oddali widać, że zza góry wystają korony drzew? – elfka mierzyła swoim drobnym palcem w danym kierunku.
- Tam jest skalna półka. – oznajmił półprzytomnie bard – Jestem niemal u celu.
- Co ty tam mamroczesz pod nosem? – warknął Karraf podczas zwijania obozu.
- Co? Nic! – odpowiedział otrząsając się z letargu.
- Miej na niego oko, a jakby coś się zaczęło dziać daj mi o tym znać – wyszeptał krasnolud do Lily – Coś z nim jest nie tak.
- Tak jest. – wyszeptała Lily stojąc na baczność.
Po dłuższym marszu dotarli do dziwnego „górskiego lasu”, o którym wspominała Lily. Drzewa porastały potężną półkę skalną, która powstała poprzez wydobycie potężnej ilości skały z tej góry. Skalne podłoże nagle przechodziło w żyzną glebę co świadczyło tylko o magicznym pochodzeniu tego miejsca. Swawolna Kompania powoli i ostrożnie wkroczyła do tego miejsca. Liliana zwróciła uwagę drużyny, o tym że wkoło rosły różnorakie drzewa liściaste, normalnie niewystępujące na takiej wysokości, a nawet takie, które nie występują w tej części kontynentu. Żartowała również, że zaproponuje przeniesienie rady druidów do tego miejsca. Po godzinie drogi drużyna zatrzymała się na chwilę, aby przedyskutować pewną kluczową sprawę.
- Chyba się zgubiliśmy. – oznajmił drużynie Flinar.
- Na pewno się zgubiliśmy. – przytaknął Roctuss, wskazując wielkie X na pobliskim drzewie – Oznaczyłem to drzewo, gdy zdawało mi się, że mijamy je po raz drugi, aby mieć pewność, że nie chodzimy w kółko. I miałem racje, chodziliśmy. Mijamy je co najmniej szósty raz.
- Czemu wcześniej o tym nie wspomniałeś?! – oburzył się Sineth kopiąc brata w piszczel.
- Au! Nie pytaliście. Szliście do przodu, to ja za wami.
- Rotus następnym razem masz nam mówić takie rzeczy od razu! – krzyknęła na niego Wendy.
- Rotus? – spytali mroczni bracia.
- Roctuss! Język mi się plącze ze zmęczenia.
- Dajcie mi chwilę, zobaczę jak to wygląda z góry. – Lily wspięła się na drzewo jednym susem, a po chwili zwisała na gałęzi do góry nogami jak nietoperz – Mam dobrą i złą wiadomość.
- Zacznij od dobrej. – uśmiechnął się do niej Leopold.
- Jest już niedaleko do wyjścia.
- A zła? – mruknął Karraf.
- Ten „las” ma niecałe dziesięć metrów, a my chodzimy od dłuższego czasu na samym jego początku.
- Czyli jest przeklęty. To pewnie robota nekromanty! – wściekł się paladyn.
- Normalnie mogła bym wszystko spalić i byłby spokój, ale wolałabym teraz nie ryzykować. – zgorzkniała Wendy – Meh, możemy poczekać tak z sześć dni i damy radę.
- Nie mamy na to tyle czasu, poza tym mam pomysł. Mori, idziemy! – elfka skakała z gałęzi na gałąź, trzymając swojego duszka we włosach. Po chwili pojawiła się trzymając lianę w dłoni – Łapcie się tego. Mori to stworzył i razem przywiązaliśmy to do ostatniego drzewa. Miejmy nadzieję, że to zadziała.
Trzymając się mocno zaklętej liany, drużynie udało się przedostać na drugą stronę. Ich oczom ukazał się kolosalny plac, wypełniony przeróżnymi kwiatami i krzewami, przystrzyżonymi w przeróżne magiczne kreatury. Najbardziej rzucały się w oczy krzewy ozdobne w kształcie dwugłowego niedźwiedzia walczącego z monstrualną kobrą, która mierzyła niemal pięć metrów. Nagle drużyna usłyszała dziwne brzęczenie, po czym coś wyłoniło się zza łapy „roślinnego niedźwiedzia”. Zielona kreatura, jednym susem pokonała dystans kilku metrów i znajdowała się tuż przed drużyną.
- Witam. – zaskrzeczało zielone monstrum, mierzące nieco ponad trzy metry, mimo to było bardzo smukłe. Od pasa w górę przypominał połączenie ropuchy z człowiekiem, a od pasa w dół gigantycznego pasikonika. W dłoniach dzierżył przeogromne, prymitywne nożyce – Zwą mnie Roend *rebe*, w czy mogę wam pomóc?
- Czym ty jesteś? – spytała przerażona Wendy.
- To kergit! – krzyknął Flinar – Przynajmniej częściowo.
- Hehe, miło że ktoś w tych czasach wie kim są kergici *rebe*. – uśmiechnęł się Roend – Jak ten młodzieniec zauważył jestem kergitem, starą, niemal wymarłą rasą humanoidów o ropuszych cechach *rebe*, tą część owadzią, którą możecie zauważyć zawdzięczam swojemu wybawcy i zarazem właścicielowi.
- Kim jest twój wybawca? – spytał ostrożnie Sineth.
- Jeden z Dwudziestki Czwórki, mistrz nekromancji, potężny Merasmus. *rebe* To chyba oczywiste, jesteście na jego terenie.
- Chyba nie chcesz z nami walczyć? Mamy przewagę liczebną, a z resztą sam bym cię pokonał! – Karraf zagroził wynaturzeniu halabardą.
- Ależ oczywiście, że nie *rebe*. Mistrz zabronił walczyć mi z jego gośćmi, a co do pokonania mnie, to pewnie masz rację. – westchnął Roend – Jestem ogrodnikiem dżentelmenem, a do tego kaleką od ponad stu lat.
- Stu lat?! – Liliana wyglądała na zaskoczoną – Jesteś długowieczny jak elfy czy krasnoludy?
- Nie dokładnie *rebe*. Chodźmy powoli w stronę mojego pana, a odpowiem wam na wszelkie pytania. – nietypowy centaur ruszył przed siebie.
- Miejcie się na baczności bracia i siostry. To może być pułapka. – wyszeptał Leopold.
- Widzicie, my kergici żyjemy około pięciuset lat *rebe* - zaczął ogrodnik – Urodziłem się niecałe dwieście lat temu, w ostatniej dekadzie spokoju naszej rasy. Mój lud zamieszkiwała daleki zachód tego kontynentu, zwanym „Pierwotnymi Moczarami” i wszystko było w porządku dopóki ludzie nie zaczęli nas nękać, miałem wtedy, żeby was nie skłamać, około dziesięciu lat, gdy moje życie zamieniło się w istne piekło i walkę o każdy dzień. To wtedy właśnie *rebe*, zostałem szermierzem i opracowałem do perfekcji własny styl walki ostrzem. Niestety nawet najlepsi mają gorszy dzień. Najeźdźcy zaatakowali nas w nocy, a nad rankiem wydano na mnie wyrok śmierci poprzez rozerwanie w pół. Wtedy spotkałem mistrza.
- Chwila to by znaczyło, że Merazmus, ma dobrze ponad sto czterdzieści lat! – krzyknęła Wendy.
- Ma znacznie więcej. Jako wybitny kapłan boga śmierci Molusa, został nagrodzony niemal boską nieśmiertelnością. O tak *rebe* on zdecydowanie był wybitny. W dość w młodym wieku sprzeciwił się swoim przełożonym kapłanom i na własną rękę szukał woli swego bóstwa. Stwierdził, że bez życia nie ma śmierci, dlatego też jako pierwszy i jak dotąd jedyny nekromanta zaczął leczyć i wspomagać ludzi. Sprawdzał jak działają organizmy, badał je jak pogodę *rebe*, ale to właśnie dzięki temu żyję, a dokładnie dzięki jego własnej sztuce, którą o ile dobrze pamiętam nazwał „mecydyną”, albo jakoś podobnie. – Roend zrobił przerwę i wskazał bliznę w miejscu, w którym łączyły się dwie różne części jego ciała – Widzicie to? Powiedział, że żadna magia nie potrafiła tego dokonać do tej pory, tylko jego „mecydyna”, nici oraz sporo czasu na rehabilitację. Mój pan zdecydowanie wybiega swoją epokę!
- Ale nekromanci są niegodziwi, wszyscy to wiedzą! Zsyłają na ludzi plagi i tworzą armie nieumarłych by im służyły i siały dalsze spaczenie! – krzyknął paladyn – Tak nauczał zakon i sam nie raz musiałem się zmierzyć z nieumarłymi, którzy byli siłą przetrzymywani jako niewolnicy w tym świecie!
- Przyznaję, masz rację. – uspokoił go centaur – Twój zakon tak uczy. Moc nie definiuje człowieka, tylko człowiek definiuje jak używa swojej mocy. To, że ktoś nosi pochodnie nie znaczy, że chce spalić las, mimo że właśnie to może dzięki niej uczynić. Raczej używa jej do oświetlania sobie drogi. Inaczej trzeba by rzucać się na każdego z pochodnią. Chcesz inny przykład? *rebe* Weźmy na to masz nóż, którym kroisz chleb, w rękach twojego znajomego jest ono zabójczą bronią. Mam nadzieję, że zrozumiałeś moją lekcję *rebe*. Poza tym nie wierzył bym w nauki zakonu, których członkowie nie wiedzą, że służą innemu bóstwu.
- Co masz na myśli?!
- To już nie ważne, wkrótce nie będzie to miało znaczenia. Czasy się zmieniają *rebe*, a bóstwa wkrótce przestaną siać grozę i zamieszanie w tej krainie.
- Co masz przez to na myśli? – krzyknął wściekle Sineth, tworząc krwawe ostrze.
- To nie ma znaczenia, *rebe* i nie podnoś na mnie głosu! Pragnę przypomnieć, że jestem szermierzem, a mistrz powiedział, że w razie kłopotów mogę się bronić!
- I niby taki wielkie szermierz pracuje teraz jako ogrodnik? – zaśmiał się Roctuss, przywołując duchowy totem.
- Lepiej być wojownikiem w ogrodzie, niż ogrodnikiem na wojnie *rebe*! – Roend mierzył do nich ze swoich nożyc.
- Uspokójcie się wszyscy! – wybiegł między nich Flinar – Nie z tobą mamy porachunki.
- Masz racje *rebe* Dobrze wiedzieć, który z was ma Krwawe Ostrze – monstrum powiedziało do siebie pod nosem po czym stuknęło dwukrotnie ostrzem nożyc i ruszyło dalej –Wracając do sedna, mój mistrz nie jest złym nekromantą jak wszyscy stereotypowo myślą. Zaraz z resztą zobaczycie. Herbert! Podejdź tutaj na chwilę!
Dopiero teraz drużyna zorientowała się, że nie jest sama ogrodzie ozdobnych krzewów. Wokół było z pół tuzina nieumarłych zombie, przycinających trawę nożycami ogrodowymi, podobnymi do tych trzymanych przez Roenda. Jeden z tych martwych ogrodników wstał na nogi i ruszył w kierunku Swawolnej Kompani.
- Wołałeś panie? – spytało zombie zwane Herbertem. Było to silne ciało starszego mężczyzny, z śmiertelną raną przeszywającą na wylot jego martwą klatkę piersiową – Wybaczcie, drodzy goście, jestem Herbert. Miło mi.
- Trzeba wypędzić to plugastwo! - krzyknął Leo, ale szybki gest Flinara zatrzymał go.
- Herbert *rebe* opowiedz proszę, jak zostałeś uratowany przez naszego mistrza. – poprosił go pół kergit, patrząc na twarze zdezorientowanej załogi.
- Tak panie. – zombie szybko poprawiło ciemno brązowe włosy – Widzicie, wiodłem szczęśliwe życie, miałem żonę i dwójkę dzieci, z których jestem niezmiernie dumny. Miałem swój skrawek ziemi i wszystko szło po mojej myśli, do tej srogiej zimy z przed dwóch lat. Plony nie były tak udane i miałem dylemat, czy pozwolić rodzinie wymrzeć z głodu, czy zostać pozbawionym ziemi, za nie płacenie daniny władcy. Wolałem zostawić jedzenie w domu i wstawić się na służbę wojskową na dworku co zwalniało moją rodzinę z płacenia daniny. Niestety podczas eskorty mego byłego pana, zostałem zaatakowany przez zamachowców. Dźgnięty ostrzem prosto w serce, skonałem gdy reszta eskorty zdołała uciec. Jednak wiedziałem, że nie mogę opuścić tego świata, nie mogłem zostawić mojej rodziny w potrzebie. Gdy dusza nie ma dokończonych spraw na tym świecie, skierka nie może jej zaprowadzić do Jeziora Życia. Tak więc wędrowałem, przez kilka miesięcy, aż natrafiłem na swego wybawcę. Chciał mi pomóc przedostać się na drugą stronę i wtedy opowiedziałem mu swoją historię. Wtedy też podpisaliśmy pakt. Spłacił on wtedy dziesięć lat daniny władcy i podarował mojej rodzinie mały datek, który powinien starczyć, aby przeżyli aż moje dzieci będą mogły spokojnie pracować na roli i sami się utrzymać. W zamian za to jako nieumarły sługa zgodziłem się pracować przez te dziesięć lat jako ogrodnik i lokaj. Co więcej, nasz mistrz obiecał mi spotkać się z rodziną zanim odejdę.
- Czy to nie piękne? – wzruszyła się Lily, a Mori ocierał jej łzy.
- Jakoś nie przekonuje mnie ta historia. – oznajmił wszystkim Leo.
- Spotkałem wiele nieumarłych na swojej drodze i uwierz mi, on nie jest pod kontrolą. – Rotuss bacznie przyglądał się Herbertowi – A to znaczy, że nie mówi tego co chciałby mówić jego mistrz.
- Czyli albo mówi prawdę, albo kłamie, ale robi to wtedy świadomie. – dokończył Sineth.
- Albo świat staje do góry nogami, albo mój zakon od samego początku nauczał kłamstw. – paladyn chwycił się za głowę.
- Decyzja należy do ciebie *rebe*. Może, wkrótce sobie to wszystko poukładasz. – Roend machnął ręką na Herberta, każąc mu wracać do pracy, sam natomiast dalej prowadził grupę poszukiwaczy przygód, w kierunku posiadłości nekromanty. – Chodźcie za mną, już niedaleko.
Weszli nareszcie na wielki plac tuż przed skromnym kamiennym zamkiem zbudowanym przy górskiej ścianie. Mierzył on jedynie trzy piętra, które zwężały się wraz z wysokością, a całość zwieńczała szpiczasta wieża. Wejście było zamknięte potężnymi hebanowymi wrotami, zza których można było usłyszeć jakąś żywą dyskusję.
- Oho *rebe*, mój pan was zaraz przyjmie osobiście. – ucieszył się ropuszy ogrodnik.
Nagle drzwi z hukiem się otworzyły i w przejściu pojawiły się postacie potężnego orka Anaresa i brodatego starca w czarnym płaszczu.
- Rudzielec i gaduła do środka! – krzyknął starszy mężczyzna – Z resztą róbcie co chcecie! – po czym zniknął w ciemnościach wielkiego korytarza.
- Spokojnie, idźcie. – mrugnął do nich Sineth – Zaraz do was dołączymy.
Flin złapał Wendy za rękę i przebiegli pomiędzy strażnikami.
- WAAAAGH! – krzyknął wściekle Anares, kręcąc swoim potwornym korbaczem.
- Nawet nie wiesz jak długo na to czekałem! – odpowiedział mu Karraf i ruszył na niego pełnym impetem.
- Ej brzydalu! Nie miałeś się nami zająć? Wiedziałem, że kłamiesz na temat dobroci tego starucha, ale liczyłem, że nie kłamiesz co do swoich zdolności walki. – Sineth obrażał Roenda, mierząc do niego z krwawego ostrza.
Zielone monstrum nie wytrzymało, wyciągnęło językiem stalowy bolec, który utrzymywał razem dwie części nożyc i stanął jak do pojedynku, trzymając ostrza jak rapiery. Nachylił się i skoczył w kierunku łotrzyka, z impetem wystrzelonego pocisku z balisty. W oka mgnieniu przybijając go ostrzem do ziemi.
- Zabawne, że to ty *rebe* zarzucasz mi kłamstwa. – wyszeptał wściekle pół kergit – Wiedziałem od początku, że wyciągnąłeś wtedy ostrze *rebe* by stworzyć tego klona. – odwrócił się po czym „wystrzelił” swój jęzor wraz z metalowym bolcem w stronę prawdziwego Sinetha i Leopolda, którzy wykorzystywali chwilowe zamieszanie do wtargnięcie do środka poprzez okno na parterze.
Leo przyjął cały impet „pocisku” na siebie. Stalowy bolec wgniótł tarczę, łamiąc przy okazji rękę paladyna. Widząc to skrytobójca cofnął się po swego wybawcę i wciągnął go szybko przez okno. Chwilę po tym, gdy tylko szermierz wciągnął język z powrotem, musiał się bronić przed atakami pozostałej części Swawolnej Kompani.
****
- Co ty robisz? – wrzeszczała Wendy, próbując się wyrwać z uścisku Flinara – Oszalałeś do końca? Puszczaj mnie!
- To się pośpiesz! Nasi przyjaciele kupują nam teraz trochę czasu. – poganiał ją bard – Słuchaj też z całego serca pragnął bym im pomóc i walczyć razem, ale wiesz doskonale, że to nie jest opcja. Nie damy sobie rady z Anaresem, a kto wie, jeżeli… Jeżeli, no wiesz… Nie powstrzymają ich, to Anares może ruszyć za nami, a wtedy pokonanie Merazmusa będzie niewykonalne!
- Jak chcesz powstrzymać prawdopodobnie nieśmiertelnego nekromantę, który był w Dwudziestce Czwórce? Pragnę przypomnieć, że bóstwa wybrały tam najsilniejszych ludzi tamtych czasów! I najważniejsza rzecz, nie zapominaj, że nie mogę czarować!
- Z Dwudziestki Czwórki czy nie, pokonamy go. A z tego co pamiętam, to mówiłaś, że możesz czarować , tylko nie umiesz nad tym zapanować i może nam z tego powodu grozić niebezpieczeństwo.
- Człowieku, na otwartej przestrzeni byliście w niebezpieczeństwie. Teraz to mogę wysadzić przypadkiem cały ten zamek, a to dla ciebie pewna śmierć!
- Aha! Czyli możesz go pokonać!
- Zgłupiałeś do reszty czy ogłuchłeś już całkiem?! Halo, możesz zginąć!
- Wendy słuchaj, byłem świadom, że może nadejść taki dzień od samego początku, mimo to nie zniechęciłem się ani przez moment. Przyjaciele czasem popełniają błędy i ranią się nawzajem, ale od tego właśnie są, aby poświęcać się dla dobra drugiego. A teraz pokażmy temu starcowi, że z nami się nie zadziera!
- Nawet… - kapłanka ognia zaczęła jąkać się i ocierać łzy.
- Nie musisz nic mówić.
- Meh. Nawet nie wiesz jaki jesteś dziecinny. – uśmiechnęła się po czym uderzyła barda w ramię, po czym szepnęła – Dzięki.
- Podziękujesz później. – Flinar zatrzymał się na chwilę. – Którędy teraz?
Znajdowali się w okrągłej sali wypełnionej książkami, z której rozgałęziało się wiele korytarzy. Oboje stali na wielkim karmazynowo złotym dywanie i rozglądali się w każdym kierunku, szukając jakiś poszlak, które mogłyby wskazywać, gdzie udał się nekromanta.
- Dobra, chyba jednak musimy poczekać na Sinetha. – oznajmił spokojnie muzyk.
- Co? Chwilę temu kazałeś się nam tak bardzo śpieszyć!
- Niech będzie pani mądralińska! Wskaż mi kierunek, w który udał się nekromanta! No proszę, śmiało. Nie wstydź się.
- Dobra siedź już cicho. Skąd masz pewność, że ten przebiegły lis tu przyjdzie? Chwilę temu walczył na zewnątrz.
- Mrugnął do mnie.
- Mrugnął do niego – powtórzyła, chwytając swoją burzę rudych loków – Nie no świetnie. Mogło to znaczyć praktycznie wszystko!
- Ufam mu.
- Ufa mu. Nie no trzymajcie mnie. Grajku, obudź się! Jesteśmy w zamku szalonego nekromanty, nasi przyjaciele walczą na śmierć i życie na zewnątrz, a ty mówisz, że mamy czekać na łotrzyka, tylko dlatego, że Ci mrugnął i mu ufasz, że ma plan?
- Dokładnie tak. Z resztą to nasza najlepsza opcja.
Czarodziejka wyglądała jakby była na skraju załamania nerwowego. Warcząc wściekle pod nosem, ruszyła w stronę półek z książkami.
***
W tym czasie walka na placu nabrała niesamowitego tempa. Liliana połączyła swą duszę z Morim zyskując nadludzką szybkość i siłę. Trzymając dystans do Roenda, zasypywała go gradem strzał, jednak jego fechtunek był również przekraczający wszelkie wyobrażenia, potrafił on bowiem odbić ostrzami swoich nożyc wszelkie nadchodzące pociski, jednocześnie unikać lub parować stalowym bolcem, trzymanym w języku, ataki ze strony Roctussa i jego bojowego totemu. Po drugiej stronie Karraf pojedynkował się z Anaresem. Olbrzymi ork machał swoim dwustronnym korbaczem, a stalowe klatki , które służyły za głowice w tej koszmarnej broni skrzypiały i świstały, rozpędzone w powietrzu. Raz po raz zatrzymywały się z hukiem w ziemi z impetem, który mógłbym spokojnie zabić krasnoluda, ten jednak odskakiwał w ostatnim momencie. Karraf rozpędził się i wbił z całej siły ostrze swojej halabardy w nogę swego przeciwnika. W przeciwieństwie do ich pierwszego spotkania, ostrze wbiło się na tyle głęboko, że ork to poczuł. To była zła wiadomość dla Karrafa. Anares wycofał nogę, po czym kopnął krasnoluda, wyrzucając go hen przed siebie, zatrzymując się dopiero na jednym z przerośniętych pająków wyrzeźbionych z krzewów.
- Lepsze to niż zatrzymać się na drzewie. – pocieszył się Karraf plując krwią. Po chwili zaczął odpinać klamry i zrzucił z siebie napierśnik i odrzucił na bok pawęż. Zacisnął obie dłonie na drzewcu berdyszu – Dobra paskudo! Teraz to już mam cię dość!
Widząc to, zielony ogrodnik powalił Roctussa jednym kopnięciem w żołądek i wskoczył na barki swojego dużego sojusznika.
- Po pierwsze nie zapominaj o swoich obowiązkach. – wyszeptał Roend, nie spuszczając wzroku z łuczniczki, która pomagała się pozbierać szamanowi Grrosha – A po drugie, jeszcze raz uszkodzisz mój ogród *rebe* to przekonasz się co znaczy gniew kergita. Zrozumiano?
***
- Co to za miejsce? – spytał Leopold – Wygląda na jakąś zbrojownie, ale po co nekromancie zbrojownia?
- Pamiątki. Pewnie wiele podróżował za swoich lepszych czasów. – Sineth rozglądał się po różnorakich stojakach z bronią i pancerzami, od których magiczna aura, aż biła po oczach – Drogie pamiątki.
- Niczego nie ruszaj! Mogą tu być pułapki zastawione przez tego niegodziwca!
- Rycerzyku, „pułapki” to moje drugie imię. – oznajmił dumnie, podnosząc niezwykle bogato wysadzany, złoty sztylet.
Nagle z dwóch narożników zbrojowni ruszyły na nich dwie ożywione mithrillowe zbroje, uzbrojone w krótkie miecze, które otaczały złoto zielone aury. Sineth instynktownie zaszarżował na przeciwników i próbował ich przeskoczyć, dzięki swojej akrobatyce. Jednak jedna ze zbroi podskoczyła i w niemożliwy do powtórzenia przez żadną żywą istotę, kopnęła łotrzyka prosto w twarz, wysyłając go pod ścianę, przy której stał Leo. Szybko się otrząsnął i gdy tylko stanął na nogi, rzucił swoim nowo nabytym sztyletem w stronę przeciwników. Jedna ze zbrój odbiła swoim ostrzem nadlatujący sztylet, który po wylądowaniu na ziemię, zaczął rdzewieć i po chwili zmienił się w stertę prochu.
- Ostrza czasu! – krzyknął przerażony paladyn – W naszym zakonie kazali nam na to szczególnie uważać. Jedno dotknięcie i wszystko zostaje postarzane o niezliczoną liczbę lat.
- Szkoda sztyletu. – jęknął łotrzyk – Mówisz, że to pewna śmierć?
- Jeżeli dasz się tym trafić, to tak. Najświętsze zbroje naszych inkwizytorów, które są niemal całkiem odporne na wszelkie zaklęcia i klątwy są wstanie przetrzymać tylko kilka uderzeń od broni zaklętej „zębem czasu”. Tak nazywa się ta klątwa.
- No to nas nieźle przygwoździli. Jakieś pomysły?
- Nie wyglądają jakby chciały nas zabić, tylko raczej nas tu przetrzymać. Inaczej, zamiast kopnąć mogli cię od razu zabić. Co nie zmienia faktu, że będzie ciężko się przez nich przedostać.
***
- Co jest elfko? Zmęczyłaś się *rebe*? Zaczęłaś wolniej strzelać. – Roend szydził bezkarnie z Lily.
- Nie zapominaj, że jeszcze ze mną walczysz! – Krzyknął Roctuss, rzucając w przeciwnika swoim duchowym totemem.
Półkergit ledwo zdążył zrobić unik, przed nadlatującą bronią, a szaman Grrosha szybko znalazł się tuż przy nim dzięki odwróceniu uwagi przeciwnika. Zamaszystym sierpowym powalił, zielonego centaura na ziemię, gdy nagle dzikie pnącza zaczęły obrastać jego ciało, krępując ruchy, aż w końcu unieruchamiając go na dobre.
- Co za ironia *rebe*. Ogrodnik, który przegrał z ogrodem. – zaskrzeczał Roend – Dzielnie walczyliście. Przyznaję, wygrana jest po waszej stronie.
- Co… do… wolniejszych strzałów… - zaczęła zdyszana Liliana – To przez to, że… musiałam wypuścić już Moriego. To jest zbyt męczące… Uff… Ale, gdyby nie on, ta walka by się tak nie skończyła.
Zielony duszek lasu skakał triumfalnie na pokonanym przeciwniku, a zielony centaur wybuchł ze śmiechu, z tej komicznej sceny. W międzyczasie walka pomiędzy Karrafem a Anaresem dobijała punktu kulminacyjnego. Wojownik próbował ranić barbarzyńcę po nogach w celu powalenia giganta, ten jednak nie ustępował i atakował zażarcie napastnika. Ork zamachnął się i uderzył z pełną siłą swoim korbaczem. Krasnolud zdołał odskoczyć, jednak klatka wbiła się z takim impetem w ziemię, że odłamek skalny, który „wyskoczył” z powstałego krateru, trafił go prosto w kolano, łamiąc je.
- Karraf zmień się! – krzyczeli razem Roctuss z Lily.
- Walczę z bóstwem? Nie! Skoro to bydle krwawi, to mogę je pokonać! – krzyknął Karraf, wykorzystując sytuację i przecinając w pół potężny drzewiec korbacza – Obiecałem to wam i obiecałem to sobie!
Resztkami sił krasnolud rzucił się do przodu wbijając halabardę w brzuch orka. Na Anaresie nie zrobiło to wielkiego wrażenia, już szykował się do ataku, gdy Karraf w ostatnim zrywie podniósł przeciwnika na swej broni, która cała trzęsła się od ciężaru i przerzucił go nad sobą, uderzając głową orka o grunt. Oboje padli nieprzytomni.
***
- I co znalazłaś coś ciekawego? – spytał Flinar.
- Jakieś stare książki, głównie opowieści o innych bohaterach, trochę historii i o… - przerwała na chwilę zaskoczona Wendy – „Sto jeden sposobów na umagicznienie swojego domu”, autorstwa Wendy Wesołej.
- O twoja imienniczka.
- Pragnę ci przypomnieć, że Wendy to moje przybrane imię.
- Linuan Duan. Pamiętam, spokojnie. Żebyś mi potem nie mówiła, że cię nie słucham, haha.
- Druga! Linuan Duan II! Nie zapominaj o tym!
- Czepiasz się szczegółów!
- Wiem. – Wendy pokazała mu język chichocząc pod nosem – Wracaj do tej książki, to jest to książka dla kobiet zajmujących się domem.
- Chcesz powiedzieć, że Merazmus stworzy nieumarłą armię, zapoluję na jakiegoś kapłana ognia i jeszcze tego samego wieczoru upiecze ciasto? – Flinar nie wytrzymał ze śmiechu.
- No ładnie wszyscy się tłuką, a wy tu sobie książki czytacie! – krzyknął zdyszany Sineth, który właśnie wbiegł do pomieszczenia – Myślałem, że ruszycie już na nekromantę, a ja wam tylko przyjdę pomóc.
- Zgubiliśmy go i czekaliśmy na ciebie. – odpowiedział bard.
- Dobra to nie ważne, musimy się pośpieszyć i gdy tylko pokonamy nekromantę musimy pobiec do naszego rycerzyka.
- Leo też tu jest? – spytała się kapłanka ognia.
- Został w zbrojowni i walczy tam z ożywionymi zbrojami.
- Nie musicie się już śpieszyć. – rozległ się niski głos z głębi korytarza, na co trójka przyjaciół przygotowała się do walki – Witam w moim skromnym progach i przepraszam was za taką gościnę, ale wplątaliście się moi drodzy w pewną małą intrygę.
- Pokaż się! – krzyknął Flinar.
- No no, nasłuchałem się jaki to nie jesteś tchórzliwy, a tu proszę, miłe zaskoczenie. – odpowiedział starzec wyłaniający się z mroku korytarza. Był wzrostu Flina, a długa pociągła twarz i rozczochrane białe przerzedzone włosy dodawały mu tylko maniakalnego wizerunku. Odziany był w niesamowicie czarne szaty i dzierżył mleczno białą laskę sięgającą mu do głowy.
- Czego ode mnie chcesz?! – krzyknęła przerażona Wendy.
- Jak na razie żebyś poczekała. – odpowiedział spokojnie podchodząc do grupy.
- Zaraz pożałujesz, że z nami zadarłeś! – krzyknął Sineth, biegnąc z krwawym ostrzem wprost na nekromantę.
Nagle stanął w miejscu, jakby czas się dla niego zatrzymał. Kapłanka ognia zdążyła tylko zrobić krok w tył zanim również zamarła w bezruchu. Flin stał sparaliżowany przez strach, nie wiedząc co zrobić, został sam na sam z nekromantą.
- Wiesz jak działa dywan na złodziei? – spytał zaskoczony Merazmus.
- Nie. Nie wiedziałem, że takie coś istnieje.
- Jak łaskawie się ruszysz to się dowiesz.
- Ani mi się śni!
- Zawsze pod prąd. Widać, że macie wiele wspólnego. – nekromanta przewrócił oczami zniechęcony postawą Flina, po czym szturchnął go wolno swoją laską, aż ten stracił równowagę i zrobił krok w tył. – Mam nadzieję, że nie macie mi za złe, że użyłem iluzji, aby was tu przywołać. Wiecie, ten mały goblin koło miasta? A no tak, rozmawiam sam ze sobą. Przywrócę wam możliwość mówienia, ale nie krzyczcie, błagam. Jestem stary, ale nie jestem głuchy.
- Czego ode mnie chcesz? – powtórzyła się kapłanka Katona – I gdzie są inni kapłani ognia, których pojmałeś?
- Zabiłem ich, a dusze wykorzystałem do napędzania mojego nowego ołtarza. Z resztą… - koścista dłoń wcisnęła jedną z poluzowanych cegieł koło pułki na książki – Sama popatrz.
Podłoga, na której znajdował się dywan zaczęła się powoli osuwać w dół, a gdy już zjechała „piętro niżej”, trójka bohaterów zauważyła nowe przejście, a także dziewięć szklanych trumien znajdujących się na pobliskich ścianach. W każdym znajdował się jeden siny kapłan w czerwonym płaszczu. Po chwili nekromanta sfrunął magicznie na ich piętro i lewitował zaraz nad dywanem.
- Zanim zabiorę się za ciebie, muszę pierw wykonać pewną rzecz. – blada dłoń wybiła kawałek krwawego ostrza, które od razu się zregenerowało. Co dziwne, wyłamany kawałek nie rozpuścił się, a nekromanta szeptając coś cicho zmienił kolor kryształu z karmazynowego w głęboki czerń. Przemieścił się w powietrzu w stronę Flinara i kontynuując inkantację wbił mu ten kawałek w prawy policzek. Skóra barda nagle przybrała kolor czarnej smoły i zaczęła się jakby topić pod wpływem klątwy, pozostawiając straszliwą bliznę na twarzy młodzieńca.
- Co ty mu robisz?! – Sineth próbował przekrzyczeć wyjącego z bólu muzyka.
- Zaczynam mój plan. Jestem niezwykle szczęśliwy, że przez ten mały zbieg okoliczności uda mi się wszystko na raz. Teraz ty chodź ze mną. – Merazmus wskazał najpierw na Wendy, a później na przejście.
Nagle, niewidzialna siła podniosła kapłankę i przerzuciła ją przez przejście, przez które również przeszedł Merazmus. Hebanowe drzwi zamknęły się za nimi z hukiem. Znajdowali się w kamiennej, nieco osmolonej sali, w której to bez wątpienia, nekromanta zabijał kapłanów Katona. Wendy szybko wstała na nogi i próbowała rzucić jakiś najprostszy pocisk ognia, jednak po chwili zwiększył swoją objętość i niespodziewanie skręcił do góry, rozbijając się o sufit.
- Myślałem, że jesteś najlepszą z kapłanek ognia. – powiedział zniesmaczony starzec – Podobno miałaś zadatki na zostanie kolejną arcykapłanką, a tu takie rozczarowanie.
Z szerokiego rękawa Merazmusa wysunął się kościany sierp na łańcuchu. Zaczął nim kręcić i rzucać przed siebie, próbując trafić kapłankę ognia. Wendy próbowała się bronić, jednak każda próba zaatakowania go ogniem kończyła się niekontrolowanym przedwczesnym wybuchem lub wylądowaniem na pobliskiej ścianie bądź podłodze.
- Wybacz, ale musiałem się rozgrzać. Czas kończyć tą ceregielę. – nekromanta rzucił sierpem prosto w przerażoną kapłankę, która się skuliła pod ścianą. Nagły wybuch ognia odbił kościaną broń na ziemię spopielając ją doszczętnie. – Nareszcie – szepnął.
- Zapłacisz mi za to! – rozległ się donośny męski głos, od którego robiło się ciepło w klatce piersiowej, młodej kapłanki – Wstań moje dziecko!
Wendy podniosła się z kamiennej posadzki i ujrzała potężny płomień, który przypominał kształtem mężczyznę o trzech rękach. Płomień wyciągnął do niej jedną ze swoich dłoni, którą kapłanka od razu chwyciła.
- Panie mój.
- Nie lękaj się, widziałem już dość. Marazmus stracił właśnie wszelkie przywileje bycia jednym z Dwudziestki Czwórki, a także został skazany na śmierć za swoją zbrodnię. Użyczę ci teraz mocy, drogie dziecko, abyś pozbyła się tego plugawca.
Katon gdzieś zniknął, a wraz z nim wszelkie płomienie z pomieszczenia. Panowała teraz całkowita ciemność, nie paliła się nawet jedna pochodnia na ścianie.
- Zawiedliśmy się na tobie! – z ust Wendy wydobywał się zarówno jej głos jak i Katona – Sprawowałeś się doskonale jako wybraniec bogów. Twoja nagła zdrada zaskoczyła cały boski panteon i zgodnie podjęliśmy decyzję. Ja wykonam twą egzekucję, a Molus, wchłonie twoją duszę, zapewniając ci wieczną udrękę i zapomnienie. Twoje zdolności nie będą już nikogo nękać, po twojej śmierci.
Tam, gdzie głoszę swoją wolę, pozostawiam iskry nadziei. Tam, gdzie kroczę, pozostawiam ognie zniszczenia. Tym, którzy oddają mi cześć, przynoszę ciepłe schronienie. Tobie, niosę tylko jedną rzecz. Śmierć!
- Boski krok, przejście przez płomienie! – po tej inkantacji ciało młodej kapłanki zamieniło się w czerwono-złoty płomień. Nagle płonąca postać znalazła się za plecami Merazmusa, a całe pomieszczenie zajęło się wybuchem ognia. trawiąc wszystko co znajduje się w pomieszczeniu.
*** EPILOG ***
- Wendy? Wendy! – krzyczał Flinar trzymając ciało młodej kapłanki na rękach.
- C-co… się tak drzesz? – spytała kapłanka, odzyskując powoli świadomość, po czym nagle oprzytomniała – Gdzie jest Merazmus?!
- Ty nam powiedz. Chwilę po tym jak skończyłaś krzyczeć, jakoś nagle ucichło, a zaraz po tym drzwi wyleciały z hukiem i o mało się nie usmażyliśmy z Sinethem, przez twój płomień.
- To nie mój płomień, później wam wyjaśnię. Chwila… A gdzie są wszyscy?
- Sineth pobiegł zobaczyć co z Leo. W ogóle okazuje się, że kapłani ognia żyli, tylko byli zamrożeni i poobijani.
- Roctuss właśnie zajmuje się rannymi na zewnątrz. – powiedziała Liliana, która właśnie weszła do biblioteczki, po czym rzuciła się by uściskać Wendy. – Tak się cieszę, że nic wam nie jest. Chiwla, panie muzyku, jesteś ranny? Co ci się stało w policzek?
- Macie tu rannych? – spytał kapłan Grrosha, wchodząc chwilę po elfce – Mówiłem, poczekaj, kończę się nimi zajmować i idę z tobą, to żeś polazła sama!
- Przepraszam! – łuczniczka zrobiła możliwie najsłodszą i zarazem najbardziej skruszoną minę, jaką tylko można sobie wyobrazić.
- Przerażasz mnie. Chyba byś potrafiła zmiękczyć Karrafa tym spojrzeniem. – zażartował kapłan na co wszyscy wybuchli śmiechem. – Grajku co Ci się stało w twarz? – podbiegł szybko do Flina i przecierał dłonią jego ranę, szepcząc cicho inkantację. – To paskudztwo nie chce zejść. Boli cię to bardzo?
- Merazmus wbił mi tutaj kawałek krwawego ostrza. Nie boli, ale oszpeciło mi moją piękną twarz. – Flin zachlipał żartobliwie, po czym dodał – Spokojnie żartuję tylko. Co prawda mój policzek przypomina teraz spalony kawałek galaretowatej wieprzowiny, ale przynajmniej jestem cały i zdrowy. A jak wcześniej wspomniałeś o Karrafie, co z nim?
- Nic. Wyleczyłem go i Anaresa, a teraz sobie rozmawiają.
- Chyba żartujesz? – przeraziła się Wendy, wyprostowując się – Zostawiłeś dwóch największych rywali by sobie ucięli pogawędkę.
- Po takiej walce nie mogą nawet kiwnąć palcem, poza tym pilnuje ich Roend i kapłani ognia. A właśnie, rozmawiałem z Wielkim Wodzem i naszym przyjaznym ogrodnikiem i wyciągnąłem od nich kilka ciekawych informacji. Przeprosili nas za te całe zamieszanie pod zamkiem, ale podobno taką mieli do odegrania rolę, a my wdaliśmy się w jakąś większą intrygę…
- Ej! Nie chcę wam przeszkadzać… - z innego korytarza wybiegł właśnie Sineth, wyglądał na dość bladego.
- Gdzie Leo? – spytała przerażona Lily.
Łotrzyk nie odpowiedział, pokręcił tylko głową i odwrócił wzrok. Łuczniczka miała już łzy w oczach i szybko schowała twarz tuląc mocniej Wendy.
- Nie… Nie! To nie miało się tak skończyć! – zaprzeczała Liliana.
- Nie można mu jeszcze pomóc? – spytał Rcotuss.
- Został trafiony mieczem, zaklętym jakimś „zębem czasu”, czy jak on to powiedział. – wytłumaczył Sineth.
- Teraz gdy jestem wolna, czuję jakby to była moja wina. – obwiniała się kapłanka ognia, tuląc szlochającą łuczniczkę.
- Nie zostawimy go tak! – oznajmił Flinar – Gdy tylko odpoczniecie, zbierzcie się tutaj i wyruszamy w drogę.
- Oszalałeś, nie możemy już nic zrobić! – krzyknął zszokowany Roctuss.
- A czy to nie ty wspominałeś, że na pustyni znajduje się jeziorko spełniające życzenia?
***KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ***
Źródło Przygód : XVI Kłótnie i relacje
Definicja bohatera jest tak samo skomplikowana jak i prosta. Jedni mawiają, że bohaterem jest ten, kto poświęca siebie dla dobra innych. Kolejni powiedzą, że bohater to ten, kto uratuje czyjeś życie. To stwierdzenie często spotyka się z mocną krytyką. „Co znaczy jedno życie? Prawdziwym bohaterem jest ten kto stara się pomóc każdemu w potrzebie!”. A co jeśli wszystkie wcześniejsze definicje są błędne? Co jeżeli bohaterem może być każdy, kto przejmuje całą odpowiedzialność i rzuca przeznaczeniu wyzwanie, gdy sytuacja zaczyna się pogarszać? Powstanie tam, gdzie inni upadli ze strachu? Doda otuchy tym, którym jej zabrakło? W oczach olbrzymów, to Flinar był takim bohaterem, a raczej Bohaterem! To on poprowadził obronę, wspierając wszystkich i to także on wpadł na pomysł jak powstrzymać Białą Śmierć.
Wieczorem ciała poległych towarzyszy zostały spalone w ceremonialnym stosie, przeciwników zaś, pierw okradziono, a następnie spalono gdzieś z dala od twierdzy. „Nie zasłużyli na taki pochówek, ale nie chcemy, by ich plugawe ciała sprowadziły zarazę na nasz lud” powtarzali olbrzymi, krzywiąc się na widok palonych krasnoludów. Po wszystkim, zwycięzcy ucztowali w wielkiej jadalni. Pomimo poniesionych strat, czterorękie olbrzymy świętowali hucznie, ciesząc się ze spokoju, po pokonaniu swoich prześladowców. Pomimo honorowych miejsc, tuż koło króla, Swawolna Kompania nie bawiła się ani trochę. Szeptali między sobą nerwowo na temat Karrafa i zagrożenia jakie wiąże się podróżowanie z likantropem. Jedynymi, którzy nie odzywali się w ogóle byli Karraf, który zabierał się za pieczeń z dzika, oraz Flin, który bacznie przyglądał się krasnoludowi i rozmyślał nad całą sprawą.
- Czemu nas okłamywałeś przez tyle czasu?! – Wendy nie wytrzymała i przerwała tą ciszę.
- Nie okłamałem. Nigdy nie zaprzeczałem, że jestem likantropem.
- Ale też nigdy nie powiedziałeś nam o tym! – kontynuowała kapłanka.
- W sumie to nikt nigdy go o to nie pytał. – Roctuss stanął w obronie Karrafa.
- Z jednej strony stanowi dla nas zagrożenie… - zaczął paladyn - … potrafił zatrzymać krasnoludzką armię i półbóstwo gołymi rękoma.
- Z drugiej strony nie zrobił nikomu z nas krzywdy –wtrąciła się Lily na co Rycerz Światłości tylko przytaknął.
- Czy wyście wszyscy powariowali? Szaleju się najedliście czy mnie czymś struliście? On stanowi poważne zagrożenia dla nas wszystkich! – krzyknęła wściekle Ruda Wiedźma.
Nagle na stole tuż przed kapłanką wbił się nóż rzucony przez Sinetha.
- Słuchaj paniusiu, jeżeli uważasz, że tylko Karraf stanowi zagrożenie to jesteś w dużym błędzie. Jako skrytobójca mogłem cię zabić z sześć razy podczas twojej wypowiedzi i to na wiele różnych sposobów. Poza tym rozejrzyj się, elfka zrobiła by z ciebie szaszłyk z odległości, z której byś jej nawet nie zobaczyła. Mój brat zgniótł by cię jednym ruchem, a książę z bajki jest pewnie równie przerażający jak inkwizycja jego kościoła, przejdzie przez twoje zaklęcia jak przez kotarę, a nie przez ogień, a następnie zatłukł by cię swoim korbaczem, którego głowica jest większa od twojej głowy. Przyznała byś się wtedy do wszystkich, nawet tych, których nie popełniłaś. – uśmiechnął się łotrzyk – Nawet nasza księżniczka pokazuje coraz to mroczniejszą stronę. Jeszcze trochę czasu i nawet on będzie wstanie cię zabić. Jak nie sam to sprawi, że ruszy za nim cała armia. Żeby było zabawniej, siedzimy tutaj tylko dla tego, że chcieliśmy ci pomóc. Teraz mamy problem z orkami, asasynami, zakonem światła i nekromantą, który na ciebie poluje. Chwile temu zaatakowały nas krasnoludy. Gdyby nie to, że obiecaliśmy ci ochronę marchewo to mogliśmy już dawno zrobić coś bardziej pożytecznego. Jeżeli chcesz by Karraf tu został to idźcie beze mnie – stworzył krwawe ostrze i wbił je w stół ze złości.
Roctuss wezwał swój totem bojowy i oparł na nim rękę wspierając sprzeciw brata. Mori siłował się z Lilianą, aby położyć jej łuk na stole, gdyż ta za bardzo obawiała się podjąć decyzję. Leo pokiwał głową na znak, że nie przystaje na ten pomysł. Wszyscy teraz patrzyli na decyzję Flinara.
- Nikogo nie zostawiamy! – odpowiedział pewnie Flin.
- CO?! – krzyknęła Wendy.
- Zostaje z nami. – powtórzył bard – Nieraz uratował każdemu z nas życie.
- Nie zgadzam się! – oburzyła się Wendy.
- Masz obecnie najmniej do powiedzenia w tej sprawie! – odgryzł się Sineth.
- Spokój! – głos barda rozbrzmiał magicznym echem w uszach drużyny, a wszelkie dźwięki z Sali powoli cichły dla nich. - Mamy teraz chwilę spokoju i nie musimy niepotrzebnie unosić głosu. Karraf zostaniesz, ale musisz nam wszystkim opowiedzieć prawdę.
- A niech mnie… - wojownik przerwał na chwilę by wyrazić swoją niechęć po krasnoludzku - … dobra. W górskiej fortec, z której pochodzę, nie było ani grama srebra, no to pewien mądrala wpadł na pomysł, by kastę kopaczy „zarażać” likantropią. Testowali na moich poprzednikach wiele różnych rodzajów tego świństwa. Ostatecznie skończyło się na tym, że borsuki okazały się najlepsze do tej roboty, ale cały czas eksperymentowali, starając się uzyskać coraz lepsze efekty.
- Chwila, chcesz powiedzieć, że likantropię można zmieniać i zarażać jak każdą inną chorobą? – przerwała mu Wendy – Znowu kłamiesz!
- Nie no, masz za pewne rację. Czterorękich olbrzymów też, nie ma, bo przecież o to też oskarżałaś, że to kłamstwo, a wszyscy mamy tylko halucynacje i naprawdę siedzimy sami w tej sali.
- Daj mu w spokoju powiedzieć wszystko. – odpowiedział spokojnie Flinar.
- Także ten. – odchrząknął Karraf – Jak widać nie do końca im się wszystko udało i urodziłem się jako mutant… Wśród mutantów, można by powiedzieć. Byłem szybszy, silniejszy, wytrzymalszy. Jednym słowem lepszym od pozostałych likantropów mego gatunku. Niedługo po moich narodzinach przemieniłem się po raz pierwszy w tą bestię i zagryzłem na śmierć swojego starszego brata. Żeby nie robić zamieszania w królestwie matula wyrzuciła mnie na złomowisko. Przygarnęła mnie olbrzymka, a resztę historii już znacie.
- Czyli ta część o zasypanym tunelu i śmierci twoich rodziców to ściema? – dopytywał muzyk.
- Tja.
- A co do najazdu na królestwo? – Sineth zadał pytanie popijając pieczeń winem.
- Najazd był – odpowiedział sucho – I wyglądał jak dzisiejsza bitwa tylko od drugiej strony, a zanim zabiłem króla, ten powiedział mi całą historię mojego pochodzenia próbując uratować tym swoje życie. Bezmózg jeden.
- Świetnie, znamy twoją przeszłość, ale to nam nic nie daje. – Leo przejął głos gdy tylko krasnolud przestał mówić – Powiedz lepiej co z przemianą? Kiedy się zmieniasz? Panujesz nad tym?...
- Już… – przerwał mu wojownik – …bo się jeszcze zapowietrzysz. Tak panuję nad tym. Raz w miesiącu zmieniam się dobrowolnie i poluję na coś. Cokolwiek byle tylko nasycić głód bestii. Jak jestem już najedzony to wiem, że mi nagle nie odbije. Inaczej podczas pełni księżyca stracił bym przytomność i zabijał bym wszystko co mam pod ręką. Później nauczyłem się jak wyciągać korzyści nie przemieniając się.
- Chcesz powiedzieć, że trenujesz to jak mięsień? – spytała z niedowierzaniem Lily – Rin nad tym nie do końca panował. Aby się zmienić musiał łączyć się z duchami, a im więcej dusz wchłonął tym był silniejszy, ale mniej nad sobą panował. Stawał się wtedy dziki, przerażający i nieobliczalny. Pamiętam jak raz był na granicy świadomości, a było to jak kłusownicy przyszli do naszego lasu. Rin tak się wściekł, że zwołał swoje stado i wchłonął wtedy z pół tuzina dusz, zrobił się przeogromny, niemal do połowy wysokości drzew, a jego siła nie była już do niczego porównywalna. Później Rin opowiedział mi, że w wspólnym ciele musi być wspólny cel, inaczej nad ciałem przejmują władzę najbardziej podstawowe rządze, a główną rządzą każdej istoty jest przeżyć… najeść się. Co gorsza łączenie się z duszami niesie ze sobą spory koszt na witalne zasoby. Po tej potwornej przemianie Rin był przez dwa tygodnie osłabiony i cały czas kaszlał krwią, a w nocy można było słyszeć jego potworne wycie z bólu. – łuczniczka patrzyła przez chwilę z przerażeniem w przestrzeń po czym odchrząknęła i przemówiła swoim słodkim głosikiem jak gdyby nigdy nic – Ale się rozgadałam, hehe no to jak ćwiczysz to jak mięsień czy nie?
- Co? A, tak. – odpowiedział po chwili Karraf i wyrwał tym wszystkich z przerażającego transu jaki wywołała opowieść Lily – W gruncie rzeczy o ile w postaci zwierzołaka moje zmysły się wyostrzają, a cechy fizyczne ulegają poprawie, tak w swojej naturalnej postaci mogę korzystać tylko z jednej cechy i to z połową jej mocy. Na przykład na co dzień jest to siła, inaczej nie udźwignąłbym tyle, a o walce nie było by już mowy z takim kawałem żelaza. Na warcie wolę mieć wyostrzone zmysły, a podczas snu regenerację.
- I to wszystko? – oburzyła się Wendy – Przyznałeś się właśnie, że jesteś chodzącą machiną wojenną! Czy tylko ja myślę racjonalnie?
- Masz rację. – przytaknął Leo – Ale jak wcześniej powiedział nasz złodziej…
- Łotrzyk albo asasyn. Złodziej to takie prymitywne określenie – poprawił go Sineth.
- Jak zwał, tak zwał. W gruncie rzeczy każdy z nas jest maszyną do zabijania, no może poza szanownym muzykiem. Poza tym mogę ci zapewnić, że wraz z naszym asasynem – paladyn podkreślił to słowo znacząco – pokonalibyśmy tę bestię, zanim stworzyła by zagrożenie dla kogokolwiek.
- Dobrze gada. – Sineth stuknął się pucharem z Rycerzem Światłości.
- Przeklęta wiedźmo jakbym miał was pozabijać, to zrobił bym to już dawno temu. Panuję nad tym, czego chcesz więcej?
- Tyle nam wystarczy. – wtrącił się Flinar – Nigdy nie wątpiłem w twoją lojalność. Wendy, Karraf zostaje z nami. Obiecaliśmy ci ochronę i ją dostaniesz, a żeby cię uspokoić będziemy podróżować w szyku. Będziesz szła wraz z Roctussem i Lily na tyłach, natomiast Sineth, Leo oraz Karraf będą szli przodem. Ja będę szedł w środku, nadzorując wszystko. W ten sposób wszyscy będą zadowoleni.
- No nie wszyscy będą zadowoleni. – sprzeciwił się łotrzyk – Możemy razem walczyć.
- Ale nie wytrzymamy ze sobą jeżeli mamy razem iść. – dokończył paladyn.
- Ta… wydaje mi się, że nie. – popatrzył na nich z irytacją Flin – Wstawicie między sobą Karrafa i spokój. Zadecydowane, potwierdzone, zamykam rozprawę. Bawcie się teraz, przed nami najgorsza część podróży.
Drużynę uderzyły teraz te słowa. Flin miał rację, najgorsza część, przejść przez wzgórza i już są u celu. Kto wie, co może na nich czekać? Mimo to, po kilku głębszych wszyscy zapomnieli o zbliżającym się zagrożeniu. Rankiem ze zmęczenia padli ostatni biesiadnicy. Swawolna Kompania wstała dopiero późnym popołudniem. Zaczęli się zbierać, pakując wszystkie rzeczy potrzebne im w podróży i ustalając najdogodniejszą trasę do celu. Król olbrzymów raz jeszcze wskazał im tunel, którym mogli w bezpieczny sposób dotrzeć, aż do podnóża samej góry. Gdy wszystko było przygotowane, ruszyli.
- Jak myślicie co będzie na miejscu? – zaczęła rozmowę Lily, po około godzinie marszu.
- Porywacz, morderca i obiekt mojej nienawiści – odpowiedziała Wendy – Gdy tylko dowiem się czego ode mnie chcę, spalę go żywcem.
- Pewnie armia bezlitosnych zombie – odrzekł Leo – Odeślę ich duszę na drugą stronę! Jeszcze raz.
- Anares! – krzyknął Karraf, a jego głos odbijał się echem w pustym korytarzu – I mój obiecany rewanż!
- Tylko go nie zabijaj. Może się okazać pomocny w powstrzymaniu tej bezsensownej wojny na pustyni. – uspokoił go nieco szaman Grrosha.
- Bogactwa. – ucieszył się chciwie Sineth – Stary kapłan na pewno ma masę drogich pamiątek.
- Sława – rozmarzył się Flinar - Może zabójca nekromanty to nie to samo co pogromca smoków, ale sława to sława, zostanę bohaterem.
- A, ja to bym najchętniej wyszła już na powierzchnię. – zapiszczała Liliana wraz z Morim ze znużenia – Mamy już dość tych tuneli.
- Zastanawialiście się już, co będzie potem? – spytał z lekką niechęcią Flin.
- W sensie? – dopytywał Karraf, którego jak wszystkich zaskoczyło pytanie barda.
- W sensie, pokonamy tego nekromantę, Wendy będzie bezpieczna i co dalej, co z naszą Swawolną Kompanią?
- Ja chyba będę musiała wrócić, zameldować się do arcydruida. – posmutniała łuczniczka – Furion pewnie stracił wszystkie włosy, zamartwiając się o mnie.
- Nie będzie się długo złościł – pocieszyła ją kapłanka Katona – Ja chyba wrócę do zakonu. W moim starym zamku nic mnie już nie trzyma, a wraz z innymi kapłanami ognia będę się czuła jak w prawdziwym domu.
- Ja nie mam w sumie dokąd wracać, więc was chyba odprowadzę i dopilnuję byście wróciły bezpiecznie do siebie – oznajmił Leo, na co Lily rzuciła mu się na szyję.
- A im co? – spytał szeptem Flin, idącego obok Karrafa.
- Och jakiś ty ślepy i niewinny dzieciaku. – odpowiedział Karraf - Od dłuższego czasu tak się milą do siebie. Ale jakoś nie dziwi mnie, że ty nie widzisz takich rzeczy. – odpowiedział mu szeptem wojownik.
- My wyruszymy na pustynię. – odpowiedzili razem Mroczni Bracia – Zakończymy tę bezsensowną wojnę, a potem zabierzemy się za asasynów.
- Trenowaliście to? – spytała elfka – Bo było to niesamowite!
- Nie – znowu odpowiedzieli razem, śmiejąc się przy tym głośno.
- Czyli zostaję sam w mojej podróży po sławę? – spytał z niechęcią Flinar – Nie chciał bym rozpadu naszej drużyny.
- Już tego żałuję, ale ja nie mam nic do roboty, więc będę mógł wyruszyć z tobą. – odpowiedział z niechęcią Karraf. – Ktoś najwidoczniej musi cię niańczyć.
- Zawsze możesz iść z nami na pustynię. – pocieszył go szaman – Kto wie, może będziesz drugim, który znajdzie Jezioro Życzeń?
- Zawsze to jakaś opcja – przyznał muzyk.
Po paru godzinach dotarli do końca tunelu i stali przy kamiennych wrotach. Gdy wyjrzeli przez nie była już późna noc, więc zdecydowali się wrócić do bezpiecznego korytarza i przeczekać do poranka.

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Źródło Przygód XV : Krasnoludzka Twierdza
Było już dobrze po północy, a bohaterowie wciąż biegli z myślą, że są gonieni. Pomimo, iż oddalili się od Wiśniowego Płaskowyżu wciąż czuli unoszący się swąd śmierci i dymu palonej wsi. Szli w ciszy, nie potrafili wykrzesać z siebie ani jednego słowa po tym, co ujrzeli. Po pewnym dystansie zaczęli zwalniać, aż w końcu zatrzymali się na skraju lasu. Nie odzywając się do siebie, drużyna zgodnie rozbiła obóz. Załoga wymieniała się spojrzeniami pytająco, na co jedynie Flinar odpowiedział kiwnięciem głowy i machnięciem ręką. Był to znak, że on stanie, jako pierwszy na warcie. Niemal momentalnie reszta załogi zapadła w sen. Po paru godzinach zbudził się Leopold, poklepał barda po ramieniu i sam zajął się wartą siadając pod drzewem. Muzyk położył się niedaleko paladyna. Coś jednak nie dawało mu spokoju, nie mógł zasnąć. Spojrzał z powrotem w miejsce, które zajął paladyn i zobaczył zmęczonego i załamanego przyjaciela. Ostatnie wydarzenia sprawiły, że z niegdyś odważnego Rycerza Światłości pozostał jedynie wrak człowieka. Magiczny korbacz, który niegdyś świecił świętym blaskiem zgasł niczym wola jego właściciela. Flin czuł, że musi coś zrobić, co nie pozwoli paladynowi zatrzymać się w tym właśnie miejscu.
- Nie mogę spać, pozwolisz, że się przysiądę? – spytał bard zajmując miejsce koło paladyna.
- Jasne.
- Nie wyglądasz zbyt dobrze. Może powinieneś coś zjeść? Jak się czujesz? – spytał muzyk, chociaż odpowiedź była nazbyt oczywista.
- Dobrze. – skłamał Leopold niemal dławiąc się tym słowem.
- A może… - zaczął Flin.
- A może dałbyś sobie spokój! – oburzył się paladyn – Czy ty nie rozumiesz, że moje życie straciło właśnie siłę pociągową. Bez mojej wiary jestem nikim! To ona dawała mi siłę, a dzięki niej moja broń mogła miażdżyć moich wrogów, teraz to tylko kupa żelastwa! – w złości wyrzucił swą broń, która z głuchym stukiem uderzyła gdzieś o ziemię – Bez mej wiary nie mam też bezpieczeństwa, a bez tego mej odwagi. Pierwszy raz boję się, czuję strach, który mnie paraliżuje! Jestem bezsilny i nic już nie mam.
- Mylisz się. – oburzył się bard wstając – Odwaga nie rodzi się z wiary. Odwaga nie rodzi się z bezpieczeństwa. W brew pozorom odwaga nie jest tylko dla wybranych. Odwaga rodzi się z determinacji i chęci walki ze strachem! Jeśli chcesz coś osiągnąć i poświęcasz temu swoje życie to właśnie wtedy można określić, że jesteś odważny. Moim celem jest stanie się najsłynniejszym poszukiwaczem przygód, pomaganie przyjaciołom, których spotkam na swojej drodze, a Wendy jest taką przyjaciółką w potrzebie. Myślisz, że się nie boję? Jestem tylko muzykiem a wypowiadam wojnę potężnemu nekromancie i całej armii zielonoskórych potworów. – Flin zrobił sobie przerwę na złapanie tchu – Umieram ze strachu, ale nie poddam się, bo wiem, że ktoś mnie potrzebuje. To właśnie jest odwaga! A jeśli myślisz, że wszystko straciłeś to się zastanów i rozejrzyj, bo gdzie ty widzisz nic, ja widzę rodzinę.
- No teraz to żeś przesłodził. – skomentował zniesmaczony Karraf zakrywając usta dłonią.
- Och, naszą księżniczkę tylko trochę poniosło, bo za bardzo się wczuła. – odrzekł Sineth.
- Ale za to jak ładnie wszystko opowiedział. – dopowiedział Roctuss.
Dopiero teraz Flinar zrozumiał, że obudził wszystkich swoją przemową. Krasnolud siedział płasko zastanawiając się czy od tej „słodyczy” naprawdę nie zwymiotuje, Mroczni Bracia leżeli na brzuchu imitując małe dzieci słuchające dziadkowych opowieści, podtrzymując podbródki na pięściach. Dziewczęta zbliżały się właśnie do wstającego paladyna ściskając go. Lili była cała we łzach, a Wendy, mimo że nie płakała to miała i tak nietęgą minę. Nawet Mori chował głowę za nibyrączkami jakby właśnie płakał. Po chwili nawet mroczni bracia wstali i zabierając po drodze Flina razem uściskali Leopolda.
- Karraf, no chodź. – nakłaniał bard do wspólnego uścisku.
- Po moim trupie. – odpowiedział wojownik.
- No nie daj się prosić. – zaprotestował Sineth.
- Nie! – oburzył się Karraf.
- Ruszaj się tutaj i to już! – krzyknęła Wendy, na co krasnolud już nie odpowiedział odmową.
- Wiecie, że jakby ktoś nas tak teraz zobaczył to by chyba umarł ze śmiechu? – spytał zniechęcony krasnolud wtulony w grupę.
- No to, co? Przynajmniej jest miło. – ucieszyła się Lili, a Mori ocierał jej łzy.
- Nienawidzę was. – podsumował wszystko krasnolud.
Po całym tym zajściu, gdy emocje już opadły, drużyna postanowiła znowu udać się na spoczynek. Tym razem to Karraf objął stanowisko wartownika, twierdząc, że chce zapobiegać kolejne pomysły na bratanie się. Noc minęła dość szybko, a wypoczęta drużyna właśnie wstawała, dopiero teraz wszyscy zauważyli, że jednej osoby brakuje.
- Ej czy ktoś widział…? – spytał Flin.
- Nie. – przerwała mu szybko lekko nerwowa Wendy.
- Nie myślicie chyba, że nas porzucił? – spytała przerażona Lili.
- Raczej nic by go nie porwało. – stwierdził zaniepokojony Roctuss.
- Może poszedł tylko odcedzić kartofelki? – zapytał żartobliwie Sineth, któremu jednak zadrżał głos.
- Może zaraz wróci. W końcu tutaj leżą jego rzeczy. Zbroja, sakwa, broń i tarcza. – zauważył Leo.
- Nie tarcza, a pawęż. – odpowiedział zdyszany Karraf, który wychodził właśnie z lasu.
Krasnolud był mocno umorusany i potłuczony, a na jego krótkich włosach widać było liście i drobne gałązki.
- Gdzieś ty się podziewał!? – spytała ucieszona, a zarazem wściekła Ruda Czarodziejka.
- Nie mów, że tęskniłaś. – Karraf założył na siebie napierśnik. – Gdy wy tu sobie smacznie spaliście ja ruszyłem na zwiady. Nieopodal Dwudziestki Czwórki spostrzegłem dym, prawdopodobnie jakiegoś obozowiska. Może uda nam się pożyczyć od nich to, dzięki czemu się przedostali na drugą stronę.
- Pomysł z kradzieżą mi się podoba. – ucieszył się Sineth.
- No to już jakiś pomysł. Pozostaje pytanie, co ci się stało? – spytała Wendy.
- Nie chcę o tym rozmawiać. – odparł sucho krasnolud.
- Ktoś cię napadł? – kontynuował Roctuss.
- Nie. – powiedział poddenerwowany wojownik ruszając w stronę lasu.
- Nie powinniśmy mieć przed sobą sekretów bracie. – sprzeciwił się Leo, gdy cała drużyna ruszyła za krasnoludem.
- Niech będzie. No, więc… poślizgnąłem się na wystającym korzeniu i przeturlałem się po krzakach. – odpowiedział zdenerwowany Karraf, na co drużyna zareagowała śmiechem – Dlatego nie chciałem wam mówić. Któregoś dnia wszyscy pożałujecie.
Drużyna nie słuchała jednak już gróźb krasnoluda, tylko próbowała nie zapowietrzyć się od tak intensywnego śmiechu. Parę godzin później załoga wyszła z drugiej strony lasu i faktycznie ujrzeli potężne kłęby dymu wydobywające się zza wzgórza. Byli już niedaleko Dwudziestki Czwórki, gdy spojrzeli w prawo, mogli ją spokojnie obserwować, i słyszeć przeklęte jęki wyjącego na niej wichru. Nagle usłyszeli głosy zza wzgórza, więc wszyscy przykucnęli i zaczęli powoli się zakradać na szczyt. Na górze tej niemałej hałdy ziemi, porośniętej trawą padli na ziemię i obserwowali najbliższą okolicę, wtedy też ujrzeli coś niespodziewanego. Potężna osada, wokół gigantycznej wykopanej spirali, która wdzierała się w głąb ziemi. Wyglądem przypominało to potężną kopalnię odkrywkową, na której ktoś wybudował całe miasto.
- To tutaj się ukryliście. – chrząknął zdenerwowany Karraf – Wszystko jasne.
- Co? Co jest twoim zdaniem jasne? – spytał Flinar.
- Powiedzmy, że znam tych skubańców i mam z nimi mocno na pieńku. A skoro wiem, gdzie się teraz podziewają to mamy przewagę. – ucieszył się krasnolud – Spójrzcie tam, widzicie te maszyny oblężnicze i stojaki z bronią? Jeżeli to prawda z tą Białą Śmiercią, to nawet wiem, gdzie ona się udała. Problem w tym, ze musimy się śpieszyć i dostać niepostrzeżenie do tamtej dziury.
- A co tam jest? – spytała zaniepokojona Wendy.
- Droga na drugą stronę Dwudziestki Czwórki. – uśmiechnął się złowrogo Karraf – Wyjaśnię wam wszystko w środku. Tylko musimy się przedostać niepostrzeżenie, bo raczej nie dalibyście sobie rady z elitarnym wojskiem krasnoludów.
- Czekaj, krasnoludzkie wojsko? – spytał Roctuss – Myślałem, że krasnoludy tworzą osady w górach, albo przynajmniej pod ziemią. Poza tym, czemu tutaj mają garnizon?
- Nie męcz tym sobie głowy, później wszystko wyjaśnię. Myśl lepiej jak mamy się tam dostać tak, aby nikt nie zauważył. – pouczył go wojownik.
- Chyba nie będzie z tym problemów – przerwała Lili – Wszyscy gdzieś idą.
Liliana wskazała drugi koniec krasnoludzkiego obozu gdzie wszyscy zaczęli się zbierać. To była ich szansa, droga wolna! Od razu zsunęli z kopca, na którym się wcześniej zatrzymali i szybkim krokiem ruszyli w stronę spirali. Obozowisko z ich strony było opustoszałe, koło drewnianych chat stały jedynie narzędzia i broń, jakby wszyscy rzucili to, co robili tylko po to, aby zdążyć na zebranie. Po krótkim biegu drużyna znalazła się na dnie wykopaliska i ujrzeli potężne stalowe wrota zdolne przepuścić smoka. Karraf stanął naprzeciwko drzwi i chwycił za jedno ze skrzydeł potężnych wrót, po czym bez żadnego wysiłku pchnął je w stronę kamiennej ściany, a drzwi posłusznie się wsunęły w szczelinę.
- Twoja siła nie przestaje mnie zadziwiać. – przyznał zaskoczony Leo.
- Drzwi są osadzone na swego rodzaju mechanizmu. Nawet nasz bard dałby rade je odsunąć bez problemu. Ruszajcie się! – krzyknął krasnolud, odganiając od swojej głowy Moriego, który piszczał z podziwu.
- Czekajcie, coś się chyba dzieje. – szepnęła Lili a wszyscy się uciszyli.
Z miejsca zebrania krasnoludów, można było usłyszeć okrzyki i wiwaty oraz krzyki rozpaczy. Te ostatnie wydobywały się bez wątpienia z dzieci. Tak szybko jak się pojawiły, tak szybko zniknęły. Wszyscy z przerażeniem stali zastanawiając się, co tam zaszło, jedynie Karraf myślał trzeźwo i wepchnął wszystkich przez drzwi, po czym zamknął wrota. Wewnątrz znajdowała się gigantyczna stalowa platforma, na której właśnie stanęli. Wokoło znajdowała się masa rur i dziwnych mechanizmów. Krasnolud podszedł do skrzynki kontrolującej przy wejściu i wyłamał z niej dźwignię, po czym dołączył do drużyny na platformie, tam znajdowała się druga skrzynia kontrolna. Karraf pociągnął za dźwignię, a cała machineria ruszyła dość szybko do przodu. Z początku wszyscy musieli się złapać poręczy, aby ich pierwsze szarpnięcie nie powaliło z nóg. Niestety Flin nie miał wystarczająco dobrego refleksu i padł na ziemię. Wstając rozejrzał się dokładnie po okolicy, w której się teraz znaleźli. Potężny tunel ciągnął się hen daleko w ciemność. Platforma osadzona na tajemniczym mechanizmie sunęła nieznacznie wolniej od mamataraqów. Na ścianach wielkiego tunelu znajdowały się niezliczone ryciny potężnych krasnali i ich przygód.
- Gdzie my dokładnie jesteśmy? – spytał zaciekawiony Flinar. – I dokąd zmierzamy?
- Jedziemy na drugą stronę Dwudziestki Czwórki, to już mówiłem. – odpowiedział Karraf – Jakby to wam opowiedzieć… W zamierzchłych czasach, gdy świat dopiero wstawał na nogi nie było krasnoludzkich królestw i twierdz, tylko poszczególne rodziny, które nieustannie toczyły ze sobą wojny o byle pierdołę. W którymś momencie, te mądrale wpadły na pomysł na sojusz, myśląc, że razem więcej zdziałają i będą bardziej bezpieczni. No i tak zaczęło się od tych oto trzech mądrali. – Karraf wskazał na trzech krasnoludów na malowidle – Trzy rodziny, to jest Wallasów, Vinarrów i Havvronów zjednali się. Stworzyli potężne mocarstwo i tak dalej… Męczy mnie ta gadanina, więc teraz w skrócie powiem, że stworzyli między swoimi starymi fortecami tunele do nowej fortecy głównej, do której teraz zmierzamy.
- Czytałam kiedyś o tym. Myślałam, że te tunele były po wszystkim zakopane i zabroniono ich używania na znak zaufania do siebie rodzin. – stwierdziła czarodziejka.
- Kłamią w tych twoich książkach. Tunele same zaczęły się osuwać, bo robili je nieudacznicy. – wyśmiał ją Karraf – Tylko część tych tuneli udało się odratować, ale nie spodziewałem się, że to tym tunelem uciekali ci tchórze.
- Uciekać, przed czym? – spytał Roctuss.
- Przed naszymi gospodarzami. – zaśmiał się krasnolud pozostawiając więcej pytań niż odpowiedzi.
- Myślisz, że skoro zniszczyłeś maszynę to tamta armia się już tędy nie dostanie na drugą stronę? – spytał Sineth.
- Nie, aż tak pokraczni to oni nie są. Naprawią ją, najpóźniej do jutra. – odpowiedział Karraf.
Platforma w końcu dotarła do celu, a Karraf otworzył kolejne stalowe wrota. Gdy drużyna wyszła na zewnątrz, krasnolud poinformował czarodziejkę by stopiła nieco stalowe wrota. Wendy kazała wszystkim się odsunąć, po czym wycelowała w drzwi, a z jej rąk buchnął strumień ognia, który powoli rozgrzewał drzwi do czerwoności. Gdy po chwili przestała, można było zauważyć, że wrota złączyły się w jedną wielką stalową ścianę.
- Dobra robota, a teraz ruszajcie za mną! – poinformował wszystkich krasnolud i ruszył do przodu.
Po godzinie marszu dotarli do podnóża góry.
- I gdzie teraz? W prawo, w lewo? Nie żeby coś, ale nie widać tu żadnej krasnoludzkiej fortecy. – stwierdził rozczarowany Flinar.
- Bo główne wejście jest jakieś piętnaście minut drogi stąd, ale raczej skończyłbyś martwy zanim zdążył byś poprosić o wejście. Musimy wejść bokiem. – Odpowiedział Karraf, macając ścianę góry.
- Ale wiesz gdzie jest to boczne wejście, prawda? – spytała prześmiewczo Lili, a Mori chichotał w jej włosach.
- Nie byłem tu od dekad, nie oczekuj, że od razu znajdę TAJEMNE przejście. O cholipka! – krzyknął Karraf przelatując przez kamienne drzwi, które otworzyły się z hukiem. – Dobra ruszajmy! – odpowiedział, jakby nic się nie stało.
Krasnolud szedł na przodzie osłaniając się pawężą. Reszta szła za nim gęsiego, gdyż wąski tunel nie pozwalał na inny sposób podróży. Po niedługim czasie dotarli na koniec tunelu i ujrzeli potężną salę wyglądającą na składowisko śmieci. Tutaj Karraf kazał się wszystkim zatrzymać i sam ruszył do następnych drzwi, wciąż się zasłaniając.
- Pobudka, macie gości! – krzyknął krasnolud, po czym odskoczył od wejścia.
Nagle ściana i wejście, od którego odskoczył, zostało przebite przez potężne stalowe włócznie, które przechodziły przez kamienne ściany, jak nóż w masło i wbijały się głęboko w popękaną od uderzeń podłogę.
- Gdzie w swoich rzucacie, kretyni! – Karraf znów krzyknął w stronę przejścia.
Nagle włócznie przestały przelatywać przez ścianę, a cienie potężnych postaci zaczęły pojawiać się przed przejściem i powoli zbliżały się do niego.
- Futrzak? – rozległ się tępy głos postaci, która właśnie weszła przez framugę – Futrzak! – powtórzył szczęśliwie czteroręki olbrzym, taki jak go opisywał Karraf w swojej przeszłości.
- Futrzak? – pytali się inni olbrzymi wchodząc przez wejście. Było ich tam co najmniej tuzin, mieli od trzech do pięciu metrów i w swoich silnych ramionach dzierżyli dwumetrowe czarne włócznie. Po chwili rzucili się na krasnoluda i wzięli go na ręce, po czym wynieśli z Sali krzycząc – Futrzak, powrócił!
- A nie mówiłem, mała wiedźmo!? Wchodźcie teraz jak do siebie – krzyknął szczęśliwy Karraf.
- Oni nie powinni istnieć. – powiedziała speszona Wendy – Nikt o nich nie wie, nie ma o nich żadnych ksiąg. Jak to? – weszła posmucona za resztą drużyny do środka.
Wszyscy przeszli przez parę pokoi, aż nareszcie dotarli do gigantyczniej sali wypełnionej podłużnymi stołami, prawdopodobnie jadalnia. Siedziała tam już niemal setka tych potężnych istot, a na widok gości rozpoczęła się wrzawa i okrzyki.
- Futrzak wrócił, cały i zdrów! – krzyczeli szczęśliwi olbrzymi.
- Cisza! – rozległ się nagle krzyk z drugiego końca sali, towarzyszący potężnym trzaśnięciem kamiennych drzwi. W przejściu znajdował się kolejny olbrzym, który powoli zbliżał się do Swawolnej Kompanii – Co tu się dzieje?!
- Futrzak powrócił. – odpowiedział jeden z olbrzymów, gdy wszyscy inni milczeli w przerażeniu.
- Tyle to ja widzę! – odpowiedział wściekły olbrzym. Nie różnił się zbytnio wyglądem od swych pobratymców, miał skórę koloru piasku i kruczoczarne włosy spięte w kitę na szczycie głowy. Jedyne, czym się odróżniał, to brak prawego oka. – A więc wróciłeś? Kogo tym razem zabijesz? A może przyniosłeś nam kolejną katastrofę?
- Widzę, że nauczyliście się lepiej mówić. Szkoda, że nikt cię nie zdążył jeszcze uciszyć. – odpowiedział oschle Karraf.
- Jak śmiesz odzywać się tak do króla?! – Jednooki król wyglądał jakby miał zaraz rozszarpać krasnoluda.
- To może my jednak wyjdziemy? – spytał Flinar.
- Nigdzie się stąd nie ruszajcie! – rozkazał Karraf – Ta łajza, która zwie się królem, nic wam nie zrobi.
- Jak śmiesz?! – oburzył się olbrzym.
- Tak nie wita się rodziny! – krasnolud zszedł z olbrzymów i ruszył w stronę „krewnego”.
- Nie jesteśmy spokrewnieni! Poza tym, nie tak powinieneś zwracać się do swojego władcy. Tym bardziej tak wstrętny omen jak ty! – władczy olbrzym zaciskał już pięści z gniewu.
- Widziałem ich. Ukryli się za drugą stroną Dwudziestki Czwórki. Korzystają ze starych tuneli i będą tu jutro, może jeszcze dzisiaj. – wojownik oświadczył to z pełną powagą i spokojem jakby zdawał raport.
- Te krasnale dalej chcą odebrać swój dom. Świetnie! – krzyknął wódz, a inni towarzyszyli mu wiwatami - Nie raz ich pokonaliśmy, tym razem nie będzie wyjątku.
- Tym razem, właśnie będzie wyjątek. Szpiegowałem ich w nocy, a dzisiaj rano słyszeliśmy potwierdzenie. – Karraf spokojnie wytłumaczył całą sytuację, wydawał się być całkiem inną osobą – Dokonali dzieciobójstwa i sami zagrozili swojemu rodowi, tylko po to, by się na was zemścić i uspokoić duchy przodków… Przywołali Białą Śmierć.
W całej sali zapadła cisza. Olbrzymy z przerażeniem przyglądali się sobie, a ich przywódca pobladł i cały jego gniew zmienił się w niepokój i zakłopotanie.
- To nic. – odpowiedział cicho król pełen trwogi - Bracie, zawsze przynosisz niebezpieczeństwo naszej społeczności. A teraz mówisz, że sama śmierć przyjdzie po nasze życie. W dniu narodzin mojego drugiego syna?
- Rakkatak, ty masz syna? – zdziwił się Karraf.
- Wiedziałbyś to jakbyś częściej nas odwiedzał. – odpowiedział zrozpaczony król – Ale teraz nie będziesz chyba już miał okazji. Biała śmierć będzie nas wszędzie szukać i zabije każdego czterorękiego olbrzyma, jakiego napotka. Powiedz, po co tutaj przybyłeś wraz z towarzyszami, a ja postaram wam udzielić takiej pomocy, na jaką mnie stać.
- Potrzebujemy racji podróżnych i wody. Chcemy także skorzystać z jednego z waszych tuneli. – odpowiedział oschle Karraf.
- Jeżeli to wszystko, to udajcie się do kwatermistrza. Zezwalam na użycie naszych tuneli. – odpowiedział Rakkatak z pustym spojrzeniem w oczach – Śpieszcie się, nie wiadomo, kiedy zacznie się atak.
- Ruszajcie się – mruknął kransolud do swoich towarzyszy i ruszył za jednym z olbrzymów, który obiecał ich zaprowadzić na miejsce.
Po krótkim marszu przez kilka pokoi, drużyna zaczęła schodzić krętymi schodami, aż znalazła się w długim pustym korytarzu. Jedynie pochodnie na ścianach i fluorescencyjne grzyby dawały im jakieś światło.
- Karraf słuchaj, może… - zaczęła Wendy przerywając tą nieprzyjemną ciszę.
- … Nie musisz mnie przepraszać. – przerwał jej w pół zdania krasnolud.
- Nie mam nawet, za co cię przepraszać! – oburzyła się czarodziejka – Chciałam powiedzieć, że…
- Nie miałaś racji, co do istnienia czterorękich, wiem. – Karraf znów jej przerwał.
- Co za burak z ciebie! – wybuchła gniewem Wendy, a jej dłonie zapłonęły magicznym ogniem – Chciałam powiedzieć, że może powinieneś pomóc swoim bliskim. Nie raz chwaliłeś się ile to osób nie zabiłeś podczas swoich walk. Udowodnij nam wszystkim, że nie jesteś mocny tylko w gębie!
- Słuchaj, ty mała, ruda wiedźmo. Nie muszę nikomu, nic udowadniać. – odparł jej Karraf – Chcesz to sama ruszaj im na pomoc. Jeżeli nie zabiją cię krasnoludy, to Biała Śmierć się tobą zajmie.
- To trochę jak samobójstwo. – przyznała ze smutkiem Lily, a zdołowany Mori piszczał, leżąc na jej głowie.
- Nie no, rzeczywiście, bo ruszanie samodzielnie na potężnego nekromante i jego orczych sługusów rzeczywiście brzmi znacznie lepiej. – skomentował wszystko Sineth.
- Nomen omen jesteśmy martwi, więc możemy sobie wybrać, co nas zabije. – kontynuował Roctuss.
- Nie zamierzam umierać ani tu, ani tam! – odpowiedział Flinar.
- Co już zamierzać skończyć swoje przeżywanie przygód i uciekniesz z podkulonym ogonem? – zadrwił z niego Karraf.
- Nie. – uśmiechnął się Flin – Wpierw pomożemy im, a potem załatwimy naszą sprawę!
- Nie wierzę, w co słyszę. – zaskoczony krasnolud czyścił palcem ucho.
- Ale te księżniczki szybko mężnieją. – zaśmiali się Mroczni Bracia.
- Grajku, ty tak na poważnie, czy już mogę zacząć się śmiać? – zadrwiła Wendy, zakrywając twarz ręką.
- Ha. Ha. – zaśmiał się sarkastycznie Flinar – Dobra, musimy wymyśleć plan. Ktoś ma jakiś pomysł?
- Z armią krasnoludów nie będziemy mieli problemu. – odpowiedział olbrzym – Na przestrzeni lat zabiliśmy wielu z nich. Ale jeżeli mówicie prawdę i mają wsparcie boskiej istoty to musimy się na nim skupić.
- Skoro to nieumarły to znaczy, że jego jedynym celem jest wypełnianie zadanie, do którego został ożywiony. – wtrącił się Leo.
- Z tego, co nam wiadomo to bogowie stworzyli go by chronił równowagi i kończył wojny, które zagrażałyby upadkowi jednej z ras lub jak się okazało, klanu. – wtrąciła czarodziejka.
- Ale sami słyszeliśmy, jak przeprowadzali ten okropny rytuał. – poprawiła ją Liliana – Poświęcili swoich potomków, by zawrzeć pakt z Białą Śmiercią. Teraz nie chodzi o dbanie o równowagę tylko, o czystą zemstę.
- A nie możemy po prostu odpędzić go? – spytał Sineth swojego brata – W końcu to nieumarły, jako kapłan powinieneś móc odegnać z niego moc, która utrzymuje go przy życiu.
- To jest niemal półbóg, nie mogę odpędzać istot silniejszych od siebie. – zaprzeczył Roctuss. – O jego zabiciu raczej też nie myślcie. Obawiam się, że nie bez powodu ludzie się go obawiają.
- A może dacie mi dokończyć? – zirytował się były paladyn – Skoro jego celem jest pomóc krasnoludom odzyskać ich twierdze to, co by się stało, gdyby wszyscy zginęli zanim by mu się to udało?
- Wydaje się to być mało prawdopodobne, ale zawsze to jakiś pomysł na rozwiązanie naszego problemu. – przyznał Flinar – Zrobimy tak: nasza drużyna zajmie się Białą Śmiercią tak długo jak tylko się da, olbrzymy w tym czasie będą zabijać krasnoludy tak szybko jak to się da.
- Wiecie… – wtrącił się olbrzym – …to może się udać. Gdy Futrzak się przemieni w trakcie walki to nawet Biała Śmierć nie da mu rady.
- Przemieni? – spytała z zaskoczona Wendy, jakby doszła do pewnych wniosków – A właśnie i czemu nazywacie Karrafa Futrzakiem? Chwila, moment… nie raz wymykałeś się w nocy, choćby nawet ostatnio… Zwą cię Futrzakiem i potrafisz się zmieniać… Czy ty jesteś WILKOŁAKIEM?!
Krasnolud popatrzył tylko na olbrzyma, po czym oboje odpowiedzieli gromkim śmiechem. W całym tunelu aż huczało od ich rozbawienia. Oburzona czarodziejka odwróciła się i poszła z powrotem w stronę wielkiej sali. Po chwili nastąpił potężny huk, a cały korytarz poruszył się od trzęsienia. Wszyscy spoważnieli i otrzepali się z kurzy, który spadł na nich z sufitu. Razem ruszyli biegiem w stronę wielkiej sali i ujrzeli tam uzbrojonych olbrzymów, którzy zmierzali do innego korytarza.
- Atakują nas! Na stanowiska! – rozkazał wszystkim Król Olbrzymów – Bracie, miało cię tu już nie być?
- Ale zostaliśmy! Wskaż im drogę na platformy, ja idę skorzystać z zsypu! – krzyknął ucieszony Karraf i odbiegł od drużyny kierując się na schody prowadzące w górę – W końcu jakaś porządna bitka!
- Chwila gdzie jest Wendy? – spytał przerażony Flinar.
- Płomiennowłosa ruszyła już z moimi żołnierzami. Jeżeli chcecie się przydać to ruszajcie za nią! - oznajmił Rakkatak i ruszył w stronę tunelu korytarza, którym wybiegli wcześniej wojownicy.
Po chwili biegu minęli schody prowadzące na górę, a sami wybiegli przez przejście. Znajdowali się teraz na najniższej platformie wyżłobionej w górze, około dziesięć metrów nad ziemią, zaraz nad wielkimi wrotami do fortecy, które były teraz zabarykadowane od wewnątrz. Platformy były szerokie, na tyle by stało na nich dwóch olbrzymów i stojaki z czarnymi włóczniami, mieli jeszcze wystarczająco miejsca by się swobodnie poruszać, lub by nasi bohaterowie mogli przedostać na drugą stronę tej budowli. Jednak to nie szerokość decydowała o wspaniałości tej fortyfikacji, ale długość, gdyż mieściło się na nich po sto par takich wojowników. Co więcej, nad wejściem do fortecy wybudowano cztery takie platformy, z której teraz wylatywały setki pocisków przypominających rozwścieczone stado jakiś dzikich ptaków, pikujących we wrogów. Po chwili zbliżyli się do Rudej Czarodziejki, która stała na środku platformy i ciskała ogniem w przeciwników. Flin spojrzał w dół i ujrzał tysiące krasnoludzkich wojowników, podzielone na kilkuset osobowe grupy, kroczących w formacji żółwia. Potężne krasnoludzkie pawężę zakrywające wszystkie możliwe strony. Problemem były jednak brak ich wytrzymałości, od uderzenia czarną włócznią, tarcze łamały się z hukiem pozostawiając jego właściciela na pewną śmierć. Mimo to krasnoludów było za dużo, w tak wielkiej liczbie zbliżyli się wreszcie do bram i zaczęli ustawiać stalowe drabiny, które za pomocą dziwnych mechanizmów „wgryzały” się w kamienne mury, uniemożliwiając ich zepchnięcie.
- Sineth, Roctuss osłaniajcie olbrzymów i zajmijcie się tymi, którzy wejdą na platformę! Wendy, spróbuj stopić te drabiny, Leo będziesz ją ubezpieczać! Olbrzymy, nie przestawać atakować! – krzyknął Flinar, który przejął dowodzenie nad całą tą sytuacją. A wszystkie platformy wraz ze Swawolną Kompanią odkrzyknęły „Na rozkaz!”. Flin rozglądał się chwilę to po polu bitwy, to po platformach. Na samym szczycie, tuż nad czwartą platformą, była jeszcze jedna, wąska półka skalna, na której znajdował się pokaźny róg wojenny. – Lily wraz Morim, idziecie ze mną! Pomóżcie dostać mi się na tamtą półkę!
Duszek podleciał do ściany i za pomocą leśnych zaklęć sprawił, że obrosła mocnymi korzeniami i powtarzał to, aż do ostatniej platformy. W tym czasie Lily strzelała we wrogów osłaniając swojego kapitana, gdy ten wspinał się na górę, po czym sama ruszyła za nim. Gdy znaleźli się na samej górze widzieli ogrom całej inwazji.
- Wypatruj stąd wszystkiego, co wyda Ci się podejrzane i o wszystkim mnie informuj, w szczególności, gdy zobaczysz białą śmierć! – bard wydał kolejny rozkaz, po czym skierował się w stronę starego kamiennego instrumentu.
Stary nieco omszały róg wojenny był przepięknie zdobiony złotem, a kształtem przypominał ziejącego smoka. Muzyk, dotknął go swoją dłonią wypowiadając cicho zaklęcie, a cały instrument zabłysł błękitnym zimnym blaskiem. Ale prawdziwa magia zaczęła się dopiero, gdy Flin zadął w róg. Wszyscy jego towarzysze poczuli jeszcze większą chęć walki, a ich ciała były teraz przepełnione determinacją i siłą. Olbrzymy rzucały jeszcze szybciej, skutecznie odpierając zbliżających się wrogów, a reszcie grupy udało się powstrzymać każdego, kto próbował wspiąć się na platformę, co więcej wszystkie drabiny stopiły się pod wściekłym płomieniem kapłanki Katona.
- Z lasu wychodzą kusznicy. – oznajmiła spokojnie Lily.
- Dasz rade ich stąd zestrzelić? – spytał Flin.
- Tylko ja dam radę! – uśmiechnęła się dumnie elfka.
Jej śliczne elfie oczy zabłysły teraz zielonym blaskiem, co znaczył, że połączyła się z Morim. Z użyciem magii przywołali drewniany pniak, który wyrósł w skale, z niego zaś wyrastały gałęzie wyprofilowane jak strzały, który nie jeden łuczarz, by się nie powstydził. Łuczniczka posyłała strzały z nienaturalną szybkością i precyzją w przeciwników, których ludzkim okiem Flin jeszcze dobrze nie widział. Mimo to elfka trafiała za każdym razem celnie, a strzały przeszywały przeciwników na wylot lub przykuwały ich martwe ciała do drzew. Bard usłyszał huk drewna i ujrzał w skale, niedaleko od wejścia, małe drewniane drzwiczki obecnie otwarte na oścież, następnie usłyszał krzyk znajomego krasnoluda, po czym ujrzał wyskakującego Karrafa prosto na przeciwników. Teraz Flinar zrozumiał, co wojownik miał na myśli mówiąc, że kieruje się do zsypu. Krasnolud spadł z potężnym impetem na wrogą grupę powalając przy tym sporą część na ziemię. Po twardym lądowaniu, wojownik wstał, otrzepał się i szybko zabrał się do co tego robi najlepiej. Jego berdysz ciął i rozrywał przeciwników na kawałki, a każdego, kto podszedł za blisko, czekał los bycia zgniecionym przez wielki stalowy pawęż. „Wszystko idzie po naszej myśli”, pomyślał bard, który widział jak pole bitwy zamienia się w jednostronną rzeź. Krasnoludy padały jak muchy, za to po przeciwnej stronie nie było praktycznie żadnych strat. Można by pomyśleć, że idzie za dobrze.
- Mamy problem! – krzyknęła przerażona Lily – Zza drzew wyjeżdżają jakieś dziwne powozy! Są okute blachą z przodu, nie dam rady ich przebić, co robimy?
- Mam pomysł! Sineth, coś pojawiło się przy lesie, prawdopodobnie jakieś maszyny! Dasz radę to unieszkodliwić? – krzyknął Flinar.
- Ja nie dam rady? – spytał retorycznie, pewny siebie łotrzyk – Tylko z tej odległości nic nie zrobię. Bracie, rzuć mną!
Roctuss spojrzał na Sinetha i na punkt, który wskazywał, po czym ustawił się niedaleko ściany i wystawił ręce formując „koszyczek”. Łotrzyk rozbiegł się, skoczył na krasnoludzkiego-elfa, który wyrzucił go na sporą odległość, w stronę zsypu, którym przybył Karraf. Chwycił się pewnie drzwiczek i gdy złapał równowagę, ruszył dalej, wspinając się i skacząc jak na zdolnego akrobatę przystało. Wtedy też krasnoludy uruchomiły maszyny, a z ich wnętrza buchnęła para, po czym nastąpił huk i potężny kamienny pocisk wyleciał w stronę skalnych półek niszcząc część platformy, zabijając przy tym siedmiu pechowych olbrzymów. Na tym się jednak nie skończyło, huk następował po huku, a pociski leciały z niewyobrażalną siłą i prędkością tworząc coraz to większy zamęt i zniszczenie. Pociski leciały coraz niżej, wtedy Flinar zrozumiał, o co chodzi.
- Udajcie się jak najszybciej do środka i pilnujcie bramy! – bard wydał rozkaz ocalałym olbrzymom – Sineth streszczaj się! Roctuss i Leo postarajcie się osłaniać olbrzymów, Wendy staraj się pomóc Karrafowi!
Wtedy rozległ się krzyk czarodziejki, a muzyk ujrzał to, na co tak wszyscy czekali. Blada humanoidalna postać stała tuż przy kapłance Katona. Wyglądem przypominał dwu i pół metrowego człowieka, nie miał jednak owłosienia czy organów płciowych, był niezwykle dobrze umięśniony i całe jego ciało było jakby okryte mleczno-białą skórą. Ale najbardziej przerażające było jego spojrzenie i twarz. Białe martwe ślepia bez powiek, które wydawałoby się, wdzierały się w duszę, osądzając ofiarę tuż przed śmiercią, a zrośnięta usta oraz brak nosa sprawiały, że kat nie wyda nawet najmniejszego ściszonego głosu przed odebraniem komuś życia. Całość przyprawiało wrażenie, jakby ktoś zarzucił maskę z białej skóry na czaszkę. W swoich dłoniach trzymał potężne dwa sejmitary zrobione z kręgosłupa i zaostrzonych kości. Wendy stała nieruchomo z przerażania, a Biała Śmierć już brała zamach, gdy potężny atak totemem wgniótł ją prosto w ścianę. Huk i trzaski łamanych kości był niemiłosierny, a z dziury, którą stworzył Roctuss wydobywały się wnętrzności i krew.
- Szybko! Spal to! – krzyknął kapłan Grrosha, na co czarodziejka zareagowała od razu zamieniając zwłoki w popiół za pomocą swojej ognistej mocy.
- Uwaga kolejny! – krzyknął Leo, który zmagał się z identycznym przeciwnikiem, jak przed chwilą walczyli Wendy z Roctussem.
Wszystkich ogarnął strach. „Jest ich więcej niż jeden?” myśleli. Biała Śmierć atakowała zawzięcie, wyglądała na świetnie wyszkoloną i niezwykle silną, a co najgorsze, odporną na ból. Lily wystrzeliła niemal tuzin strzał, a mimo to bestia nie zatrzymała się i wciąż atakowała byłego paladyna. Dopiero celny strzał w broń półboga wyrwało go z zawziętego ataku, a paladyn wykorzystał ten moment by zaatakować. Ogromny korbacz zmiażdżył przeciwnikowi głowę, a truchło padło bezwładnie na ziemię. W tym czasie Sineth dostał się po kryjomu za strzelające maszyny. Gdy tylko wyszedł z cienia zaczął swój taniec śmierci, a nieświadomi strzelcy padali jeden po drugim. Jednak nie był dość szybki, ostatnia para krasnoludów zobaczyła zbliżającego się skrytobójcę i przestawiła jakąś tajemniczą dźwignię, po czym zginęli od ciosu w plecy od Krwawego Klona Sinetha. Przestawiona maszyna, przestała strzelać, a zamiast tego ruszyła z dużą prędkością przed siebie miażdżąc nieświadomych krasnoludów wielkimi stalowymi kołami. Stalowa maszyna wbiła się prosto w drzwi, i utknęła w nich, jednak nie przestała pracować, co więcej pracowała coraz szybciej, aż w końcu ciśnienie pary, które w niej narastały wywołały eksplozję, tworząc wyrwę w bramie, przez którą wchodziły teraz krasnoludzie oddziały. Na domiar złego pojawiła się kolejna blada postać szarżująca do wejścia. Był już tuż przy otworze, gdy nagle berdysz przebił jego głowę na wylot.
- A ty gdzie?! – krzyknął wściekły i niemal całkiem zakrwawiony Karraf. Stał dość daleko od wejścia, jego napierśnik był niemal w strzępach, a teraz jeszcze pozbawił się broni – Wy lećcie zając się krasnoludami, którzy jeszcze przeżyli, a mi zostawcie te chodzące truchło. Są zdesperowani i szarżują na nas, a to znaczy, że skończyły im się żołnierzyki!
Karraf dumnie stał na stosie zabitych krasnoludów, gdy nagle jego żebro zostało przebite mieczem. Powoli coś podniosło go w powietrze i rzuciło na bok. To był kolejny nieśmiertelny półbóg, który jak poprzednicy pojawił się znikąd. Teraz powoli szedł w kierunku bramy wraz z resztą krasnoludów, którzy częściowo robili zamieszanie wewnątrz fortecy.
- Karraf! – krzyknęli zrozpaczeni członkowie Swawolnej Kompanii.
- Czy mówiłem wam, dlaczego nieraz się wymykałem? – odkrzyknął ranny krasnolud, który powoli wstawał, na nogi, osuwając się, co chwila na kolana – Albo, dlaczego nie lubię o sobie gadać? – rozerwał swój, niemal do końca zniszczony napierśnik i odrzucił od siebie pawęż – Albo to, dlaczego jestem taki silny, a te krasnale nie mogą mnie zranić? Bo mam swoją tajemnicę! - krasnolud nagle zaczął rosnąć do niewyobrażalnych wcześniej rozmiarów trzech metrów, rozrywając całe swoje ciuchy, rosnącymi mięśniami i porastając gęstą sierścią.
- A więc jesteś wilkołakiem! – krzyknął zdziwiony Flin.
- Gorzej! – krzyknął jeden z olbrzymów, którzy zostali na platformie – Futrzak to borsukołak, ale co więcej, to mutant wśród nich.
To prawda, Karraf do złudzenia przypominał niedźwiedziołaka, gdyby nie dłuższe pazury, przystosowane do kopania i typowa sierść borsucza pokrywająca jego ciało. Jego rany niemal natychmiast się zagoiły, po czym chwycił swoją potężną łapą oddalającego się truposza i wyrzucił go wysoko w powietrza, po czym gdy ten już spadał, mutant podskoczył i pożarł niemal cały tułów Białej Śmierci, jednym kłapnięciem szczęki wypełnionej ostrymi zębami. Chwilę później z pod stosu martwych krasnoludzkich wojowników wyłonił się kolejny półbóg i rzucił się na trzymetrowego potwora, który rzucił nim o ziemię i wypatroszył go jednym uderzeniem łapy.
- Karraf, spróbuj następnego nie zabijać tylko przytrzymać! – krzyknął Flin – Wydaje mi się, że może się pojawiać znikąd, kiedy chce, ale może być tylko jeden na raz.
W odpowiedzi usłyszał tylko groźne warknięcie. Nie minęła nawet chwila, a kolejny ożywieniec skoczył na borsukołaka, tym razem bestia odgryzła truposzowi ręce i przygwoździła go wielkim cielskiem do ziemi. Reszta Swawolnej Kompanii szybko ruszyła w stronę zniszczonej bramy by pomóc na ile tylko starczy im jeszcze sił. Gdy tylko zbiegli schodami na parter zobaczyli potężną bitwę w wielkiej kamiennej hali. Straty po obu stronach były naprawdę znaczące, olbrzymy jeszcze nigdy nie musiały walczyć w zwarciu z krasnoludzkimi oddziałami, przez co nie byli przygotowani na taki los. Szybka interwencja naszych bohaterów pozwoliła ocalić wiele istnień, jednak walka nie była jeszcze zakończona. Najpierw ruszyli wojownicy, Roctuss i Leo przedzierali się wprost na linię wroga, Wendy wraz z Lilianą osłaniali ich napierając ze schodów ogniem i strzałami, po drugiej stronie wejścia rozpoczął się kolejny taniec śmierci Sinetha i jego klona, zamykając w ten sposób krasnoludów w martwym punkcie. Flinar wszystkim koordynował trzymając dystans i zapewniając drogę ucieczki wszystkim rannym olbrzymom. Nie minęło nawet piętnaście minut, gdy było po wszystkim. Nikt już nie wbiegł więcej przez wrota. Nastała cisza, a zaraz po niej oklaski i wiwaty.
- Udało się? – spytał z niedowierzaniem Flinar.
- Udało nam się! – krzyknęły jednocześnie Wendy i Lily, siadając ze zmęczenia na schodach.
- A co z naszym krasnoludem? – dopytywał Leo.
- Idzie. – odpowiedział cicho Sineth odpędzając klona.
Po chwili do wielkiej sali wszedł nagi i cały zakrwawiony Karraf rzucając przed siebie ostatnie truchło Białej Śmierci. Drużyna nie odezwała się do niego słowem, wściekli i zaskoczeni z tym, że krasnolud nic nie powiedział o swojej prawdziwej formie. Panowała niezręczna cisza pomijając oczywiście krzyki rannych olbrzymów.
- Udało wam się! – krzyknął ranny król olbrzymów – Nie wierzyłem, że można zatrzymać półbóstwo, ale wam się to udało. Przywróciliście nadzieję, tam gdzie jej już zabrakło. Może mogę wam to jakoś wynagrodzić?
- Będziemy się po prostu zbierać. – odpowiedział sucho Flinar.
- Może zostaniecie, chociaż na uczcie, odpocznijcie trochę. Wszystkim się zajmę! – sprzeciwił się Rakkatak, po czym rozejrzał się po zaistniałej sytuacji – Wtedy będziecie mogli sobie wszystko wytłumaczyć.
Swawolna Kompania spoglądała to na Karrafa, to na Flina. Wyglądało to tak jakby cała sprzeczka miała wyniknąć między nimi. Po chwili ciszy oboje warknęli tylko „dobra”.
Źródło Przygód XIV : Wiśniowy Płaskowyż
Wypoczęta drużyna ruszyła rankiem do Wiśniowego Płaskowyżu. Według informacji Leopolda i mapy orków wywnioskowali, że zostało im jeszcze dwa dni drogi. Wszyscy rozmawiali teraz głośno o przygodach wczorajszego dnia.
- Chwila myślałem, że wyznawcy Kvivy to raczej spokojne kobiety, a nie jacyś maniakalni fanatycy. – zdziwił się paladyn.
- Najwidoczniej w każdej regule jest jakiś wyjątek. Popatrz choćby na naszego kapłana. – Wendy kiwnęła głową w stronę Roctussa – Wierzy w Grrosha, jest przecież elfickim krasnoludem, a nie jakimś zielonoskórym.
- Ej, nie mów o zielonoskórych jak o jakimś wynaturzeniu! – oburzył się kapłan – Żaden krasnolud, ani elf nie chciał mnie przyjąć. Nawet ludzie trzymali mnie w odizolowaniu. Dopiero orcze bóstwo mnie przyjęło. Zawdzięczam im więcej niż jakiejkolwiek innej rasie.
- Przepraszam. Wiesz, że nie miałam nic złego na myśli. – speszyła się Wendy.
- Ej nie bądźcie tacy poważni! – krzyknęła Liliana, tuląc kłócącą się dwójkę.
- Powinnaś dorosnąć. – mruknął podirytowany Karraf.
- Nie odzywaj się do niej takim tonem, bracie! Pozwól jej się cieszyć wolnością młodości! – Leo bronił młodej elfki.
- Za bardzo się tu rządzisz! – oburzył się Sineth celując w niego krwawym ostrzem.
- Uspokójcie się! – krzyknął Flin – Mamy ważniejsze sprawy na głowie niż wasze sprzeczki.
Załoga ucichła, uświadamiając sobie, że bard ma racje. Nikt jednak nie przyznał się do tego otwarcie. Po tej małej sprzeczce drużyna szła w milczeniu, mniej więcej do południowej przerwy, w tym właśnie czasie paladyn podszedł spytać się łotrzyka o pewną sprawę.
- Słuchaj bracie, mógłbyś mi powiedzieć coś więcej o swoim zakonie? – zaczął Leo – Może, czym się zajmował i jaki był w tym twój udział?
- Mój zakon zajmował się walką z korupcją i z wszelką władzą. Głównie zabijaliśmy pomniejszych władców ziemskich, ale nie raz mordowaliśmy też młodych książąt i księżniczki. – odpowiedział Sineth ściskając w dłoni krwawe ostrze – Naszym celem było zniszczenie klas i sprawienie, że wszyscy byli by sobie równi. Wyobraź sobie, żadnych ciemiężycieli, żadnych więcej wojen na tle politycznym, żadnych intryg i tak dalej, brzmi pięknie, co? Problem w tym, że Tarius, to ten, którego zabiliśmy w tunelach stworzył potajemnie Radę Malrygga, która stała się tym, co chcieliśmy zwalczyć. Dlatego stwierdziłem, że pierw zniszczę ich, a potem zabiorę się za pierwotny cel.
- Poniekąd to szczytny cel. – przyznał z trudem Leo – Ale dlaczego wyznajecie boga zła?
- Nasi poprzednicy składali modły o pomoc niemal do wszystkich bóstw, ale tylko Malrygg wyraził chęć wspomagania nas. – łotrzyk wziął głęboki wdech – „Pod warunkiem, że po śmierci nasze dusze wraz z skierkami nigdy nie zaznają spokoju, a po wsze czasy staną się plugawcami”. Tak brzmi część naszej obietnicy, którą składamy przed mrocznym bóstwem.
- Plugawcem, masz na myśli półdemonem? – przeraził się Leo – Teraz chyba rozumiem, dlaczego nie straszna była ci klątwa nieśmiertelności Krwawego Władcy.
- Było mi to bardzo na rękę, ale to nie ważne. – Sineth wyciągnął z plecaka kawał chleba i zajadając się nim kontynuował z pełnymi ustami – Powiedz to jeszcze komuś, a pożałujesz.
- Spokojnie, to przecież nie moja sprawa, prawda bracie? – spytał rycerz, patrząc na łotrzyka z uśmiechem.
- Dokładnie – odpowiedział skrytobójca uśmiechając się ukradkiem.
Następny dzień minął bardzo spokojnie. Waśnie między członkami Swawolnej Kompanii się złagodziły, a wręcz przerodziły w żart. Wszyscy rozmawiali i śmiali się dookoła. Późnym południem drużyna znalazła się u celu. Sens istnienia tabliczki z napisem „Wiśniowy Płaskowyż” mijał się z celem, gdyż zaraz po wyjściu z lasu towarzysze znaleźli się w wspaniałym sadzie wiśniowym, a drzewa pięknie kwitły różanymi kwiatami. Szli udeptaną ścieżką wzdłuż drzew, jednak nigdzie nie było śladu miasta. Dopiero po chwili Leo wyjaśnił, że samo miasto znajduje się na pobliskim wzniesieniu, a prowadzą do niego kamienne schody wybudowane, na końcu drogi, którą szli.
- Widzieliście to? – spytał nagle Flinar.
- W sensie, co? – odpowiedziała Wendy pytaniem.
- Coś dużego i białego przebiegło między drzewami i to dość nienaturalnie szybko. – kontynuował bard.
- Musiało ci się przywidzieć, bracie. – zaprzeczył Leo, rozglądając się dla pewności.
- Skończ panikować księżniczko, jesteśmy już na miejscu! – krzyknął Sineth z oddali, wchodząc już po schodach tuż za Karrafem i Roctussem.
- Najwidoczniej jesteśmy tu pierwsi. – stwierdził paladyn, po czym zaczął wchodzić po schodach – No już bracia i siostry, nie stójmy tak! Możemy równie dobrze poczekać na moich przełożonych w karczmie, nikt nie mówił, że mam sterczeć na tych schodach wypatrując ich z oddali – rycerz zaśmiał się, po czym pomógł paniom wejść na strome schody.
Po wejściu na górę wszyscy zrozumieli, czemu to miasto jest nazywane Wiśniowym Płaskowyżem. Przepiękne domy znajdowały się na skalnej półce z dużym placem targowym na środku, poniżej półki znajdował się sad i źródło utrzymania tutejszych chłopów. Coś jednak niepokoiło drużynę, w mieście nie było widać żywej duszy. Była pora południa, więc większość ludzi powinna znajdować się na targu, albo w sadzie. Nawet dzieci powinny biegać po mieście albo hałasować, a tu jednak nic, cisza. Dopiero gdzieś w oddali zobaczyli twarz starca wychylającą się zza drzwi swojego domu.
- P-poszedł już? – zapytał przerażony chłop Swawolnej Kompanii stojącej na środku placu.
- Kto? Nikogo nie ma w mieście? Co się tu stało? – odpowiedział serią pytań Roctuss.
- Słyszeliście ludzie, teraz mamy szansę. W nogi! – krzyknął chłop wybiegając z workiem na plecach.
Zaraz po tym ludzie zaczęli uciekać ze swoich chat i biec w kierunku kamiennych schodów, o mało nie tratując bohaterów. Bard próbował zatrzymać jednego z uciekinierów chcąc zapytać się o zaistniałą sytuację. Dopiero Karraf zatrzymał jednego chłopa pokładając mu halabardę pod nogi. Gdy ofiara leżała na ziemi, krasnolud chwycił ją za koszulę i najgrzeczniej jak na jego maniery zapytał.
- Co tu się dzieje. Gadaj, już! – warknął groźnie Krasnoludzki Kat.
- Jak to, co? Biała Śmierć zatrzymała się w mieście. To omen! – krzyknął mieszkaniec Wiśniowego Płaskowyżu, po czym wyszarpał się z uścisku zaskoczonego Karrafa i uciekł, czym prędzej, goniąc grupę innych ludzi.
- Biała Śmierć? Czyli co konkretnie? – zapytał się Flinar.
- Księżniczko, czyś ty się wczoraj urodziła? –niedowierzał Roctuss.
- Biała Śmierć, Siewca Umarłych, Harmonia Żywych. – zaczął Leo – Długo by tu opowiadać, ale po krótce jest to półbóstwo, stworzone z woli Boga Harmonii Asyliusa i Boga Śmierci Molusa. Stworzyli go by był czymś w rodzaju strażnika. To jest bardzo zawiłe, gdyż nieznane nam są do końca sposoby myślenia bóstw, ale założenia są takie. Jeżeli gdzieś panuje walka lub bitwa trwająca dłużej niż trzydzieści dni, lub jedna ze stron jest praktycznie ostatnimi przedstawicielami swojej rasy…
- A nie rodu? – przerwała mu Wendy.
- No i tu się pojawiają sprzeczności, jedni mówią tak inni jeszcze inaczej i do końca nigdy nic nie wiadomo na pewno. – Roctuss przejął wykład – Kolejną niewiadomą jest jego wygląd. Jedni twierdzą, że wygląda jak szkielet okryty szmatą, dzierżący kosę, inni twierdzą, że wygląda bardziej jak nienaturalna bestia.
- Krąży też pogłoska, że jeśli Biała Śmierć zatrzyma się w jakimś miejscu to ktoś stoczy tam wielką bitwę. Stąd nic dziwnego, że ludzie tak szybko stąd uciekli, nieprawdaż bracie? – spytał Leo – Co prawda nie jest to potwierdzone, ale po co mają ryzykować. Nawet, jeśli wydarzy się tu jakaś bitwa, to my powinniśmy być już daleko stąd.
- A co jeśli to my mamy stoczyć tą bitwę? – spytał przerażony Bard.
- Módlmy się, oby tak nie było. – mruknął cicho Roctuss – Siewca Umarłych nie zatrzymywałby się na oglądanie małych potyczek. Jeśli tutaj naprawdę był to raczej będą tu setki wojowników.
- O ile nie tysiące. – dokończył Sineth, pozostawiając wszystkich w ciszy i przerażeniu. Właściwie prawie wszystkich…
- Nareszcie rozrywka! – ucieszył się Karraf.
- Ty tak na poważnie? – spytała z niedowierzaniem Lily. Wszyscy patrzyli teraz na krasnoluda cieszącego się jak małe dziecko – I to niby JA mam dorosnąć?
- Lily, daj spokój. – przerwał jej Flinar – On już odpłynął marzeniami o walce.
Gdy w mieście nie zostało już nikogo oprócz Swawolnej Kompanii, drużyna podzieliła się na dwa obozy. Mroczni Bracia, Wendy i Karraf poszli stołować się w miejskiej karczmie obsługując się samemu. Lily, Mori, Flinar i Leo zostali przy schodach woląc „nie okradać wieśniaków”, a tak przynajmniej tłumaczyli swoje zachowanie. Dopiero wieczorem imprezowicze raczyli wrócić do grupy. Słońce właśnie zachodziło oddając swoje ostanie promienie, gdy Liliana usłyszała stukot końskich kopyt. Po chwili w sadzie pojawiła się trójka paladynów, w lśniących zbrojach, na białych rumakach. Po chwili mężczyźni przywiązali swoje wierzchowce do wiśni i zaczęli wchodzić po kamiennych schodach.
- To oni! – ucieszył się Leo – Sineth, musisz być cicho. I lepiej ukryj krwawe ostrze.
- Że co? – spytał zirytowany łotrzyk.
- Jesteś wyznawcą Malrygga. Zgładzą cię, jeśli się dowiedzą. – odpowiedział paladyn, na co łotrzyk wchłonął ostrze z powrotem do ręki.
- Leo, drogie dziecko, dotarłeś tutaj w całości. – ucieszył się brodacz. Był dużo starszy od naszego paladyna, miał pulchne policzki i bujną czarną brodę splecioną finezyjnie i zaciśniętą mleczno-białym pierścieniem. U pasa wisiał mu mały buzdygan, a na plecach widniał stalowy puklerz.
- I nawet ma towarzyszy – kontynuował drugi paladyn. Ten był bardzo szczupły i łysy, uzbrojony był w półtoraręczny miecz oraz tarczę, taką samą, jaką dzierżył Leo. -A tak, pomogli mi w dotarciu tutaj. – ucieszył się Leopold i zwrócił się w stronę przyjaciół – Bracia i siostry, to Ojciec Naharius – brodaty paladyn przywitał grupę ciepłym uśmiechem – Po jego lewej jest Starszy Brat Marius – łysy rycerz uniósł dłoń w geście powitania – A ten cichy z mieczem dwuręcznym to Starszy Brat…
- Seegiel – mruknęła cicho postać po prawej od Nahariusa. Miał straszną bliznę na całej twarz i mocno przerzedzone czarne włosy spięte w kucyk. Na plecach dzierżył dwuręczny miecz. – Łowca Likantropów.
- Zdawało mi się, że mówiłeś o tym, że nawet paladyni są bezsilni w walce z zmiennokształtnymi? – spytał Flin.
- Do tej pory upolowałem już czterech z nich. – mruknął Seegiel.
- To chyba nie dużo. – stwierdził niepewnie Roctuss.
- Starszy Brat jest jedyną osobą na kontynencie, która pokonała likantropa. – pouczył ich Leo – A to znaczy, że to przerażająco dobry wynik.
- Zwalczaj ogień ogniem. Specjalnie dałem się zarazić, by mieć ich siłę i szybkość. – odrzekł paladyn z blizną – Aby nie zmienić się w te cholerne plugastwa noszę srebrny naszyjnik i pijam specjalne mikstury przyrządzane przez naszych innych Braci Zakonnych.
- Widzę, że masz miecz z domieszką srebra. – mruknął Karraf krzywiąc się na widok broni Seegiela.
- Przeszkadza ci to, krasnoludzie? – spytał podejrzliwy Łowca Likantropów.
- Szybciej ci się popsuje i jest droższy w tworzeniu. – odpowiedział spokojnie wojownik.
- Nie wydaje mi się, że to cię naprawdę martwi. Poza tym to nie twoje zmartwienie. – odpowiedział rozdrażniony Seegiel, ściskając rękojeść miecza – Nie wyglądasz na kowala.
- A ty na mężczyznę. – obraził go Karraf dobywając berdysza.
Leo i Flin szybko odsunęli ich od siebie zapobiegając bezsensownemu rozlewu krwi. Wszyscy byli zszokowani tym, co się stało. Dopiero po chwili zaczęła się rozmowa, jednak wszyscy czuli się już mniej komfortowo.
- Ekhem, także Leopoldzie, czy udało ci się wykonać powierzone ci zadanie? – spytał brodaty paladyn.
- Tak, moi towarzysze również mi pomogli. – odparł Leo próbując poprawić nieco ich relacje. – Dobrze, że tam byli, bo napotkaliśmy tam zasadzkę goblinów.
- Zielonoskórzy, powiadasz? To ciekawe. – powiedział powoli łysy rycerz. Przełożeni wymienili się spojrzeniami – A czy było coś jeszcze w tej krypcie? Coś, co mogło wskazywać, co przyciągnęło uwagę goblinów?
- Tylko gobliny i wampir. – odpowiedział Sineth domyślając się, że paladyni pytają o krwawe ostrze.
- A kim ty jesteś? – spytał podejrzliwy rycerz z blizną.
- Podróżnym pisarzem – odparł za niego Flinar, próbując ukryć jego tożsamość – Podróżuje z nami by dostać inspiracji. Jest dopiero początkującym bajkopisarzem i przyjąłem go pod moje nauki. Jestem Flinar zwanym gdzieniegdzie Zielonym Kubrakiem.
- Zielony Kubrak? – spytał z niedowierzaniem Naharius – Nigdy o tobie nie słyszałem.
- Bo byłem raczej znany w swojej małej wiosce i dopiero zacząłem podróżować – bronił się Flin.
- Dobrze… Mariusie nagrodź Leo za jego służbę. – starszy paladyn z brodą machnął ręką to towarzysza.
- Ale… - zaczął Marius.
- Ale brat Leopold wykonał swoje zadanie więc zasługuje na nagrodę. – Naharius patrzył chwilę znacząco na towarzysza. – Dobrze Leo, tu twoje zadanie się kończy. Możesz wracać do zakonu.
- Chciałem coś jeszcze powiedzieć. Całe miasteczko się ewakuowało, nie ma tu żywej duszy. Rzekomo zatrzymała się tutaj Biała Śmierć. – ostrzegł Starszych Braci, Leo.
- Przestań opowiadać bajki i wracaj do zakonu! – Seegiel wydał rozkaz, po czym odszedł.
- Leopoldzie nie odbierz tego źle, ale Starszy Brat ma racje. – dodał Naharius, poklepał go po ramieniu i ruszył w za Łowcą Likantropów, a wraz z nim ruszył Marius.
- Nie ma tu nic po nas, zbierajmy się. – powiedział Flinar, po tym jak zakonnicy się oddalili.
- Czy wy też uważacie, że coś tutaj śmierdzi? – spytał Sineth.
- No wreszcie, od paru dni zalatuje potem od Karrafa, ale widzę, że nie tylko mnie to przeszkadza. – ucieszyła się Wendy.
- To zapach trudu i prawdziwego mężczyzny. Nie zrozumiesz tego, bo jesteś kobietą! – odburknął krasnolud.
- Mojemu bratu chodziło chyba, że coś tu nie gra. – wtrącił się Roctuss – Paladyni się dziwnie zachowywali.
- Nawet ich nie zdziwił fakt, że zaatakowały nas gobliny, mimo że jesteśmy tak daleko od pustyni zielonoskórych. – dopowiedział Sineth.
- To nie możliwe, aby oni coś knuli. To żywe przykłady cnotliwego mężczyzny! – bronił ich paladyn.
- Pssst! Hej! – z dołu słychać było skrzeczenie nawołujące drużynę.
Drużyna rozejrzała się i powoli zbliżyła się do krawędzi płaskowyżu. Na dole widniała znajoma twarz przywódcy goblińskiej karawany, Zielonego Kła. Drużyna szybko zeszła na dół, rozglądając się, czy przypadkiem paladyni nie obserwują ich. Gdy znaleźli się na dole, przywitali się ze starym znajomym, a Lily z radości aż uściskała go, trzymając małego przyjaciela w powietrzu. Gdy postawiła go na ziemi zaczęły się pytania.
- Zielony Kieł, co ty tu robisz? – spytał Flinar.
- Nawet nie słyszałam jak się zakradałeś. Jesteś cały? – przyglądała się mu, elfia łuczniczka.
- Gdzie Anares? – warknął Karraf.
- Spokojnie, nie wszystkie pytania na raz. – zaskrzeczał goblin – Mówiłem wam, miałem się tu spotkać z żołnierzami Wielkiego Wodza, jednak jego samego tu nie ma. I dziękuję, jestem cały. – uśmiechnął się szczerze do Lily.
- To gdzie on jest? I co robi tutaj armia Anaresa? – zadał spokojnie pytanie Sineth.
- Żołnierze mieli dobić tutaj jakiegoś strategicznego utargu. Nasz wódz z tego, co mi się o zielone uszy obiło znajduje się w drodze do wieży Merasmusa.
- Merasmus? – spytała łuczniczka, a Mori latał nad jej głową wyglądając na zakłopotanego.
- To stary nekromanta, był jednym z Dwudziestki Czwórki, a co się z tym wiąże jednym z najpotężniejszych ludzi na tym świecie. Wydaje mi się, że już od dawna nie żyje. – odpowiedział Flinar.
- Nie wierzę, nasz grajek coś wiedział. Tu chyba rzeczywiście coś złego się wydarzy. – zażartował Karraf.
- Niecały miesiąc temu nie wiedziałeś nawet, co to jest Dwudziestka Czwórka. – patrzyła na niego z niedowierzaniem Wendy.
- Tak jakoś mi się przypomniało o nim. Może mój dziadek mi o nim opowiadał tylko wyleciało mi to z głowy. – Flinar odpowiedział, drapiąc się po karku z zakłopotania.
- Marasmus żyje, co więcej to on za tym wszystkim stoi. Zlecenie porywania kapłanów ognia dla asasynów, zbrojenie zielonoskórych i wysyłanie ich poza pustynie, a także wynajęcie paladynów do odnalezienia Krwawego Ostrza, który dzierży wasz przyjaciel. – odpowiedział piskliwie Zielony Kieł – Jeśli chcecie odpowiedzi na wasze pytania, to szukał by ich właśnie w jego wieży.
- Chcesz powiedzieć, że nie tylko mnie chciał porwać? – spytała przerażona Wendy.
- On już porwał dość sporą część żywiołaków ognia i przetrzymuje ich w swoim lochu. Słyszałem, że potrzebuje ich żywych, więc może jeszcze da się ich uratować. – goblin spojrzał na krasnoluda – Świetnie się składa, że podróżujesz z nimi, jest pewien skrót, o ile pójdziecie na południowy wschód, traficie na krasnoludzką twierdzę. Starymi tunelami, jest znacznie szybciej i bezpieczniej dotrzeć na górę, na której znajduje się wieżą Merasmusa.
- Niestety Karraf ma problemy z krasnoludami tak, więc ta opcja odpada. – oznajmił z niechęcią Flinar.
- To twierdza Wallarrów, prawda? – ucieszył się Karraf – No to przejdziemy bez problemu.
- Jesteś pewien? – spytał zaskoczony bard.
- Jesteś głuchy? – krasnolud odpowiedział mu pytaniem.
- Leo wszystko w porządku? – spytał Roctuss przyglądając się załamanemu rycerzowi.
- To nie możliwe… - wymamrotał paladyn – Przecież niemożliwe, by paladyni pracowali dla takiego złoczyńcy!
- Zaczekajcie na tamtym wzgórzu, a sami zobaczycie. – zaskrzeczał goblin, wskazując kościstym palcem na pobliskie wzniesienie.
Drużyna po namyśle wspięła się na wzniesienie i położyła się na trawie obserwując całą wieś z bezpiecznej odległości. Starali się pozostać w ukryciu, wiedząc, że w każdej chwili może pojawić się orcza armia.
- No chyba jednak moi bracia są niewinni. – stwierdził uradowany Leo po dłuższym czasie.
- No to lepiej nie patrz na to. – mruknął Karraf.
Paladyni szli właśnie w kierunku centrum wsi, gdy nagle zamaskowane postacie zaczęły pojawiać się zza budynków. To byli asasyni, na pewno, mieli te same stroje, które widzieli Leo i Sineth, parę dni temu. Ku rozczarowaniu Rycerza Światłości, postacie nie były do siebie wrogo nastawieni, a wręcz zaczęły ze sobą ucinać rozmowę. Paladyn wyglądał na naprawdę zrozpaczonego.
- To nie może być prawda. – zaprzeczył paladyn.
- Ciszej, bo jeszcze cię usłyszą. – mruknął Sineth.
- Czekajcie coś słyszę… - mruknęła Lily – Mówią coś o niewykonaniu zadania. I słyszę jakiś potężny stukot, dochodzący zza chat.
Po chwili z miejsca, o którym wspominała elfka wyłoniła się chmara zielonoskórych. Z szeregu wyłonił się nieco wyższy ork z przyczepionym sztandarem na plecach. Wyglądał jakby przewodził całą bandą i teraz rozmawiał zarówno z paladynami jak i asasynami. Co gorsza nie wyglądał na zadowolonego, z tego, że jego zleceniobiorcy nie wypełnili swoich zobowiązań. Swawolna Kompania nawet nie zorientowała się, kiedy, ta krótka rozmowa przerodziła się w krwawą rzeź, a orki wyrżnęli ludzi, plądrując przy tym całe miasto. - Tyle lat żyłem w kłamstwie. – Leo wyciągnął przed siebie buzdygan i rozkręcił złotą głowicę, która okazała się być wydrążona w środku. Ze wyżłobienia wyleciała mała iskierka światła, która nagle pomknęła ku niebu. – Wyrzekam się swego zakonu, który swymi naukami splamił mój umysł. Wszystkie jej nauki były kłamstwem, a moi bracia zjednali się z dziećmi zła. Wyrzekam się zakonu i jego zakłamanego bóstwa!
W Wiśniowym Płaskowyżu wciąż panowały zamieszki, gdy przerażona drużyna została wyrwana jakby z tego szoku przez Zielonego Kła.
- Powinniście się zbierać, ktoś mógł was zobaczyć i zaraz nie będzie tutaj bezpiecznie. – powiedział skrzekliwie goblin.
- Słyszeliście go, zbierać się! – mruknął krasnolud, po czym ruszył w stronę zejścia z górki.
- Wiem, że to dla was ciężki widok, ale na wojnie to normalne. Karraf ma rację im dłużej tu zostaniecie tym trudniej będzie wam się otrząsnąć. Ruszajmy – powiedział zmarnowany kapłan Grrosha, chyba nawet jego zszokował ten widok.
Reszta Swawolnej Kompanii powoli wstawała z miejsca i ruszała za resztą. To była jedna z cięższych nocy, jakie przeżyli, ale nikt nie wiedział, co jeszcze ich czeka.
- Tak… tak, ruszajcie. Prosto w moje sidła. – niski głos wydobył się z Zielonego Kła, który zniknął zmieniając się w chmurę magicznego dymu.
Źródło Przygód XIII : Jedno miasto, wiele dróg cz. 2
*** Przygoda Karrafa i Roctussa ***
Bohaterowie maszerowali do stajni w ciszy. Po chwili stali przed drzwiami, krasnolud popatrzył na towarzysza.
- Ja pukam, ty mówisz. – stwierdził Karraf.
- Że co? – spytał zaskoczony Roctuss, jednak krasnolud zdążył już zapukać.
W drzwiach stała para chudych wieśniaków, blada dziewczyna w czarnych włosach i nieco starszy mężczyzna z brązową czupryną i brodą.
- Tak, w czym mogę pomóc? – spytał chłop.
- Ta… tego. – zaczął Roctuss, na którym ciążyło spojrzenie Karrafa – Chciałem się zapytać skąd bierzecie podkowy. Jest może w pobliżu jakaś kuźnia?
- Tak się składa, że ja jestem kowalem. Mam niewielką kuźnie za stajnią. – odpowiedział ucieszony klientami mężczyzna – Pewnie chcecie bym naprawił wam ten napierśnik i wyprostował tą tarczę, co?
- Zaprowadź nas do kuźni. Sam to naprawię – odparł sucho krasnolud.
- Nie ma takiej mowy! – chłop wyglądał na zakłopotanego – Zostawcie mi popsute rzeczy, a za niewielką opłatą wszystko wam naprawię.
- Jak się zwiesz? – kontynuował Karraf.
- Joahim, do usług. – odparł mężczyzna – A to moja córka, Aneta.
- A więc Joahimie zaprowadź nas do kuźni, bo kowalem nie jesteś. – odparł zdenerwowany krasnolud zaciskając pięści. – Kowal by wiedział, że to nie tarcza, a pawęż!
- Przepraszam, ale dzisiaj wcześniej kończymy. – pisnęła Aneta, zamykając z hukiem drzwi.
- Po co kazałeś mi mówić, skoro i tak się wtrąciłeś? – spytał Roctuss.
- Źle ci z tym? Zawsze możesz się wycofać, a widać, że coś ukrywają. – mruknął Karraf, mrużąc oczy z gniewu – Ten chuderlak, nie dałby rady utrzymać porządnego młota, a co dopiero być kowalem.
- Wycofać się? Żartujesz? – odpowiedział kapłan, kopiąc drzwi, które padły na ziemię, roztrzaskując się w pół – Już i tak mamy problemy.
- Wynoście się albo zawołam straż! – krzyczała przerażona dziewczyna, trzymając się kurczowo ojca.
- Gdzie jest kuźnia? – spytał spokojnie Karraf.
- Proszę, weźcie pieniądze tylko zostawcie nas w spokoju! – krzyknął Joahim zakrywając córkę – Nie róbcie jej krzywdy, miejcie litość!
- Nie przyszliśmy po pieniądze. – uspokajał ich Roctuss – Chcemy się tylko dostać do kuźni, zrobić co trzeba, a w razie potrzeby zapłacić za straty. Proszę to za drzwi i na uspokojenie. – kapłan położył na pobliskiej szafce dwadzieścia sztuk srebra. – Weźcie oboje głęboki wdech i się uspokój…
- Jak dojść do kuźni? – przerwał mu Karraf.
- Zaprowadzę was. – odpowiedział przerażony chłop.
- Tato! – krzyknęła Aneta.
- Uspokój się! – odpowiedział Joahim – Robiliśmy co mogliśmy.
- Prowadź. – odpowiedzieli razem podróżni.
Wszyscy przeszli przez długi hol, następnie wyszli drzwiami prowadzącymi na zewnątrz, gdzie pasły się konie. Gdy przeszli za zagrodę dotarli do małego budynku z dużym kominem. Starzec zaczął głośno gwizdać.
- Możesz przestać? – spytał rozdrażniony Karraf.
- Bądź czujny, ktoś jest w środku. – szepnął Roctuss.
- Przepraszam przyjacielu, nie mogłem nic więcej zrobić! – krzyknął starzec uciekając z powrotem do domu.
Nagle przez drzwi kuźni wyleciał dwumetrowy ork o ciemno zielonej skórze. W ręku trzymał kawał kłody, wielką niemal jak właściciel, z wyrytymi w niej wizerunkami orków. Uderzył swoją bronią w ziemię, a postacie aż podskoczyły od trzęsienia, które wywołał. Bohaterowie szybko odskoczyli na boki, Roctuss przywołał swój duchowy młot bojowy i zaatakował, trafiając przeciwnika w ramię, łamiąc mu łokieć i wytrącając kłodę z rąk. Karraf zaatakował z drugiej strony, skacząc na przeciwnika i powalając go na ziemię. Po chwili siedział na jego klatce piersiowej i okładał go pięściami po twarzy, dopóki się nie uspokoił.
- Nie… Nie dam się do niewoli. – sprzeciwił się ork – Na mój totem wojenny, wolę umrzeć niż iść pracować dla was!
- Chcemy się dostać tylko do kuźni, pajacu! – odpowiedział mu Karraf – Chcę naprawić swoje rzeczy i się stąd zbieramy.
- Jak się uspokoisz to puścimy cię wolno! – kontynuował Roctuss, trzymając młot nad jego głową.
- Jeżeli mnie oszukacie, zmiażdżę wasze głowy! – krzyknął ork.
- Ta, już to widzę. – mruknął Karraf, schodząc z przeciwnika.
Roctuss pomógł wstać zielonoskóremu – Jak się zwiesz i co tu robisz?
- To nie nasza sprawa. – warknął Karraf wchodząc do kuźni.
- Jestem Thandar, żołnierz orczej armii. Podróżowałem w jednej z grup gwardii Wielkiego Wodza. – ork chwycił się za złamany łokieć z wyrazem bólu na twarzy – Podczas jednej z wypraw złamałem nogę, więc pozostawili mnie bym nie opóźniał marszu. Tak skończyłem tutaj ukrywając się przed wszystkimi, a w ramach rekompensaty robiłem za kowala, wcześniej wieśniacy musieli podróżować gdzieś indziej.
- Thandar, tak? – zaczął Roctuss – Zajmę się twoimi ranami i przepraszam za to co się stało. Nie mieliśmy zamiaru zrobić ci krzywdy, nawet nie wiedzieliśmy, że tu jesteś. – kapłan uzdrowił rany Thandara za pomocą magii.
- Ale rzuć się na nas jeszcze raz to nie będziemy już mieli dla ciebie litości! – krzyknął Karraf ze środka małego budynku. – Zabieram się do roboty, musimy skończyć przed jutrzejszym wieczorem, więc będę pracował przez noc, także nie przeszkadzajcie sobie. Możecie mi trochę drewna przynieść.
- To twój dowódca? – spytał ork Roctussa.
- Nie, ale wiem, że jakby on nami dowodził to byśmy daleko zaszli. Co prawda kosztem innych, ale to już inna historia. – odrzekł kapłan – Niestety jesteśmy tylko towarzyszami broni. Zmieniając temat, jak się teraz czujesz?
- Lepiej, dziękuję. – ork zmartwił się – Obawiam się, że nie mam gdzie się podziać. Mojego oddziału pewnie już dawno nie ma w okolicy, a sam na pustynie nie dam rady wrócić.
- Brzydzę się tobą! – odpowiedział Karraf, który wyszedł bez napierśnika, jedynie z narzuconym fartuchem kowalskim ze skóry na zwykłe ciuchy – Uważałem, że orki to dumna rasa, która woli poświęcić życie niż pozwolić komuś wygrać. Walczyłem z wieloma zielonoskórymi, ale ty jesteś wyjątkiem. Jesteś najsłabszym z nich! Może orki nie są jednak tak silne. A może wcale nie jesteś orkiem?
- Jak śmiesz?! – oburzył się ork dobywając kłody – Zginiesz za obrażanie moich pobratymców! – Thandar zamachnął się i uderzył pięścią Karrafa prosto w twarz.
- Świetnie! Z taką postawą możesz wrócić do domu. – uśmiechnął się Karraf – Ale jeśli jeszcze raz zaczniesz jęczeć to nie zdziw się jak zostawią cię jeszcze raz samego.
- Jesteś szalony? – spytał ork do oddalającego się krasnoluda.
- Może i jest, ale to czyni go jeszcze lepszym wojownikiem. – odpowiedział Roctuss – Wojownik nie może się wahać, a on rozumie to najlepiej. Dał ci lekcje, której nie powinieneś zapomnieć, tym bardziej, że on nie lubi uczyć innych.
- Ummm… dobrze. – odparł ork – Skąd znasz orcze zaklęcia i skąd wziąłeś tamten młot. Nie wyglądasz mi na orka.
- Jestem kapłanem Grrosha. Sam mi się objawił i uczył mnie wszystkiego w snach. – kapłan przyzwał młot pokazując go Thandarowi – Nauczył mnie też przywoływać bronie wszelkiej maści, abym mógł się obronić w każdej sytuacji, myślałem że młot bojowy będzie najlepszym dowodem mojej wiary dla niego.
- Powinieneś się zastanowić nad nauką walki totemem bojowym, jak ja. – odpowiedział ork – Kapłani Zielonoskórego Tułacza używają totemów jako wzmacniaczy wiary i ich zaklęć, za to najlepsi wojownicy i strażnicy Ruchomego Miasta używają ich nie tylko jako broni, ale również jako symbol ich oddania. Za twoją pomoc mogę cię nauczyć podstaw.
- Najpierw przekonajmy się czy potrafię taką broń przywołać. – powiedział Roctuss skupiając się. Jego bojowy młot zniknął w tajemniczych oparach, następnie te zaczęły formować się w inny kształt. Po chwili kapłan pochwycił dym i wyciągnął z niego totem podobny do tego co trzymał ork, jednak był on nieco węższy. Zamiast rycin orków, był on jedynie oznakowany orczymi runami. – Ciężko jest przywołać coś nowego.
- Trochę mały - przyznał Thandar – Na początek wystarczy, ale im większy totem, tym lepiej. Sprawdźmy czy potrafisz go utrzymać w pionie. Dobrze, zaczniemy od musztry, a potem nauczę cię podstawowych manewrów.
I tak się zaczęło. Kapłan biegał najpierw po wybiegu dla koni z nowym wyposażeniem, później wykonywał parę prostych ćwiczeń. Popołudniem ćwiczył już pierwsze manewry. W międzyczasie Karraf naprostował już swoją tarczę i zabrał się za naprawę pancerza. Dopiero teraz zorientował się jak dużo pracy będzie musiał w to włożyć. Przód zbroi był niemal wyrwany, przez silne uderzenie Rina.
- Skończę ją naprawiać, najszybciej nad ranem, o ile będę pracować całą noc. – pomyślał Karraf – Co w takim razie z bronią? Muszę zrobić coś prostego, a jednocześnie zabójczego. Coś co pasowało by do mojego stylu walki. Nie chcę halabardy, przekonałem się, że nie jest to najlepsza broń dla mnie. Tylko co? Wiem, nic nie będzie lepiej pasować dla Krasnoludzkiego Kata, od Krasnoludzkiej Gilotyny. Teraz tylko zrobię ją inną, lepszą. Ale jak na razie skupmy się na napierśniku. Hmmm… Najlepiej będzie jak pozbędę się przodu, przetopie go i zamontuję całkiem nowy. Tak też chyba zrobię.
I tak na nieprzespanej nocy pełnej ciężkiej pracy minął pierwszy dzień najsilniejszej dwójki bohaterów Swawolnej Kompani. Rankiem Karraf miał już nowy napierśnik, który wyglądał znacznie lepiej od poprzedniego. Wymienił jednocześnie klapki, ułatwiające szybkie ściąganie i zakładanie go. Na dworze, Roctuss ćwiczył już wraz z Thandarem walkę totemami. Popołudniem krasnolud wyszedł wreszcie z kuźni, uzbrojony w odnowiony napierśnik, wyprostowany pawęż oraz całkiem nowy berdysz, który wyglądał o wiele lepiej i bardziej profesjonalnie niż poprzednia halabarda.
- O, w końcu wyszedłeś. Co sobie wykułeś? – spytał Roctuss nie przerywając walki z Thandarem.
- Berdysz. – odpowiedział Karraf zaciekawiony nową bronią kapłana – A ty czym zacząłeś walczyć?
- Totemem bojowym – odpowiedział Roctuss, uderzając orka w brzuch i powalając go na ziemię – Zbieramy się?
- Ta, trzeba jeszcze zapłacić Joahimowi za szkody, co prawda średnio mi się to podoba, ale obiecaliśmy mu. – zauważył krasnolud. – Pokaż mi swoją broń.
- Nie, masz swoją! – sprzeciwił się kapłan – Chodźmy już! A właśnie Thandar, w pobliżu znajdują się orki, niemal na całej ścieżce w Centralnym Lesie. Udaj się zachód to na pewno natrafisz na jakiś obóz.
- N…naprawdę? Dziękuję, dziękuję za wszystko! – ork uśmiechnął się i wstał z ziemi – Zabieram swoje rzeczy i ruszam do swoich! Jestem taki szczęśliwy.
Bohaterowie wyszli z domu Joahima, zostawiając mu jedną sztukę platyny. Kapłan już dawno odwołał swój totem bojowy, jednak Karraf wciąż się z nim kłócił i targował by tylko go wypróbować. Po chwili znaleźli się przy ustalonym drogowskazie, zostało im jedynie czekanie na resztę.
*** Przygoda Sinetha i Leopolda ***
- Gdzie on znów się podział? – spytał się w myślach Leo – Pewnie znów coś knuje. Przestaniesz na niego patrzeć na moment, a ten już pakuje się w kłopoty.
Paladyn krążył po mieście przez cały poranek szukając swojego towarzysza. Nie wiedział od czego ma zacząć. Zmęczony ciągłą gonitwą, postanowił udać się do karczmy.
- Jeżeli nie mogę znaleźć jego to przynajmniej popytam czy wieśniacy nie mają czegoś do zrobienia – pomyślał paladyn – Może jakiś potwór ich męczy, albo ktoś sprawia za dużo problemów. Mam tylko nadzieję, że Sineth nie wpakuje się w żadne kłopoty.
Gdy Leo zbliżył się do karczmy zauważył, że ludzie dziwnie się na niego patrzą, co więcej nie wyglądali na zbyt szczęśliwych, nie potrafił jednak stwierdzić czy to z jego powodu czy coś innego ich gnębi.
- Mmm… Przepraszam? – Leo zwrócił się do karczmarza.
- Tak, co mogę podać? – spytał stary oberżysta. Łysy mężczyzna w podeszłym wieku z lekką nadwagą, ubrany był w podarty fartuch.
- Szklankę wody. – odparł Leo – Wybacz, ale czy mogę spytać co wszystkich tak tu gnębi?
- Nie możesz – odpowiedział oschle mężczyzna podając mu szklankę wody.
- A nie wiesz czy ktoś nie potrzebuje jakiejś pomocy? – spytał ciszej paladyn – Może ostatnio zaczął nawiedzać was jakiś potwór?
- Proszę nie zadawać mi więcej pytań. – odpowiedział przerażony karczmarz, rozglądając się po lokalu.
- Wszystko w porządku? – spytał zszokowany Leo.
- Zadajesz za dużo pytań. – odpowiedział karczmarz, trzęsąc się ze strachu – Wynoś się zanim zawołam straż!
- W porządku, przepraszam najmocniej. – rycerz wybiegł szybko z karczmy.
Nie wiedział co się dokładnie stało chwilę temu. - Czym był tak przerażony ten karczmarz? - Ta myśl wciąż chodziła mu po głowie. – Coś tu jest nie tak. Powinienem znaleźć Sinetha i zabierać się z tego miejsca. – Po chwili Leo zauważył, że nie idzie już sam. Grupka wieśniaków trzymała się kawałek za nim, śledząc go. Paladyn przyśpieszył, starał się ich zgubić, jednak ci cały czas dotrzymywali mu tempa. Dopiero w centrum wsi ich zgubił, na jednej z zatłoczonych ulic. Leo skręcił szybko w jedną z alejek i przeczekał aż oprawcy pobiegną dalej. Nagle jakaś ręka zakryła mu usta.
- Cicho. Uspokój się. To ja. – uspokajał go znajomy głos łotrzyka.
- W coś ty się znowu wmieszał? – spytał szeptem poddenerwowany Leo.
- W co ja się wmieszałem? To ciebie przecież gonią! – zbulwersował się łotrzyk.
- W sumie racja. Z tą wsią jest coś nie tak, gdy zacząłem wypytywać o problemy wieśniacy oszaleli. – stwierdził paladyn zawieszając ramiona na piersi – Tu szykuje się coś większego.
- Zabierzmy forse ze skrytki i spotkajmy się z naszymi znajomymi nieco szybciej. Mogą być w niebezpieczeństwie! – przeraził się Sineth.
- Bracie, nie sądziłem, że potrafisz martwić się o kogoś innego. Zdawało mi się, że tylko pieniądze ci w głowie. Wybacz. – Leo popatrzył na niego z żalem w oczach.
- Zgłupiałeś do reszty? Karraf ma fortunkę za którą mógłbym się na spory czas ustawić. O to się teraz martwię. – odpowiedział obrażony łotrzyk.
- Tak myślałem, jesteś przesiąknięty splugawieniem. - rzekł Leo z obrzydzeniem na twarzy.
- Skończ marudzić. Chodźmy lepiej po pieniądze, które schowałem niedaleko. – Sineth ruszył za budynek.
- Chwila, skąd masz te pieniądze? – spytał podejrzliwie rycerz.
- No przecież nikogo nie okradłem. – oburzył się łotrzyk po czym się uśmiechnął – A nie, chwila, tak właśnie zrobiłem.
- Zwróć wszystko co ukradłeś! – krzyknął Leo.
- Twój kolega ma racje. – rozległ się znikąd niski głos.
Nagle z daszków pobliskich domków zeskoczyli zamaskowani napastnicy. Wszystko działo się tak szybko, że bohaterowie nie zdążyli nawet zareagować. Po chwili mieli czarne worki założone na głowach po czym poczuli silne uderzenie w tył głowy. Oboje stracili przytomność. Późnym wieczorem obudził ich stukot krat, w których zostali zamknięci.
- No proszę, żeby mój najlepszy uczeń siedział teraz w celi. Oj wstyd – odpowiedział starszy mężczyzna sprzed celi. Miał ciemne przerzedzające się włosy i krótką brodę porastającą całą twarz – Odpowiedz mi proszę, jak to się stało, że opuściłeś zakon.
- Nic nie muszę Ci odpowiadać! – Sineth splunął na ziemię. Właśnie zauważył, że ma założone dyby na rękach i nogach, a jego szyja jest przykuta do ściany – Uważasz się za tak wielkiego przywódcę, a nie potrafisz nade mną zapanować? To, że inni zgadzają się na twoje pranie mózgu nie oznacza, że ja się na nie zgodzę! Boisz się tego! Tego, że stracisz władzę. Dlatego trzymasz mnie w klatce. Boisz się ze mną zmierzyć?
- Masz mnie za głupca, ale to ty nim jesteś. – odpowiedział starzec rozmasowując palce – Nasz zakon dawał ci azyl, byłeś sierotą, której nikt nie chciał, a my okazaliśmy ci łaskę. W zamian chcieliśmy abyś dla nas pracował.
- Zamkniesz się w końcu? – spytał zdenerwowany łotrzyk – Ile razy mam powtarzać, że na mnie nie działają twoje mroczne sztuczki. Okłamuj sobie nowo przybyłych, ja poznałem prawdę. Czytałem twoje listy i wiem o waszym zgromadzeniu. Zabiję wszystkich pięciu przywódców zakonu.
- Nagle stałeś się obrońcą tego świata? – spytał mężczyzna zza krat – Nagle ci zaczęło odpowiadać jego zepsucie?
- Nie. Dalej chcę go oczyścić, ale nie zauważyliście, jak staliście tacy sami jak nasze cele, dlatego teraz poluję również na was!– powiedział z obrzydzeniem Sineth.
- Zobaczymy jak tego chcesz dokonać będąc zamkniętym w celi! – krzyknął mężczyzna odchodząc.
Dwie inne czarne postacie weszły do celi Sinetha i znowu go ogłuszyły. Dopiero rankiem obudził go brzęk metalowej misy z jedzeniem, które odbiły się od podłogi, wysypując całą jej zawartość.
- Jak mam to jeść, skoro jestem przykuty do ściany? – spytał oburzony Sineth.
- To nie nasza sprawa – odpowiedzieli strażnicy.
- No to ładnie nas urządziłeś bracie! – krzyknął Leo z przeciwnej celi.
- To nie moja wina. Znajdę sposób by nas stąd wydostać i możesz wracać do reszty. Nie potrzebuję cię! – oburzył się Sineth.
- Świetnie i tak nie chciałem mieszać się w twoje utarczki z podziemiem. – odpowiedział zdenerwowany Leo. – A jak zamierzasz nas uwolnić?
- Jeszcze nie wiem. – przyznał Sineth.
- Nie ma jak uciec. – zaśmiał się jeden ze strażników – Krążyły plotki o tym jak skręcił kark jednemu ze strażników nogami, stąd ma teraz na nich dyby.
Bohaterowie siedzieli w swoich celach nie wiedząc co zrobić. Sineth starał się obmyślać plan, ale nic nie przychodziło mu do głowy w tej sytuacji. Wiedział, że na zewnątrz czeka na niego pewnie wszystkie pobliskie oddziały assassynów. Przesiedzieli tak do południa, gdy nagle jakaś niewielka kulka światła pojawiła się na środku korytarza.
- Leo przestań. Jest ich za dużo. Nie mamy co kombinować! – krzyknął przerażony łotrzyk.
- Co? – spytał paladyn, siedzący na ziemi, który dopiero teraz zobaczył świecący punkt – To nie ja!
- Co to za sztuczki? Przestańcie i to już! – krzyknął przerażony strażnik.
Nagle świecąca kulka wybuchła, zabijając obu strażników. W miejscu gdzie się wcześniej znajdowała, stała teraz zakapturzona postać.
- Za każdym razem coś nowego hihihi – postać zachichotała, wykrztuszając resztki dymu z ust. – Czy wszyscy są cali?
- Właśnie zabiłeś dwóch strażników eksplozją i pytasz się czy wszyscy są cali? – spytał z niedowierzaniem Sineth.
- Ale ktoś jednak przeżył – ucieszył się szaleniec – Ktoś mi powie czemu śmierdzi tu podziemiem? I kim jesteście?
- Jakbyś nie zauważył znajdujemy się w lochu, jakiejś gildii skrytobójców. – odpowiedział Leo.
- Może nie zauważyłem bo mam zakryte oczy, co?! – oburzył się wybuchowy osobnik, podbiegając do krat i zniżając głos. Teraz Leo zauważył, że postać odziana jest w czarną szatę, a pół twarzy ma zakryte kapturem, który był zaciśnięty skórzanym pasem na wysokości oczu. – Chciałem bardziej się utożsamić z moim panem. – postać wywaliła jęzor z ust.
- Czarne szaty? Zakryte oczy? Jeszcze ta postawa? – pytał się po cichu łotrzyk.
- Zakonnik Hobara! Wy żywiołacy chaosu jesteście szaleni! Czego tu chcesz? – spytał oburzony Leo.
- Ooo… widzę, że coś o mnie wiecie, świetnie. Nie chcę tutaj nic, po prostu jestem na mojej pielgrzymce, siejąc zamieszanie tam gdzie się da. Hihihih i chyba mi się udało! – zachichotał zakapturzony kapłan.
- Zaraz zginiesz! – krzyknęli razem skrytobójcy, którzy wbiegli po tym jak usłyszeli wybuch. W rękach trzymali ręczne kusze i szybko wystrzelili w stronę zamachowca.
- Tarcza! – krzyknął żywiołak chaosu, machając rękoma przed siebie, a tuż obok pojawiła się ściana z owoców, które zablokowały nadlatujące bełty. – A teraz przygotujcie się na potworne bestie, które pożrą was żywce! Przywołanie! – kapłan znów machnął rękoma, a na ziemi pojawiła się gromada ropuch, wielkości ludzkiej głowy.
- Przestań stroić sobie z nas żarty! – krzyknął jeden ze skrytobójców, który wyciągnął sztylet i zaczął biec w kierunku szaleńca.
Nagle ropuchy otworzyły swoje paszcze pokazując szczękę jak u rekina, a z ich pyska kapał jaskrawo zielony płyn, który rozpuszczał niemal natychmiast kamień, z którym miał styczność. Gdy skrytobójca znajdował się między bestiami, te rzuciły się na niego pożerając go żywcem, nie zostawiając po nim nawet broni. Gdy skończyły z tym nieszczęśnikiem ruszyły w stronę grupy stojącej przy drzwiach. Skrytobójcy nie mieli nawet czasu na reakcje, gdyż ropuchy poruszały się z niezwykłą szybkością, przeskakując niemal cały korytarz jednym susem. To była jednostronna rzeź, po której nawet nie zostało śladu. Po chwili ropuchy zniknęły za drzwiami a w korytarzach słychać było jedynie krótkie krzyki skrytobójców.
- No i to się nazywa niespotykane zakończenie, hihihihi – kapłan znów zachichotał w swój irytujący sposób.
- Jak ty to zrobiłeś? – spytał przerażony Sineth.
- Jak? – powtórzył zamachowiec – Nie wiem sam. Magia Hobara jest tak niesamowicie niepowtarzalna, że sam nie wiem co się dzieje. Możemy czarować ile nam się żywnie podoba, ale nad tym nie panujemy do końca. Jak się bardzo skupimy to możemy uzyskać jakiś efekt, ale będzie miał jakieś dodatkowe i nieprzewidywalne skutki uboczne! Chciałem tarczę i ją dostałem, tyle że z owoców. Niezwykłe prawda? Hihihi.
- Jak cię zwą? – spytał Leo przyglądając się postaci.
- Zwą mnie Rhowar do usług. – kapłan ukłonił się nisko – A wy?
- Jestem Sineth – odparł krótki łotrzyk.
- A ja Leo. Słuchaj mógłbyś otworzyć moją cele? – spytał paladyn.
- Jasne, odsuń się trochę od krat. Kto wie co się może stać? Hihihi. Otwórz! – Rhowar, dotknął stalowych krat, które nagle zmieniły się w wodę i rozmyły po całej podłodze – No to chyba tyle na dziś. Będę się zbierał, uważajcie na moje żabki.
- Czekaj! Mam jeszcze pytanie. Jakim cudem widzisz co się dzieje wokół ciebie? – spytał Sineth.
- Gdy pozbywasz się jednego zmysłu inne zyskują na mocy, czyż nie? – spytał kapłan – Ale w moim przypadku to czysta magia. Hihihi. Żegnajcie! Teleportacja! – Kapłan nagle zajął się ogniem i wyjąc z bólu zniknął w płomieniach.
- Naprawdę dziwna z niego osoba. Dobra wynośmy się. – Leo przeszukał zwłoki strażników i wyciągnął z nich klucz, po czym otworzył cele Sinetha, a potem rozpiął jego dyby.
- Chwila, nie byłeś skuty? – zbulwersował się łotrzyk.
- Nie, najwidoczniej byłem dla nich za małym zagrożeniem. No cóż, ruszaj się. Musimy znaleźć moje rzeczy i wrócić do grupy. – powiedział paladyn wychodząc z celi.
- Twoje rzeczy są piętro wyżej, ale ja mam porachunki na samym dole. – powiedział Sineth wyprostowując rękę. Z małego znamienia na dłoni, polała się krew, która przybrała postać ostrza. Następnie łotrzyk dźgnął się nim w mostek, a miecz rozpuścił się tworząc po chwili kopię Sinetha.
- Idź na górę sam. Te ropuchy powinny się zając już strażnikami, więc będziesz bezpieczny. Ja muszę się zemścić – odpowiedział obolały klon.
- Mówiłem, żebyś nie korzystał z tego ostrza! Poza tym zemsta do niczego cię nie zaprowadzi! Wyrządzane zło rodzi tylko kolejne zło! Naucz się przebaczać! – pouczył go Leo.
- Staniesz mi na drodze to cię zabije. Ruszaj lepiej sam do drużyny. Spotkamy się jak wrócę – Sineth pokazał paladynowi drzwi swoim krwawym ostrzem.
- Jak chcesz i tak nie miałem zamiaru pomagać kryminaliście. Jesteś najbardziej splugawiony z całej naszej Swawolnej Kompanii. Brzydzę się tobą. – powiedział Leo krzywiąc się z odrazy i wyszedł przez drewniane drzwi prowadzące na korytarz.
- Och, nie musiał nam aż tak bardzo schlebiać – pomyśleli w tym samym czasie Sineth z klonem, po czym kiwnęli do siebie głową i ruszyli korytarzem w dół.
Najpierw schodził klon, na wypadek jakby miały być po drodze jakieś pułapki, której by nie zobaczyli. Jednak czujne oczy podwójnych łotrzyków wypatrzyły po drodze wszystkie niebezpieczeństwa. Trujące kolce na schodach, gilotyny w korytarzu i naładowaną kuszę przy drzwiach. Rozbroili wszystko i coraz bardziej zbliżali się do swojego celu, mrocznego prześladowcy i przywódcy tego zakonu, a także jednego z członków mrocznej rady, o której wcześniej wspominał łotrzyk. Sineth sam do końca nie wiedział, jak jedna osoba może go rozwścieczać na tyle sposobów. Klon uchylił lekko drzwi do gabinetu i rozejrzał się. Gabinet był pusty, powoli wszedł do środka rozglądając się dookoła. Nagle spod sufitu zeskoczył ich cel, który przerzucił bez trudu klona przez ramię i ten wylądował na biurku, po czym szybkim cięciem odciął mu głowę, zygzakowatym mieczem. Klon nie miał nawet czasu na mrugnięcie i zmienił się znowu w kałużę krwi.
- Zaraz pożałujesz, że to nie ty umarłeś. Zginąłbyś przynajmniej szybko i bezboleśnie. – powiedział niskim głosem mężczyzna, po czym rzucił się na Sinetha.
Walczyli niewyobrażalnie szybko w szerokim korytarzu, robiąc pełno przeskoków i piruetów, celując nawzajem w swoje punkty witalne. Walka trwała jedynie parę chwil, po czym mistrz, kopnął łotrzyka w brzuch, przez co ten padł na ziemię. Sineth widział jak ostrze w kształcie węża zmierza w jego stronę. Zamknął oczy ze strachu i zacisnął zęby, gdy nagle usłyszał dziwny brzęczący dźwięk i poczuł, że jest wolny. Gdy otworzył oczy zobaczył poziomy snop światła, który wylatywał z przejścia, którym przyszedł i leciało aż do gabinetu. Przywódca zakonu, padł za biurko w swoim gabinecie. Słychać było skwierczenie i czuć smród jego przypalonej skóry. W przeciwnych drzwiach pojawił się Leo w swojej zbroi, uzbrojony w korbacz i błyszczącą od magicznego światła tarczę.
- Co już się mną nie brzydzisz? – spytał dokuczliwie łotrzyk.
- Brzydzę dalej tak samo, ale jesteśmy towarzyszami broni. Jesteś dla mnie jak brat i brzydziłbym się bardziej siebie jakbym cię zostawił samego. Poza tym najlepsze przyjaźnie poznaje się w celi, czyż nie? – spytał żartobliwie Leo, pomagając wstać Sinethowi. – Trzymamy się razem, mimo że nam się to nie podoba.
- Dzięki. Jesteś swój, ale nie licz na uściski. – uśmiechnął się lekko łotrzyk – Dobra, załatwmy go i zbierajmy się do reszty.
- Powodzenia. – jęknął mistrz, kopiąc w biurko, z którego wysunęły się nagle trzy kusze i samoistnie wystrzeliły.
Leo zasłonił siebie i Sinetha tarczą, a bełty odbiły się od jej powierzchni i roztrzaskały o ziemię. Były wykonane z wydrążonego szkła, w którym był dziwny niebiesko-zielony płyn, który po kontakcie z powietrzem zaczął tworzyć puchate żółte opary, które drapały ich w gardła.
- W nogi! – krzyknął Sineth, ciągnąc paladyna za ramię.
Nagle mroczny mężczyzna wyciągnął spod koszuli dziwne urządzenie wyglądające jak oszlifowany płaski kamień. Przekręcił go w pół i rzucił, a mechanizm się uruchomił. W kamieniu kręciła się metalowa płytka tworząc wokół niego iskry zapalając żółtą chmurę, która wybuchła pokrywając wszystko płomieniem. Dwójka bohaterów zdążyła jednak wybiec z zasięgu ognia i wybiegli szybko na powierzchnię. Po chwili wejście zawaliło się.
- Co się stało? – spytał Leo.
- Silnie wybuchowy gaz. Ciężko go wytworzyć, ale jest świetny jako petarda bojowa. Wybuch musiał uszkodzić konstrukcję zasypując ją. – odpowiedział mu Sineth – Jesteśmy niedaleko wioski. Chodź musimy iść po pieniądze, które zakopałem przy drzewie kawałek drogi stąd.
- Czekaj, chcę coś sprecyzować. – zatrzymał go Leo.
- Trzymamy się razem, ale dalej się nienawidzimy? – spytał Sineth.
- O? Czyli się rozumiemy. – ucieszył się Leo – Prowadź!
Razem udali się pod drzewo, pod którym znajdowała się skrytka łotrzyka. Sineth wykopał mały worek spod ziemi i wręczył go paladynowi.
- Pięćdziesiąt sztuk srebra i kilka miedziaków. Obłowiliśmy się dzisiaj. – uśmiechnął się Sineth – Wracajmy na ustalone miejsce, powoli słońce już zachodzi i chyba słyszałem Karrafa.
I tak nasi bohaterowie udali się do ustalonego miejsca i spotkali już na miejscu kłócących się krasnoluda i kapłana, o nową broń. Wszyscy razem czekali na pozostałych.
*** Przygoda Dziecięcej Czwórki cz. 2 ***
Wendy, Liliana i Flinar biegli przez las uciekając przed kapłanem Kvivy. Gdy przestali słyszeć szum wody, zatrzymali się na chwilę.
- Coś ty mu zrobił? – spytała zdyszana Lili.
- Mówiłem, że dużo ćwiczyłem. Może nie potrafię jeszcze stworzyć idealnej iluzji siebie, ale potrafiłem idealnie odtworzyć moją nogę, więc wymyśliłem na szybko plan. Oślepiłem go i stworzyłem mu złudzenie, że ukryliśmy się za skałą. Przynajmniej mogliśmy uciec. – Flin wypiął dumnie piersi.
- Od kiedy ty jesteś tak odważny, że biegniesz na przeciwnika? –droczyła się Wendy.
- Nie jestem. Nawet nie wiesz jak mi się nogi trzęsły jak na niego biegłem, ale stwierdziłem, że jak teraz nie zmężnieję to nie będę już więcej miał na to szansy. – odpowiedział bard uśmiechając się słabo – Nie mamy jednak teraz jak wrócić, dopóki ten świr sobie nie pójdzie.
- Chyba coś wymyśliłam, ale może to nie wypalić. – przyznała kapłanka Katona – Poprzednie zaklęcia ognia po prostu gasły na nim.
Po chwili usłyszeli straszliwy syk, a gdy się rozejrzeli zobaczyli kota Chlapika na gałęzi. Zaraz po tym, przy stopach trójki bohaterów pojawiła się woda, która cały czas przybierała na ilości. Bohaterowie słyszeli trzask łamiących się drzew i krzyk wściekłego blondyna. Żywiołak wody wyłonił się z kałuży.
- Dobra robota Chlapik! – Dayl krzyknął do swojego kota po czym zwrócił się do poszukiwaczy przygód – A teraz gińcie!
- Padnijcie! – krzyknęła Wendy, a na jej ciele pojawiły się świecące tatuaże, które przypominały rozgrzane metalowe pręty układające się na kształt płomieni. Ruda Wiedźma złożyła dłonie w trójkąt i trzymała je chwilę na wysokości klatki piersiowej, po czym z jej rąk wystrzelił błękitny ogień w postaci promienia. Trafiła przeciwnika idealnie w serce i przeciągnęła promień aż do głowy, a wodne ciało Dayla wyparowało niemal całkowicie. Resztki żywiołaka wody, upadły bezwiednie zmieniając się z powrotem w kałużę, a woda cofnęła się do rzeki.
- Któregoś dnia tego pożałujecie! – krzyknął kapłan z rzeki, a jego kot pobiegł za nim.
- No to chyba po wszystkim? – przyznała Wendy – Trzeba wracać… - kapłanka usiadła zmęczona.
- Wszystko gra? – spytała Lili, wspierając towarzyszkę.
- Tak, po prostu zmęczyłam się tym czarem. Muszę jeszcze ogień wchłonąć – Ruda Wiedźma machnęła ręką, a ogień którym zajęły się pobliskie drzewa wrócił do właścicielki. – Pomóżcie mi wstać i wracajmy do grupy. Pewnie się zamartwiają o nas.
- Tak, z Karrafem na czele. – zażartował Flin, pomagając wstać kapłance i kierując się do ich małego obozu gdzie zostało jedzenie. – Lili, skąd u ciebie taka niezwykła szybkość?
- Pamiętasz, jak Rin łącząc się z duchem, mógł zmieniać się w wilkołaka? – spytała Lili – W ten sam sposób mogę się wzmacniać za pomocą Moriego. Jest to bardzo przydatne i do tego samo połączenie mnie nie męczy, jednak weź pod uwagę, że samo bieganie już tak, a teraz pomyśl, jeśli biegnie się tak szybko, to jak szybko się zmęczysz? Dlatego nie mogę zbyt długo z tego korzystać bo za szybko opadnę z sił. Po za tym, czasem lepiej jest się zatrzymać i pomyśleć. – elfka mrugnęła do barda dając mu do zrozumienia, że wykonał dzisiaj kawał dobrej roboty.
- Coś w tym jest. – uśmiechnął się bard – Trzeba będzie jeszcze pozbierać twoje strzały z jeziorka.
- Spokojnie, zrobi się nowe jak zrobimy sobie postój. – uspokoiła go łuczniczka. – Wracajmy lepiej z jedzeniem do naszych, jeśli się o nas nie zamartwiają to przynajmniej są głodni.
Późnym popołudniem zabrali swoje rzeczy, które na całe szczęście nie przemokły i razem udali się do ustalonego wcześniej punktu, gdzie wszyscy inni już na nich czekali.
*** Zakończenie ***
- A niech to nasza księżniczka dała radę wrócić. – zaśmiał się Sineth w twarz brata, który wręczył mu z niechęcią monetę – Miałem rację.
- Czy wszyscy są gotowi do podróży dalej? – spytała zmęczona elfka.
- Ta, ale z tego co widać, to wszyscy jesteśmy wykończeni. – Roctuss rozejrzał się po towarzyszach – Wyjdziemy za wioskę i rozbijemy obóz.
- Przywołaj broń. - Karraf poprosił kapłana.
- Nie! Masz swoją – oburzył się wyznawca Grrosha.
- W ogóle jak wam opowiemy co nam się dzisiaj przydarzyło, to nam chyba nie uwierzycie. – zaśmiał się Flinar.
- Poczekajcie, aż usłyszycie naszą przygodę. – odpowiedział Sineth.
- To chyba naszej jeszcze nie słyszałeś – kapłan popatrzył na brata zmęczonym spojrzeniem.
- Nie dacie rady przebić naszej historii – Lili pokazała wszystkim język, a Mori latał nad jej głową piszcząc głośno.
- Z całym szacunkiem siostro, ale to nasza historia, miała dziwny obrót zdarzeń – odpowiedział Leopold.
- Meh, nie kłóćcie się, bo tak do niczego nie dojdziemy. Ruszajmy odpocząć w końcu. – odpowiedziała zirytowana Wendy, kierując się w stronę wioski – Po za tym to my mamy najlepsza historię i koniec kropka.
- Przywołaj broń, no – poprosił jeszcze raz Karraf.
- Nie! – odpowiedział zdenerwowany Roctuss.
Źródło Przygód XII : Jedno miasto, wiele dróg cz. 1
Drużyna maszerowała powoli w stronę wsi, która rzekomo znajdowała się na drodze do Wiśniowego Płaskowyżu. Rozmawiali między sobą, żartowali i niekiedy kłócili się. Mimo to nie zatrzymywali się na jakieś większe sprzeczki. Liliana biegała wokół drużyny skacząc radośnie, nucąc coś pod nosem.
- No już rozchmurzcie się! – krzyknęła eflka uśmiechając się do wszystkich – Ruszamy ku wielkiej przygodzie, czemu jesteście tacy poważni?
- W sumie ma racje. – przyznał Flinar i zaczął skakać jak elfka, po chwili potknął się o własne nogi i padł jak wryty na ziemię. Cała drużyna zakryła sobie twarz dłonią, jedynie Mori i Lili podeszli do muzyka, sprawdzając co z nim.
- Nie wiem co gorsze – zaczął zdegustowany Karraf – Elfka, która myśli, że jest dzieckiem, czy dzieciak, który myśli, że jest elfem.
Po tym incydencie, drużyna starała się nie wygłupiać, rozmowy nieco ucichły, a w śród drużyny już nikt się nie kłócił. Kompania szła leśnym szlakiem, wszędzie było jasno i ciepło od przyjemnego późno wiosennego słońca. Pogoda podtrzymywała wszystkich na duchu.
- Jak się w ogóle nazywa ta wieś do której się zbliżamy? – spytał Roctuss.
- Nie pamiętam. – przyznał Leopold – Nie ma może w orczej mapie czegoś?
- Właśnie mapa! – krzyknął Sineth, wyciągając mapę z plecaka – Nie za bardzo. Wszędzie są tylko jakieś symbole zielonych czasek co prawdopodobnie symbolizuje obozowiska orków, oraz symbole domków, które mogą oznaczać miasta, ale są podpisane w orczym.
- A jak konkretnie jest podpisana? – spytała Wendy, a cała drużyna zwróciła się w stronę łotrzyka.
- Ne… thra… trum, albo Neba… trum – męczył się Sineth – Le…kaim. Ale oni mają pismo! No nie mogę po prostu! – oburzył się łotrzyk.
- Ktoś wie co to może znaczyć? – spytał Flinar.
- Ogrodowy Kram. – odpowiedział ze spokojem Roctuss.
- Chwila! Ty znasz orczy? – zdziwiła się Lili.
- W sumie wierzy w orcze bóstwo, to by miało sens. – przyznała Wendy.
- Nie znam orczego. – zaprzeczył Roctuss – Ale potrafię czytać drogowskazy. Jeden na przykład stoi obok. – kapłan wskazał palcem tabliczkę stojącą niedaleko.
Drużyna przemilczała tą sytuację, czując się niewyobrażalnie głupio.
- Dobra słuchajcie mnie. – zaczął Karraf – Mamy niewiele czasu, powinniśmy się śpieszyć jak tylko można, tak więc podzielimy się na grupy. Potrzebuję znaleźć kowala, by naprawić zbroję i wykuć sobie broń.
- Pójdę z tobą. – przerwał mu Roctuss – W ten sposób nikogo nie zabijesz, a jeśli będzie trzeba to przynajmniej też będę miał zabawę. - drużyna patrzyła z przerażeniem na kapłana – No w sensie, że go będę leczył, spokojnie. Razem moglibyśmy przecież znieść całą tę wioskę z powierzchni ziemi. – zaśmiał się, a Karraf mu towarzyszył.
- Mało pocieszające. – stwierdziła Lili.
- Tak czy siak mnie się podoba taki plan. – uśmiechnął się krasnolud – Dobra, druga sprawa, potrzeba nam pieniędzy i żywności.
- Ja załatwię forsę. – łotrzyk ocierał chytrze dłonie.
- W takim razie ja pójdę pilnować, abyś nie wpakował się w kłopoty, bracie. – dodał paladyn.
- My zajmiemy się żywnością – krzyknęła ucieszona łuczniczka obejmując barda i kapłankę, podskakując z radości, a Mori piszczał ze śmiechu, trzymając się włosów Wendy, jak wieśniak lejców zdziczałego konia.
- Wysyłamy ich na pewną śmierć. – stwierdził Sineth patrząc na „drużynę marzeń”.
- Muszą dorosnąć, to będzie ich próba. – odpowiedział mu Karraf. – Dobra! Zbieramy się!
Swawolna Kompania ruszyła dalej. Po niedługim czasie zza drzew wyłoniły się pierwsze domki, zwykłe drewniane chaty, ustawione wzdłuż drogi. Ścieżka przed nimi rozchodziła się w trzy kierunki, jedna wzdłuż strumyka do młyna, druga w lewo, która według kolejnego drogowskazu, kierowała się w stronę stajni. Ostatnia z nich prowadziła do centrum miasta.
- Podzielmy się jakoś pieniędzmi i rozdzielmy się już teraz. Jutro, wieczorem spotkajmy się przy tym znaku. – zaproponował Flinar.
- O dziwo wpadłeś na dobry pomysł. – stwierdził Karraf, który wyciągnął rękę w stronę towarzyszy – No już, wyskakiwać z pieniędzy.
- Ja nie mam ani grosza. – odpowiedziała Lili – W lesie druidów nie ma czym handlować bo wszystko jest pod ręką. Wystarczy wiedzieć, gdzie szukać.
- Ja też nie mam. – powiedział rozzłoszczony Flin, który patrzył w stronę łotrzyka – Ciekawe czemu?
- Ja nie wiem. – zaśmiał się Sineth – Ale patrzcie, patrzcie. Mam ponad dwieście sztuk srebra. - wręczył spory worek krasnoludowi.
- Ja mam jakieś trzydzieści pięć sztuk srebra. Niewiele, ale zawsze coś – przyznał Roctuss.
- Zanim wyszliśmy z zamku wzięłam trochę monet z tajnego skarbca. – przyznała się Wendy – Trzymaj, dwadzieścia sztuk platyny, powinno starczyć na naprawę zbroi.
- Dwadzieścia sztuk platyny?! – krzyknął Sineth – To sto razy więcej niż ja dałem teraz! Gdzie był ten skarbiec? Myślałem, że wszystko zabrałem!
- Powinnam cię zabić za to co mówisz, ale przyjmijmy, że po prostu nas spakowałeś. – odpowiedziała rozłoszczona kapłanka, bawiąc się ogniem w dłoni - Miałam tajną skrytkę w podłodze w moim pokoju.
- Mogli byśmy sobie za to z cztery konie kupić! – krzyknął bard z niedowierzania.
- Mam oszczędności tylko na żywność, nie ma tu dużo – odpowiedział ze skruchą Leo, wręczając wojownikowi garść drobnych – Dwadzieścia miedziaków, przepraszam. Trochę głupio, że wydajecie bogactwa, a ja daję wam psie pieniądze.
- Ej, spokojnie! – krzyknęła Wendy, której zrobiło się głupio – Nigdy nie wymagaliśmy od ciebie, abyś dawał nam fortunę.
- Jak dla mnie to nie liczy się ile się daje. Liczy się gest! – uśmiechnęła się Lili do paladyna – Po za tym, ja nic nie dałam, więc się nie przejmuj. Jak dla mnie dałeś niezłą fortunę, bohaterze – łuczniczka mrugnęła do niego.
- Dz-dziękuję… - speszył się Leo.
- Dobra, rozdzielamy się! – krzyknął Karraf, wręczając część pieniędzy Wendy – Kupcie trochę racji podróżnych, powinno starczyć.
- Chodźmy zapytać w stajni gdzie jest najbliższy kowal – powiedział Roctuss – Skądś muszą brać podkowy.
- Całkiem logiczne. – przyznał krasnolud i ruszył za kapłanem.
- Hej bracie, a ty gdzie już zmykasz? – spytał podejrzliwy paladyn.
- Do centrum miasta, może uda mi się kogoś okr… miałem na myśli przekonać do pożyczenia pieniędzy! – krzyknął w półbiegu Sineth, po czym Leo zaczął go gonić.
Tylko „drużyna marzeń” stała jak wryta przed drogowskazem. Zastanawiali się chwilę co robić dalej.
- Ktoś ma jakieś pomysły od czego zacząć? – spytał muzyk.
- W sumie, możemy pójść do centrum poszukać jakiejś gospody i popytać gdzie możemy się zaopatrzyć, albo iść wzdłuż strumienia do młyna. – zaproponowała Wendy.
- Jej przygoda! – ucieszyła się Lili skacząc w miejscu jak podekscytowany szczeniaczek – Ruszajmy dalej, ku nieznanemu!
*** Przygoda Dziecięcej Czwórki ***
- Ta… - przyznał Flinar wychodząc z objęcia elfki – To może ruszmy się w stronę młyna.
- Ruszajmy – powiedziała Wendy kierując się za bardem.
Szli jakieś dobre pół godziny. Po dotarciu na miejsce, zapukali do drzwi chatki, stojącej obok młyna. W wejściu stanął dobrze zbudowany młynarz o czarnych, tłustych włosach.
- Czego tu? – spytał tępo chłop.
- Czy może wie pan, gdzie mogli byśmy zakupić trochę zapasów? – spytała Lili.
- Te…, no warzywa i owoce kupicie na dole we wsi, ale drogo tam niesamowicie. Jak chcecie chleba to ja wam mogę sprzedać, bo tak się składa, że moja żona się zajmuje tym w okolicy. – ucieszył się chłop chowając głowę za drzwi – Ej Jadwiga, weź no ino chleba tu, klientów mamy! – zwrócił się w stronę poszukiwaczy przygód – Ile wam tego chleba trza?
- Cztery? – spytał bard grupy, na co odpowiedzieli mu wzruszeniem ramion – Niech będą cztery bochny.
- Jadzia przynieś tu szanownej klienteli cztery chleby! – krzyknął chłop ściskając, mocniej drzwi – I daj to im ino do wora, bo nie mają jak się zabrać z tym!
- Ile to nas będzie kosztować? –spytała Wendy.
- Trzy sztuki srebra. – odpowiedziała Jadwiga podając bardowi wór z chlebami.
Jadwiga była równie przy kości co jej mąż. Pyzata twarz uśmiechała się szczerze do podróżnych. Wyglądała dość młodo, a jej splecione blond włosy opadały na spore czerwone korale zawieszone na szyi. Wraz z mężem byli ubrani w typowe wiejskie ubrania młynarzy.
- Cosik jeszcze potrzebujecie dzieci? – spytała uśmiechnięta żona młynarza. – Mamy gomółkę sera, nie ruszaną. Wraz z mężulkiem sprzedamy za dwa srebniki. No to jak bydzie?
- Chyba już nam starczy… - zaczął po cichu Flin.
- Bierzemy! – krzyknęła ucieszona Liliana.
- To dobrze, bo już wcześniej wam zapakowałam. – odetchnęła z ulgą Jadwiga i wyciągnęła rękę przed siebie – Łącznie pięć sztuk srebra się należy.
- Jadzia, gdzie z tymi łapami?! Ja tu ino jestem od interesu. – oburzył się chłop, ciągnąc żonę z powrotem do domu. Gdy uporał się z kobietą wyciągnął dłoń przed siebie – Pięć sztuk srebra się należy.
- Proszę. – Wendy wręczyła chłopu garść monet.
Drużyna odeszła od chaty z pieczywem. Po chwili elfka zatrzymała się.
- Ej chwila, musimy coś jeszcze zdobyć do jedzenia, prawda? – spytała Lili.
- No tak. – przyznała Wendy, patrząc zezem na Moriego który bujał się na puklu jej włosów, jak na lianie – Mamy jedynie chleb i ser. Potrzebujemy jeszcze mięsa oraz jakiś warzyw i owoców.
- A no właśnie, dlatego się zatrzymaliśmy! – łuczniczka stanęła dumnie wyprostowana.
- Przepraszam, ale gdzie ty chcesz kupić TUTAJ te rzeczy? – spytał Flinar – Musimy zejść do wioski, nie słyszałaś młynarza?
- Och, daj spokój kochasiu. – oburzyła się Liliana – Jestem tropicielką! Wychowałam się w lesie! Dam radę zdobyć wszystko sama i nie będzie nas to kosztować ani miedziaka!
- Coś w tym jest. – przyznała Wendy ściągając duszka z głowy – Znajdźmy jakieś miejsce na obozowisko, tam się rozdzielimy. Ty pójdziesz na polowanie, a my znajdziemy jakieś leśne owoce. Jakieś propozycje gdzie pójdziemy Lili?
- Pójdziemy wzdłuż rzeki. – odpowiedziała łuczniczka - Resztę obmyśli się później.
Młodzi podróżni, ruszyli ku górze, kierując się w stronę źródła. Nie było stromo, jednak po dłuższym marszu bard odczuwał już zmęczenie. Drzewa znów zaczęły gęstniej rosnąć i zanim się zorientowali, znaleźli się w lesie. Lili, w końcu zwolniła kroku i zwróciła się do kompanów.
- Świetnie, jeziorko. – ucieszyła się elfka – To będzie nasze miejsce wypadowe. Dobra, ja idę szukać jakiegoś tropu.
- Chodź grajku poszukamy jakiś jagód. – Wendy zwróciła się do Flina i wszyscy się rozeszli.
Późnym wieczorem dzieciaki spotkały się przy ustalonym punkcie, kładąc w jednym miejscu zgromadzone zapasy. Wendy rozpaliła ognisko, Lili przygotowała wcześniej upolowanego dzika i podzieliła go na porcję, zarówno te na teraz jak i te do wysuszenia do racji podróżnych. Wszyscy zasiadli razem przy ognisku i opowiedzieli jak to im poszło na poszukiwaniach. Jakiś czas później Flinar podszedł do jeziorka i przyglądał się mu chwilę. Ujrzał w nim niewielką gromadę wolno płynących ryb. Włożył do wody rękę, z której wydobyło się słabe światło, po czym tuzin ryb wyskoczył z wody prosto na trawę.
- Co jest?! – krzyknęła przerażona Lili, która oberwała żywą rybą.
Flin podszedł do niej, spojrzał jej w oczy z pełną powagą. Zjechał dłonią przed swoją twarzą poruszając palcami – Magia! – odpowiedział.
Wendy nie wytrzymała i uderzyła go pięścią w głowę – Przestań się wygłupiać pacanie!
- Auaa! Kiedy to prawda. Stworzyłem iluzję dla ryb, że znajdują się na dnie jeziora, a na powierzchni znajduje się potężny robal. Te myśląc, że są naprawdę głęboko, rozpędziły się i wyskoczyły z wody. – wyprostował się dumnie bard – Jak mówiłem, magia!
- Teraz możemy wysuszyć całego dzika! – ucieszyła się Lili – A więc na kolacje są rybki.
- Chwila, kiedy ty się nauczyłeś takich zaklęć? – spytała Wedny.
- Mówiłem wam, że mam dość tego, że jestem najsłabszy. Cały czas ćwiczyłem i tworzyłem coraz to bardziej wyszukane iluzje. – oznajmił bard.
Po sytej kolacji, obżarci bohaterowie udali się na spoczynek. Flinowi śnił się dziadek, jako potężny mag i bohater tej krainy. Wyglądał jakby dowodził własną grupką poszukiwaczy przygód, w której skład wchodziło trzech innych mędrców, dwóch ludzkich i jeden elfi. Przed nimi szła dwójka młodych ludzi, wojownik i łuczniczka, a na samym przodzie kierował się wojownik w hełmie, wielki niczym Anares, na którego ramieniu siedział dziadek Flina. Bard śnił o przygodach drużyny swojego dziadka jeszcze przez jakiś czas, dopóki nie obudziło go bolące ucho.
- Co jest? – spytał po cichu bard, a gdy próbował się odwrócić coś ugryzł go mocno w ucho – Aua! Co to jest do cholery?
- Chlapik! Chodź tutaj! – krzyknął młodzieniec podbiegając do barda, po czym zabrał kota z jego ucha – Przepraszam najmocniej. Mam nadzieję, że mój kot nie wyrządził zbyt dużo szkód.
- Oprócz tego, że mnie obudził to na szczęście nie. – odrzekł mu Flin, podając mu dłoń i wstając z ziemi – Pewnie rybie ości go tu zwabiły.
- Przepraszam jeszcze raz za niego. Jestem Dayl – uśmiechnął się młodzieniec. Był blondynem, jego włosy sięgały mu do ramion, ale miał je splecione w warkocz , przez środek głowy, boki były zaś wygolone. Nosił błękitną koszulę i skórzane portki. W rękach trzymał czarnego kota o białym podbrzuszu z pięknymi, wręcz kryształowo-niebieskimi oczami. – Zgubiliście się? Mogę was podprowadzić, zmierzam właśnie do miasta.
- My za niedługo też się zbieramy do miasta. Spokojnie wiemy gdzie jest. – odpowiedział muzyk, masując ucho – A właśnie jestem Flinar, ale możesz mówić mi Flin.
- Flin? – spytał młodzieniec, opluwając sobie brodę – Najmocniej przepraszam. Co za wstyd.
- Ta… - Flin wciągnął powietrze przez zęby – No dalej, powiedz to. Wszyscy TO mówią. Mam beznadziejne imię.
- Nie chciałem sprawiać ci przykrości. – odpowiedział Dayl, kładąc Chlapika na ramieniu – Wiesz, jeśli nikt nie potrafi wypowiedzieć twojego imienia to może używaj przydomka.
- Chciałem zdobyć tytuł „Smoczego Pogromcy”, ale okazało się, że nie było żadnego smoka w okolicy – zniechęcił się Flin.
- Wiesz o tym, że smoki już dawno opuściły ten kontynent? – spytał blondyn z podejrzliwym wzrokiem – Słuchaj, skoro nie możesz zdobyć takiego tytułu może skup się na jakiejś czesze ubioru, tak jak Zielony Rzemyk. Kiedyś chyba słyszałem o jakimś Czarnokiju, ale to było dawno temu. Tak więc, masz jakąś część stroju, z którą się nigdy nie rozstajesz?
- Moja czapka z blaszkami – ucieszył się muzyk.
Dayl rozejrzał się w około – Nie widzę, żadnej czapki.
- O nie! – Flin próbował sobie wszystko przypomnieć – Pewnie została na ziemi, po tym jak kopnął mnie Anares!
- Taa… słuchaj mnie się jednak naprawdę śpieszy – powiedział blondyn patrząc na barda jak na szaleńca.
- Co tak hałasujesz? – spytała się Wendy wstając, a Chlapik od razu zaczął na nią syczeć. – A wy to co za jedni?
- Wybacz moje maniery, jestem Dayl, a mój kot to Chlapik. Przepraszam, że was obudziliśmy, już się i tak zbieramy. – przyznał młodzieniec.
- Chwila, gdzieś już słyszałam to imię. – Wendy łączyła wątki w swojej głowie co z rana wyglądało bardzo komicznie.
- Może mnie z kimś pomyliłaś, ale jeśli chodzi o mnie to jestem kapłanem Kvivy, Pani Wody. Jestem podróżującym żywiołakiem wody i pomagam wszędzie tam gdzie mnie nogi poniosą. – Dayl wyprostował się i wyciągnął dłonie przed siebie tworząc dwa niewielkie strumyki wody, które magicznie podróżowały między jego dłońmi – Na moment obecny pomagałem wieśniakom z Ogrodowego Kramu, którzy skarżyli się, że coś może blokować przepływ wody. Faktycznie to była robota bobrów, ale wszystko już naprawiłem, a bobry mają świetne nowe jeziorko, jakieś trzy dni drogi stąd.
- Hej – stęknęła Lili, siadając. Wciąż miała zamknięte oczy i głośno mlaskała – To miło, że nas obudziłeś, ale dajcie mi jeszcze chwilę. – po czym wróciła do snu.
- Dobra poznaję cię. Gdy byłam jeszcze w akademii to ty prezentowałeś swój zakon, podczas corocznego pokazu kapłanów. – przyznała zdenerwowana Wendy – Pajacowałeś przede mną ile można, a potem wściekłeś się, że wolałam iść z kapłanami Katona.
- A więc to ty jesteś tą niewdzięczną dziewuchą. – stwierdził z obrzydzeniem chłopak – Jak byś poszła wtedy z nami nie spała byś dzisiaj pod gołym niebem jak jakiś żebrak. Jesteś żałosna.
- Jeszcze jedno złe słowo o mojej siostrze i nie wrócisz do wioski – rzekła wściekle Lili, celując prosto w oczy Dayla. Nikt nawet nie widział kiedy wstała, ani kiedy dobyła łuku. To stało się tak szybko. Co więcej z jej oczu emitował delikatne zielonkawe światło – Wynoś się!
- Oho grozisz mi? – dłonie kapłana otoczyły kule wody – Możemy się zabawić jeśli chcecie! – krzyknął blondyn a jego kot uciekł w pośpiechu do lasu.
- Lili stój! – krzyknęła Wendy – Chcesz się zemścić, to mścij się na mnie, ale ostrzegam, kapłani ognia są znacznie potężniejsi od kapłanów wody. Nie dam ci taryfy ulgowej.
- Świetnie, pojedynek na śmierć i życie! – ucieszył się Dayl – Jeśli twoi towarzysze włączą się do walki ich też zabiję!
- Słyszeliście, odsuńcie się! Załatwię tego pajaca! – krzyknęła Wendy, a w jej dłoniach pojawiły się ognie.
Dayl stworzył wielką kulę wody i puścił ją w powietrze. Bańka unosiła się powoli ku górze. Kapłan kontynuował swój atak wypuszczając potężny strumień wody z dłoni, na co kapłanka odpowiedziała wyziewem ognia z jej rąk. Część strumienia wyparowała, druga część niestety przedostała się przez ogień i uderzyła Wendy z dużą siłą w brzuch, co wytrąciło ją z równowagi i schyliła się w pół.
- Myślałeś, że nie zablokuję takiego czaru bo zmylisz mnie jakąś bańką? – spytała obolała Wendy.
- A kto mówił o zmylaniu cię? – odpowiedział Dayl, machając szybko ręką w dół.
Wielka kula wody spadła z nieba z dużą szybkością, tworząc wieki krater w ziemi. Na szczęście Wendy odskoczyła w ostatnim momencie. Gdy kapłanka podniosła się, stworzyła kulę ognia większą od swego tułowia i cisnęła nią w przeciwnika. Nagle kolejny strumień wody przebił środek kuli, a w powstałą dziurę kapłan włożył ręce pokryte wodą i rozerwał kulę na pół. Wściekły blondyn stworzył nad swoją głową tuzin wodnych pocisków i cisnął nimi w przerażoną kapłankę. Wendy zamknęła oczy, czuła że coś ją dotknęło. Po chwili otworzyła oczy, znajdowała się w innym miejscu, a trzymała ją Lili.
- Ej nie zapominaj, że to ja mam być damą w opałach w tej drużynie – szepnęła cicho łuczniczka do Wendy, stawiając ją na ziemi.
- Jak ty tak szybko się przemieszczasz? – spytał z niedowierzaniem Flin, który stał tam, gdzie wcześniej stała elfka.
- Magia – powiedziała Lili w ten sam sposób co bard zeszłego wieczoru.
- A więc ty też chcesz zginąć? Świetnie! – krzyknął Dayl.
- Zobaczymy kto będzie szybszy. – odpowiedziała spokojnie Lili.
Elfka chwyciła swój kołczan i potrząsnęła nim, wyrzucając wszystkie strzały w powietrze. W mgnieniu oka pociski zniknęły wystrzelone prosto w kapłana, żadna z nich nawet nie zdążyła opaść. Towarzyszył przy tym dźwięk jakby mała armia wystrzeliła jednocześnie. Było to naprawdę niezwykłe. Lili trzymała jeszcze jedną strzałę naciągniętą na cięciwie i przyglądała się przeciwnikowi. To co zobaczyła było jeszcze bardziej niewyobrażalne niż jej wyczyn. Wszystkie strzały przeszyły kapłana na wylot, jednak ten stał dumnie, jak gdyby nigdy nic.
- Nie wiesz, że nie da się zabić zwykłą bronią żywiołaka wody? - spytał Dayl, zmieniając swoje ciało w postać wodnego człowieka. – Każdy potężniejszy kapłan to potrafi.
- Że co? – spytała z niedowierzaniem Wendy.
- No nie mów, że tego nie umiesz? – odpowiedział kapłan – Rozumiem, że poszłaś do zakonu tych ognistych świrów, ale myślałem, że chociaż sama na to wpadniesz, łącząc żywioł z własną duszą. A podobno kobiety uczą się szybciej magii, bo nie mogą ich używać raz w miesiącu. Może jednak lepiej, że nie dołączyłaś do naszego zakonu – zaśmiał się żywiołak wody, zmieniając się z powrotem w człowieka.
Lili nie wytrzymała. Strzała, którą trzymała w ręce zabłysła zielonkawym światłem, które przeszło z jej oczu. Łuczniczka wypuściła ją prosto pod nogi przeciwnika, a ze strzały wyskoczył Mori, który dotknął gruntu swoimi nibyrączkami. Po chwili gigantyczne pnącza wyrosły z podziemi i ścisnęły Dayla, gdy roślina zwęziła się bardziej, kapłan zmienił się w wodną postać i wydostał się z niej. Duszek szybko wrócił do swojej właścicielki, a jej oczy znów zaświeciły się zielonkawym światłem.
- No ładnie, jakbym miał normalne ciało to pewnie by mnie to zgniotło żywcem – przyznał żywiołak – A teraz kontratak.
- Stój pajacu! – krzyknął przerażony Flin, który biegł w jego stronę.
Gdy Flin zbliżył się odpowiednio blisko wymierzył pięść prosto w jego stronę i wypuścił potężne kulę światła z świdrującym wręcz dźwiękiem. To wystarczyło by oślepić i ogłuszyć przeciwnika. Grupka szybko pobiegła za najbliższy głaz i schowała się tam. Wciąż oślepiony kapłan wypuścił cienki strumień wody pod dużym ciśnieniem i zamachnął się nim na boki, a pobliskie drzewa padły ścięte w pół. Gdy w końcu doszedł do siebie wściekł się jeszcze bardziej.
- Teraz przesadziliście! Gińcie! – krzyknął zmieniając się w wodny wir.
Bard dopiero teraz zorientował się, że jego noga wystaje zza skały a przeciwnik wie gdzie się znajdują. Słyszeli tylko potężny szum wody, a później uderzenie. Pokruszone kamienie uderzyły w trójkę z potężnym impetem, a kapłan się nie zatrzymywał tylko parł dalej, niszcząc skałę i pobliski las.
*** Koniec Części Pierwszej ***
Historia Postaci V : Psotna łuczniczka Liliana i jej leśny duszek Mori
Było już późno, a wszędzie panowała ciemność. Z daleka wciąż można było słyszeć warczenie i wycie wilkołaka, jednak w pobliżu panowała cisza i spokój. Gdy drużyna znalazła się wystarczająco daleko, by czuć się bezpiecznie, zadecydowali, że rozbiją obóz tuż przy wzgórzu na wschód od lasu druidów. Podzielili się na dwie grupy, Wendy wraz z nową towarzyszką Lilianą zajęli jedną stronę wzgórza, mężczyźni usytuowali się po drugiej stronie. Wszyscy rozebrali się z mokrych ciuchów, zarzucając tylko na siebie jakieś wolne szmaty, aby zakryć wstydliwe miejsca i w pośpiechu rozpalili ogniska, by ogrzać siebie i wysuszyć ubrania.
- Co wy na to, by tylko rzucić okiem? – spytał zaciekawiony Flinar.
- To wbrew kodeksowi, by oglądać nagą niewiastę przed związaniem się z nią. – odpowiedział nie do końca pewny Leopold.
- Och przestań z tym swoim kodeksem… - zabuczał Sineth wykręcając mokrą koszulę i zawieszając ją na kiju przy ognisku - Czekaj, chcesz powiedzieć, że nigdy nie widziałeś nagiej panienki?
- W zakonie nauczali, że każdy kto spojrzy na łono kobiety, która szczerze go nie kocha, ten zmieni się w kamień niczym za spojrzeniem Gorgony, a jego dusza będzie błądzić w ciemnościach… - Leo skurczony przy ognisku wypowiadał te słowa ze śmiertelną powagą.
- No to cię nieźle wrobili – zaśmiał się Flin, poprawiając mokrą grzywkę.
- Ta bo TY możesz coś o tym wiedzieć – zaśmiał się Karraf pochłaniając przemoczoną rację podróżną, przeczesując przy tym palcami swoją mokrą brodę – Jedzcie lepiej bo się zepsuje.
- Dobra kto idzie z nami? – spytał łotrzyk wstając od ogniska i otrzepując się z trawy.
Za raz po nim wstał Flin razem z Leopoldem i powoli kierowali się w stronę obozowiska pań.
- No ładnie, nawet nasz mały świętoszek chce podglądać? - Sineth zatrzymał się i uśmiechnął pod nosem.
- Nie idę podglądać, tylko pilnować was bracia. – paladyn wyprostował się, a w świetle ogniska połyskiwała jego młoda muskularna postać – A co, jeśli zamienicie się w kamień?
- O to się nie martw. – uspokoił go Flin, chichocząc.
- A ty braciszku, nie idziesz? Co tak cicho siedzisz? – spytał skrytobójca.
- Nie! – warknął niskim głosem Roctuss.
- Co ci jest? Nie mów, że jesteś w TYM stanie. – zaniepokoił się Sineth.
Kapłan wyglądał na wściekłego i zakłopotanego. Zastanawiał się chwilę i odpowiedział – Nie, spokojnie. Po prostu od starcia z tamtym wilkołakiem mam jakiś taki tępy ból głowy i jestem wściekły na tamtą porażkę.
- Mam nadzieję, że będziesz nad sobą panował. – łotrzyk odwrócił się – Dobra, ruszajmy i nie denerwujmy go. Panienki czekają…
- Twojemu bratu chodziło o tą fazę gdy latasz z tym wielkim młotem? – spytał Karraf zagryzając cebulę z plecaka.
- Mhm – warknął Roctuss częstując się przemoczoną wołowiną.
- Lubię cię w tym stanie. – uśmiechnął się krasnolud, po czym kichnął głośno – Nashra tu khalan! – przeklął w krasnoludzkim.
- Oho… choroba cię łapie. – zażartował kapłan.
- Ja nie choruję! – odchrząknął wojownik – Zdenerwowałem się bo mi cebula wleciała do ogniska!
*** W międzyczasie ***
- Tylko siedźcie cicho, już widać światło… - ucieszył się łotrzyk wychylając się zza górki.
- Też chcę zobaczyć! – zajęczał Flinar.
- Ja nie chcę… Po prostu jestem zmuszony pilnowania was. – Leopold wyraźnie skłamał, potwierdzając to tym, iż wychylał się najbardziej z całej trójki.
Mieli doskonałą pozycję, widzieli dokładnie swoje towarzyszki siedzące tuż przy ognisku, okryte jedynie w suche szmaty, podczas gdy ciuchy poszukiwaczek schły przy żarze płomieni. Rozmawiały o czymś między sobą śmiejąc się po cichu. Nagle materiał, którym obwiązał się Leo zaczęło się zsuwać z bioder.
- Uff… o mały włos. – ucieszył się paladyn chwytając szmatę w ostatnim momencie.
- Ciszej bo nas usłyszą! – wyszeptał zdenerwowany łotrzyk.
- Spokojnie nie powinny nas stąd usłyszeć. – uspokoił ich bard.
- Hej chłopcy! – Lili pomachała do stojących mężczyzn.
- Podglądaliście nas! Zaraz tego pożałujecie! – krzyknęła oburzona Wendy.
- Spokojnie rudzielcu… - uśmiechnęła się elfka do czarodziejki – Tacy duzi chłopcy, a nie wiedzą o klątwie?
- Jakiej klątwie? – Ruda Wiedźma wyglądała na zakłopotaną.
- No TEJ klątwie… Wiesz, mówiącej o tym, że każdy kto ujrzy łono kobiety, która go prawdziwie nie kocha, zamieni się w kamień! – krzyknęła Lili.
- A nie mówiłem? – wyszeptał przerażony paladyn – Przepraszamy, już idziemy! – krzyknął do pań i obrócił się w kierunku obozu mężczyzn.
- Stój pacanie! – zatrzymał go Sineth – Nie ma czegoś takiego jak klątwa, która zamienia podglądaczy w kamień.
- Czyżby? – spytała elfka – Naprawdę nic nie czujecie?
- Nie. – zaprzeczyli panowie.
- A to dziwne, przeważnie zaczyna się od drętwienia nóg i lekkiego ucisku. – powiedziała łuczniczka, uśmiechając się lekko.
Mężczyźni stali jak wryci. Sineth niedowierzał dziecięcej opowieści, Flin czuł się mocno zmieszany, ale wolał zachować spokój na twarzy. Jedynie Leo nie ukrywał się ze swoim strachem.
- Gdy wasze nogi nie będą mogły się ruszyć, klątwa zabierze się za wasz umysł. Będziecie słyszeć tylko przeraźliwy pisk, który będzie oznaczał, że zmieniacie się w kamień. – kontynuowała elfka.
Nagle rozległ się przeraźliwy wysoki krzyk, a bohaterowie słysząc go, przestali stać dumnie i próbowali uciec jak najszybciej od dam. Gdy tylko się odwrócili, padli na twarz. Ich nogi były związane na szybko pnączami, a źródłem dźwięku okazał się Mori, który latał za nimi. Dziewczyny zaczęły się głośno śmiać, gdy to zobaczyły. Sineth szybko rozwiązał sznur, a gdy Leo poczuł luzy, uciekł czym prędzej do swojego obozu, krzycząc przerażony. Duszek przeleciał nad wstającymi z ziemi podglądaczami i wylądował we włosach czarodziejki, wykładając się ze śmiechu.
- Ha. Ha. Bardzo zabawne. – przyznał sarkastycznie łotrzyk.
- To kara za podglądanie nas! Cieszcie się, że tylko tyle was spotkało! – krzyknęła Wendy, a w jej dłoniach pojawił się ogień.
- Możesz znów czarować? – spytał przerażony bard.
- No ba. Powrót Rudej Wiedźmy! Muhahaha! – czarodziejka śmiała się złowieszczo, a ognisko buchnęło słupem ognia.
Muzyk widząc to wszystko uciekł z krzykiem, jak wcześniej zrobił to paladyn.
- Pozwólcie mi się powtórzyć: bardzo zabawne. – stwierdził łotrzyk, zdegustowany całym tym przedstawieniem. – Wielki wyczyn, przestraszyć te dwie miernoty.
- Kto mówił o straszeniu was? Wraz z Wendy chciałyśmy się z was po prostu pośmiać. – powiedziała Liliana, dobywając łuku i mierząc w łotrzyka.
- I co zastrzelisz mnie? – spytał łotrzyk, na którym zachowanie elfki w ogóle nie robiło wrażenia.
- Ależ skąd. – łuczniczka wypuściła strzałę, trafiając Sinethowi prosto między nogi zdzierając z niego całą szmatę, którą był okryty. Elfka buchnęła śmiechem. – Powiedz, że to przez zimno.
- Trzeba było mówić, że jest ci zimno. – śmiała się Wendy – Zakryjesz się tamtym materiałem czy wystarczy ci źdźbło trawy.
Łotrzyk odszedł oburzony, zakładając szmatę z ziemi. Panie wraz z Morim śmiały się przez jeszcze spory czas. Gdy śmiechy ucichły, elfka zaczęła z dość poważnym tonem.
- Nie wspominałaś, że jesteś czarodziejką. – łuczniczka patrzyła w stronę Rudej Wiedźmy.
- Bo nie jestem, znaczy się kiedyś uczęszczałam do akademii, ale uciekłam stamtąd i wstąpiłam do zakonu Katona. Stałam się jedną z kapłanów jedenastki, zwanych żywiołakami. Moim darem od Trójrękiego Pana, jest władza nad ogniem. – Wendy posmutniała – Przepraszam, czułam że powinnam powiedzieć ci wcześniej, ale nie wiedziałam kiedy. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe. Czułam, że skoro jesteś opiekunką lasu to mnie znienawidzisz za to, że władam żywiołem, który tylko niszczy lasy, ale uwierz mi, że zawsze wchłaniałam ogień, który wzniecałam minimalizując straty. Przepraszam…
- Ej, ej. Spokojnie, nic się przecież nie stało. – uspokoiła ją Lili – Dla mnie nie ma znaczenia w co wierzysz, ani jaką moc posiadasz, puki mi pomagasz i pozwalasz sobie pomagać. Może to nawet i lepiej, że nie wspominałaś o tym wcześniej. Mój przyjaciel Darion mógłby wtedy zagłosować przeciwko wam pomimo, że miałam u niego przysługę.
- Darion to ten wielki drzewny druid? – spytała Wendy.
- Geomanta, ale z grubsza to tak. – przytaknęła elfka – Chyba to oczywiste dlaczego by nam nie pomógł. Drzewa są dla niego niczym rodzina. – łuczniczka popatrzyła na czarodziejkę pytająco – Mogę ci zadać trochę niewygodne pytanie?
- No dobrze. – powiedziała przeciągle Wendy, nie do końca pewna decyzji.
- Czemu, ludzie i półludzie wybierają jedenastkę za patrona? – Lili wyglądała na zakłopotaną – Elfy na przykład wierzą w Elfią Panią Heruin, która stworzyła wszystkie elfy, albo oddają cześć Ojcu Lasów Adarue. Krasnoludy znowuż wierzą w Kowala Gór Karragnaza. Zielonoskórzy wierzą w Grumsha.
- Grrosha. – poprawiła ją rudowłosa dama.
- Skąd, ty to wiesz? – spytała zaskoczona elfka.
- Nasz kapłan w niego wierzy. – odpowiedziała Wendy.
- Przecież nie macie zielonoskórego w drużynie. Kto niby jest u was jego kapłanem? – łuczniczka próbowała sobie przypomnieć drużynę, robiąc przy tym zaskoczoną minę.
- Roctuss, półelf półkrasnolud, któremu powiedziałaś, że jest brzydki. Urodził się na południu na pustyni Narashiel. Jest bękartem wojny i wszyscy się go wyrzekli. Elfy, krasnoludy, a nawet ludzie. Dopiero Grrosh go przyjął pod swoją ochronę. – wytłumaczyła Wendy.
- Co masz na myśli, mówiąc że on go przyjął pod swoją ochronę? – spytała Lili, która z każdą chwilą była coraz bardziej zaskoczona.
- Mam na myśli to, że mu się objawił we własnej osobie, a przynajmniej on się przy tym upiera. – półelfka wzruszyła ramionami – Coś w tym może być, biorąc pod uwagę, gdzie go spotkał i to, że Grrosh to bóstwo tułaczki. Ach, decyzje bogów są naprawdę ciężkie do zrozumienia. – Wendy poprawiła włosy – Wracając do twojego wcześniejszego pytania, ludzie i rasy mieszane z ludźmi wybierają bóstwa jedenastki bo nie mają własnego patrona. Gdybym była pełną elfką pewnie tak jak ty błogosławiła bym elfie bóstwa.
- Czekaj, jeśli nie macie patrona to skąd wzięli się ludzie? – spytała elfka.
- Nie wiadomo. Istnieje tylko legenda, że ludzie zostali stworzeni z palca chciwości Malrygga i dobroci Bradme, dzięki temu kiedyś ludzie uważali się za półbóstwa, gdyż w teorii posiadają pierwotną Skierkę, czyli stworzoną bezpośrednio z bóstw Jedenastki. Często to właśnie był powód do wojen międzyrasowych. – kapłanka wpatrywała się chwilę w ziemię – Wolę wierzyć w inne bóstwa, niż myśleć, że jest się jednym z nich, jednocześnie wywyższając siebie nad innymi.
- Może rzeczywiście tak jest lepiej. – Lili poklepała ją po ramieniu – Przepraszam, że poruszyłam taki temat.
- Nie, w porządku. Nic się przecież nie stało, a tak to przynajmniej czegoś się nauczyłaś – czarodziejka uśmiechnęła się i pogłaskała Moriego palcem.
- Dziękuje ci. – wyszeptała elfka ze łzami w oczach.
- Nie ma za co, serio. – zaniepokojona Wendy objęła ją - Wszystko w porządku?
- Mhm… - zaszlochała elfka – Po prostu dawno nie miałam z kim porozmawiać.
- A Nadia, czy jak jej tam? – spytała kapłanka, głaszcząc koleżankę po włosach.
- Nadia była wiecznie czymś zajęta. – Lili przetarła palcami oczy – Była dla mnie jak matka, gdy zrobiłam coś sobie, albo gdy zachorowałam, ale gdy tylko kończyła opiekować się mną ruszała pomagać kolejnym. To naprawdę wspaniała osoba i co więcej uważam ją za bohaterkę, cały czas komuś pomagała a w wolnych chwilach tworzyła nowe lekarstwa i mikstury, albo trenowała swoją magię. Wolne miała tylko gdy zwoływano radę, a przychodziła na nie tylko gdy wiedziała, że szykuje się coś naprawdę ważnego. To właśnie dlatego nasze spotkania trwają tak krótko i tak szybko dokonujemy wyroków.
- A co z innymi druidami? – spytała Wendy wciąż głaszcząc elfkę. Do pomocy dołączył Mori, który przytulił policzek płaczącej dziewczyny.
- Pomagaliśmy jej ile można, każdy na swój sposób rzecz jasna. Każdy druid ma swoje obowiązki i musi się z nich wywiązać, przez co każdy ma dla siebie mało czasu. Najczęściej to mieli czas tylko na sen. Biorąc pod uwagę, że jestem jeszcze młoda, arcymistrz Falkor nie dawał mi za dużo obowiązków, abym miała nieco więcej czasu dla siebie, ale no… - Lili przytuliła się mocniej do czarodziejki.
- …Czułaś się przez to jeszcze bardziej samotna. – dokończyła Wendy rozumiejąc młodą elfkę. – Szkoda mi ciebie, ale powiem ci jedno. Podróżując z nami nie będziesz już tak samotna. Może i nie dogadujemy się wszyscy, ale jesteśmy jak rodzina.
- Druidzi też nazywali siebie rodziną. – wyszlochała łuczniczka. – W praktyce tylko Mori był dla mnie bliskim.
- No tak, ale my cały czas chodzimy grupą. Gdy będziesz kogoś potrzebować wystarczy tylko powiedzieć. – Wendy uśmiechnęła się szczerze – Postaram ci się nigdy nie odmówić pomocy. A co do reszty to raczej też będą pomocni, chociaż część z nich to taki wrzód na…
- Rozumiem. – przerwała jej elfka – Wiesz, jestem nowa, co możesz mi o nich powiedzieć?
- Od kogo by tu zacząć. Hmmm… - kapłanka myślała chwilę – Najlepiej ode mnie, pięknej, młodej i utalentowanej kapłance Katona o wspaniałych płomienno-rudych włosach. – zaśmiała się machając lokami – Oprócz tego mamy krasnoluda, Karrafa. To ten niski mięśniak z nadnaturalną siłą w zniszczonym napierśniku. Jest jak starszy przemądrzały brat, który wykorzystuje swój wiek i siłę by innymi rządzić, ale czuję, że jest taki tylko na zewnątrz, w środku jest bardzo opiekuńczy i martwi się o nas wszystkich. Wątpię byśmy kiedykolwiek dożyli tego by to ujrzeć. Woli zgrywać twardego jak skała, w ten sposób czuje się chyba bezpieczniej. Bardzo podobny do niego jest Roctuss, różni się jedynie tym, że… - Wendy zbierała w myślach słowa – Powiedzmy, że jest bardziej okiełznany, chociaż to nie do końca prawda. Na co dzień jest może bardziej przyjemny od Karrafa, ale w walce niczym się nie różnią. Oboje są bezlitośni i sposób w jaki walczą przypomina potwory, którymi dorośli straszą dzieci. – dziewczyny zaśmiały się głośno, po czym czarodziejka kontynuowała – Za równo Karraf jak i Roctuss są wyrzutkami, odrzuceni przez własne rasy. Nie dziwię się, że jest w nich tyle gniewu i chęci zemsty. Ale to tyle o nich. Przybranym bratem kapłana i naszym łotrzykiem, jest Sineth, ten chamski i nazbyt odważny podglądacz. Trzeba mu za to przyznać, że jest bardzo zręczny i przydatny, a do tego umie się świetnie bić. Uważaj by nie chwalić się przy nim pieniędzmi bo szybko się z nimi rozstaniesz. Kolejnym podglądaczem był Leopold, blondas z tarczą. Z początku myślałam o nim jak o kolejnym mięśniaku w drużynie, ale po rozmowie z nim przekonałam się, że w przeciwieństwie do pozostałych mężczyzn z naszej Swawolnej Kompani, jest człowiekiem oświeconym. Należy do zakonu Utevi, jest ona półboginią światła…
- Chwila, jest człowiekiem i wierzy w półboga? – przerwała Jej Lili.
- Tak. Widzisz, Utevia jest córką Bradme, bogini dobra. – Wendy próbowała jej to rozrysować palcem na piasku – Utevia nie jest patronką żadnej rasy, a w praktyce jej wyznawcy służą zarówno jej jak i jej matce. Kapłani Pani Światłości, tak jak i Leo, są nazywani paladynami, a nie żywiołakami jak ja, czy mi podobni. Z tego co powiedział nasz rycerz to mają tam bardzo rygorystyczny kodeks, przez co są nieco zacofani, ale na szczęście Leopold potrafi sam myśleć i muszę przyznać, że całkiem dobrze mu to idzie. – uśmiechnęła się Wendy.
- Podoba ci się? – spytała się Lili.
- Oszalałaś?! – odpowiedziała zaskoczona kapłanka.
- Podoba ci się. – utwierdziła się łuczniczka uśmiechając się pod nosem.
- Czyś ty się szaleju najadła? – Wendy stukała palcem po czole – Po pierwsze to blondyn, po drugie to tępy mięśniak jak każdy inny. Po trzecie jestem Rudą Wiedźmą i nie potrzebuję faceta!
- Dobra, spokojnie. – uśmiechnęła się Lili – Skoro ci się nie podoba to ja się za niego wezmę. Wydaję się być słodki.
- Zaraz puszczę pawia. – kapłanka zakryła dłonią usta.
- No dobra, został nam jeszcze ten chuderlak. Co możesz mi o nim powiedzieć? – spytała elfka, próbując zmienić temat.
- Nasz bard, jest… em… tchórzem. Nie wiem czy potrafi coś więcej niż kłapać dziobem i grać na instrumentach. Nauczyłam go podstaw magii wtajemniczeń, ale wątpię by zrobił coś więcej niż wyczarował jakiś dźwięk lub światło. – Wendy machnęła ręką zniechęcona postacią barda.
- A jak on się nazywa? – spytała łuczniczka.
- Yyy… - kapłanka osłupiała – Nie pamiętam. Ej, to jest dziwne. Pierwszy raz nie pamiętam imienia kogoś z kim podróżuję. Rano się go spytamy jak wstaniemy wypoczęte. Nie ma sensu teraz zawracać tym sobie głowę.
- Masz rację. – przeciągnęła się elfka, ziewając – Tak teraz mi się przypomniało, że arcymistrz Falkor też podróżował kiedyś z kapłanem ognia. Może to nie przypadek, że podróżujemy teraz razem?
- Nie pamiętasz może jak się nazywał? – spytała zaciekawiona Wendy.
- Śmiesznie, podobnie do mojego mistrza. Famor, Fumon albo coś w tym stylu. – odpowiedziała zakłopotana elfka.
- Może Furion? – kapłanka wpatrywała się w łuczniczkę.
- Chyba tak! – ucieszyła się Liliana – Znasz go może?
- Tak. To mój mistrz. – odpowiedziała wciąż zszokowana kapłanka.
- O ja… może to nie przypadek. – zastanawiała się łuczniczka - Przeznaczenie złączyło kolejne pokolenie poszukiwaczy przygód.
Po chwili ucieszone panie zadecydowały, że pójdą spać ustalając najpierw warty. W tym samym czasie panowie również udali się do spoczynku. Po powrocie podglądaczy o niczym nie rozmawiali. Jedynie Karraf z Roctussem, śmiali się cicho z nieudanej próby podglądaczy. Rankiem wszyscy wstali mniej więcej o świcie, zbudzeni ciepłym wiosennym powietrzem. Wszyscy ubrali się w już suche ubrania i panie powoli skierowały się w stronę mężczyzn.
- Jak to się stało, że nasze ciuchy nie spłonęły od tej twojej sztuczki? – spytała szeptem zaciekawiona łuczniczka.
- Widzisz mój mistrz Furion powtarzał: „Geniuszem nie jest ten, kto podejmuje właściwe decyzje, a ten kto potrafi ustrzec się przed konsekwencjami tych złych.”. Przewidziałam, że nasi mężczyźni mogą wpaść i będę zmuszona do pokazania im, że moja moc wróciła, więc odsunęłam nasze rzeczy od ogniska zawczasu. – przyznała Wendy poprawiając włosy.
Po chwili panie znalazły się po drugiej stronie wzgórza w obozie, gdzie wypoczywała reszta.
- No witam szanowne panie! – krzyknęła ironicznie kapłanka do podglądaczy – Co tak cicho siedzicie? Co jest?
- Nic. – odpowiedziała cała trójka razem.
- Zbieramy się. – warknął Karraf i ruszył w drogę, a drużyna poszła jego śladami.
Elfka wolnym krokiem zbliżała się do barda. – Hej, wyspany?
- Em… Chyba tak. A ty? – spytał lekko zaskoczony spokojem dziewczyny po zeszłej nocy.
- Też. Posłuchaj, mam pewne pytanie, tylko trochę głupio mi jest dopiero teraz je zadać. – Jak masz na imię?
Cała drużyna stała osłupiała. Każdy próbował sobie przypomnieć imię barda, jednak nikt nie potrafił tego dokonać. Trochę ich to przeraziło.
- No właśnie grajku, jak się nazywasz? – spytał zaskoczony Karraf.
- Żartujecie, prawda? – spytał bard – Tyle razem podróżujemy i wy z takimi żartami wyskakujecie?
- Ja sobie nie mogę przypomnieć. – przyznali jednocześnie Mroczni Bracia uśmiechając się z przypadkowej jedności słownej, kontynuując – Dlatego nazywaliśmy cię księżniczką.
- Ja nazywałem cię bratem z przyzwyczajenia, ale choć będzie to plama na moim honorze, to muszę przyznać, że też nie pamiętam twego imienia. – przyznał z goryczą Leopold.
- Serio? – spytał zaskoczony muzyk. – Jestem Flinar, ale pozwoliłem wam mówić do siebie Flin. Naprawdę tego nie pamiętacie?
- Flin. – powtórzyli wszyscy plując sobie w brodę – Czy ktoś ci mówił, że masz fatalne imię? – spytali wszyscy razem.
- Tak… wy… wy… mi to mówiliście – zająkał się przerażony bard – Nie róbcie sobie ze mnie takich żartów.
- Nie robimy. Pewnie to przez stres i ostatnie przygody. – uspokoił wszystkich Roctuss.
- Pewnie tak. Dobra, ruszajmy! – oznajmił Karraf i wznowił podróż.
- Księżniczka brzmi zabawnie, a jednocześnie do ciebie pasuje. – zaśmiała się elfka pokazując mu język, a Mroczni Bracia tylko przytaknęli.
- Nie no, uśmiałem się. – przyznał sarkastycznie bard – Zmieniając temat, Lili może opowiesz coś o sobie? Skąd pochodzisz?
- Pochodzę z lasu Szerokolistnego, znajduje się on na samiutkim południowo zachodnim krańcu kontynentu. – zaczęła elfka wskazując palcem kierunek swego pochodzenia – Bardzo spokojne i ciche miejsce. Z dala od ludzkich miast, krasnoludzkich kopalń, czy nawet od tej pustyni orków. Tam skąd pochodzę przyjęło się, że imię nadają nam duchy naszych przodków, przynosząc w darze nowo narodzonemu kawałek rośliny. Tak Liliana wywodzi się od wodnych lilii, które przyniosła prawdopodobnie moja praprapraprapra… - elfka kontynuowała nie przerywając nawet na wdech przez dłuższą chwilę, co wszystkich mocno zastanawiało jak to jest możliwe – …prapra… - wzięła głęboki wdech - …pra babkę. Ufff, to było trudne.
- Które to było dokładnie pokolenie? – spytał z niedowierzaniem Flinar.
- Trzecie wstecz, dodałam jakieś trzydzieści cztery „pra” dla dramatyzmu. – Lili zagrała wszystkim na nosie. – Wracając, moi rodzice Róża i Ostrokrzew byli zwykłymi łowcami i leśniczymi. Często handlowali z rybakami, którzy mieli dok około dzień drogi od lasu. Wymieniali futra i drewno w zamian za świeże rybki, mniam… - łuczniczka pogłaskała się po brzuchu i zamyśliła się na chwilę. – To właśnie oni nauczyli mnie jak mam tropić zwierzynę i wykorzystywać wszystko co mam pod ręką. – Lili wskoczyła na drzewo i wyciągnęła łuk, udając że na coś poluje.
Drzewa powoli kołysały się delikatnym powiewem wiatru. Słońce było już dość wysoko i przyjemnie grzało tą wiosenną porą. Szykował się naprawdę wspaniały dzień i wszyscy się nim cieszyli. Drużyna stanęła pod drzewem czekając, aż elfka wznowi swoją opowieść. Wszyscy stali cierpliwie, wszyscy prócz Karrafa.
- Ruszaj się! Nie mamy całego dnia! – krzyknął oschle krasnolud.
Elfka schodząc, poślizgnęła się na gałęzi i spadła z hukiem na ziemię.
- Au! Chyba spadłam na coś miękkiego. – elfka wstała poprawiając strój.
- Tak, spadłaś na mnie. – wymamrotał Rocuss wypluwający kawałek trawy z ust.
- Ojej! Przepraszam! Nie chciałam! – zmartwiła się elfka.
- Nic się nie stało. – powiedział zdenerwowany kapłan, lecząc swoje obolałe plecy magią. – Ruszajmy.
- Jak poznałaś Moriego? – spytał Sineth, któremu duszek ciągle latał nad głową, dokuczając mu.
- To się wiąże z testem myśliwego. Każdy członek naszej społeczności musi upolować i przynieść zwierzę w wieku dziesięciu lat. Musi to zrobić samodzielnie, dowodząc w ten sposób, że jest już dorosły. Miałam idealny trop – elfka schyliła się do ziemi udając, że znów tropi zwierzę – To był niedźwiedź, byłam pewna. Uzbrojona w łuk i strzały biegłam szlakiem tak szybko jak można. Znalazłam go, niedaleko jeziorka, pił spokojnie wodę. Zastawiłam na szybko pułapkę z liny. To miało być zabezpieczenie jakbym go nie trafiła strzałą na początku. Już mierzyłam w niego z łuku, gdy ten zaczął się oddalać i straciłam możliwość oddania czystego strzału. Więc zaczęłam się skradać w jego stronę i… - elfka zaczęła drapać się po nosie.
- I co? – spytał zniecierpliwiony bard.
Wszyscy stęknęli z głupoty pytania muzyka, zakrywając dłonią twarze.
- Weszła we własną pułapkę, bałwanie. – zrugał go krasnolud – Myślisz tak dobrze, jak ona poluje na niedźwiedzie.
- Co stało się potem? – spytała Wendy, nie zważając na kłótnie.
- Pułapka zadziałała lepiej niż myślałam i wyniosła mnie za nogę na wysokość jakiegoś dobrego półtora metra. Ugrzęzłam, a co gorsze przypadkiem wystrzeliłam strzałę w stronę niedoszłej ofiary i trafiłam w jeziorko, na co zwierzę zwróciło uwagę. Miś zbliżył się do mnie spokojnie i zaczął mnie obwąchiwać, ale miałam tylko dziesięć lat i bałam się jak nie wiem. Zaczęłam piszczeć jak głośno tylko mogłam, co niestety zdenerwowało zwierzę, które chciało mnie rozszarpać żywcem. – Mały duszek przyleciał z nad głowy łotrzyka i zatrzymał się przed elfką demonstrując co stało się potem. – Tak, wtedy pojawił się Mori, stanął naprzeciwko wielkiej bestii chroniąc małą dziewczynkę. – Duszek wyciągnął swoje nibyrączki i kręcił nimi młynka niczym dżentelmen szykujący się do pojedynku. – No już, nie popisuj się. Wleciał niedźwiedziowi prosto do nosa i siedział tam dopóki zwierz się nie zniechęcił i nie odszedł. Dlatego jest taki zielony – zaśmiała się elfka.
Oburzony duszek poleciał na głowę kapłanki. – Obraziłaś go… Ale przynajmniej teraz jest mój. – Ucieszyła się rudowłosa dziewczyna.
- Proszę bardzo. – elfka zmarszczyła nos w kierunku Moriego – I tak wróci. Duchy wiążą się z żywą istotą aż do śmierci, dlatego wybierają je bardzo roztropnie i tylko nieliczni dostają ten zaszczyt. Istnieje niepiśmienna zasada, że każdy kto posiądzie duchowego patrona musi zostać członkiem rady druidów. Problem w tym, że ja nie byłam ani druidką, ani geomantką. Miałam być pierwszą tropicielką wśród rady. Wiązało się to z opuszczeniem moich rodzinnych stron i rodzicieli, udanie się aż do Centralnego Lasu i pobierania tam długoletnich nauk. Musiałam to uczynić. Nie było łatwo, ale nie chciałam się poddać. Wszystko co powinnam wiedzieć nauczył mnie Falkor, zaklęć druidów, ich obrzędy i Mowy Żywych.
- Masz na myśli wspólny? – spytał Sineth.
- To, że urodziłam się elfką w odizolowanej społeczności nie oznacza, że nie nauczyłam się nigdy wspólnego! Jak miałam już pięć lat chodziłam z rodzicami do przystani. Starzy rybacy nauczyli mnie wspólnego. – elfka poprawiła łuk na plecach – Wracając, Mowa Żywych to nie jest w praktyce żaden język, tylko połączenie się duszy z każdą żywą istotą. Ta więź pozwala jakby rozmawiać z roślinami i zwierzętami. Bardzo przydatna umiejętność, jeżeli się zgubi w lesie, ale nie tak przydatna jak się czuje potrzebę rozmowy. Drzewa i zwierzęta często nie chcą lub nie mają nic do powiedzenia.
- Czekaj, przepraszam, że zmienię temat, ale nie daje mi to spokoju. Czego konkretnie jest duchem Mori? – spytał kapłan bawiąc się z nim w walkę na „miecze” za pomocą trawy. – Nie wygląda na zwierzę.
- Bo nie tylko zwierzęta mają duszę. Każda żywa istota ma duszę, chyba, że mu się ją ukradnie, co i tak jest tylko chwilowe. – stwierdziła elfka łapiąc spadające piórko z drzewa – Dusza to tylko pamięć i osobowość żywej istoty, w przypadku osób uzdolnionych magicznie to także wyznacznik mocy, ale wracając, każda żywa istota ma duszę, rośliny także. Nawet źdźbło trawy ją ma. Niekiedy jednak pewne miejsca stwarzają tak sprzyjającą atmosferę, że żywe istoty tworzą jakby sztuczną duszę. Jest to wtedy dusza miejsca, która ma własną osobowość i pamięć. Jedną z nich jest właśnie Mori, duch lasu. Wiem, że istnieją jeszcze duszki pustyni, gór, morza i wulkanu. Tak przynajmniej twierdzi arcymistrz Falkor. Co więcej takie duszki mają niezwykłą moc.
- Czyli musimy brać groźby tego latającego pokurcza na poważnie? – spytał oburzony Karraf.
- Oczywiście, że nie. – zaśmiała się Lili – Nie zrobi krzywdy nikomu, kogo lubi.
- Świetnie. – mruknął krasnolud.
Mori podleciał do niego po cichu i pokręcił chwilę dłonią koło włosów wojownika, a w nich zaczęły kwitnąć małe stokrotki. Drużyna zaczęła chichotać co Karraf zignorował.
- Masz zamiar zaprzyjaźnić się ze wszystkimi duszkami? – spytał się Flin.
- No jasne! – krzyknęła elfka łapiąc Moriego i kładąc go we włosach by uchronić go przed możliwym gniewem krasnoluda. – Jeśli kiedyś uda mi się spotkać wszystkich pięciu, wtedy będę miała pewność, że będę nadawać się do rady.
- Podróżuj z nami to na pewno ci się uda. – pocieszył ją Flin.
- Ta, lepszych żartów nie słyszałem. – warknął Karraf – Jeżeli on coś osiągnie to ja zacznę hodować kwiaty na głowie. – drużyna buchnęła śmiechem, ale teraz krasnolud nie wytrzymał – Z czego się tak śmiejecie?
- Ze złego doboru słów bracie – zaśmiał się paladyn.
- Bardzo zabawne. – warknął wojownik wciąż nieświadomy z czego śmieją się jego towarzysze. Przyśpieszył tempa – Ruszcie się bo jeszcze trochę i zapuścimy korzenie! – Drużyna buchnęła śmiechem, na co krasnolud ze złości przyśpieszył jeszcze bardziej.

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Źródło Przygód XI : Gonitwa przez Zaklęty Las cz 2
Nagle znikąd przyleciał orzeł o wspaniałym srebrnym upierzeniu, który zatrzymał likantropa przelatując mu tuż przed pyskiem. Po chwili ptak wylądował na ziemi i zmienił się w kolejnego elfa, o wiele starszego, z bujną siwą grzywą.
- Zatrzymaj się Rin. – powiedział spokojnie, mówiąc jakby miał powstrzymać znajomego przed zjedzeniem nieświeżych jagód, a nie przed rozszarpaniem podróżnych – Weszli do kręgu menhirów.
- Ale arcymistrzu… - sprzeciwiał się niskimi warknięciami wilkołak - … widziałem jak niszczyli las.
- To prawda. – przytaknął starzec – Dałeś im chyba wystarczającą nauczkę skoro przeznaczenie darowało im życie. Nie uważasz?
- Jeśli pozwolisz arcymistrzu, proszę zauważyć, że wśród nich są ludzie. – wskazał zakrwawionymi łapami na drużynę – Uniżenie proszę o wezwanie rady i ich wspólnego osądzenia.
- Wciąż liczysz, że inni druidzi cię poprą. Rin, musisz nauczyć się przebaczać. – arcymistrz podszedł do Rina i klepnął go delikatnie po ramieniu – Zwołaj radę, bardzo proszę.
Wilkołak po dotknięciu swojego mistrza z powrotem zmienił się w elfa, a transformacja przebiegała równie boleśnie jak poprzednia. Po przemianie rzucił jeszcze tylko mordercze spojrzenie na Swawolną Kompanię i znikł w lesie wyjąc jak wilk. Stary elf podszedł do kamiennego kręgu i uśmiechnął się szczerze. Zakłopotany nie wiedział co powiedzieć.
- No cóż… gratuluję, że doszliście aż tak daleko. – zaczął starzec
- Serio? – spytała Wendy – O mało co twój podopieczny nie rozszarpał nas żywcem, las próbował nas udusić no i zapomniała bym wspomnieć o goniących nas wilkach, a jedyne co mówisz to „gratuluje”?
- No cóż, tak. – starzec dotknął menhir, który zaczął delikatnie świecić na zielono, a po chwili reszta głazów samoistnie powtórzyła tę czynność – Spokojnie tutaj was nie dosięgnie. Dam wam chwilowy azyl, pozwolę się wyleczyć. W zamian proszę, abyście się stąd nie ruszali, dopóki was nie osądzimy. Nawet jeżeli byście próbowali uciec to, jak to określiłaś, las próbował by was udusić. A teraz pozwólcie mi zająć się waszymi ranami.
- Dobrze, zostaniemy tu ale nie zbliżaj się. Sami potrafimy się uleczyć! – krzyknął Leo.
- Ech, tak samo zadziorni i zacofani jak Rin. – starzec spuścił głowę – Spokojnie nie zrobię mu krzywdy, po za tym jestem o wiele bardziej doświadczony w leczeniu od ciebie. Widzę, że wiesz tylko jak odbierać życie. Ja wiem jak je dawać. - starzec przesunął dłonią w powietrzu tuż nad Karrafem, a jego rany natychmiastowo się zagoiły, wciąż był nieprzytomny.
- A co do wilków to nie ich wina. – chronił ich starzec – To bardzo łagodne dusze, tylko Rin uważa się za pierwszego w historii przywódcę armii druidów. Wpompowuje w biedne zjawy swoją nienawiść do obcych, a w szczególności do ludzi.
Arcymistrz zagwizdał a po chwili przybiegł do niego potężny czarny wilk. Zwierzę z początku zbliżało się w pozycji do ataku, warcząc zaciekle, po chwili skulił ogon i zaczął piszczeć. Jego futro powoli zmieniało kolor z czarnego na srebrny, a sam zmniejszył się z nadnaturalnie wielkiego do małego szczeniaczka. Starzec wziął go do rąk i zaczął głaskać, a malec swoimi małymi ząbkami gryzł delikatnie go w kciuk.
- Jaki słodziak… - przyznała młoda elfka, która właśnie się pojawiła z lasu – Witajcie, przepraszam, że wam nie pomogłam z Rinem, ale nie mogłam. On jest naprawdę straszny gdy się zezłości, a ja nie chciałam mu wchodzić w drogę i no… Ale hej! Żyjecie! Gratulacje! – ucieszyła się
- Czy wy wszyscy tak na poważnie z tymi gratulacjami? – spytał zniechęcony Sineth
- Nie… - elfka pokazała im język – Ale już dawno nie udało się nikomu tak daleko zajść. W przeprosiny przyniosłam wam jagody. – postać weszła do kręgu i położyła koło drużyny duży liść na którym było pełno jagód – Trochę zjadłam po drodze, bo nie myślałam, że wszyscy przeżyjecie, przepraszam. – dziewczyna ukłoniła się nisko a jej zielonkawo blond włosy zamiotły o ziemię – O jacie! Elfka! – skoczyła szybko do Wendy i leżała na brzuchu przed nią – O ja… Jak to jest być inną elfką. Powiedz… proszę, proszę, proszę, proszęęę…
- Jestem tylko pół elfką wysokiego rodu. – czarodziejka patrzyła ze zdziwieniem na elfkę, która gapiła się na nią jak szczeniak na jedzenie.
- Ej ja też jestem pół elfem! – krzyknął Roctuss
- O… Serio? Wyglądasz jak człowiek, który ma groteskowo kwadratową szczękę i szpiczaste uszy. Myślałam, że jesteś po prostu brzydki. Przepraszam.
- No dzięki… - powiedział zniechęcony kapłan kładąc się na ziemi.
- A kim ty jesteś? – spytała czarodziejka.
- Haha, świetnie że zapytałaś! – dziewczyna wskoczyła na jeden z głazów i stała na nim w dość dziwnej, pseudo bohaterskiej pozycji – Jestem Liliana, potężna pani ducha tego lasu i jego obrońca! Niepokonana łowczyni złoczyńców!
Liliana miała podobny strój co Rin, tylko przystosowana do jej kobiecych rysów ciała. Zamiast zbroi paskowej miała założoną skórznię. U boku zawieszony był kołczan ze strzałami, a przy nogach widniały dwa krótkie miecze. Postać dobyła łuku, który wcześniej miała na plecach i udawała, że poluje teraz na coś w odległości.
- Lili, proszę zejdź stamtąd, bo jeszcze ci się coś stanie. – poprosił starzec
Z tymi słowami Liliana poślizgnęła się i spadła z kamienia lądując na plecach.
- No właśnie… o tym mówiłem
- Au! Ale mistrzu, nic by mi nie było gdybyś mi nie przeszkodził. – oburzyła się elfka – Po za tym jestem bohaterką tego lasu!
- Dobrze, drogie dziecko. Jednakże każdy bohater ma swoje obowiązki. – zaczął starzec – Pewnego dnia może zostaniesz Arcymistrzem gdy ja odejdę.
- Mistrzu, proszę nie mów tak. – Lili posmutniała – Przecież ty nie możesz jeszcze odejść! Jeszcze tyle życia przed tobą.
- Spokojnie. – uśmiechnął się stary elf - Powrócę jako nowy przyjaciel tego lasu i będę nauczał mojego następcę. Tak jak zrobił to mój mistrz.
Nagle jeden z sokołów zleciał z nieba i wylądował na ramieniu elfa i wtulił się w jego grzywę, po czym odleciał.
- Widzisz, może za niedługo i ja będę latał z moim mistrzem tam w powietrzu, tak jak i on obecnie lata ze swoim.
- Nawet jeśli, to nie jestem odpowiednią kandydatką na to stanowisko. Jest wiele innych arcydruidów i geomantów na moje miejsce. – oburzyła się łuczniczka.
- Niby kto? – oburzył się starzec – Balarion, który zapada w sen zimowy? A może Nadia, która swoim wężowym językiem by wszystkich kłamała i kusiła? A Darion? Pewnie siedzi gdzieś w lesie ze swoimi drzewami upajając się wiosennym słońcem, nie wiedząc co się dzieje wokół niego! A może Rin, którego zżera nienawiść do ludzi? – starzec odetchnął i spokojnie kontynuował – Widzisz przecież drogie dziecko, że nie ma innych na twoje miejsce. Co prawda jesteś najmłodsza z całej rady…
- Chciałeś powiedzieć najbardziej dziecinna, prawda? – spytała elfka patrząc z pokorą na swoje buty – Wiesz, że staram się jak mogę.
- Wiem i doceniam to. Spokojnie to przyjdzie z czasem. Do tego momentu będziesz mogła na mnie liczyć! – starzec objął elfkę, która rozpłakała się w jego ramionach
- Strasznie dużo ode mnie wymagasz. Staram się z całych sił ale mi to nie wychodzi. Ja… ja chciała bym jeszcze zwiedzić trochę świata. Zastanowić się… poznać siebie. Może wtedy zmądrzeje i będę mogła… no… - wtuliła się mocniej w ramiona mistrza, głośno szlochając.
- … Mnie zastąpić. Spokojnie, dziecko, wszystkich to czeka. Musisz do tego podejść z dystansem.
- Wiem! – elfka pociągła głośno nosem i się uspokoiła – Wiem.
- Liliano, nie zapomniałaś o czymś? – spytał starzec spoglądając na kamienny krąg.
- Goście! Zapomniałam!
Liliana pożegnała się z mistrzem, pobiegła szybko do drużyny i usiadła przy nich.
- Przeeepraaaszaaam! – krzyknęła przeciągle do grupy poszukiwaczy przygód – Zaraz wam wszystko wyjaśnię!
- Dobra… - zaczęła pogubiona Wendy – Jesteś Lili tak?
- Liliana! Lili to zdrobnienie które używa tylko mistrz Falkor!
- Nie ważne! – uciszył ją Sineth - Dlaczego nas zaatakowaliście?
- To nie my… W sensie no, nie nasza społeczność tylko sam Rin. – elfka speszyła się – Widzicie, on wiele przeszedł. Niejednokrotnie ludzie wycinali drzewa lub zanieczyszczali las, Rin chciał zapobiec temu wszystkiemu pokojowo, ale ludzie stwierdzili, że nie będą się słuchać „elfiego szaleńca”. Potem było tylko gorzej, gdy Rin przychodził i błagał ich by zaprzestali swoich działań, wtedy właśnie, jakaś szajka próbowała go uciszyć i no… - Liliana przejechała palcem po lewym oku, kreśląc ślad podobny do blizny wilkołaka – Oszczędzili go szydząc z niego, że skoro nie może już wszystkiego zobaczyć, to znaczy, że nie robią nic złego. Wtedy właśnie pojawiła się w nim ta cała nienawiść, zbratał się z duchami wilków, tymi które was goniły i wpajał w nie swój cały gniew i frustrację, sprawiając że one rosły do niewyobrażalnych rozmiarów i najeżdżał nimi na pobliskie wioski, które wyniszczały las.
- Mój dziadek mi opowiadał, że wszystkie dusze trafiają do Jeziora Życia. Skąd w takim razie wzięły się te duchy? – spytał muzyk
- Trzymajcie mnie… - jęknęła poirytowana Wendy – Dusze trafiają do Jeziora Życia z własnej woli. To jest ich miejsce spokoju. Jeśli jednak uważają jakieś miejsce za bezpieczne i takie, w którym wiedzą, że mogą spędzić całą wieczność to mogą w nim pozostać. Tak samo jest ze zjawami, które nie czują się usatysfakcjonowane swoim życie lub mają niezakończone sprawy. Tracą wiedzę o drodze do jeziorka do momentu, aż nie zakończą tych spraw. – Ruda Wiedźma rozrysowała mu wszystko palcem na ziemi - Oprócz tego jest jeszcze sprawa reinkarnacji, ale chyba nie pojmiesz tego wszystkiego na raz.
- A jak stał się, no wiesz… tym…? – Sineth machał rękoma nie wiedząc jak nazwać potwora.
- Ach, tym. – na twarzy dziewczyny pojawił się grymas – Po wydarzeniach z Dwudziestką Czwórką i zniszczeniu takiej potężnej części lasu, Rin zatracił resztę swojego rozsądku. Jego gniew był tak duży, że połączył się z jednym z duchów, sprawiając, że może w większym stopniu oddziaływać na swoje ciało. Pewnie widzieliście jak Falkor się przemieniał, prawda? Każdy druid potrafi się w coś przemienić, ale jest to bardzo ograniczone, przez jego wolę i moc jaką posiada. Co prawda Rin zyskał większą moc przemiany, ale każda transformacja wyniszcza jego organizm.
- A w co ty się przemieniasz? – spytał zaciekawiony bard
- W nic! – zaśmiała się i machnęła dłonią - Nie jestem druidką tylko tropicielką. Przyjęli mnie do swojego grona, tylko dla tego, że po urodzeniu przyłączył się do mnie duch stróż. Właściwie to duszek. – zaśmiała się tropicielka a zza jej ucha wyleciał mały zielonkawy duszek wielkości kciuka. Nie miał ani rąk ani stóp, a na miejscu głowy była okrągła zielona kulka bez twarzy. – To jest Mori. Duszek tego lasu i mój największy przyjaciel – malutki ludzik ukłonił się w stronę drużyny i zapiszczał przyjemnie.
- Ooo… jaki fajny! – zapiszczała Wendy, gdy Mori przyleciał przywitać się z nią, chwytając oburącz jej palec wskazujący – Chwila, kto jeszcze oprócz twojego mistrza, ciebie i tego potwora tu jest?
- W samym lesie jest pełno druidów, ale są raczej spokojni i o nich nie musicie się martwić. Gorzej z osobami zasiadającymi w radzie. Łącznie ze mną znacie już trzech, oprócz tego jest jeszcze Balarion. Jest strasznie spokojnym druidem, którego duchem stróżem jest gigantyczny niedźwiedź.
- O jak dużym niedźwiedziu mówimy? – spytał zaciekawiony Leo
- No ciężko mi to wyrazić w metrach, ale czasem w szczególności na jesień tuż przed snem zimowym, siada mu na głowie i obserwuje cały las z nad drzew.
- Mhm… - zniechęcił się paladyn słysząc złe wieści – To nie za dobrze.
- Nie do końca – pocieszyła go Lili – Balarion jest moim przyjacielem i znam sposób by go przekonać do siebie. Kolejny jest Darion, geomanta który połączył się z duchem najstarszego drzewa w lesie. Jest strasznie ospały i rzadko kiedy go widać, ale ma największe wpływy w tym lesie, biorąc pod uwagę, że wszystkie drzewa się go słuchają i to on przeklina każdego kto wchodzi do tego lasu. Musicie mu wybaczyć, że nie pozwalał wam przejść na początku. Jednak ma u mnie dług wdzięczności, ale nie mogę opowiadać o tym. Powiedzmy, że zostanie to między mną, nim a pewną psotną wiewiórką. – elfka zaśmiała się głośno – Ale na tym kończą się dobre wiadomości, bo przeciwko wam będzie dwóch druidów.
- Oprócz tego bydlaka, kto jeszcze? – spytał Karraf, który właśnie odzyskał przytomność.
- Nie ruszaj się bracie, byłeś mocno ranny. – pouczył go paladyn.
- Rin współpracuje z Nadią, druidką opuszczonego gaju, w najstarszej części lasu. Jest najstarszą druidką w tym lesie, nawet starszą od samego Falkora, jednak wygląda nie starzej ode mnie. Podobno zna przepisy na zapomniane mikstury, w tym eliksir młodości. To tylko plotki, faktami natomiast jest to, że ma aż dwa strażnicze duchy wilka i pająka i nigdy nie odmówiła pomocy w tym lesie. Zna sposób na wszystkie możliwe choroby i problemy. Wszystkie oprócz jednego, gniewu Rina, co gorsza jego racje w pewnym momencie zaczęły i ją przekonywać. Tak bardzo zaufała i zgadzała się z Rinem, że niejednokrotnie głosowała za zamachem na pobliskie wsie wraz z nim. Wolała to zrobić jednak subtelnie, zatruwając ich studnie. Oczywiście rada nigdy się na to nie zgodzi, ale ona jest równie uparta co nasz wilczy druid.
- Ymm… To co z nami teraz będzie? – spytał Roctuss, z grymasem bólu
- Wszystko w porządku? – spytał Flin, patrząc na towarzysza
- Głowa mnie boli od uderzenia w drzewo. Przeżyję. Przejdźmy do rzeczy, odpowiedz na moje pytanie.
- Teraz zrobimy wam osąd. – powiedziała młoda elfka - Zdecydujemy czy wypuścić was z lasu, czy zabić na miejscu. Mamy czas do południa, wtedy powinni wszyscy się tu zebrać.
Łuczniczka wstała i odeszła w stronę lasu.
- Zostawiasz nas? – spytała Wendy
- Idę załatwić wam przepustkę! Spokojnie, mam plan. – Lili pomachała im, po czym jednym susem wskoczyła na gałąź drzewa i zniknęła w mgnieniu oka.
Drużyna siedziała w kręgu i częstowała się jagodami, które przyniosła Liliana. Roctuss opatrywał rany towarzyszy i razem obmyślali co zrobić dalej.
- Musimy znaleźć jakąś niewielką wieś, z kuźnią. – Karraf popatrzył po swoim zniszczonym sprzęcie – Przeżyję bez pancerza, ale muszę mieć broń, choćby prowizoryczną, oraz naprostować pawęż.
- Po drodze do Wiśniowego Płaskowyżu, powinna być mała wieś, ale nie jestem pewien czy tam jest kuźnia. – powiedział paladyn – Połóż się jeszcze, straciłeś sporo krwi.
- Dam sobie radę. – warknął krasnolud
- Brzydzę, się tym, że jest wśród was ktoś taki jak ja. – powiedział oschle Rin, stając opartym o menhir, patrząc na grupę z grymasem. Nikt nawet nie zauważył jego przybycia.
- Chyba mówi o tobie… - powiedział Sineth do brata – w końcu jesteś pół elfem, do tego leśnym.
- To w sumie nie ważne, po radzie was dopadnę, a wtedy nie będzie już tak przyjemnie! – elf ucieszył się i odszedł od kręgu
Po paru godzinach, ziemia zaczęła się trząść, a drzewa kołysać. Z jednej strony lasu wyszedł gruby elf o gęstej brunatnej brodzie, który zajadał się właśnie świeżo złowionymi rybami, tuż za nim szedł niedźwiedź wielkości sporej gospody dwupiętrowej, mimo swoich potężnych rozmiarów nie zniszczył lasu, wyglądało to tak jakby przechodził przez drzewa. Z drugiej strony lasu szła kolejna dwójka nieznajomych, jednym z nich był elf, pokryty liśćmi na plecach i głowie, którego skóra przypominała korę, a zamiast dłoni miał potężne drewniane korzenie. Tuż obok niego na fioletowo zielonym pająku jechała kolejna elfka o ciemnokasztanowych włosach i bladej cerze, wyglądała naprawdę pięknie, a na jej szyj wiła się kobra. Z innej strony wybiegła Liliana cała mokra i podbiegła do grupy.
- Co ci się stało? – spytał Flin
- Wpadłam do rzeki jak wyławiałam ryby. Długa historia. Ale przynajmniej mamy dwóch sojuszników, a to już coś. – uśmiechnęła się po czym kichnęła głośno – Mam nadzieję, że się nie przeziębię. Dobra, zaraz się zacznie. Siedźcie cicho i nic nie róbcie to może wszystko przebiegnie po naszej myśli.
Falkor sfrunął z nieba w postaci orła i przemienił się w elfa przed samym kręgiem.
- Dobrze, widzę że wszyscy już są. – zaczął starzec spokojnie rozglądając się po zgromadzonych – Tak więc bez żadnych opóźnień zaczynamy posiedzenie. Zebrałem was w sprawie tej o to grupy, która dopuściła się wtargnięcia do lasu. – Falkor wskazał ręką na Swawolną Kompanię siedzącą w środku kręgu menhirów.
- Pozwól, że ja zacznę arcymistrzu. – wyrwał się Rin – Ta o to banda, dopuściła się posiadania trójki ludzkich towarzyszy czystej krwi, niszczenia drzew, a także wtargnięcia i bezczeszczenia naszego świętego miejsca!
- Bzdura! Ludzie to nie powód do karania całej drużyny! – oburzyła się Lili
- Racja, są całkiem smaczni, ale to nie powód by zabijać resztę. – powiedział głosem podobnym do młodego niedźwiadka Balarion.
- Chciałeś chyba powiedzieć, że nie ma sensu by zabijać ich wszystkich. – poprawiła go elfka.
- No dobrze, pierwszy argument był mało przekonujący, ale cssso z drzewami. – zasyczała Nadia sycząc jak wąż.
- Hmm… Drzewa odrosną… Taki ich los… Gdy jedno upada, inne powstają… - rzekł przeciągle Darion z twarzą wpatrzoną nieobecnie w chmury.
- A co do ostatnich zarzutów, to nie zapominajmy kto ich tu doprowadził, Rinie. – zauważyła Lili, mocno akcentując jego imię
- Już dzieci, spokojnie! – krzyknął Falkor – Wydaje mi się, że to Przeznaczenie ich tu przywiodło.
- Jeśli to „Przeznaczenie”, to pozwólmy mu dalej działać. – ucieszył się Rin
- Osobiście chciałbym ich puścić wolno, bronili się, ale sprawiedliwie będzie, jeśli zostawimy to losowi. Co ma być to będzie. Kto jest za? – spytał Falkor a wszyscy druidzi podnieśli dłoń – Dobrze więc. Tym akcentem kończymy posiedzenie. Wraz z zachodem słońca zdejmę ochronną barierę z kręgu, a drużyna pójdzie wolno.
Po chwili zgromadzeni rozeszli się w swoich kierunkach. Liliana pobiegła jeszcze do Balariona i Dariona, po czym wróciła szybko do kręgu.
- Nie wiedziałem, że rady druidów tak szybko się kończą. – przyznał Sineth.
- Czyli co możemy stąd odejść? – kontynuował rozmowę Flin.
- Niestety nie poszło tak dobrze jak po mojej myśli. Liczyłam na to, że pozwolą wam odejść bezpiecznie. – zmartwiła się elfka – Ale to nic, damy sobie radę, a moi przyjaciele nam pomogą. – z włosów dziewczyny wyleciał Mori i piszcząc naprężył swoje niby ramiona – No tak, wszyscy przyjaciele nam pomogą! – ucieszyła się dziewczyna klepiąc palcem duszka po plecach.
- Masz na myśli, że nie pozwolą nam odejść bezpiecznie? Przecież chyba na to się zgodzili, prawda? – spytała Ruda Wiedźma.
- No właśnie nie. – zaprzeczyła łuczniczka – To będzie mniej więcej tak, że zdejmą barierę i wy macie stąd zniknąć. Jako druidzi możemy wam pomagać, wskazać drogę i tak dalej, ale to obusieczny miecz…
- Mogą nam też wchodzić w drogę. Rozumiemy. – pokręcił głową Karraf.
- Spokojnie, jak mówiłam, mam plan. – uśmiechnęła się do drużyny.
- No dobra, to opowiesz go nam? – spytała czarodziejka.
- Nie – Lili znowu pokazała język – Wtedy nie czuli byście przygody! W razie czego będziecie biec za mną i większość z was powinna wyjść z tego prawie cała.
- Większość z nas? I to do tego prawie cała? – spytał przerażony muzyk
- No przecież żartuję, nudziarzu. Wszystko będzie dobrze, ile razy mam to powtórzyć?
- Eee… Czy powinniśmy na coś szczególnie uważać? – spytał wciąż obolały Roctuss
- Nie dajcie się tylko złapać Rinowi! Jeżeli rozszarpie was na miejscu to macie szczęście. On jest jednak sadystą, szczególnie dla ludzi. – powiedziała tropicielka wskazując palcem na przestrogę bardowi, łotrzykowi i paladynowi – Kiedyś udusił całą bandę ludzi rzucając na nich zbiorowe zaklęcie oddychania wodą.
- Średnio zaawansowane zaklęcie pomocnicze. Służy raczej do pomocy i pozwala na zmianę płuc w skrzela. – pouczyła Wendy
- Tak, pomocne zaklęcie, ale tylko jeśli jesteś pod wodą. Nie mając płuc nie możesz oddychać na powierzchni. Rin stał tylko i patrzył jak głupcy biegli do lasu w poszukiwaniu rzeki, dusząc się przy tym. Ale to jeszcze nic! – przyznała Lili zakrywając usta dłonią – Był jeszcze raz taki przypadek, że… Jakiś drwal zgubił się i trafił na Rina. Ten spytał się czy wie jaka jest kara za ścinanie lasu, oczywiście drwal nie wiedział. Rin powiedział mu, że może odejść bezpiecznie jeżeli zje zwykły żołądź, przestraszony drwal zrobił to i zaczął powoli się oddalać. Wtedy ten potwór rzucił zaklęcie przyśpieszenia wzrostu roślin, a z żołędzia powstał potężny dąb, który normalnie urósł by na piętnaście metrów, rozsadzając w ten sposób drwala od środka. Makabra… - przerwała próbując nie zwymiotować
Wszyscy siedzieli po tym cicho, szykując się do ucieczki. Już prawie zmierzchało gdy powrócił na polanę elf z blizną, a wraz z nim banda duchowych wilków.
- Co, przyszedłeś się pożegnać? – spytał rozdrażniony Karraf.
- To raczej wy powinniście się pożegnać! – uśmiechnął się łysy elf.
Nagle z głębi lasu zaczął się wydobywać gęsty dym, który powoli pokrywał coraz większy obszar nieba nad lasem.
- Cóż to za czary? – spytał Leo
- Nadia i jej magia. Chce wywołać burzę! Będzie nam się trudniej poruszać, a niech to! – krzyknęła Liliana
Nagle niebo pociemniało i zaczęły spadać pierwsze krople deszczu.
- No to zaczynamy. - powiedział Rin zmieniając się w wilkołaka i krzycząc z bólu - Panowie brać ich!
Bariera prysła niczym bańka, a kamienie zgasły. Elfka ruszyła jako pierwsza, a za nią reszta drużyny. Za nimi wilki urosły a ich futro zmieniło się w czarny dym i ruszyły za nimi. Wszyscy pobiegli w stronę północnego wschodu. Tuż przy wejściu do lasu czekał już na nich włochaty elf.
- Tutaj, szybko! – krzyknął niskim głosem machając ręką.
- Dziękuje Balarionie, jesteś wielki! – krzyknęła Lili
- Wiem. Lećcie już! Dzięki za ryby!
Postacie zniknęły za drzewami, a ich oczom ukazały się potężne łapy duchowego niedźwiedzia pod którym przebiegli. Tuż za nim do lasu wbiegły wilki gniewu Rina, nagle niedźwiedź schylił łeb i ryknął, a wszystkie drzewa zaczęły się uginać od tego ryku. Wilki zatrzymały się niemal w miejscu i z podkulonym ogonem uciekły w przeciwnym kierunku, skamląc i zmniejszając się do pierwotnych rozmiarów ze strachu. Wilkołak wskoczył szybko na najbliższą gałąź i gonił drużynę z wysokości drzew unikając wielkiego zwierza. Rozpadało się nienażarty, deszcz mocno zacinał a błoto mocno utrudniały podróż. Wszędzie było słychać tylko szum liści, grzmoty burzy i wycie Rina. Drużyna biegła jeszcze spory czas z dużą prędkością w tych trudnych warunkach, aż w końcu Lili zwolniła nieco kroku.
- Spokojnie, jesteśmy już blisko wyjścia, możemy zwolnić! – uspokoiła drużynę.
- Ale ten bydlak wciąż nas goni! – krzyknęła Wendy.
- Spokojnie rudzielcu, mam plan! – łuczniczka odwróciła się w stronę drużyny, zatrzymując ich.
- Mam was! – krzyknął wilkołak zza pleców Lili – Już po was!
- Uwaga…! Przechodzę… - powiedział powoli Darion, powalając wilkołaka potężnym uderzeniem zdrewniałej gałęzioręki.
- Co robisz głupcze! Pomagasz im?! – krzyknął zaskoczony potwór.
- Rin? Oj przepraszam… zaraz… pomogę ci wstać… - geomanta przygwoździł go swoimi korzeniami u stóp – Nie wierć się… Zaraz ci pomogę…
- Puszczaj mnie słyszysz! – wilkołak wiercił się w błocie przygnieciony drzewną postacią – Dopadnę was jeszcze! Pożałujecie tego!
- My już idziemy Darionie. Dziękuję ci! – krzyknęła Lili i ruszyła w drogę z drużyną.
- Tylko… na siebie uważaj… Dzięki… za pomoc… z wiewiórką… - geomanta pomachał im jednym z listków na plecach.
Po krótkim czasie drużyna opuściła las. Po za obrębem drzew już nie padało, ale słońce już dawno zaszło. Kompania była przemoczona do suchej nitki, byli też zmęczeni, ale czuli niezwykłą radość z opuszczenia tego przeklętego miejsca.
- Powinniśmy rozpalić ognisko i się osuszyć! – powiedziała Liliana
- My? Masz na myśli, że przyłączasz się do nas? – spytał Flin
- No skoro prosisz, to chyba nie mogę odmówić. – mrugnęła do wszystkich oczkiem – Apsik! Może się powtarzam, ale mam nadzieję, że się nie przeziębię.
Źródło Przygód X : Gonitwa przez Zaklęty Las cz 1
- Ten goblin żartował z tymi likantropami prawda? – spytał przerażony Flin
Drużyna stała właśnie na skraju lasu po drugiej stronie Dwudziestki Czwórki i patrzyli na siebie z tym samym pytającym spojrzeniem co Flinar.
- Wiesz… są dokumenty potwierdzające istnienie likantropii, ale w zamierzchłych czasach doszło do masowych mordów tych potworów. Dzisiaj to tylko bajki, którymi straszy się dzieci. Chyba… - Wendy nie wyglądała na zbyt pewną siebie
- Nie chcę was smucić bracia i siostro ale mój zakon nauczał jak walczyć z likantropami. – powiedział Leo z twarzą pełną powagi i strachu
- C-zzyli to-o znaczy, że-e…? - wyjąkał bard
- Istnieją. – paladyn kiwnął głową
- Ale skoro nauczyli cię z nimi walczyć, to chyba nie musimy się niczego bać, prawda? – spytał Sineth
- Zakon nauczył mnie z nimi walczyć, ale z likantropem nie da się wygrać tak łatwo. Wiele paladynów poświęciło swoje życie w walce z nimi, mimo że byli uzbrojeni po zęby w srebro i broń z czystego żelaza. – rycerz rozglądał się po drużynie ze śmiertelną powagą – Nikt z was nie ma srebrnej broni, więc równie dobrze moglibyśmy takiego likantropa pogłaskać. Jesteśmy w kropce, nie możemy iść lasem z powodu likantropów, a drogą z powodu orków i goblinów.
- Skończyłeś jęczeć blondyneczko? – spytał zdenerwowany Karraf, rozpinający klamry zbroi – Nie zamierzam się teraz cofać. To, że nie można szkarady zabić, nie oznacza, że nie da się jej pokonać. Przejdziemy przez ten las jak gdyby nigdy nic, a jeżeli naprawdę nas zaatakuje będziemy go tłuc tak długo, aż się zniechęci. Przygotujcie się do biegu! – krasnolud odpiął zbroję z rąk i całą resztę od pasa w dół, zostawiając sobie sam napierśnik – Za bardzo będzie mnie to obciążać.
- Popieram Karrafa. Wszystko można zmiażdżyć, o ile ma się odpowiednio dużą siłą. – uśmiechnął się Roctuss.
- Uparte krasnoludy. Meh, niech będzie. Tylko musimy się bardzo śpieszyć. Zaraz będzie się ściemniać. – przyznała Wendy.
- Przepraszam, że wam przeszkodzę, ale wiecie, że nasi goblińscy przyjaciele mają w pobliżu dużo straszniejszych orczych przyjaciół? – spytał łotrzyk drużyny czytając jakieś papiery.
- Skąd ty to wiesz? I skąd masz te kartki? – spytał muzyk
- Pożyczyłem sobie to od nich. – uśmiechnął się głupkowato do Flina – Jak byliśmy jeszcze w wozie, zobaczyłem jakieś kartki i pomyślałem, że nikt się nie obrazi jak je wezmę. A tu nagle się okazało, że to ich raport.
- Okradłeś ich! – krzyknął paladyn
- Oj, przecież im oddam przy następnej okazji. Poza tym, może w ten sposób dowiemy się gdzie jest Anares. – powiedział złodziejaszek
- Tyle się wypytywaliśmy o samego orka, że zapomnieliśmy zapytać, gdzie teraz może być. – Flin uderzył się dłonią w twarz
Sineth wyłożył na ziemię mapę, na której znajdowały się znaczniki w kszatłcie zielonych czaszek i masa innych symboli.
- Mieli przy sobie mapę? – spytała zaskoczona czarodziejka
- Aha, a także raporty… - łotrzyk wręczył je Roctussowi - … oraz prywatny dziennik. – to także wręczył swemu bratu
- Kiedy…? Jak…? Czekaj. Co jeszcze ukradłeś? – spytał zakłopotany kapłan
- Kiedy...? Jak byliśmy w saniach. Jak..?. Szybko – uśmiechnął się złodziejaszek – A co jeszcze, to chyba tylko te papiery, jabłka i trochę złota.
- Kroczysz złą ścieżką bracie! – krzyknął Leopold
- Kroczysz złą ścieżką bracie! – przedrzeźniał go Sineth
- Siedźcie cicho i popatrzcie na mapę! – krzyknął Roctuss – Według tego co tu pisze…
- Jest napisane. – poprawiła go Wendy
- Według tego co JEST TU NAPISANE… - podkreślił zdenerwowany kapłan – wynika, że orki robią sobie małe posterunki oddalone o maksymalnie dzień drogi jazdy konnej od siebie. Zaczynając od samej pustyni – pokazał palcem na mapie i przesuwał w kierunku północy – przez Dwudziestkę Czwórkę, tuż niedaleko nas gdzie pojechali nasi towarzysze, potem na około lasu idą posterunki w kierunku wschodu, aż do tej wioski gdzie jest, aż pięć patroli. Ktoś wie co tam jest?
- Wiśniowy Płaskowyż – zląkł się Leopold – Wioska w której miałem złożyć raport moim przełożonym. Musimy się tam pośpieszyć
- Jest jeszcze jeden problem. – wskazał palcem Sineth – Niedaleko jest jedna z baz mojej gildii.
- Szanowne panienki sobie już pogadały i możemy w końcu ruszać? – spytał zdenerwowany Karraf
Wszyscy zgodnie weszli do środka lasu. Każdy miał swój powód by iść dalej, nikt już nie chciał zawracać. Zwarci, gotowi i żądni krwi. Szli szybkim tempem, a las roztaczający się wokół był dosyć przytulny i przyjemny. Było bardzo przewiewnie, a powietrze wydawało się być jakby czystsze po tej stronie Czarnej Rzeki. Wszędzie można było czuć woń kwitnących kwiatów, a wokoło słychać był śpiew ptaków i szumy leśnych zwierząt.
- Jak tutaj jest cudnie. – Stwierdziła Ruda Wiedźma – Meh, wiedziałam, że z tymi likantropami to tylko żart. Takie potwory nie mogły by żyć w tak cudnym lesie.
- To tylko las. Nic szczególnego. – warknął krasnolud
- Oj bracie, jeśli nie potrafisz docenić takiego piękna to martwię się czy w ogóle potrafisz rozróżnić piękno od paskudztwa. – stwierdził Leopold
- Gdybyś stoczył tyle walk co ja, to też byś nie potrafił docenić tego świata. Po za tym, w świecie rządzi tylko jedna zasada, zabij albo zostań zabitym, rozczulanie się nad kwiatuszkami w lesie nie pomoże ci przeżyć!
Po tych słowach Swawolna Kompania szła w milczeniu. Flinar w pewnym momencie odwrócił się i popatrzył na gałęzie.
- Czy wy też macie wrażenie, że ktoś nas obserwuje?
- Zdaje ci się. – powiedział Karraf – Nikogo nie ma w pobliżu.
Po chwili bard znowu się zatrzymał
- Stójcie! Jestem prawie pewny, że coś nas obserwuje z drzew!
- Księżniczko uspokój się. – uciszył go Sineth
- Karraf ma racje, jesteśmy tu sami. – upewnił go kapłan - Jesteś trochę przewrażliwiony od zmęczenia to tyle.
I rzeczywiście nie tylko muzyk był zmęczony, cała drużyna ociężale szła przez obecnie nierówny teren, a przyjemne leśne podszycie po którym można by stąpać nawet boso zmieniło się w ścieżkę pełną krzaków cierniowych, korzeni i pokrzyw. Drzewa rosły coraz bliżej siebie, a atmosfera była tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Wszystkim zaczęło się robić duszno.
- Muszę się stąd wydostać! Mam dość tego lasu! – wściekł się krasnolud – Nawet w podziemiach jest więcej miejsca!
- Spokojnie. – westchnęła Wendy próbując złapać trochę świeżego powietrza – Za niedługo musi się zrobić trochę przewiewniej. Jakaś polana, albo cokolwiek. Argh. Też mam już dość! Pośpieszmy się!
Robiło się coraz ciemniej, a z każdą godziną wszyscy byli coraz bardziej sfrustrowani. Każdy próbował przyśpieszyć by jak najszybciej wydostać się z tego przeklętego miejsca, jednak zmęczenie i trudności w poruszaniu się leśną drogą sprawiały, że wszyscy ledwo człapali łapiąc z trudem oddech. Po kolejnych godzinach żmudnej drogi, drużyna w końcu ujrzała światło pochodni ukrytej daleko za drzewami.
- Szybko! Tam musi być czym oddychać! Ruszajcie się! - krzyknął Sineth i wybiegł z szeregu na prawo w stronę światła
- Stój! – zatrzymał go Leopold, łapiąc go za ramię – Pomyśl trochę, nawet jakby to było światło pochodni, to prawdopodobnie kierowało by nas prosto do orczego obozowiska. Pewna śmierć – zamilkł na chwilę i dyszał głośno – Jest jednak jeszcze gorzej. Biorąc pod uwagę nagłą zmianę warunków i nienaturalną duszność stwierdzam, że las jest przeklęty… a to tam w oddali… - dyszał coraz mocniej
- To błędny ognik. – dokończyła Wendy widząc męczącego się paladyna – Musimy… iść dalej.
Nikt nie mógł już normalnie oddychać, wszyscy czuli się osaczeni przez drzewa, byli już na skraju sił i wytrzymania nerwowego. Wendy zawiesiła się na paladynie, Sineth wspierał się bratem, a Flinar szedł oparty o lasce. Sytuacja była kryzysowa, a każdy zdawał sobie doskonale sprawę z powagi sytuacji.
- Czy wy też coś słyszycie? – spytał się Flin, a jego głos odbijał się złowrogim echem od drzew
- Niby co? – spytał zdenerwowany Sineth, a jego głos zdawał się przeciągać jakby był w tunelu
- Coś jakby krzyki z oddali.
- Mam dość tego przeklętego lasu! – krzyknął Karraf a jego głos brzmiał jak ryczenie dużego zwierza
Zdenerwowany krasnolud dobył broni i zaczął uderzać bez przemyślenia w drzewa stojące najbliżej po czym zaczął je kopać i starać się je obalić. Po tym dziwnym zachowaniu wszyscy zaczęli się bać o własne życie, „a co jeśli on przestane atakować drzewa i zabierze się za nas?”, każdy myślał w ten sposób. Nagle ostatnim aktem siły i wytrwałości krasnolud rozbiegł się, skoczył na drzewo i obalił je z wielkim hukiem, lecąc przytulonym do niego. Nagły powiew świeżego powietrza niemal zwalił wszystkich z nóg, a po chwili ulgi wszyscy wybiegli przez „wyjście”. Wtedy drużyna zrozumiała coś przerażającego.
- Wróciliśmy się! – krzyknął paladyn wskazując na części zbroi leżące na ziemi
- Rozbijamy tutaj obóz. Jest już zbyt ciemno i nikt nie ma siły na przeprawę przez ten przeklęty las. – oznajmiła Wendy siadając na polanie pomiędzy Dwudziestką Czwórką, a lasem
Było już bardzo ciemno i grubo po północy. Jedynie obalone drzewo, które pocięli i podpalili dawało jakieś światło. Drużyna w końcu poszła spać stojąc na wartach parami. Po paru godzinach tuż przed świtem na warcie stał Flin wraz z Sinethem. Oparci o siebie plecami obserwowali całą okolicę. Nie byli zbyt rozmowni, biorąc pod uwagę ciągłe psoty łotrzyka, bard nie miał najzwyczajniej ochoty na rozmowę. W pewnym momencie usłyszeli szelest, a w lesie dostrzegli blado żółte ślepia, wpatrujące się w nich. Był ich co najmniej tuzin, a ze stron oczu, słychać było można coraz głośniejszy warkot. Po chwili jedne ślepia wysunęły się nieco zza drzew i było widać czym jest ten stwór. Wilk, o ciemnej jak smoła maści i wielkości średniego niedźwiedzia. Potwór zaczął pokazywać paszczę wypełnioną kłami wielkości sztyletów.
- Hej pobudka! – krzyknął Sineth – Żadnych gwałtownych ruchów! Mamy towarzystwo.
Drużyna nie wstając rozejrzała się i zobaczyła stojących niecałe dwadzieścia metrów od nich watahę potwornych wilków.
- Co teraz? – spytała Wendy
- Mam pomysł… - wyszeptał Flinar - … ale może nie wypalić. Wtedy niech się mięśniacy wykażą.
Bard wyciągnął fletnię Pana, którą miał zawieszoną na szyi i zaczął powoli grać. Gdy rozbrzmiały pierwsze piskliwe dźwięki zwierzęta poruszyły się w bliżej w stronę drużyny, chcąc niemal rzucić się na grupę, jednak kolejne dźwięki jakie wydawał muzyk, sprawiały wilki w osłupienie. Przestały warczeć i powoli zaczęły się wycofywać do tyłu z podkulonymi ogonami. Bohaterowie powoli wstali i ruszyli za grającego barda, przyszykowani do najgorszego. Nagle wilki usiadły jak gdyby na rozkaz.
- To chyba działa. – ucieszył się łotrzyk
- Przepraszam, co działa? – rozległ się oschły głos za plecami Swawolnej Kompani.
Wszyscy się gwałtownie odwrócili i ujrzeli łysego elfa leśnego z potworną szramą przechodzącą przez uszkodzone lewe oko. Ubrany był w tradycyjny mundur leśnych zwiadowców, o zielonym kolorze stapiającym się z otoczeniem, na to wszystko zarzucona była skórzana zbroja paskowa. Nie miał przy sobie żadnej broni oprócz skórzanych karwaszy z wykrzywionymi pazurami przypominającymi pazury.
- Nagle wam języka w gębach zabrakło? W lesie byliście tacy głośni. – Ciągnął dalej bardzo oschle
- Jestem Flin i wraz z dru… - zaczął przerażony Flinar
- Nie o to pytałem. Co tu robicie i czego ścinacie drzewa?
- Próbowaliśmy przedostać się przez ten las, ale okazało się to niemożliwe, gdyż las jest przeklęty. Ratując się musieliśmy powalić jedno drzewo. – zaczął Roctuss
- Potem rozbiliśmy obóz, a chwilę temu zaatakowało nas stado wilków. Na szczęście nikt nie ucierpiał, gdyż uspokoiłem je za pomocą magicznego fletu. – dokończył bard
- Skąd masz tą świętą relikwie? – elf wycelował w muzyka swymi szponami
- Dostałem od Sinetha… Święta relikwia? – bard popatrzył z przerażeniem na łotrzyka
- Hahaha… Pamiętasz tę bajeczkę, o tym, że znalazłem to w zamkowej piwnicy? – śmiał się głośno łotrzyk – Hahaha, tak naprawdę to buchnąłem ją jakiemuś druidowi w lasach koło zamku. Hahaha
- Zginiecie za taką arogancję! Panowie, brać ich! – krzyknął leśny elf
Nagle elf zgiął się w pół niczym ugodzony mieczem w żołądek, po czym jego strój magicznie wtopił się w ciało, a na jego miejscu pojawiła się gęsta czarna jak smoła sierść, zachowaniem przypominająca bardziej dym niż włosy. Zaczął rosnąć, aż do niewyobrażalnych trzech metrów, a jego nogi zmieniły się w potężne łapy. Paznokcie u rąk odpadły krwawiąc, a na ich miejscu pojawiły się długie i ostre szpony, w podobny sposób zęby zmieniły się w kły w wydłużającej się paszczy. Jego ręce wydłużyły się dość groteskowo, gdyż mógł na stojąco na spokojnie dotknąć ziemi, jednak nikomu nie było do śmiechu, gdyż wszyscy wiedzieli, że dzięki temu jest jeszcze bardziej zabójczy. Gdy transformacja dobiegła końca i przestał krzyczeć w agonii, ryknął najgłośniej jak potrafił prezentując drużynie swoją wielką paszczę, większej nawet od krokodylich paszcz.
- W nogi! Przez las! – krzyknął Leopold
Jednak gdy tylko drużyna się odwróciła z lasu wybiegła cała wataha wilków. Silniejsi z drużyny po prostu odrzucali je za siebie, upewniając się, że nie rzucą się na drużynę. Reszta po prostu ich unikała i biegła w kierunku lasu. Flin oślepił jednego z szarżujących na niego wilków, za pomocą iluzji błysku światła. Oślepiony i rozpędzony potworny wilk wpadł na wilkołaka powalając go. Swawolna Kompania wbiegła do lasu, nie bacząc na nic. Drogę oświetlał im jedynie korbacz paladyna. Biegli szybko i przed siebie nie spoglądając nawet w tył, gdy nagle rozległo się przenikliwe wycie wilkołaka, które zmroziło im krew w żyłach. Jednak samo wycie nie było przerażające, a fakt, że z każdej strony nadciągały odpowiedzi, niemal z całego lasu. Muzyk wpadł na pewien podstęp, stworzył kulkę światła podobną do światła korbacza i puścił go w innym kierunku niż oni biegli. Zadziałało, stukot łap o ziemię i korzenie milkł powoli, gdy zwierzęta biegły za przynętą barda. Mimo to nikt się nie zatrzymał, dalej czuli się zaszczuci i gonieni. Nareszcie zaczęło świtać, a promienie słońca w końcu oświetliły im teren i co więcej wskazały drogę ucieczki. Przez drzewa można było w końcu zobaczyć wielką polanę. Wszyscy przemknęli się przez drzewa i wyszli w końcu na otwarty teren, wtedy z drzew zeskoczył koszmarny wilkołak.
- Teraz was mam! Nie macie gdzie się schować ani uciec, a las jest przeciwko wam! – krzyknął warcząc donośnie.
Trójka siłaczy bez zastanowienia rzuciła się na bestię. Najpierw natarł Karraf ze swoim pawężem wytrącając potwora z równowagi, zaraz po nim Leopold potężnym uderzeniem w łapy powalił przeciwnika na kolana, chwilę potem Roctuss przywołał duchowy młot i uderzył z całej siły w łeb potwora, skręcając mu kark i łamiąc przy tym część szczęki. Likantrop padł na ziemię brzuchem do dołu, jego skręcona głowa patrzyła jednak na niebo. Kapłan stanął nad nim i zamachnął się swoim dwuręcznym młotem. Wszyscy byli gotowi na potężny huk i fontannę krwi jak w przypadku walki z wampirem, jednak do tego nie doszło. Wszyscy patrzyli zdumieni, jak „martwy” wilkołak zatrzymał jedną ręką głowicę młota, po czym powoli zaczął wstawać. Wszystkich zamurowało, stali i patrzyli się jak bezwiedna głowa opada na klatkę stwora, po czym nastawił ją sobie wolną ręką.
- No pięknie. – powiedział elficki krasnolud
Po tych słowach, potwór zaryczał potwornie i rzucił kapłanem wraz z młotem prosto na drzewa łamiąc je przy tym, następnie zaczął machać łapami w stronę krasnoluda. Łapy zahaczały o ziemię, a ostre pazury orały ją i wyrywały trawę, która leciała kępkami wprost na twarz Krasnoludzkiego Kata. Karraf dźgnął potwora w klatkę piersiową, jednak ten nie zdał sobie z tego najmniejszej sprawy i rzucił się na krasnoluda, łamiąc trzonek halabardy w drobne drzazgi, i próbował go pożreć w całości. Gdyby nie pawęż krasnoluda, zginął by, jednak zablokował nim szczękę likantropa. Wilkołak nie był tym zadowolony i potężnym uderzeniem zniszczył mu napierśnik, jednocześnie łamiąc rękę z pawężem. Huk niszczonego napierśnika był ogłuszający, a Karraf padł krwawiąc obficie. Wtedy Leo skończył z inkantacją modlitwy i wymierzył w przeciwnika tarczą.
- Niech światło Utevi cię pochłonie, istoto nocy!
Niewyobrażalny snop światła wystrzelił z tarczy raniąc potwora i posyłając go dziesięć metrów dalej. Można było słyszeć skwierczenie i czuć zapach spalonej skóry lykantropa. Z lasu podbiegł obolały Roctuss i pomógł Leo podnieść Karrafa. Wszyscy znowu biegli, aż nie spostrzegli się, że ranny wilkołak już jest na nogach i biegnie w ich stronę. Byli zmęczeni i bliscy śmierci, spodziewali się najgorszego.
Źródło Przygód IX : Bolesne wspomnienia i przeprawa przez Dwudziestkę Czwórkę
Ciepły poranek zbudził wypoczętą załogę następnego dnia. Po godzinie wszyscy zajadali się już świeżym jeleniem, którego upolował Roctuss. Wszyscy byli wyjątkowo szczęśliwi bezpieczną podróżą i długim odpoczynkiem. Bohaterowie rozmawiali między sobą żartując i niekiedy sobie dokuczając. Aż w końcu padły słowa, które każdy chciał zadać.
- Leo, może opowiedział byś coś o sobie? – spytał Flinar – Wcześniej nie było możliwości na spokojną rozmowę, ale teraz mógłbyś nam coś zdradzić o swojej przeszłości.
- Nie ma o czym mówić. – uśmechnął się Leopold
- Och nie bądź taki skromny – zachęcał go Flin
- Nie jestem. – paladyn spuścił głowę – W moim zakonie panuje dość rygorystyczny kodeks. Każdy kto chce zostać paladynem musi przejść próby oczyszczenia. Najpierw przykuli mnie do ściany i wypytywali o różne rzeczy, skąd pochodzę, czy mam rodzinę, czy mam marzenia i wiele innych rzeczy. I jak złoto oczyszczali mnie w ogniu. Z każdym pytaniem, wyższy paladyn przystawiał zapaloną pochodnię do mojego ciała, a inni paladyni mnie leczyli. W ten sposób nie mogłem zginąć ale czułem potworny ból. Po tych torturach pytali znowu o te same pytania, gdy nie potrafiłem na nie odpowiedzieć przechodzili od następnego, i tak w kółko. W ten sposób zahartowali moje serce i oczyścili mnie z grzechu pamięci.
- Niczego już nie pamiętasz z przed zakonu? To okropne! – krzyknęła Wendy
- Nie, nie pozwoliłem sobie zabrać jednego wspomnienia. Mojej małej siostrzyczki Jagody i jej ostatnich słów : „Obiecaj, że jak zostaniesz wielkim paladynem to o mnie nie zapomnisz i przyjdziesz kiedyś po mnie! Obiecaj”, wtedy złożyłem swoją pierwszą obietnicę na mój honor. I pomimo wielokrotnego przypalania nie zapomniałem o niej, ani o przysiędze. Nie wiem tylko gdzie może ona być. Mam tylko nadzieję, że jest cała i zdrowa.
- To strasznie przykre – powiedziała czarodziejka zasłaniając dłonią twarz
- Tak, to prawda, ale dzięki temu zdobyłem moc by tępić plugastwa tego świata, by nikt nie cierpiał i aby moja siostrzyczka była od nich bezpieczna, gdziekolwiek jest!
- Podziwiam twój honor wojownika i hart ducha – stwierdził Karraf
- Niewiarygodne, jesteś pierwszą osobą, którą docenił nasz wojownik – Sineth wyglądał na naprawdę zaskoczonego tą sytuacją
- Cieszy mnie to – paladyn znowu się rozpromienił –Ale pomimo tego jak ciężkie życie wiodłem w zakonie, to jedno muszę im przyznać, tworzą świetnych żołnierzy. Całymi dniami toczyliśmy walki, częstowano truciznami i leczono nas by nasz organizm starał się sam zwalczać zatrucia. Gdy miałem około dwudziestu wiosen, założyli mi magiczną kolczugę, rozgrzaną do czerwoności. Nałożyli ją na skórę. Po trzech dniach potwornego bólu nie było już różnicy pomiędzy skórą a kolczugą, a moja klatka piersiowa jest praktycznie nietykalna. – Paladyn ściągnął napierśnik i koszulę pokazując wszystkim niewielkie kółka schowane pod skórą na powierzchni całego torsu – Dopiero po tym wszystkim zaczęli nauczać nas magii dobra i światła.
- To okrutne! Barbarzyńcy! – zbulwersował się bard ze łzami w oczach
- Było minęło. Jeszcze trochę a słońce zastanie nas w zenicie. – zaśmiał się Leo
- To jak? Ruszamy dalej za śladami czy próbujemy przejść tutaj Dwudziestkę Czwórkę? – spytał Roctuss
- Jakimi śladami? Ślady kończą się tutaj, więc prawdopodobnie Anares przeszedł tędy przełęcz – zauważyła Wendy
- Jakby tak było to bym nie pytał – zniechęcił się kapłan mówiąc przeciągle – Jak się przypatrzysz to ktoś nieudolnie próbował podrobić ślady tak. aby wyglądało, że tutaj się kończą. A jak popatrzysz tam… - elficki krasnolud wskazał na zachód – …to ktoś na szybko zacierał oryginalne ślady i nawet postawił zdeptany wcześniej krzak.
- Czyli co, nasz ork to ogrodnik? – spytał Fllin a cała drużyna buchnęła śmiechem
- Pomiędzy mordowaniem a plądrowaniem lubię wyplenić swój ogródek – zażartował paladyn
Cała drużyna śmiała się przez dłuższy czas żartując co chwila z Anaresa.
- Dobra… dość! Musimy… się w końcu zbierać – stwierdziła czarodziejka przerywając co chwila na śmiech
Swawolna Kompania zebrała się i po krótkim przygotowaniu ruszyli za śladami. Na początku prowadził kapłan gdyż jako jedyny widział zatarte ślady, później jednak ślady nie były zacierane i drużyna nie musiała iść już gęsiego. Po około godzinie drużyna usłyszała pierwsze, piskliwe głosy ich „zwierzyny”. Drużyna przygotowała się do walki na szybko wyciągając broń i szykując formację. Najpierw wybiegli Karraf i Leopold szarżując na wroga bezpośrednio, Mroczni Bracia wybiegali po bokach flankując wroga i blokując im drogi ucieczki. Wendy wraz z Flinarem pozostali za drzewami pilnując tyłów.
- Stójcie! Proszę! Nie róbcie nam krzywdy! – skrzeczał jeden z goblinów, a cała ich gromada padła na kolana w geście poddania – Poddajemy się! Nie róbcie nam krzywdy!
Krasnolud nie zatrzymał się i biegł dalej na swoją ofiarę, zamachnął się swoją halabardą i celował prosto w kark przeciwnika. Nagle Leo skoczył na niego odbijając cios tarczą, wybijając krasnoluda z rytmu i przewracając go tym samym.
- Po czyjej ty jesteś stronie, co?! – zagrzał się Karraf
- Poddali się! Nie możemy ich zabić! Nie jesteśmy mordercami! – odkrzyknął paladyn
- Mów za siebie! – oburzył się Sineth
- Dobra… - powiedział z niechęcią kapłan - … schowajcie broń! A wasza dwójka może już wyjść zza drzew!
Drużyna zebrała się razem i otoczyła grupkę ciemno-zielono skórych goblinów, zastanawiając się co z nimi zrobić. Część mówiła by ich zabić, inni by ich puścić wolno, jednak wszyscy doszli do tego jednogłośnie aby ich przesłuchać.
- Co tu robicie? – zaczął Flin
- Przywieźliśmy zapasy naszym najemnikom. Jesteśmy jedynie prostymi kupcami na usługach Wielkiego Wodza, ale nie jesteśmy żołnierzami! Oszczędźcie nas, a weźcie sobie w zamian nasze rzeczy! – zaskrzeczał ich przywódca wijąc się po ziemi błagalnie
Drużyna rozejrzała się po obozowisku. Było w nim raptem dwa namioty, kilka skrzyń wypełnione skórzniami, bronią i owocami. Obok stały wielki drewniane sanie i wielka bestia podobna do tej, której dosiadał Anares.
- Mówią prawdę – potwierdził Leo – A ta wielka bestia?
- To Mamatarraqi! Boskie zwierzęta Grrosha dla istot tylko o czystym sercu i dobrych intencjach. Jest ich nie wiele, a ten jest mój. Ale nie możecie mi go zabrać!
- A to niby czemu? – zdenerwował się Karraf
- Bo się was nie posłuchają! One słuchają tylko wybrańców, jak mówiłem istoty o czystym sercu, nikogo innego. Wolą zdechnąć niż działać wbrew swojej woli, a były i takie przypadki. To zwierzę bardzo lojalne i nawet jeśli odłączy się od swego właściciela to zrobi wszystko by do niego wrócić. Nie da się go ukraść i tyle!
- Nie chcesz mi wmówić, że Anares swojego dostał za dobre intencje zamordowania nas? – kontynuował rozgniewany krasnolud
- Karraf uspokój się! – krzyknął Flin
- Wielki Wódz jest czysty jak łza! To najwspanialszy i najbardziej honorowy zielonoskóry jaki znam!
- Chyba szaroskóry? – spytał Flinar
- Meh… trzymajcie mnie. – Wendy wyglądała jakby miała zaraz uderzyć barda za żenujące pytanie - Zielonoskórzy to określenie na istoty spokrewnione z orkami, między innymi gobliny, hobgobliny, ogre i trolle. Nie wszystkie mają zielone skóry, a mimo to należą do tej samej rodziny.
- Czekaj… powiedziałeś, że to ON jest waszym Wielkim Wodzem?! – zdziwił się muzyk
- Tak to prawda. Wielki Wódz jest wodzem mego wodza. Może my gobliny nie służymy mu bezpośrednio, ale jeśli on coś powie, to nasz wódz też tak mówi, a my to robimy.
- Czekaj, wódz… wódza… wódzem… pogubiłem się – przyznał ze śmiechem desperacji Flin
- Jak?! – krzyknęli wszyscy zgromadzeni zasłaniając dłonią twarz
- Tak czy siak Wielki Wódz zrobił wiele dla zielonoskórych. Najpierw zakończył wojnę między goblinami a niziołkami, później pojednał orcze klany jednocześnie godząc je z hobgoblinami, jakby tego było mało uwolnił z niewoli wiele ogrów i trolli z krasnoludzkich i ludzkich kopalń. Jest naszym wybawicielem i ostatnim przedstawicielem orków Gór Rogatych.
- Co się stało z Rogatymi Górami? – spytała Wendy
- Jakieś dwieście lat temu pomiędzy obecnymi Południowymi Bliźniaczymi Górami tuż koło pustyni Narashiel, nie było przerwy i był to jeden pas górski. Właśnie tam znajdowały się Rogate Góry, na których żyła najpotężniejsza rasa orków; czterometrowe z parą krótkich wygiętych rogów szare orki. Jednak wszyscy się ich obawiali i mieli wielu wrogów, których miażdżyli jeden po drugim bez żadnego trudu. Wtedy te przeklęte niziołki – goblin splunął na ziemię – przyszły z jakimiś dziwnymi beczkami pod górę i zostawiły je z wbitą pochodnią. Następnego dnia słychać było grzmot, jakby potężna burza miała się właśnie zacząć, ale jedyne co się stało to to, że góry już nie było.
- To straszne! – krzyknął Flin – Czyli wychodzi na to, że Anares nie jest taki zły.
- Nie do końca. Słuchaj bracie, życie nie składa się z czerni i bieli. I wbrew mylnym opiniom nie ma też żadnych odcieni szarości. – powiedział ze śmiertelną powagą Leo – Są tylko strony konfliktu. Mój zakon naucza, że co dobre dla rzeźnika, złe jest dla świni. To, że nasz ork jest dobrym wodzem nie może wykluczać, że jest zagrożeniem ludzi a przynajmniej naszej grupy.
- Co do twojego wykładu moralnego chciała bym coś wtrącić. – odezwała się kapłanka Katona – Mój mistrz Furion mawiał „Zło rodzi się z krzywdą innych. Bądź płomyczkiem, który grzeje dłonie a nie je parzy”. Co na to twój zakon?
- Twój mistrz też ma racje – kontynuował Leo – Jeżeli chodzi o moralność to nie ma ani złych ani dobrych odpowiedzi. Powinniśmy sami zdecydować co dla nas jest dobre a co złe, a słowa twojego mistrza powinny być ścieżką, którą nasza moralność powinna kroczyć.
- Powinniśmy się zastanowić co zrobimy z Anaresem. Może jednak nie powinniśmy z nim walczyć tylko z nim porozmawiać? – zaproponował Flinar
- Powinien zginąć od co. – stwierdził bez wahania Karraf a Sineth mu przytaknął – Próbował nas zabić to wystarczający powód.
- A może znalazł się tylko w takiej sytuacji. Porozmawiajmy z nim! – powtórzył Flin a za nim stanął Leopold
- Ja się wolę wstrzymać z decyzją. - przyznał się Roctuss – Rozumiem, że uważacie, że jest zły ale mamatarraq nie pozwolił by się dosiąść jakby nie miał czystych intencji – kapłan głaskał teraz zwierzę po pysku skrzyżowanego woła z nosorożcem – One mają takie spojrzenie jednocześnie przeszywające i takie pełne zrozumienia i współczucia.
- A co ty na to wiedźmo? – spytał wojownik – W końcu od początku podróżowaliśmy tylko po to by go zabić. Chciał cię porwać.
- Nie wiem… musicie dać mi trochę czasu. – ruda kobieta chodziła chwilę po obozie mocno zamyślona – Zdecydowałam, że chcę się najpierw dowiedzieć czego chce ode mnie, później zadecydujemy nad jego losem.
- A pro po czasu, wspominałeś, że wybuch Gór Rogatych miał miejsce dwieście lat temu, jak stary jest w takim razie Anares? – spytał Roctuss
- Wielki Wódz przetrwał już sześćset zim i jeszcze wiele go czeka. – wódz wyglądał na poddenerwowanego tym ciągłym przesłuchaniem, martwił się także o swoją załogę i towary – Proszę, możemy już iść? Proszę puśćcie chociaż moich ludzi, za Czarną Rzeką mają rodziny. Okażcie chociaż im litość. Błagam…
- Spokojnie nie chcemy was zabić… - uspokoił ich Flin - …Czarna Rzeka? Masz na myśli Dwudziestkę Czwórkę? Możecie się przez nią przedostać?
- Tak, sanie zaprzęgnięte w mamatarraqa są wystarczająco szybkie by nikt nie ucierpiał w piasku, w szczególności jeśli wszystko zakryje się mokrą skórą.
- A zwierzę? – spytał kapłan
- Bydło Grrosha ma skórę jak skała, wystarczająco twarde by przetrwać cwał w tych przeklętych piaskach.
- W takim razie zabierzcie nas na drugi brzeg a nikomu nic się nie stanie! – krzyknął Sineth wyciągając przeklętą broń
- Mój przyjaciel miał na myśli, że prosimy was o pomoc w podróży, spokojnie nikomu nic się nie stanie – uspokoił wszystkich Leopold
- Nie! – oburzył się skrytobójca celując w paladyna ostrzem
- Masz jakiś problem? – spytał rycerz odbijając krótki miecz swoją tarczą
- Tak, ciebie!
- Uspokójcie się oboje! – krzyknął Flin – Mamy na głowie ważniejsze problemy niż wasze dziecinne sztuczki!
- Hahaha no to teraz mnie przeraziłeś – zaśmiał się łotrzyk
- Wybacz mi bracie ale… hehehe… muszę się tym razem zgodzić z tym rzezimieszkiem – dołączył paladyn do nabijania się z Flinara
- Tak czy siak… Moglibyście nas zabrać? – spytał bard skompromitowany śmiechem Swawolnej Kompani
- Nie wiem czy damy radę z takim obciążeniem… - zaskrzeczał goblin
- Wzmocnię wasze sanie runami – powiedział Roctuss – Wieczorem będziemy mogli ruszać jeżeli wszyscy jesteście gotowi
Goblin jedynie przytaknął. Drużyna ruszyła pozbierać jagody, którymi kapłan miał narysować runy. W obozie zostali jedynie paladyn, łotrzyk i czarownica pilnując bardziej siebie nawzajem niż goblinów. Sineth błąkał się po obozie myśląc nad czymś, w tym czasie pozostała dwójka ucinała sobie małą pogawędkę. Wendy wyglądała na bardziej zadowoloną z rozmowy z Leo niż ostatniej, prawdopodobnie przez jego poglądy, z którymi w większości się zgadzała. Skrytobójca był znużony ich rozmową i odszedł kawałek, by ulżyć naturze. Po uldze wolności, zaczął wspominać sobie walkę z wampirem i wpadł na genialny pomysł. Wyciągnął Ostrze Krwawego Władcy i przebił nim swój mostek, pomimo wbicia go niemal do rękojeści ostrze nie przeszło na wylot, jakby rozpuściło się wewnątrz jego piersi. Sineth stłumił chęć krzyknięcia z bólu, pomimo, że czuł, że wpadł na bardzo głupi i śmiertelny wybryk. Po chwili wysunął ostrze, które po chwili rozpuściło się w jego dłoni, a u jego stóp pojawiła się kałuża, która nagle zaczęła wrzeć a z oparów wyjawiała się powoli sylwetka łotrzyka. Zaskoczony Sineth stał właśnie przed swoim klonem nie wiedząc co dokładnie się stało ani jak zachować się w tej sytuacji. Krwawy klon zimitował niemal wszystko, łącznie z ciuchami i bronią. Skrytobójca zaczął machać przed nim ręką, a klon powtarzał wszystko dokładnie jakby był lustrzanym odbiciem. Łotrzyk schował dłoń za plecami i przygotował sobie dokładnie trzy palce wyciągnięte i szybko pokazał je klonowi, który idealnie to skopiował. Sineth chciał jeszcze jakiegoś dowodu, położył jedną dłoń na czubku głowy, a drugą umieścił pod pachą, skacząc w rozkroku udawał małpę robiąc przy tym głupie miny. Klon tego nie powtórzył.
- Wiesz, że jakby ktoś nas teraz zobaczył to cała drużyna zabiła by nas śmiechem? – spytał klon
- A! Ty mówisz? – przeraził się łotrzyk
- A! Ty też?! Nie, czekaj. To nie robi jednak na mnie wrażenia. Przecież nawet Karraf potrafi mówić. – zaśmiała się podróbka
- Haha, racja. – przytaknął oryginał – Czy już mówiłem jak bardzo lubię siebie?
- Och, powinienem przestać, bo sam się zarumienię – sobowtór przybił piątkę z Sinethem
- Czekaj czy to znaczy, że jak ty tu jesteś to nie mam ostrza?
- Nie mam pojęcia? Wiem tyle co ty. – posmutniał klon po czym pomyślał – [czyli za dużo to ja nie wiem]
- Ej słyszałem to! Chwila czy ty to powiedziałeś bez ruszania ustami? – spytał łotrzyk
- [Myślisz, że możemy się komunikować za pomocą myśli?] – popatrzył na niego pytająco sobowtór
- [O tak… Rządzimy. Czekaj, czy myślisz o tym co ja?] – uśmiechnął się parszywie
Leopold i Wendy, właśnie kończyli rozmawiać na tematy swoich zakonów i poglądów moralnych, gdy spostrzegli wracającego Sinetha.
- Gdzieś ty był? – spytała Wendy
- Byłem odcedzić kartofelki. Czy muszę wam o wszystkim mówić? – zbulwersował się łotrzyk – A teraz, dla waszej wiadomości idę poszukać tych matołków, bo pewnie się zgubili.
Gdy Sineth całkiem znikł z pola widzenia siedzącej pary, zza sań wyszedł klon idąc tak samo jak poprzednik.
- Poczekaj bracie, czy ty chwile temu nie przechodziłeś tędy? – spytał zaskoczony paladyn
- Nie, byłem odcedzić kartofelki. Czy muszę wam o wszystkim mówić? – zbulwersował się klon – A teraz, dla waszej wiadomości idę poszukać tych matołków, bo pewnie się zgubili.
Gdy klon zniknął za drzewami tak jak oryginał, dwójka była zdziwiona zaistniałą sytuacją. Gdy nagle rozległ się gromki śmiech zza drzew zrozumieli, że nie mieli przywidzeń.
- Sineth! Wracaj tu do cholery! – krzyknęła wściekła czarodziejka
- Który? – odpowiedzieli „bliźniacy” zza drzew
- Jak to, który? Nie rób sobie z nas żartów! Wychodź albo spalę cię wraz z lasem!
Dwójka łotrzyków wręcz wyskoczyła z ukrycia, przerażona niezakończonym okresem kapłanki Katona. Czarodziejka wytrzeszczała oczy na dwójkę psotników.
- Użyłeś ostrza, prawda? Mówiłem, że to niebezpieczne! – krzyknął Leo
- Spokojnie. Nic nam nie jest. Tylko nie mam teraz ostrza – zasmucił się łotrzyk
- Twoja głupota sprowadzi na ciebie śmierć, bracie!
- Nie jestem głupi! – Sineth wraz z klonem celowali w niego swymi pięściami – Gdybyśmy tylko mieli ostrza to nie byłbyś już taki rozmowny!
Nagle z dłoni obydwu skrytobójców zaczęła płynąć krew z blizny po Krwawym Ostrzu, a z ich krwi stworzyła się nowa replika broni.
- O tak! Czyli jednak ostrze ZAWSZE do mnie wróci. A teraz paladynie… - łotrzyk nagle usiadł - …oł kręci mi się w głowie.
- To dla tego, że jesteś poważnie ranny. Tworząc swojego sobowtóra za bardzo wyniszczasz swój organizm. Nie powinieneś tego robić za często inaczej umrzesz!
- Teraz nawet nie mamy możliwości cię uleczyć! Ani ja, ani twój brat! Odpocznij teraz! – zarządził paladyn – A ciebie będę miał na oku, podróbko!
- Ej! Jestem nim! – klon wskazał na siedzącego łotrzyka – Ale jak chcesz. Chwila, czy jeżeli ja zniknę to czy on wróci do sił?
- Nie mam pojęcia. Na pewno na tym nie ucierpi. Przynajmniej tamten maszkaron nie ucierpiał po śmierci swego klona.
- [Zobaczymy się jak wyzdrowiejesz. Teraz nie jestem wam potrzebny.] – klon pożegnał się skinieniem głowy i skoczył do szalejących piasków Dwudziestki Czwórki – AAA!!! Co za ból! Żałuję tego! AAA!!!
Drużyna oglądała makabryczne przedstawienie jak czarny piach niesiony przez wichurę w mgnieniu oka zdarł z niego ciało, skórę i oddzielił mięśnie od kości. Klon nagle zmienił się z powrotem w gotującą się krew i zniknął w krwawych oparach.
- Z tego co wyczytałem w księgach zakonu, to byłem przekonany, że klony nie czują bólu. – Przyznał zaskoczony Leopold
- Bo nie czuł. Robił sobie z was znowu żarty – zaśmiał się Sineth
- Zdawało mi się czy ktoś krzyczał? – spytał zaniepokojony Roctuss
- Zdawało ci się. – odpowiedział Sineth uciszając spojrzeniem zdenerwowanych Wendy i Leopolda – Macie wszystko co potrzeba?
- Tak, teraz wystarczy, że dacie mi odpowiednio dużo czasu, by nałożyć runy – powiedział kapłan – Nie wiem… przygotujcie się do drogi albo coś.
Drużyna posłuchała się kapłana i podzielili się na mniejsze grupki. Paladyn pilnował Sinetha by nic więcej nie próbował z przeklętym ostrzem. Karraf dał swój napierśnik Flinarowi do założenia i kazał mu ćwiczyć w nim do końca dnia, dając mu typowe ćwiczenia żołnierskiej musztry łączone z ćwiczeniami na budowę muskulatury atlety. Elfickiemu krasnoludowi pomagała Ruda Wiedźma, oboje rozgniatali jagody w moździerzach, robiąc z farbę potrzebną na runy.
- Ale nie wyjadaj tego bo nie starczy! – zezłościł się Roctuss
- No przecież… mmmćś… nie jem tego! – zaprzeczyła Wendy mlaskając głośno
- Zostało ci jeszcze na policzku… - zniechęcił się jeszcze bardziej kapłan
- Jak to się tu wzięło? – zaśmiała się pod nosem czarodziejka udając zaskoczoną
Późnym popołudniem kapłan skończył zapisywać runy, na całe szczęście pomimo „wcale nie podkradającej” kapłance Katona, starczyło mu dżemu na całą pracę i jeszcze coś zostało dla jego pomocnicy. Kapłan po chwili zobaczył przywódcę goblinów, który zlizywał część liter.
- Co ty robisz!? – krzyknął Roctuss
- Dżem robisz pyszny, ale masz fatalną kaligrafię. Tę runę zielonoskórzy piszą bez tej dodatkowej odnogi na górze. A widzisz tą? – goblin wskazał na śmieszne zawijasy – Tą robisz bez podwójnego przeciągnięcia. Skąd znasz runy zielonoskórych?
- Kiedyś na pustyni uratował mnie Grrosh, jestem pewien, że to był on. Otoczył mnie tymi runami i ochronił mnie przed burzą i później orkami. Wiesz co znaczą te runy?
- Nie wiem do końca. To stara mowa. Jakbyś jeszcze kiedyś był na pustyni Narashiel to poszukaj starych orczych wiosek. Często w nich mieszkają kapłani pamiętający starą mowę. – goblin zbliżył się nieco i powiedział coś szeptem do kapłana – Przedstaw się tak a orkowie przyjmą cię z otwartymi ramionami.
- Dziękuję. Dużo wam zawdzięczamy. Jak się nazywasz? – spytał wreszcie Roctuss
- Mówią na mnie Zielony Kieł. Tamci dwaj to moi bracia Zielony Pazur i Ogon. Przy saniach siedzi moja młodsza siostra Zielona Łapa.
- Wszyscy nazywacie się zieloni? – spytał kapłan
- Zielony to nazwa naszej rodziny. W jednym klanie potrafi być wiele rodzin a każda z nich jest bardzo liczna.
- Dziękuję za wszystko, przepraszam za to, że was napadliśmy.
- Takie czasy. Powinniśmy ruszać.
Wszyscy zebrali się razem na wielkich saniach, gobliny okryły wszystko płachtą z mokrych skór i sami wpełzli przez niewielką szczelinę od spodu. Po chwili całe sanie zerwały się pod wpływem siły mamatarraqa. Obładowane sanie jechały po piaszczystym terenie znacznie szybciej niż konie cwałują po polanach. Cała załoga słyszała przeraźliwe krzyki, jęki, stukanie metali i eksplozje tu i ówdzie.
- Słyszeliście? Co to jest? Ktoś walczy na zewnątrz? – spytał Flin
- To Czarna Rzeka, która pamięta zdarzenia z tamtej tragedii i tak właśnie o tym próbuje o sobie przypomnieć. – powiedział goblin
Po niecałych dwudziestu minutach, podróżni znaleźli się po drugiej stronie, bezpieczni i cali. Runy się sprawdziły, może nie powstrzymały piasków, ale zmniejszyły obrażenia.
- Jak już mówiłem, tu musimy się rozdzielić. Musicie iść lasem, gdyż idą wzdłuż pobliskiej drogi traficie na obóz orków. Powodzenia
- Przepraszamy za wszystko i dziękujemy za pomoc – powiedział Flin kłaniając się nisko zielonoskórym
- Tylko uważajcie na siebie! – krzyknął Zielony Kieł odjeżdżając – ten las zamieszkują podobno likantropowie.
- Wy też na siebie uważajcie! – krzyknął Roctuss machając na pożegnanie – Czekajcie… czy on powiedział likantropowie…?
Źródło Przygód VIII : Dwudziestka Czwórka i trening mężczyzny
W końcu drużyna opuściła katakumby i znów wszyscy cieszyli się świeżym powietrzem. Słońce już prawie zaszło, wszędzie robiło się ciemno.
- Drużyno, jest problem. Nie znaleźliśmy niczego co mogło by nam wskazać gdzie mamy się udać. – zauważył Flinar
- Rzeczywiście, wciąż jest zbyt dużo śladów. – powiedział z niechęcią Sineth, po czym uśmiechnął się i zaczął wymachiwać nową bronią – Ale przynajmniej mam ten nowy magiczny miecz! Haha!
- Ostrze Krwawego Władcy nie jest magiczne tylko przeklęte! Jedynie śmierć jest w stanie zdjąć z Ciebie tą klątwe! – poprawił go Leopold
- Zamknijcie się kretyni i pomyślcie trochę! Wiem, że dla was to za trudne ale jak raz moglibyście poudawać! – krzyknęła Wendy
- A ciebie co znowu ugryzło? – warknął Karraf
- Nic. – oburzyła się Wendy
- No to się uspokój!
- Jesteście bandą bezużytecznych facetów! – w dłoniach czarodziejki pojawiły się płomienie
- Ktoś mi wyjaśni w końcu o co jej chodzi? – spytał krasnolud z irytacją w głosie
- Wendy co się dzieje? Potrzebujesz czegoś? – spytał spokojnie Roctuss
- No bo ci kretyni nic nie myślą, ja przecież nie mogę ich wszystkich wyręczać! I jeszcze nie będę mogła czarować!
Kapłanka Katona zaczęła szlochać, a cała drużyna patrzyła po sobie ze zdziwieniem i bezradnością nie wiedząc co się dzieje. Elficki krasnolud próbował pocieszyć płaczącą niewiastę i objął ją, pozwalając wypłakać się na ramieniu.
- W naszym zakonie nam o tym mówili. „Jeżeli kiedykolwiek będziecie tropić młodą wiedźmę, która jest dla was za silna, musicie cierpliwie poczekać. Raz w miesiącu wiedźmy krwawią obficie składając tę krew swoim plugawym duchom. Wtedy są bezsilne, tylko uważaj bo często duchy przejmują nad nią kontrole, przekazując im swój gniew i smutek zza grobów” – poinformował wszystkich paladyn
- Tak się składa, że to normalne u wszystkich kobiet. Nie tylko wiedźm. I żadnych duchów! To po prostu nasz organizm źle przechodzi ten okres i łatwo się denerwujemy, przez co nie kontrolujemy naszych mocy i no… źle to się może dla was skończyć, jeśli będę próbować czarować. – powiedziała wiedźma pociągając co chwila nosem
- Ja się nie będę najlepiej odzywał przez ten czas – stwierdził Karraf
- Tak będzie najlepiej ty tępy mięśniaku! – Wendy prawie skoczyłaby na krasnoluda, gdyby nie to, że kapłan ją trzymał
- Dobra… to może ktoś ma pomysł gdzie się teraz udać? – spytał Flin po dłuższej chwili gdy wszyscy się już uspokoili
- Nie bardzo. Ślady prowadzą głównie na wschód ale część odbija na północ a druga część na południe. – Roctuss przyglądał się jeszcze tym śladom
- Jest jeszcze jedno pytanie, na które nie znamy odpowiedzi. Po co Anaresowi ten miecz? – spytał Sineth - Mówiłeś bardzie, że miał potworny korbacz, który w porównaniu z tym „przeklętym” – powiedział z naciskiem patrząc złośliwie na paladyna – miecz jest znacznie lepszy.
- A co jeżeli ten wasz Anares nie pracuje sam? Może ten miecz nie był dla niego? Wiem, że nekromanci lubują się w relikwiach nieumarłych – Leo popatrzył po wszystkich – Mam nadzieję, że nie planujecie jakiś głupot z nekromantami.
- Nigdy nie pomyślałem o tym, że ten ork dla kogoś pracuje – przyznał Flin
- Nie zapominajcie, że mamy jeszcze jeden problem. Ktoś chciał przecież dostać naszą wiedźmę żywą. Jej sprawę założył u nas jej ojciec, ale dowiedzieliśmy się, że pracował dla Anaresa. Jeżeli nawet jakiś nekromanta z nim współpracuje, to czego chce od naszej rudowłosej? – zamyślił się Sineth
- No proszę cię… Mądra i utalentowana, ruda piękność. Czegóż chcieć więcej? – spytała Wendy
- Żebyś mniej gadała! Łooo!!! – zaśmiał się łotrzyk.
Drużyna musiała czekać około dwudziestu minut zanim łotrzyk odzyskał przytomność po uderzeniu czarodziejki. Po wszystkim drużyna usiadła w końcu i rozpaliła ognisko.
- Przeczekamy tę noc tutaj. – oznajmił Flin
Po krótkiej kolacji z królików, które upolowali Mroczni Bracia, drużyna poszła spać, pozostawiając po dwóch ludzi na warcie, zmieniając się co jakiś czas. Flinar przez dłuższy czas nie mógł zasnąć, patrzył się tylko na gwiazdy zastanawiając się dokąd powinni się udać. W końcu zmęczenie wygrało nad nim i odpłynął w błogą nieświadomość. W swoim śnie, Flin był orłem i latał wysoko nad pobliskimi lasami. Niezwykłe szczęście i uczucie wolności wypełniało go całego. Leciał daleko na zachód, tak długo aż nie zobaczył morza. Po drodze widział wspaniale krajobrazy gór, lasów i rzek. Widział ludzi, elfów, krasnoludów i wiele innych ras. Czuł się od nich lepszy, gdyż wiedział, że oni są przywiązani do ziemi, nie mogą poszybować jak on na swoich skrzydłach do nieznanych lądów. Nagle usłyszał huk a potężny podmuch zaskoczył go z dołu, tracąc prawie równowagę. Popatrzył w dół i ujrzał jak przy klifie drzewa zniknęły, a ziemia stała się czarna i jałowa. Długi na dwadzieścia cztery kilometry czarny pas oszpecił cały teren, na którym stały nieruchomo dwadzieścia cztery postacie w czarnych zbrojach lub płaszczach w odległości około kilometra od siebie. Flin zleciał niżej aby się im przyjrzeć. Wtedy istoty zaczęły iść przed siebie na zachód, niszcząc wszystko wokół. Na drodze po której szli nie ostało się nic, ani rośliny, ani zwierzęta ani nawet skały wystające z ziemi. Wszystko zmieniało się w czarny piach. Bard leciał za nimi cały czas przyglądając się co robią. Z każdą chwilą robiło się coraz gorzej, w szczególności, że postacie dotarły do miast. Nikt nie był na to przygotowany, ginęli wszyscy; starcy, mężczyźni, kobiety i dzieci, nikt nie ostał się przy życiu. Miasta były pochłaniane jeden po drugim, nawet jedna cegła nie pozostała po domostwach. Całe wsie, lasy i łąki, wszystko obracało się w proch. Mroczne istoty szły dumnie używając magii, lub przebijając się bronią przez ściany i drzewa, niestrudzeni przez pół dnia, tyle czasu musiało upłynąć, aby pobliskie miasta się zorganizowały i ruszyły na pomoc. Potężna armia złożona z wielu ras stanęła im naprzeciw mając nawet najpotężniejsze machiny oblężnicze. Żywy postrach w końcu się zatrzymał,a rzeź ustała na chwilę. Nastała cisza… cisza przed burzą. Wszystko znowu się poruszyło i niczym grom rozległ się huk dwóch armii; Świata i Dwudziestu Czterech. To była jednostronna rzeź. Żadna broń nie mogła się równać z ich czarnym odzieniem. Włócznie i oszczepy wyginały się, pękały i rozsypywały po starciu z opancerzeniem potworów. Po chwili oprawcy szli dalej, jakby cała potyczka nie miała miejsca, a wszyscy którzy byli świadkami nie żyli i zamienili się w czarny piach, podobnie jak cały krajobraz. Mijały tygodnie. Potyczek było więcej, a armie coraz lepiej przygotowane, co jednak na nic to się zdało. Dwudziestka Czwórka szła dalej. Trzy miesiące minęły jak mrugnięcie, a oprawcy dostali się prawie na drugi koniec kontynentu. Stała tam wspaniała metropolia z białych kamieni, istna perła całego kontynentu. Perłowy Blask- tak nazywało się miasto. Potworne postacie były już prawie u bram, gdy nagle jedna z nich stanęła. Cień pozostał przez chwile nieruchomo, po czym jako pierwszy zaczął coś krzyczeć. Rozejrzał się w około, by chwile póżniej jednym krokiem przeskakiwać ogromne odległości wrzeszcząc do pozostałych, jakby chciał ich obudzić z transu. Udało mu się przywrócić prawie wszystkich. Czarne istoty zatrzymały się uświadamiając sobie co właśnie zrobiły. Jedni nawet klękali i płakali widząc ciągnące się za nimi spustoszenie. Wszyscy oprócz dwójki, które stało dalej niczym zahipnotyzowane patrząc się w Perłowy Blask. Nagle zwróciły się w kierunku „rozbudzającego”. Walczyli długo. Bohater, który wszystkich przywracał wyglądał, jakby się wahał krzycząc coś do nich. Wiedział jednak, że nie ma wyjścia, wziął swój rapier, zatoczył nim koło przed sobą i pchnął nim w kierunku zahipnotyzowanej dwójki. Potężny huk gwizdał w uszach Flinara, który widział powietrze w kształcie piki. Wystrzelone z rapieru przebijało zbroje czarnego wojownika i skórznię postaci stojącej obok. Istoty padły na ziemię i leżąc odzyskały dopiero przytomność. Zbrojny ściągnął hełm a postać w skórzni zdjęła kaptur. Byli to młodzi ludzie, kobieta i mężczyzna. Oboje patrzyli na siebie, chwycili się za dłonie i płakali. Postać, która ich przebiła usiadła koło nich zakrywając twarz dłońmi. Leżąca para powiedziała coś do swojego zabójcy, który następnie wstał i mówił do siebie coś co bard już usłyszał. „Flin? Flin. Flin!”. Muzyk w końcu się obudził i zorientował, że to nie postać to mówiła, tylko jego towarzysze próbujący go dobudzić.
- Ileż można cię budzić? – zbulwersowała się Wendy
- Przepraszam, miałem po prostu niezwykły sen – powiedział zaspany Flin – Byłem ptakiem i latałem nad naszym kontynentem.
- Ta rzeczywiście niezwykły, a teraz jeśli pozwolisz księżniczko pójdziemy już i nie będziemy Cię słuchać – zaśmiał się Sineth
- Tylko dokąd? – spytała czarodziejka
- Ja cię wysłucham bracie, opowiadaj – uśmiechnął się miło paladyn do barda
- Dzięki – odwdzięczył się uśmiechem – Śnili mi się jakieś czarne postacie, które szły z jednego końca kontynentu do drugiego niszcząc wszystko na swej drodze
- Czekaj! – wtrąciła się wiedźma – Chcesz powiedzieć, że śniła Ci się Dwudziestka Czwórka?
- Nie wiem, chyba tak. Co to jest?
- Trzymajcie mnie – poirytowała się Wendy – Jakieś dwadzieścia lat temu bogowie zadecydowali, że pozbędą się rasy ludzkiej gdyż podobno, dobro Bradme przyćmiła chciwość Malrygga, czyli ludzie stali się bardziej demonami jak Piekielna Trójca niż Terranami. Bogowie zebrali całą plugawość świata i stworzyli z nich pancerze, szaty oraz bronie dla dwudziestu czterech najsilniejszych ludzi w tamtych czasach. Siłą przenieśli ich na wybrzeże, zahipnotyzowali ich i odziali w stroje śmierci. Następnie kazano im ruszyć przed siebie i niszczyć wszystko na swojej drodze. Plan bóstw był doskonały, bo jeśli Dwudziestka Czwórka nie zostałaby pokonana, zniszczyła by wszystko na swojej drodze co oznaczało by koniec plugastwa i zła na świecie. Na szczęście zostali pokonani, co tak czy siak wyszło na korzyść wszechmogących, gdyż wszystkie rasy znienawidziły ludzi i gdyby nie fakt, że to Zielony Rzemyk powstrzymał ich wszystkich to bóstwa i inne rasy własnoręcznie by dokończyły koniec rasy ludzkiej. Na szczęście ten wielki bohater oprzytomniał przed Perłowym Blaskiem powstrzymał rzeź.
- Niesamowite… - przyznał bard – Ale czemu mi się to śniło?
- Nie mam pojęcia… - przyznała wiedźma – Ale jak na razie to jedyny ślad, który się wyróżnia i możemy się nim kierować. Jeżeli śni ci się takie miejsce a nie mamy żadnych innych wskazówek, którą konkretnie drogą poszedł ork, to możemy się kierować śladami prowadzącymi na północ, na Przełęcz Dwudziestki Czwórki.
- Zgadzam się z siostrą, jednak jaki masz pomysł na przekroczenie przełęczy? – spytał paladyn – To jest długi odcinek przeklętej ścieżki. Jeśli tam wejdziemy bez potężnych magicznych tarcz zmienimy się w pył. Co prawda moglibyśmy się udać do najbliższego miasta handlowego, w którym są magiczne sanie pozwalające nam się przedostać…
- Wykluczone! Nie zapominaj, że ktoś próbuje mnie porwać. W większych miastach na pewno znajdzie się ktoś z listem gończym! – sprzeciwiła się czarodziejka
- Nie chciałem cię denerwować siostro tylko powiedzieć, że nie możliwości przejść przez przeklętą przełęcz – ukłonił się Leo w geście przeprosin
- Jest sposób… – warknął Karraf
- Miałeś się nie odzywać! – krzyknęła wściekła kapłanka, a w jej dłoniach pojawił się ogień
Cała drużyna odsunęła się wiedząc, że nie powinno się drażnić czarodziejki, która nie może panować nad swoją mocą. Gdy czarodziejka się uspokoiła, drużyna powoli skierowała się za śladami na północ. Młody muzyk podszedł do krasnoluda, odciągając go od kapłanki Katona, chcąc z nim porozmawiać.
- Hej Karraf, jaki masz plan?
- Jak prowadziłem swój lud… - krasnolud przestał, słysząc jak czarodziejka sugestywnie kaszlnęła, po czym ściszył jeszcze bardziej głos do szeptu - …musiałem przejść przez tą „czarną pustynię”. Zabójcze są tam wichry, które niosą pył i śmierć. Można tamtędy chodzić co jest co prawda bolesne ale nie zabójcze gdy jest potężna ulewa. Mamy wiosnę, więc o deszcze nie trudno.
- Moglibyśmy poprosić Roctussa o runy ochronne jak na pustyni. Strzegły go, by zwiększyć szansę na przedostanie się na drugą stronę – ucieszył się Flin
- Nie wiem czy dałbym radę – nagle nad ramieniem krasnoluda pojawił się głowa kapłana
- Podsłuchiwałeś nas? – zbulwersował się Flin
- Nie… - tłumaczył się elficki krasnolud
- …sam. – dokończył łotrzyk śmiejąc się na barkiem barda
- Podsłuchiwanie jest karalnym grzechem! – oznajmił Leo
- Skoro wszystko słyszałeś to znaczy, że sam podsłuchiwałeś! – zezłościł się muzyk
- Ja? Nie! To by było niezgodne z kodeksem zakonu… - zaczerwienił się paladyn
- Tak czy siak jak długo zejdzie nam dotarcie do Dwudziestki Czwórki? – spytał Flinar
- Około trzy dni – szepnął krasnolud patrząc na wściekłą postawę czarodziejki
- Myślicie, że do tego czasu jej przejdzie? – spytał szeptem przerażony Flinar, a jego głos zadrżał
- U nas w zakonie mawiają, że taki stan może trwać nawet latami – wyszeptał „Odważny” Rycerz Światłości
- Dajcie mi tydzień kretyni! Banda osłów, nie mająca pojęcia o kobietach! Nie mam do was siły! – wściekła się Wendy a w oczach pojawiły się łzy – Aaaaa!!! Jak ja nienawidzę, tego okresu w miesiącu!
- To skoro dotarcie tam zajmie aż tydzień to może zacząłbyś mnie trenować? – spytał krasnoluda bard
- Dajcie mu swój bagaż – rozkazał wszystkim
- Jak to ma niby pomóc? – spytał Flin obładowywany plecakami i sakwami innych
- Nabierzesz muskulatury – stwierdził Karraf podając mu swoją halabardę – to też poniesiesz
- Ale ja już ledwo idę…
- Im ciężej na początku tym lżej na końcu. Ruszaj się!
Drużyna szła szybkim tempem przez cały dzień, na przodzie szła wściekła Wendy, nieco za nią, jak oni to zwali, bezpiecznej odległości, szli Mroczni Bracia, paladyn i Karraf, a daleko w tyle szedł Flinar. Obładowany po brzegi bujał się i zataczał od drzewa do drzewa robiąc sobie co chwila przerwy na oddech. Prawdziwa przerwa nastała dopiero wieczorem, gdy Wendy stwierdziła, że czas dać odpocząć „bandzie idiotów”. Flinar niemal od razu padł na twarz gdy dotarł do gotowego już obozowiska Swawolnej Kompanii i zasnął. Reszta drużyny siedziała jeszcze chwilę w ciszy jedząc kolację próbując nie denerwować czarodziejki i ustalili tak warty by nie mieszać w to ani muzyka ani kapłanki ognia. Tuż przed świtem grajka obudził Roctuss.
- Wstawaj. – wyszeptał
- Co jest? Nawet słońce nie wyszło. – odpowiedział mu bard
- No właśnie. Świetny czas by coś znaleźć do jedzenia. Ruszaj się. Staraj się nikogo nie obudzić
Postacie ruszyły do lasu, nie budząc nikogo za sobą. Nie oddalali się za bardzo od obozu, jednak przyśpieszyli gdy tylko usłyszeli szum wody. Po chwili szybkiego marszu, znaleźli drobne źródełko sączące się z podziemi po kamieniach.
- Zwolnijmy trochę… wszystko mnie boli – błagał bard
- Przestań marudzić tylko się ucz, jak będziesz chodził po wodę to musisz pamiętać by nie nabierać tej ze stojących źródeł, tylko takich które gdzieś odpływają. Zmniejsza to ryzyko zatrucia. – pouczył go kapłan – Chodź sprawdzimy dokąd dochodzi to źródełko.
- Po co?
- Bo może prowadzić do jakiegoś większego strumyka a może nawet do rzeki. Może złowimy jakieś ryby na śniadanie. – ucieszył się Roctus
Szli tak przez jakiś kwadrans, aż nie usłyszeli tego czego spodziewał się kapłan, rzeki. Co więcej na pobliskich ziemiach rosły jadalne grzyby.
- Jest nawet lepiej niż myślałem. Ty pozbieraj grzyby, ja pójdę napełnię bukłaki i może coś złowię. – rozkazał kapłan i wszedł do rzeki podwijając swoje szaty i rękawy
Flin schylił się i zaczął wyciągać jeden grzyb po drugim, pakując wszystko do kieszonki plecaka, gdy nagle złapał za coś miękkiego i ciepłego. Zdziwiony podniósł to i powąchał, po czym wyrzucił to z dala od siebie.
- Fuj! Podniosłem jakiś gnój! – krzyknął obrzydzony bard
- Uważaj! Jeśli jest ciepłe to może być tu jeszcze jakiś dzik! – odpowiedział mu kapłan rzucając na brzeg świeżo złowioną rybę, którą złapał gołymi dłońmi
- Spokojnie, przecież dziki teraz śpią. Prawda?
Flin rozejrzał się za siebie i zobaczył, że krzaki w które wcześniej rzucił „trefnym grzybem” zaczęły się trząść.
- A jeśli przyjdzie dzik co mam robić?! – spytał przerażony Flin słysząc wściekłe chrumkanie z krzaków
- Po pierwsze nie możesz wtedy krzyczeć, a po, drugie musisz wspiąć się na drzewo!
- Ale ja nie umiem się wspinać po drzewach!
Bard długo żałował, że nie posiadł tej umiejętności, szczególnie, że po chwili z krzaków wyskoczył potężny odyniec. Flin próbował ze wszystkich sił wskoczyć na najbliższą gałąź, jednak dzik nie miał litości do niezdarnego człowieka i rzucił się na niego, przewracając go na plecy i tratując go bezlitośnie. Następne co ujrzał to kapłana z zakrwawionym wałkiem, który go opatrywał magią.
- Złamana ręka i trzy żebra. Naucz się szybko wchodzić na drzewa bo inaczej źle skończysz. W dziczy panuje prosta zasada : jedz albo zostań zjedzonym. – pouczył go Roctuss
Wrócili do obozowiska, z trzema rybami, dwiema garściami grzybów i dzikiem. Lekko poirytowana drużyna, która czekała już tylko na nich zmieniła nastawienie gdy zobaczyli co przynieśli ich „łowcy”. Po porządnym śniadaniu ruszyli dalej. Flin czuł zmęczenie i silną niechęć do noszenia rzeczy reszty drużyny, tym bardziej, że zdawało mu się jakby były znacznie cięższe niż poprzednio.
- Wrzuciliście mi coś do plecaków czy jak? – spytał zdyszany muzyk
- Brat Karraf zalecił nam byśmy schowali bronie do plecaków abyś szybciej nabrał muskulatury – powiedział Leo
- Że co?! – oburzył się bard wkładając dłoń do jednego z plecaków
- A ja włożyłem węża, który pilnuje tych broni by nikt nam ich nie ukradł – uśmiechnął się dumnie Roctuss
Flin z krzykiem wyciągnął dłoń z plecaka z uczepionym wężem, który wgryzł mu się mocno w dłoń
- Jak dla mnie działa – zaśmiał się Sineth, który pomógł ściągnąć węża z dłoni grajka – Em… Roctuss. Miałeś dać zwykłego zaskrońca.
- No i dałem. Chyba…
- Przecież z daleka widać, że to żmija zygzakowata. – Sineth odłożył węża na trawie i puścił go wolno – Dobra trzeba wyssać z niego jad. Ktoś chętny?
- Jak upuścimy mu dużo krwi to powinno wystarczyć – powiedziała Wendy i wzięła sztylet zza pasa łotrzyka i dźgnęła barda w rękę – Nie bądź baba, patrz się na mnie i nie mdlej mi tu tylko! Nie tylko ty krwawisz.
- Chwila, nie umiałeś przypadkiem oczyszczać organizmu z trucizny? – spytał łotrzyk brata
- Och… wiedziałem, że o czymś zapomniałem. Tak czy siak bard nam już odpływa.
Usłyszał jeszcze te słowa po czym upadł na ziemię. Następne co zobaczył to, to że każdy niósł już swój bagaż, a sam bard zawieszony był na ramieniu paladyna. Na jego dłoni nie było już rany. Po chwili zszedł z Lea i szedł już ze wszystkimi. Było mu wstyd, że zemdlał dwa razy w ciągu tego samego dnia. Przez kilka godzin szli wąską ścieżką przez las aż dotarli na piękną polanę pełną polnych kwiatów, które zaczynały właśnie kwitnąć. Wszędzie unosił się piękny zapach różnorodnych roślin, a gdzie by nie spojrzeć było pełno wspaniałych kolorów. Drużyna rozbiła obóz na skraju tej cudnej polany.
- Jak tu pięknie – ucieszyła się czarodziejka – W końcu miejsce gdzie można w spokoju odpocząć od ponurego lasu. Dobra! Postanowiłam, dzisiaj to ja Cię szkolę – uśmiechnęła się do barda
- Ooo… widzę dobry humor ci dopisuje, świetnie – odwdzięczył się uśmiechem
- Zamknij się albo wszystko szlag trafi – Wendy szczerzyła teraz sztucznie zęby do grajka.
Oboje oddalili się nieco od obozowiska i usiedli na polanie otoczeni kwiatami. Kapłanka ognia wyciągnęła kawałek papieru który miała w plecaku i rysowała całą polanę. Dość pokracznie, trzeba dodać.
- Czemu ten kwiatek jest taki duży? – spytał Flin
- To drzewo pajacu. Noż… artysta się znalazł! – zbulwersowała się czarodziejka – Przyszedłeś się tu uczyć magii czy oceniać mój kunszt artystyczny?
- Ale to ty zaczęłaś rysować i zostawiłaś mnie samemu sobie – oburzył się bard
- Meh. No dobra. Zacznijmy od tego, co pamiętam z mojej szkoły. Em… No to ten stary pajac, w sensie mój nauczyciel no… czekaj. Co on tam mówił o magii bardów. Chwila potrzebuję skupienia.
- W porządku mamy czas… - naśmiewał się Flinar
- Bardzo kurde śmieszne! O mam coś. Mówił, że wasza magia polega na waszej osobowości, nie na inteligencji. Używacie magii iluzji, korzystacie z dźwięków i barw. Czekaj co jeszcze on tam mówił? No w gruncie rzeczy starasz się innym pokazać coś czego nie ma. A teraz tak od siebie to posłuchaj, to że na ogół nie korzystacie z waszej intelektualnej strony to nie znaczy, że masz nie używać w cale swojej makówki! To, że masz patyk nie oznacza, że możesz nim tylko machać. Jak pomyślisz to stworzysz coś znacznie piękniejszego. Kurde tak teraz wpadłam na to, że bardowie świetnie nadawali by się do zakonu Katona, Furion mawiał, że „w prawdziwej wolności znajdziesz siłę, a nie ma większej wolności niż twa wyobraźnia”. Skoro używasz wyobraźni do tworzenia iluzji to znaczy, że możesz w teorii wszystko.
- Na serio tak myślisz?
- Nie dowiesz się póki nie spróbujesz. A teraz nauczę cię prostego zaklęcia, ale stworzysz go swoim sposobem. Zamknij oczy!
- Muszę?
- Chcesz się nauczyć czy nie?
- No chcę.
- No to zamykaj oczy! Przyłóż dłonie blisko siebie, tak jakbyś chciał nabrać wody ze strumyka. Świetnie, teraz wyobraź sobie, że masz kulę ze światła w swoich dłoniach.
- I co jest coś?
- Tak ale to zwykły czar światła, iluzja. Teraz musisz nadać jej wagę.
- Czemu? światłu?
- Skup się! Mówiłam ci, że to nie światło tylko kula ze światła. Nadaj jej wagę!
- No w sumie coś czuję
- Świetnie, jeżeli w twojej wyobraźni już jest to w teorii powinna też być w tym świecie. Teraz obróć się w prawo i rzuć nią!
Bard usłyszał jak coś sunie po kwiatkach po czym z niedowierzania otworzył oczy i zobaczył, małą kulę światła, która toczyła się po kwiatkach i znikła po chwili.
- Widziałaś?
- Tak, to jest tak zwany magiczny pocisk. Każdy mag się tego uczy na początku. Ale nas uczą długich inkantacji, machania dłońmi i wydobywania energii z własnej duszy. Chciałam sprawdzić czy bardowie dadzą radę zrobić takie zaklęcie na podstawie samej wiary we własne iluzje.
- Czyli nie wiedziałaś czy to zadziała?
- Aż do tego momentu – zaśmiała się Wendy – A teraz słuchaj. Czasem nie warto polegać na własnej sile. Tym bardziej, jeśli jest się bardem z tak wątłym ciałem jak ty. Staraj się przekonać wroga, że jesteś jego przyjacielem. Szukaj najlepiej największych mięśniaków, ich najłatwiej oszukać. A teraz poćwicz trochę, odpocznij i wróć do obozu.
Wendy odeszła od Flina i udała się do obozowiska. Bard przez długi czas starał się stwarzać coraz to większe pociski, nadawał im także barwy, aż w końcu nadał im dźwięk. Pierw piszczące świsty, które nie miały żadnego składu, później potrafił stworzyć kule światła o barwach każdego kwiatu które miał w zasięgu wzroku, a same kule potrafiły ćwierkać niczym żywe ptaki. Bard nawet się nie zorientował, jak bardzo się ściemniło i szybko wrócił do obozu. Czarowanie może nie było tak męczące jak walka z dzikiem ale na pewno była równie ekscytująca. Po krótkiej prezentacji nowej zdolności drużynie szykował się do spania. Rankiem bard po raz pierwszy od dawna czuł się pełni sił, nie był już tak obolały ani zmęczony jak ostatnio. Sam wziął bagaże innych, a na jednym z plecaków położył sobie ćwierkającą kulkę światła. Wszystkim podobała się nowa sztuczka, gdyż umilała ciszę wywołaną przez okres czarodziejki, oraz poprawiało jej humor przez co mieli spokój od jej napadów agresji. Flin szedł z tyłu z nieco mniejszym zmęczeniem niż na początku, może wynikało to z braku broni w plecakach, które wszyscy mieli przy sobie, albo z dobrego snu, który dodał mu energii. „A może trening Karrafa daje już swoje efekty?” pomyślał przez chwilę po czym próbował przyśpieszyć trochę. Kolejny dzień minął nieco szybciej, gdyż nie musieli się zatrzymywać by ratować muzyka. Pod koniec dnia dotarli na miejsce. Las kończył się nagle jakby ktoś nożem przeciął mapę, a w miejscu gdzie kończył się las pojawiał się czarny piach.
- Zrobimy tu obóz, przygotujemy się i poczekamy na deszcz – oznajmiła wszystkim ucieszona kapłanka kładąc się na trawie
- Ja z Karrafem i Leopoldem rozbijemy obóz, a ty weź naucz księżniczkę wchodzić po drzewach – powiedział Roctuss do brata
- Że co? Nie umiesz się wspinać po drzewach? Ahahaha – Sineth niemal padł na ziemię słysząc tą nowinę – Dobra. Stań naprzeciwko tamtego drzewa. Może jednak tego mniejszego tuż obok. Złap się za najniższą gałąź i próbuj się na nią podciągnąć i jednocześnie zarzuć na nią nogę.
- Nie mogę – powiedział Flin siłując się jak może
- Mam pomysł. Brak ci motywacji. To jest tak, liczę do dziesięciu. Jeżeli nie znajdziesz się na gałęzi, rzucę w ciebie nożem. A potem zrobimy jak Karraf mówi „Im ciężej na początku tym lżej na końcu”. Z jedną ręką będzie wystarczająco… - łotrzyk nie wierzył jak zobaczył barda wysoko na trzy metry gałęzi -… ciężko. No widzę, że jestem mistrzem motywacji.
- Jak mam teraz zejść?! – krzyczał Flin trzymając się kurczowo drzewa
- Tak jak wszedłeś!
- Ale nie wiem jak to zrobiłem. Bałem się i jakoś samo tak wyszło.
- No to nauczę Cię schodzenia z drzewa i utrzymywania równowagi. – ucieszony skrytobójca podszedł do drzewa chwycił go oburącz i zaczął nim trząść
- Co ty robisz? Chcesz bym spadł? – piszczał muzyk kobiecym głosem
- W końcu musisz jakoś zejść. Staraj się puścić drzewo i utrzymywać równowagę samym balansowaniem ciała.
Bard posłuchał się łotrzyka i był szczęśliwy, że ustał jakiś czas na gałęzi, jednak próbując zejść na gałąź poniżej poślizgnął się i zleciał na dół po drodze odpijając się od gałęzi. Po chwili był przy nim Leo, który zajmował się jego ranami. Po wszystkim drużyna siedziała razem przy ognisku i dała odpocząć od treningów muzykowi pozwalając mu zaśpiewać pieśń, którą układał przez te trzy dni treningu.
Źródło Przygód VII : Krwawa Rzeź
Drużyna powoli schodziła schodami w dół. Wszędzie panował mrok, jedynie święty korbacz Leopolda i płonąca dłoń Wendy oświetlały drogę. Im bardziej oddalali się od wyjścia z katakumb tym powietrze stawało się gęstsze, a zapach truchła i zgnilizny robił się coraz bardziej dokuczliwy. Ich kroki odbijały się echem po kamiennym korytarzu w którym szli.
- Musicie być bardzo silni,skoro idziecie ze mną dalej, wiedząc że czai się tu coś znacznie gorszego niż tylko gobliny. – przyznał paladyn
- Co masz na myśli mówiąc „znacznie gorszego”? – spytał Flinar zatrzymując się w miejscu
- Spokojnie – Sineth oparł rękę na barku Flina i prowadził go dalej w korytarz – „Znacznie gorsze” to może znaczyć na przykład smok, jakiś behemoth albo beholder. Dla mnie nic strasznego. Jednak skoro ty się tak bardzo boisz, to zawrzyjmy umowę. Dasz mi sto sztuk srebra, a ja zagwarantuje, że włos ci z głowy nie spadnie. Co ty na to?
- Nie mam przy sobie tylu pieniędzy.
- Spokojnie bardzie. Przyjaźnimy się przecież, nie zapominaj, że razem siedzieliśmy w celi. To może zrobimy tak. Ja cię chronię, a ty dasz mi te dwieście srebrników po wyjściu z jaskini. I jak?
- Chwila przed chwilą było tylko sto srebrników! – oburzył się muzyk.
- Ale skoro płacisz później to muszę naliczyć procenty – łotrzyk uśmiechnął się parszywie.
- Dam sobie radę sam!
Artysta przyśpieszył tempa, wyszedł przed krasnoluda i paladyna. Jego szybka podróż została równie szybko zakończona, gdy Leo złapał go za kołnierz i wciągnął go z powrotem do szeregu, tuż przed tym jak gilotyna spadła z sufitu niszcząc kamienne kafelki na podłodze.
- Grajku do szeregu! – krzyknął krasnolud
- Jesteś cały przyjacielu? – uśmiechnął się do niego paladyn – Muszę przyznać Karrafowi rację, wracaj do środka. To, że my prowadzimy nie jest bezcelowe. Roi się tutaj od niebezpieczeństw. A właśnie czy ktoś z was zna się może na pułapkach?
Flin cofnął się do szeregu, ze spuszczoną głową zażenowany tym, że wszyscy muszą mu ciągle pomagać. Minął się z Sinethem, który z wrednym uśmiechem szedł na przód do paladyna. Podróż schodami znacznie spowolniły liczne pułapki, jednak czujne oko łotrzyka, pozwalało drużynie przejść bezpiecznie. Po dość męczącym kwadransie znaleźli się w kolejnej jaskini. Nie była już pokryta kamiennymi płytkami, mimo to była znacznie większa od poprzedniej jaskini i była znacznie niższa, a kamienne filary zostały zamienione przez drewniane bele. Na bocznych ścianach znajdowały się kolejne przejścia.
- W lewo czy w prawo? – spytał wciąż przygnębiony Flin
- Chyba ten problem może poczekać. Mamy towarzystwo! – krzyknął Roctuss
- Do broni bracia i siostry! – krzyknął paladyn
Flin dopiero teraz zobaczył tuzin szkieletów, który wypełzał ze ścian i podłoża. Wszyscy przyszykowali się do walki, nagle szkielety zaszarżowały na drużynę. Pierwszy kontratakował Leo, dzielny paladyn skoczył na jednego szkieleta i przygwoździł go tarczą do ziemi, krusząc mu czaszkę rękojeścią swojej broni, drugiego powalił silnym machnięciem korbacza, przewracając przeciwnika na plecy, chociaż ten jako szkielet nie do końca takowe posiadał i dobił go kolejnym machnięciem świętej broni. Następny był Karraf, który zatrzymał napastnika potężnym uderzeniem pawężem, roztrzaskując go w stos kości, kolejnego powalił potężnym kopnięciem i przeszedł po nim jak po zielonej trawie, łamiąc mu kolejno biodra, żebra i czaszkę. Krasnolud wyglądał na bardzo rozczarowanego tym „czymś gorszym od goblinów”. Dzięki akrobacji i pomysłowości Sinetha, łotrzykowi udało się zwabić cztery szkielety w jednej grupce, przeskakując nad nimi i kopiąc ich lub przerzucając ich przez ramię w jednym. Gdy truposze były tuż koło siebie Roctuss użył swoich mocy kapłańskich i odegnał klątwę, która przywróciła je do nie-życia. Po drugiej stronie sali stała Wendy, na którą ruszyły dwa szkielety. Wzięła głęboki wdech i wypuściła z dłoni potężny podmuch ognia. W sali nagle zrobiło się jaśniej, a siła podmuchu zmiotła szkielety z dala od niej i żar podpalił je. Truposze po chwili wstały i wznowiły swoją podróż. Roctuss zauważył Rudą Wiedźmę w kiepskim położeniu i ruszył jej na pomoc. Silnym uderzeniem wałka, wybił czaszkę umarlaka, która oderwana od kręgosłupa poszybowała w kolejnego szkieleta. Przez płomienie kości przeciwnika stały się jeszcze bardziej wrażliwe i nadlatująca głowa z łatwością zniszczyła następnego umarlaka.
- Czy wszyscy są cali? – spytał paladyn
- Pomocy!
Wszyscy rozejrzeli się po sali i ujrzeli barda przypartego do kąta przez dwójkę przeciwników. Jego rapier nie zdawał się dobrze w walce z szkieletami, często chybiał, a nawet jeśli trafiał to były to zbyt słabe obrażenia by pokonać truposze. W drugiej ręce migotały mu kolorowe światełka, ale bard zrozumiał, że na nieumarłe pomioty nie działa magia iluzji. Był przygwożdżony, dwójka szkieletów zaczęła drapać go swymi kościstymi palcami. Paladyn ruszył ku niemu tak szybko jak tylko mógł i bez większego wysiłku zabił dwójkę oprawców uderzeniem korbacza. Pomógł potem wstać zakrwawionemu i przestraszonemu Flinowi.
- Spokojnie, nic ci już nie grozi. Weź głęboki wdech! – paladyn przyglądał się uważnie ranom Flinara – Niech światło Utevi ukoi twemu cierpieniu! – z dłoni paladyna wydobyło się blade światło, a rany barda szybko się zagoiły – I jak lepiej się czujesz?
- T-tak, ale mam dość! Nie nadaję się na poszukiwacza przygód! – zaszlochał bard – Nie jestem ani silny ani odważny! Nie ma we mnie nic specjalnego! Jestem tylko dzieciakiem, z chorym wyobrażeniem świata! Wszyscy macie rację, jestem nikim! – bard ukląkł i zaczął szlochać
Drużyna popatrzyła po sobie z lekkim wyrzutem sumienia. Zrozumieli, że chyba byli nieco za szorstcy dla muzyka, wszyscy patrzyli teraz na niego z politowaniem. Wszyscy prócz Karrafa, który nadal był zażenowany tą walką.
- Bracie, wysłuchaj mnie! – paladyn uklęknął tuż przy nim i położył dłoń na ramieniu barda – Rozumiem, że jesteś zmęczony, pewnie też sfrustrowany, brakiem sił. Ale powiem ci, że siła to nie tylko duże mięśnie, potężne bóstwo jako wsparcie lub kocia zwinność i zabójcze szkolenie. Prawdziwą siłą, jest zdanie sobie sprawy, ze swoich słabości i zwalczanie ich! Twierdzisz, że nie jesteś odważny? Ale pomimo tego, że zdajesz sobię sprawę, iż nie masz takiej siły jak reszta, to dalej idziesz z nami i nam pomagasz. To jest prawdziwa odwaga! Nikt nie rodzi się z odwagą, ale to odwaga rodzi się w człowieku w obliczu prawdziwej próby. A prawdziwym męstwem, jest odkrywanie go w innych i to właśnie twoja rola w tym zespole! Będąc słabym brniesz na przód, a my brniemy za tobą. Bo skoro ty się nie lękasz, to czemu my byśmy mieli? A teraz wstań i podejmij decyzję, idziesz z nami i dasz wszystkim pokaz prawdziwej odwagi, czy odwrócisz się i uciekniesz? Nikt nie będzie miał ci tego za złe, ale bez ciebie to już nie będzie ta sama podróż. Więc jak?
- Słuchaj księżniczko, jak wyjdziemy z tego cało nauczę cię paru sztuczek, nie będziesz może świetnym skrytobójcą, ale przynajmniej będziesz mógł się bronić sam. – powiedział skruszony łotrzyk
- A ja mogę Cię nauczyć jak przetrwać w trudnych warunkach – powiedział Roctuss – Pustynie, dżungle, a nawet mroźne góry. Wiem jak przeżyć w różnych warunkach
- Chwila, ty nigdy nie byłeś w mroźnych górach – skarcił go Sineth
- Ale wiem jak tam przeżyć – wybronił się kapłan
- To ma sens – przyznał z sarkazmem łotrzyk, przewracając oczami
- Nie odchodź od nas! – prosiła Wendy – Widziałeś przecież, że mi też nie idzie ze szkieletami, ale wiem, że ty się nie poddasz to ja też nie mam zamiaru! Jak stąd wyjdziemy to mogę cię podszkolić z podstaw magii, a przynajmniej z tego co pamiętam z pierwszego roku akademii czarodziei.
- Skończcie pierdolić! – podsumował wszystkich Karraf, podszedł do Flinara i podniósł go za kołnierz – Idziesz z nami! Nie słyszę sprzeciwu! Po powrocie na powierzchnię, zrobię Ci taki trening, że to ty będziesz nazywał te panienki księżniczkami! A teraz ruszać się kurwa! Nie mamy całego dnia na mazgajenie się jednego dzieciaka! Za mną!
Wszystkich zatkała szorstkość krasnoluda.
- Myślałam, że trochę mu ulżymy – szepnęła do niego czarodziejka
- Jeśli wciąż masz zamiar mu podcierać tyłek to nigdy się nie nauczy! Ja zrobię już z niego mężczyznę! Koniec z cackaniem się!
Drużyna ruszyła za Karrafem, prawym przejściem. Tunel ciągnął się jakieś pięćdziesiąt metrów w głąb, następnie korytarz znów się rozgałęział na dwie strony. Bez zatrzymania się krasnolud poprowadził ich w lewo. Szkielety próbowały jeszcze parę razy zaatakować ich ze ścian i podłoża, jednak krasnolud ciężkim butem lub silnym uderzeniem, nie pozwalał im nawet wydostać się ze swoich grobów. Po paru metrach tunel skręcał jedynie w lewo, tak więc nasi bohaterowie dalej niestrudzeni, podążali za wojownikiem. Nikt nie marudził dopóki sytuacja z zakrętem nie powtórzyła się, a towarzysze znaleźli się po prostu znowu w wielkiej sali, w której stoczyli bitwę chwilę temu.
- Zrobiliśmy kółko! No ładnie, mistrz nawigacji! – Wendy skrzyczała krasnoluda
- Nie zgubiłem się! Idziemy dalej, wiedźmo! – odpowiedział jej krasnolud
- On się nie gubi. On eksploruje! – zażartował sobie Roctuss, śmiejąc się z bratem
Drużyna wróciła się do pierwszego przejścia tym razem skręcając w prawo. Krasnoludzki Kat znacznie przyśpieszył, prawdopodobnie wściekły docinkami ze strony drużyny. Flin popatrzył na niego i zaczął się martwić o następnego przeciwnika, który stanie na drodze. Korytarz powoli skręcał w prawo delikatnym łukiem, a na podłodze można było wyczuć drewniane podpórki, na kształt schodów, które podtrzymywały nogę przed ześlizgnięciem się po ziemi, która była coraz bardziej pochyła w dół. W pewnym momencie drużyna zauważyła światło padające na schody.
- Chyba będziemy mieli zaraz towarzystwo – zauważył Sineth
- Słuchajcie jak zrobi się gorąco, odsuńcie się ode mnie. – ostrzegł wszystkich Roctuss
- Sineth idź na zwiad! – rozkazał mu krasnolud
- To nic nie da. Nieumarli nie korzystają tylko ze wzroku i słuchu, wyczuwają życie w pewnej odległości. To może się dla niego źle skończyć. Po prostu wejdźmy tam i przepędźmy to zło z tego świata! – powiedział paladyn wchodząc do sali
Cała drużyna gotowa do walki weszła do sali. Pierwsze co rzuciło im się w oczy, to stos martwych goblinów. Poszukiwacze Przygód otoczyli stos i przyglądali się mu chwilę. Zwłoki nie miały na sobie śladów walki, mimo to ich skóra była całkiem blada, a na szyi widniały ślady kłów.
- Czy ten potwór, którego miałeś zgładzić to wampir? – spytał Flinar
- Nie, to ja jestem wampirem! A wszyscy wpadliście w moje sidła! Muahhahaha! – krzyknął paladyn z krwiożerczym spojrzeniem
- Masz święty buzdygan głąbie! Wampir, by cierpiał trzymając go! Tylko totalny idiota by się na to nabrał! – skomentował go Karraf, uderzając go halabardą w potylicę. Krasnolud rozejrzał się i zobaczył całą drużynę przerażoną i uzbrojoną czekającą na atak paladyna. Zasłonił dłonią twarz – Tracę w was wiarę, banda idiotów.
Nagle z sufitu zleciał cień w kształcie człowieka i runął tuż koło załogi.
- Kto śmie wkraczać do mojej kryjówki? – spytała tajemnicza postać
- A więc tu się chowałeś! A teraz posmakujesz gniewu mojej Pani! Nie skrzywdzisz już więcej nikogo! – odpowiedział mu paladyn
- Ach, świeża krew! Niech będzie, zobaczymy czy dacie mi radę! - wampir nagle przestał, mówić i zauważył pod sobą skrytobójcę, który właśnie przebił go na wylot swoimi krótkimi ostrzami – A Ty czego tu chcesz pędraku? Chcesz się stać moim sługą?
Sineth odskoczył szybko od wampira pozostawiając w nim ostrza. Po chwili wampir wyciągnął je i upuścił na ziemię, widocznie zdegustowany zachowaniem łotrzyka.
- Przebiłem mu serce i płuca? A on nic? Nawet, nie krwawi i łezki nie uroni? Co ja mam robić? Poszukać pułapek w pokoju czy jak? Jak ja nienawidzę, nieumarłych! – podsumował wszystko skrytobójca
- Wracaj do zaświatów przeklęty pomiocie! – krzyknął Leo
Nagle broń paladyna zaświeciła się mocniejszym światłem, rozjaśniając jego błyszczącą tarczę, a odbity promień światła padł na przeciwnika. Wampir był teraz dobrze oświetlony, miał brązowo-rude włosy, bladą cerę i stróżki krwi na ustach. Pomimo siedzenia przez dłuższy czas w jaskini, umarlak wyglądał bardzo dobrze, wręcz przystojnie. Nosił białą lnianą koszulę, na której widać było liczne ślady zaschniętej krwi, oraz skórzane portki, nieco przedarte na udach. Światło tarczy wdało się mu po chwili we znaki, wampir zaczął się wić z bólu, a jego skóra zaczęła się dymić i skwierczeć. Karraf wykorzystał chwilę słabości przeciwnika i ruszył na niego zażarcie machając halabardą, jednak wampir był strasznie zwinny pomimo swego stanu i uniknął każdego ciosu wojownika. Wampir odskoczył od niego na sporą odległość i wyciągnął swoją broń, krótki miecz wykonany z jakiegoś dziwnego kryształu przypominającego czerwone szkło. Po chwili dźgnął się nim, przebijając się na wylot od strony mostka. Gdy wyciągnął go, miecz roztopił się w ciecz przypominającą krew, a z powstałej kałuży wyłonił się identyczny wampir. Z dłoni obu wampirów zaczęła ciec krew tworząc kolejne ostrza.
- Zobaczymy czy możesz oświecać dwóch na raz – potwór zadrwił z drużyny, mówiąc jednocześnie z klonem
- Koniec żartów! – Karraf odczepił pawęż od dłoni i rzucił ją na podłogę, następnie złapał halabardę oburącz – Roctuss i ja bierzemy jednego, reszta zajmie się drugim!
- Tylko moje odpędzanie nieumarłych nie zda się na niego. Za to mam coś ciekawszego. Wszyscy z drogi! – Roctuss zamknął oczy i stał chwilę bez ruchu. Nagle zaczął drżeć, a na twarzy pojawił mu się malunek czerwonej czaszki. W jego dłoni pojawiła się mgła, która uformowała się w prymitywny dwuręczny młot wojenny. Jego głos znacznie się zniżył, był wręcz warczący – WAAAGH!!!
Kapłan zaszarżował na jednego z wampirów i potężnym uderzeniem swojej widmowej broni uderzył go w brzuch odrzucając go na parę metrów, wtedy drugi wampir zamachnął się raniąc kapłana w plecy. Płytka rana szybko zaczęła się goić, a z cięcia wydobywała się para. Elficki krasnolud popatrzył na oprawcę ze złością i uderzył go pięścią prosto w nos, wtedy krasnoludzki kat podbiegł do wampira i silnym obrotem uderzył wampira i wypchał ich w stronę drużyny.
- Ten jest wasz!
- Bądźcie przeklęci śmiertelnicy! Zaraz i wy staniecie się moimi sługami! – wampir wypchany przez Karrafa pstryknął palcami a ze stosu martwych goblinów powstało sześć nowych przeciwników
- Ja zajmę się wampirem, wy zróbcie coś z tymi ożywieńcami! – krzyknął Leopold do reszty drużyny
- Co mam zrobić? Mogę ich dźgać, ale to nic nie da! – krzyknął Sineth
- Mam pomysł. Wendy szykuj jakiś potężny płomień. Sineth chodź zwabimy je w jednym miejscu – bard wyciągnął swoją magiczną piszczałkę i zagwizdał na niej wysoką nutę
- Aua! Chcesz nas ogłuszyć? – spytał Sineth zakrywając uszy
- Cicho! Musimy je jakoś zwabić. Ej pokraki, chcecie trochę świeżej krwi? – Flin machał do powstańców
Cała grupka pobiegła za dwójką głośnych awanturników, po chwili stali oparci o ścianę, a przeciwnicy zbliżali się nieubłaganie. Nagle oboje odskoczyli w bok.
- Wendy teraz!
Nagle potężna fala ognia zmiotła pomioty na ścianę, zmieniając ich następnie w popiół. Bohaterowie odskoczyli na czas, unikając płomieni, jednak mieli poparzone nogi. Na drugim końcu sali Roctuss i Karraf dobrze radzili sobie z przeciwnikiem, co prawda byli ranieni nie raz, co ani trochę nie spowalniało tych dwóch maszyn do zabijania. Z zażartością uderzali i cięli wampira. W końcu kapłan uderzył rękojeścią wampira w klatkę posyłając go na najbliższą ścianę, wtedy krasnolud zamachnął się i rzucił halabardą w przeciwnika przybijając go do ściany.
- Łap to nocna kurwo! – krzyknął do niego wściekły wojownik
Wtedy Roctuss chwycił koniec rękojeści odsuwając od siebie głowicę młota jak najdalej i szybkim obrotem uderzył unieruchomionego wampira prosto w łeb, krzycząc donośnie „WAAAGH!!!”. Głowa wampira została zmiażdżona i wszędzie pojawił się krwawy deszcz. Reszta ciała rozpuściła się w kałużę wraz z bronią po czym wyparowały. Kapłan stał przez chwilę wyprostowany z młotem nad głową krzycząc i warcząc z radości zwycięstwa. Na środku sali walczyli jeszcze Leo z oryginalnym wampirem. Leo był mocno poraniony i zmęczony, mimo to stał dumnie jakby od tego zależało jego życie. Odbił swoją trójkątną tarczą cios wampira, następnie od razu przeszedł do kontrataku. Ciosem korbacza podciął nogi wampira, wybijając go z równowagi i przewracając go na plecy, następnie przygwoździł go butem, który trzymał na jego brzuchu.
- Pozwól mej przenajświętszej Pani oczyści twe mroczne serce! Niech filar światłości oczyści cię z grzechu!
Paladyn zamachnął się i uderzył wampira w klatkę piersiową tworząc słup światła od podłogi, aż po sufit. Gdy światło zgasło, widać było siłę uderzenia, w klatce wampira pojawiła się potężna dziura wypalona przez promień. Wampir drżał jeszcze chwilę i krzyczał z bólu po czym zmienił się w pył i zniknął. Drużyna w końcu odetchnęła z ulgą, a z twarzy Roctussa zniknęła czaszka i padł zmęczony na ziemię.
- Spokojnie, za niedługo odzyska przytomność. W tym stanie potrafi działać cuda zyskując siłę prawdziwego orka, ale nie ma ich wytrzymałości. Męczy się szybko. – uspokoił wszystkich Sineth - Na całe szczęście „jego bóstwo ma nad nim opiekę” i daje mu ten popisowy młotek i leczy jego drobne rany.
- A pro po ran. Zbierzcie się to was wyleczę. – rzekł paladyn, podchodząc do Flina i lecząc go jako pierwszego i uśmiechając się szczerze – świetna robota z tymi goblinami.
- Może zaczął byś od leczenia siebie? – spytała Wendy
- Nie mam wystarczająco siły by leczyć was i jeszcze siebie. Zacznę od was a sam poczekam, aż nasz kapłan wstanie.
- Meh, faceci. Zawsze tacy dzielnie znoszący ból, dopóki ich głowa nie zacznie boleć. Tak czy siak pomogę kapłanowi wstać. Karraf szoruj do leczenia!
- Po pierwsze kobieta nie będzie mi mówić co mam robić! Po drugie nie jestem ranny! – oburzył się krasnolud
- Wcale! Widziałam jak obrywałeś! Nie miałeś przecież swojej tarczy!
- To nie tarcza! To pawęż! I co z tego, że obrywałem? Mam ciało wojownika, drobne rany szybko się leczą!
Drużyna powoli zaczęła zbierać siły. Leo uleczył większość drużyny, a gdy Roctuss wstał odwdzięczył się tym samym paladynowi.
- Leo, czy jeśli wypełniłeś już zadanie i zgładziłeś tego potwora to znaczy, że będziesz musiał odejść? – spytał zasmucony Flinar
- Spokojnie. Jeszcze trochę mogę wam potowarzyszyć. Tylko w przyszłym miesiącu muszę zdać raport w pewnym mieście. – Leo szczerzył się do wszystkich
- No to co zbieramy się? – spytała Wendy
- Chwila! Przecież zawsze można coś zabrać – uśmiechnął się parszywie łotrzyk
- Chcesz okradać groby? – oburzył się paladyn
- Ależ skąd. Ja po prostu biorę to co im się już nie przyda choćby nawet ten miecz – skrytobójca schylił się po broń wampira – Aua!
Na rękojeści nagle pojawiły się kolce, a łotrzyk upuścił broń, która zmieniła się w kałużę i wyparowała. Następnie zaczął mocno krwawić z dłoni, a krew uformowała się w nowe ostrze o nieco innym kształcie od poprzedniego.
- No nieźle. Magiczne ostrze, które dopasowuje się do stylu walki. – ucieszył się nowy właściciel
- Nie jest magiczne tylko przeklęte kretynie! – skarcił go paladyn – Jesteś teraz na granicy życia i śmierci. Nie krwawisz, ale nie możemy Cię już leczyć z kapłanem! Broni się już też nie pozbędziesz!
- Kogo nazywasz głąbem, blond paniusiu! Mam świetną magiczną broń, której zazdrościsz!
- Twoja chciwość kiedyś cię zgubi!
- Twoja chciwość kiedyś cię zgubi! – przedrzeźniał go Sineth
- Masz jakiś problem?! – spytał Leo celując w niego korbaczem
- Tak, ciebie! – łotrzyk odpowiedział mierząc w niego bronią
- Zostaw mojego brata! – Roctuss celował z wałka w paladyna
- Nie wtrącaj się w sprawy mężczyzn młokosie! To sprawy honoru! – Karraf mierzył teraz halabardą w kapłana
- Banda barbarzyńców! Mogłam się tego po was spodziewać! Faceci, pfff! – w dłoniach Wendy pojawił się potężny płomień i celowała w całą grupę skłóconych facetów
- Ej, drużyno uspokójcie się! Jako dowódca domagam się spokoju! A teraz ruszajmy dalej! – krzyknął Flinar
Cała drużyna popatrzyła na niego i wybuchła śmiechem. Każdy odłożył broń i płacząc ze śmiechu ruszyli z powrotem ku powierzchni.
- Chodźcie panowie, bo naszemu bardowi od braku świeżego powietrza się coś zaczyna mieszać. – stwierdziła Wendy ksztusząc się śmiechem
- Banda idiotów! – mruknął Flin i ruszył za nimi

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Źródło Przygód VI : Światełko w Jaskini
Drużyna wyszła z zamku i ustawiła się na podwórzu.
- Gdzie teraz? – spytał Karraf wyciągając się i ziewając
- Najszybciej będzie jak ruszymy za śladami bestii Anaresa, jeżeli chcemy go złapać jak najszybciej – Sineth rozejrzał się – Patrzcie! Kierują się na wschód.
- Raczej go nie dogonimy – stwierdził Roctuss – Prawdopodobnie złapiemy go dopiero w jego obozie.
- Powinniśmy wymyśleć wtedy jakiś plan – przyznał Flinar – Nie wskoczymy przecież do jego bazy, w końcu to czterometrowy ork, łamiącym drzewa w jednej ręce, to byłoby samobójstwo. W dodatku ma jeszcze swoją armię goblinów i kto wie co jeszcze.
- Meh, zmężniej trochę. – skarciła go Wendy – Ja to widzę tak, dzielimy się na dwie grupy, grupa dywersyjna czyli ja i Pan Wojownik, robimy zamieszanie i zabijamy kogo popadnie, w między czasie ty i Mroczni Bracia zakładacie pułapki, w które wpadną niedobitki.
- Nie ma co dzielić skóry na niedźwiedziu. Zobaczy się wszystko na miejscu – uciszył wszystkich krasnolud
Wszyscy ruszyli za śladami wielkiej bestii, pomimo wielkiego cielska nie zostawiała zbyt wyraźnych śladów. Minęło kilka godzin, słońce powoli sięgało zenitu. Drużyna w między czasie rozmawiała między sobą starając się lepiej poznać.
- Czekajcie, natura mnie wzywa – krzyknął bard
- To już czwarty raz odkąd wyszliśmy z zamku – powiedział poirytowany Karraf
- Może go tu zostawimy? – spytała z nadzieją Ruda Wiedźma
- Słyszałem to! – dobiegł z drzew krzyk barda
- Miałeś to słyszeć! – odpowiedział mu elficki krasnolud, a cała drużyna buchnęła śmiechem
- Nie, nie możemy zostawić tak naszej Księżniczki – stwierdził Sineth śmiejąc się jeszcze.
W tym momencie wrócił Flinar zza drzew i poklepał łotrzyka po ramieniu
- Chociaż jeden chce mnie w drużynie i martwi się o mnie
-Przed chwilą lałeś a teraz mnie dotykasz? – oburzył się Sineth – Pięć…
- Co pięć?
- Cztery…
Flin pobiegł szybko przed siebie rozumiejąc swój błąd. Po chwili wrócił szybko i ściszonym głosem mówił.
- Tam za drzewami są gobliny
Wszyscy spoważnieli i przyszykowali się do walki.
- Zostawcie to nam – Sineth klepnął Roctussa w ramie
Bracia poszli nieco do przodu. Pokazywali coś sobie na migi po czym łotrzyk z gracją kota wspiął się na drzewo i przeskakiwał z jednej gałęzi na drugą, po czym znikł z oczu bohaterów. Kapłan wyszedł otwarcie w stronę goblinów.
- Ej, śmierdziele! Czego tu szukacie?!
- Człowiek! Brać go! – krzyknął piskliwie ich przywódca
Nagle w kierunku kapłana biegło sześciu przeciwników uzbrojonych w włócznie i miecze. Gdy zbliżyli się do drzew, łotrzyk zeskoczył z gałęzi i zabił dwójkę goblinów wbijając im sztylety w karki, po chwili poderżnął gardło kolejnemu. W tym czasie Roctuss zabił jednego potężnym uderzeniem swojego wałka do ciasta. Twarz poczwary złamała się w pół miażdżąc wnętrze czaszki. Kolejnego chwycił za gardziel i rzucił na ziemię i skręcił mu kark swoim kopnięciem. W tym czasie ostatni dziabnął go w brzuch, prowizoryczną, żelazną włócznią. Kapłan wściekł się wyciągnął, broń z rany i rzucił się na napastnika i pobił go pięściami na śmierć. Następnie wstał, otrzepał się klnąc pod nosem i przyłożył dłoń do rany. Z otwartej dłoni błysło jasne światło, a rana sama się zasklepiła.
- Wygrałem! – krzyknął Roctuss
- Jest remis! Zabiłem tyle co ty! – sprzeciwił się Sineth
- Nie! Goblinów było sześć. Ty zabiłeś pierwszego, drugiego i trzeciego. Ja zabiłem czwartego, piątego i szóstego.
- To nic nie zmienia!
- No jak? Słuchaj! Jeden, dwa i trzy dają łącznie sześć, natomiast cztery, pięć i sześć dają aż szesnaście!
- Piętnaście głąbie!
- Cieszę się, że przyznajesz mi rację – uśmiechnął się głupkowato
Sineth stał cicho chcąc nie kwestionować pokręconej logiki brata. Po chwili przyszła reszta załogi.
- Wszystko gra? – spytał Flin
- Jak najbardziej – odpowiedział ucieszony kapłan
- Widziałam jak byłeś trafiony! Nie kłam!
- Łaska mego bóstwa leczy rannych i zabija mych wrogów – Roctuss uspokoił czarodziejkę po czym zaczął się maniakalnie śmiać
Wszyscy patrzyli na niego z lekkim zdziwieniem
- Co tutaj robili? – spytał zdziwiony Karraf
- Czegoś pilnowali. Tylko czego? – kapłan podszedł do miejsca skąd gobliny zaatakowały – Patrzcie! Jakaś jaskinia!
- I więcej śladów bestii – stwierdził Karraf – jest problem. Chyba jest więcej tych paskud, niż tylko wierzchowiec Anaresa.
- To co teraz? – spytała Wendy
- Wchodzimy do środka! Jeżeli pilnują tu czegoś gobliny to znaczy, że nasz ork tego chce – powiedział Sineth
- Ale mieliśmy zabić Anaresa – Flin wyglądał na zakłopotanego
- To leć! Nie znajdziemy teraz konkretnie jego śladów, jest ich za dużo. Zejdziemy jak na razie do jaskinii i poszukamy wskazówek lub przepytamy jakiegoś goblina o ile będzie jakiś w środku – uspokoił go Roctuss
- Ruszajcie się! – krzyknął Karraf i wszedł do jaskinii
Drużyna ruszyła za nim. Szedł na przodzie sam, po ciemku. Reszta szła gęsiego, a Wendy oświetlała im drogę płonącą kulą, którą trzymała w dłoni.
- Jak ty coś tam widzisz? – spytał Flin
- Jestem krasnoludem, psiamać. Rusz mózgownicą. Krasnoludy nie potrzebują światła by widzieć.
Kamienny tunel zaczął się poszerzać i załoga nie musiała iść już jeden za drugim. Wokół czuć było zgniliznę i truchła. Szli dalej a ściany i podłoga zrobiły się kamienne, przez co tunel zaczął bardziej przypominać korytarz. Po chwili trafili do wielkiej sali w której były kolumny z wyciosanego kamienia z chwytakami na pochodnie.
- To chyba nie jest naturalna jaskinia – stwierdził Flin
- Wygląda na opuszczony tunel krasnoludzki, pewnie wyjście się zawaliło albo zostało zasypane – Sineth rozglądał się – Tam dalej coś się świeci.
Drużyna przyszykowała się do walki. Uzbrojeni ruszyli do przodu wtedy zobaczyli na kamieniu postać w zbroi przysłoniętą tarczą. W ręku dzierżyła złoty korbacz, z prostokątną głowicą, z którego wydobywało się jasne, przyjemne światło.
- Na światło Utevi stać! Nie przejdziecie nędzne kreatury zła! – odpowiedział blondyn w zbroi, który zaczął kręcić swoim korbaczem.
Wszyscy ujrzeli pod nim martwe gobliny.
- Załatwię go! – ucieszył się Krasnoludzki Kat i podszedł do przodu
- Karraf stój! Załatwię to pokojowo – powiedział bard zatrzymując wojownika – Nie chcemy z tobą walczyć! Ścigaliśmy pewnego orka, ale ślady stały się trudne do odczytania. Dodatkowo zaatakowały nas jego gobliny. Zeszliśmy tu by znaleźć jakieś wskazówki.
Nagle z wejścia dobiegł krzyk, a przez tunel wbiegł goblin z toporem. Karraf obkręcił się szybko i odciął głowę goblina, która zatrzymała się na ostrzu halabardy, gdy reszta ciała jeszcze chwile biegła.
- Haha widzieliście to? – zaśmiał się krasnolud
- Widzę, że nie kłamaliście i jesteście w stanie nienawiści z tymi plugawymi stworami. Jestem Leopold, paladyn Pani światła Utevi, znany jestem także jako Leo Odważny Rycerz Światłości. Wy zwać mnie możecie po prostu Leo.
- Jestem Flinar, podróżny bard. Mów mi Flin.
- Flin? – powtórzył paladyn plując sobie w brodę – Czy ktoś raczył ci rzec, że masz azaliż potworne imię?
Wszyscy stali w ciszy, tak potwornej, że w uszach piszczało i było słychać jedynie cichy szelest drzew na zewnątrz jaskini.
- Ekhem… Ta… więc ja jestem Sineth, to mój brat Roctuss, szanowny wojownik to Karraf, a cudna ruda czarodziejka to Wendy. Naszą Księżniczkę już znasz.
- A więc ta młoda dama jest księżniczką? Przepraszam najmocniej jeśli obraziłem twoje obliczę, szlachetna pani – paladyn uklęknął pochylając głowę w stronę Wendy
- Co? – zakłopotała się czarodziejka
- Ale nam chodziło o naszego barda – sprostował Sineth
W sali znów zapanowała niezręczna cisza
- Co cię tu sprowadza Panie Rycerzu? – spytała Wendy
- Ścigam pewną bestie na zlecenie wieśniaków. Ścigałem ją aż tu dopóki nie zaatakowały mnie gobliny. Nasz zakon szczyci się tępieniem plugastw. A ja z przyjemnością poluję i walczę z tymi bezmyślnymi potworami. Wolę słyszeć jeden krzyk potwora niż tysiące krzyków biednych ludzi.
- Uważaj by walcząc z bestiami samemu nie stać się jedną z nich! – ostrzegł go Karraf
- Spokojnie. Nie zabijam ich z przyjemności, tylko z powołania. Moje czyny są szlachetne i nigdy nie były pochopne. Moja wiara jest moją zbroją, a święte słowa Utevy są bronią, która przynosi kres tyranii bestii. Tak czy siak, widziałem jak parę tych paskudztw zeszło w głąb korytarza zanim zdążyłem je powstrzymać. Pomogę wam w schwytaniu ich, ale ostrzegam, że żyją tu znacznie gorsze kreatury niż gobliny.
- Co takiego? – spytał Flin
- Zobaczycie sami. Trzymajcie się mnie, a nic wam się nie stanie. To jak mogę się przyłączyć do waszej Swawolnej Kompanii?
- Swawolnej Kompanii? Podoba mi się ta nazwa. Oczywiście, że możesz, ale pamiętaj ja tu dowodzę – odpowiedział Sineth z szyderczym uśmiechem
Cała Swawolna Kompania zeszła na dół marudząc na samozwańczego przywódcę.
Źródło Wiedzy II : Bóstwa, półbóstwa i kapłani
Do salonu weszła Wendy, otworzyła drewniane okiennice, a w pokoju od razu się rozjaśniło. Wtedy ujrzała braci śpiących przy stole, oraz Flina leżącego pod ścianą i trzymającego w ręce królicze udko i talerzem pełnym mocno przejrzałych warzy na głowie.
- Wstawajcie lenie! Ileż można spać – krzyknęła
Bracia wstali niemal od razu. Rozejrzeli się po pokoju i zaczęli chichotać. Po chwili Sineth wyciągnął monetę z kieszeni i wręczył ją Roctussowi.
- Miałeś racje. Nie zorientował się aż do rana. – powiedział z rezygnacją łotrzyk
Ruda Wiedźma wyraźnie zażenowana głupimi żartami Mrocznych Braci podeszła do Flinara.
- Wstawaj!
Bard, aż podskoczył, a cały talerz wywrócił się na niego robiąc niezwykły hałas i brudząc cały jego zielony kubraczek. Bracia wybuchli głośnym śmiechem.
- Ej! No nie! Jestem cały umorusany w warzywach – bard rozejrzał się po pokoju i zobaczył śmiejących się „oprawców” – Wy! Zabiję was!
- Nikogo nie zabijesz. A teraz wstań wreszcie, idź się przemyj. Z tyłu domu, w ogródku, jest studnia – dziewczyna myślała jeszcze chwilę, szukając wzrokiem kogo jej brakuje - Wracając obudź Karrafa, chyba śpi w spiżarni.
- Już idę – powiedział muzyk z rezygnacją
Bracia przeciągneli się, Wendy ziewnęła i wszyscy razem czekali na pozostałą dwójkę. Nie prowadzili ze sobą żadnej rozmowy. Było chyba za wcześnie na prowadzenie jakiejkolwiek rozmowy biorąc pod uwagę ich zmęczenie i kaca po wczorajszej biesiadzie. Nagle usłyszeli krzyk z dołu i powoli ruszyli w stronę schodów. Gdy zeszli na dół, zobaczyli grajka stojącego przed otwartą spiżarnią.
- Karraf! Wstawaj! Czekamy tylko na Ciebie! – krzyknął, jednak nie doczekał się żadnej reakcji oprócz długiego i głośnego chrapania krasnoluda – Wiem, mam pomysł.
Ucieszony muzyk wyciągnął nową piszczałkę i zaczął na niej grać, przenikliwe dźwięki. Chwilę później można było usłyszeć głos ze spiżarni „Cisza!” Po czym gomółka sera wyleciała przez drzwi trafiając barda prosto w twarz . Leżący Flin, podniósł lekko rękę i stęknął
- Dajmy mu jeszcze chwilę…
Bracia zaciągnęli Flinara na górę do salonu, Wendy poszła chwilę później za nimi, z dzbanem jakiegoś dziwnego napoju. Nalała wszystkim do pucharów.
- Zdrowie panowie – przechyliła kubek, wypijając całą zawartość krzywiąc się przy tym strasznie
- Co to jest? – krzyknął Sineth, niemal dławiąc się napojem
- Pyszny sok z kapustki – powiedział zadowolony elficki krasnolud kręcąc pucharem jakby zawierało najznakomitsze, wytrawne wino – najlepsze na dolegliwości „po biesiadne”.
- To co będziemy robić zanim obudzi się nasz ostatni biesiadnik? – spytał bard, widocznie niezadowolony z napoju
- Nie wiem. Nie chce mi się myśleć – stwierdziła czarodziejka, kładąc głowę na stole, zakrywając ją rękoma
Flin przyjrzał się wreszcie wyglądowi nowego kapłana. Teraz w świetle słońca ujrzał jego nieco wysuszoną i opaloną skórę. Z wyglądu był młody, na twarzy jedynie niewielki zarost, tu i ówdzie pojawiały się zmarszczki stworzone przez pustynne słońce. Miał na sobie szaty, zakrywające go od stóp do szyi, w kolorze między jasnym brązem a szarym. Szata miała z tyłu kaptur z przyszytą maską na twarz, prawdopodobnie na wypadek burzy piaskowej. Muzyk nie był w stanie określić z jakiego materiału jest zrobiony płaszcz. Całość przepasana była lnianą liną, do której był przyczepiony wałek do ciasta, który został przerobiony na tłuczek bitewny, skórzana sakwa i bukłak. Na jego nogach widniały drewniane sandały.
- Roctuss, nie wspominałeś przypadkiem, że jesteś kapłanem? Też potrafisz władać ogniem?
- Co? Nie. Jestem kapłanem Grrosha. Grrosh to bóstwo orków, wojny i tułaczki. Nie ma on w swoich domenach ognia.
- Po za tym ja jestem kapłanką Katona, jednego z jedenastu głównych bóstw. Grrosh to półbóstwo. Widzisz podczas wielkiego stworzenia świata, jedenastka bóstw żyła w swoim świecie. Było ich z początku jedenastu – Wendy podeszła do regału z książkami ojca. Po chwili poszukiwań wyciągnęła jedną i położyła ją na stole. Ucieszona zaczęła czytać na głos * * *
Hobar, bez ręki bóg chaosu. Czarny jak smoła o śliskiej skórze płaza. Wyglądem przypomina kijankę. Ma długi ogon, i parę żabich nóg. Nie posiada oczu, za to ma potężną szczękę pełną samych trzonowców. Zachowuje się nieco jak szczeniak i często swoim kłapaniem powodował chaos i zgiełk wśród bóstw. Bóstwa twierdzą jednak, że nie jest zły, a po prostu zagubiony. Jego wyznawcy zwani Dyscordianami są mistrzami wprowadzania kłopotów w nasz świat, jednak nie wszyscy czynią zło. Głównie bawią się identycznie jak ich bóstwo. Niektórzy „przypadkiem” ugasili wielki pożar, chcąc wypróbować nowy czar zmieniający pogodę. Są może bardzo dziecinni, ale za to są sympatyczni, tak samo jak ich bóstwo.
* * *
Vatun, jednoręki bóg wiatru, zwany również mnisim bogiem. Jego domem po zejściu na nasz świat, stał się Płaskowyż Oczu. Tam znaleźli się jego pierwsi poplecznicy, spokojny lud zmienił się wtedy w zdyscyplinowanych mnichów i historyków. Sam przypominał wielkiego człowieka, o sześciu palcach u dłoni i skośnych oczach. Zarówno on jak i jego poplecznicy sprowadzają przyjemne bryzy jak i potężne tajfuny. Często jednak ich ludzie nie robią nic, nie chcąc zakłócać panującej harmonii. Istnieje legenda, że na górze znajdowało się kiedyś przejść do Jeziora Życia. W którymś momencie Vatun opuścił swój lud i wyruszył na pielgrzymkę po świecie, niosąc sprzyjające wiatry swoim wyznawcom, lecąc na jednej z chmur. Jego kapłani są strasznie tajemniczy, ale za to bardzo zdyscyplinowani. Często bywają też być szorstcy.
* * *
Terranos, dwuręki bóg ziemi. Często przedstawiany jako potężny minotaur z kamiennym hełmem. W porównaniu do Vatuna, jest jeszcze spokojniejszy. Nie podejmuje żadnych pochopnych decyzji i często unika walki. Jednak gdy zostanie zmuszony do walki, nigdy nie przegrywa. Podobno często śpi, a jego chrapanie powoduje trzęsienia ziemi, co jest często celem jego kapłanów, gdyż wtedy mogą poczuć obecność swego bóstwa. Jego kapłani są nieco dziwni. Są ascetami, wyzbyli się wszelkich bogactw i co najdziwniejsze zawsze noszą ze sobą kamienie, a niektórzy nawet głazy na plecach. Są również niezwykle dobrze zbudowani. Mają spokojne usposobienie, ale bywają też strasznie uparci i niezbyt rozgarnięci. Mają także niewiarygodne zamiłowanie do herbaty.
* * *
Katon, trójręki bóg ognia. Gniewny Pan i zbawca śmiertelników, symbol męstwa. To on podarował ogień wszystkim żyjącym, pozwalając nam się ogrzać w zimowe dni, oświetlając ciemne noce i broniąc się przed stworami mroku. Jest niczym ojciec opiekujący się śmiertelnymi dziećmi, jednak pomimo swojej dobroci często jest odbierany jako złe bóstwo ponieważ często się gniewał, podejmował decyzje bez przemyślenia ich i sporadycznie atakował tych, którzy nie zgadzali się z jego wolą. Często jest przedstawiany trzymając dwie ogniste halabardy, a w trzeciej ręce wyrastającej z jego karku trzyma włócznię płomieni. Uważa się, że wybuchy wulkanów powstają gdy kłóci się z Terranosem. Jego wyznawcy tak jak ja, noszą dar Katona do tych którzy tego potrzebują.
* * *
Kviva, czteroręka bogini wody. Przedstawiana jako syrena o dwóch twarzach. Z jednej strony dzierży łuk i strzały, z drugiej dwa sejmitary. Symbolizuje również kobiecość. Często zmienia zdanie, kłuci się i plotkuje. Jej przedstawiciele, zawsze są piękni dzięki jej czarom wody. Ale w porównaniu z nami, kapłanami ognia, są słabi i potulni.
* * *
Malrygg, pięcioręki bóg zła. Mroczna, zakapturzona i wiecznie zgarbiona postać. Zło, trucizna i podstęp to jego domeny. Wiecznie knuje coś by w sercach śmiertelników zagościło wieczne zło. Jego kapłani, często są wynajmowani jako skrytobójcy. Jego piąta dłoń , która niegdyś miała pięć palców ma obecnie jeden, który zmienił się w jadowity sztylet. Jego wyznawcy często ubierają się w czerń chcąc ukryć się w nocy lub cieniu. Inni przywdziewają normalnie ubrania, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Niektórzy z jego podopiecznych potrafią stać się pół-diablęciami, zyskując nadnaturalną siłę, skrzydła nietoperza i czarne łuski, które ich chronią.
* * *
Bradme, sześcioręka bogini dobra. Przedstawiana jako kobieta o orlich skrzydłach i pięknych śnieżnych włosach, dzierżąca w każdej ręce tarcze, którymi z każdej strony chroni najbardziej potrzebujących. Najmilsza z bóstw, pomaga wszystkim, którzy proszą ją o pomoc. Zajmuje się też opieką nad Hobarem i pilnuje by Malrygg nie skrzywdził nikogo. Jej kapłani są bardzo mili i pomocni. Często zakładają klasztory, w których leczą wszystkich potrzebujących. Często są wynajmowani przez królestwa by w swoich armiach leczyli rannych. Najważniejsi kapłani potrafią przybrać postać półboską, dostają wtedy orle skrzydła, a wokół nich pojawia się boska aura lecząca wszystkich wokół i utrzymująca zło na dystans.
* * *
Cheronia, siedmioręka bogini czasu i miar. Tkaczka Losu, przedstawiana jako kobieta dzierżąca nici przeznaczenia, złotą wagę, klepsydrę i kryształową kulę. Widzi ona to co było, to co jest i to co będzie. Nauczyła śmiertelników matematyki i wróżenia. Jej kapłani często stają się potężnymi wieszczami, a krążą plotki że część z nich potrafi przemieszczać się w czasie i przestrzeni z taką łatwością jak my chodzimy.
* * *
Molus, ośmioręki bóg śmierci. Władca Marionetek, jest jedynym bezcielesnym bogiem, przedstawiany najczęściej jako czarna jak smoła chmura z okiem stworzonym z piorunów. Nigdy nie walczy osobiście, za to przejmuje nad kimś lub czymś kontrolę i próbuje zabić każdego kto się mu sprzeciwia. To on nauczył ludzkość nekromancji, zarówno pozytywnej jak i negatywnej. Jeden z bardziej niebezpiecznych bóstw. Zależy mu głównie na tym, aby śmiertelnicy nie przewyższyli bogów, dba więc o to by nie było ich za dużo, zsyła choroby aby nie byli silni, a także włada armią nieumarłych która często pustoszy krainy na zachodzie. Jego kapłani to nekromanci, którzy są mocno zadufani w sobie i twierdzą, że życie śmiertelników jest nic nie warte, dlatego tak często ich wykorzystują.
* * *
Shashan, dziewięcioręki bóg piorunów i burz. Jest równie pochopny co Katon, łatwo się denerwuje i uważa się za najpotężniejsze bóstwo. Jego wyznawcy boją sie go i sami wzbudzają trwogę w innych. Często przywołuje potężne błyskawice i burze pustoszące ziemię. Sam zamieszkuje wysokie góry na północy, a konkretniej najwyższy szczyt zwany Burzową Iglicą. Jego kapłani to często chorzy masochiści i socjopaci. Trzeba zwracać na nich szczególną ostrożność i unikać z nimi walki.
* * *
Asylius, dziesięcioręki bóg harmonii. To on pilnuje by wszyscy bogowie, śmiertelnicy i cały wszechświat się nie pozabijali nawzajem. Ten Który Stoi Po Każdej Stronie. Pomaga każdemu bóstwu, niezależnie czy ktoś jest dobry czy zły. Często zjawia się gdy jakaś rasa jest bliska wyginięciu i pomaga im przetrwać. Jego kapłani są naprawdę silni, a ich magia rozkazów sprawia, że inni kapłani często im służą.
* * *
- Meh, zmęczyłam się… - Wendy w końcu odetchnęła z ulgą i rozsiadła się na krześle.
- No dobrze, ale co to znaczy, że Grrosh jest pół bogiem? – spytał Flin
- Widzisz – zaczął Roctuss – Wszystko zaczęło się chyba przez Malrygga. Ten by zwyciężyć nad innymi i by jego plany się spełniły pozbył się swoich czterech palców, a zarazem pozbył się ze swoich domen czterech grzechów: gniewu, zemsty, kłamstwa i chciwości. Z trzech pierwszych palców wytworzyły się pierwsze pół bóstwa, później przechrzczone na demoniczną trójcę. Były o wiele słabsze od bóstw i nie wiedziały co ze sobą począć. Ich stwórca ich porzucił, a innym bóstwom nie chcieli służyć. Poczuli się zagubieni, wtedy Zemsta wymyślił plan zniszczenia bogów. Wyrwali ząb Hobarowi, odcięli jedyną powiekę Molusowi, odbierając mu jego spoczynek na zawsze. Oba składniki zabrali na skraj swego świata i wrzucili wszystko do naszego, łącząc wszystko swoją demoniczną krwią. Wtedy zrodził się najpotężniejszy demon, Arcydemon Głodu. Był on o wiele potężniejszy i silniejszy od bogów. Przedarł się do świata bogów z naszego świata, wtedy bogowie uciekli z przerażenia do naszego. Taka wymiania, rozumiesz? Asylius przed ucieczką zapieczętował wyjścia tak, że Arcydemon i Demoniczna Trójca, nie może opuścić niebios. Gdy bogowie zeszli na ziemię, odtworzyli ją na podobieństwo swojego królestwa, gdyż z początku nasza ziemia była tylko skrawkiem suchej ziemi gdzieś w ciemnicy. Gdy bogowie odtworzyli już ziemię stworzyli z własnej woli swoje dzieci, pierwsze półbóstwa. Ciała były robione głównie przez Terranosa, jednak nie wszystkie, z ziemi ulepił ich ciała, wtedy inne bóstwa nadawały im swoje cechy i wolę. Bóg Ziemi tworzył nas na swoje podobieństwo dając nam dwie ręce dlatego nazywano śmiertelników i półbóstwa Ziemianami. Z połączenia Terranosa i Katona wyszedł właśnie Grrosh. Był silny i gniewny dlatego bano się, że stanie się kolejnym demonem, więc skazano go na wieczną tułaczkę. Później półbóstwa zaczęły tworzyć swoje dzieci, które były już śmiertelne.
- Chwila! Mój dziadek opowiadał mi, że ludzie, elfy, krasnoludy i im podobni są zrodzeni z krwi bogów, które zmieniły się w skierki.
- Meh… No bo to legenda, znana wszystkim. Starsi opowiadają w ten sposób, aby dzieci to zrozumiały i w miarę się uspokoiły przed snem. To tylko bajka – wyjaśniła Wendy
- Nie do końca – sprostował Roctuss – Bogowie tworząc półbóstwa dali im Pierwotne Skierki, które sprawiały, że ciało się porusza, półbóstwa tworząc śmiertelników nadawali im tak zwane Naturalne Skierki. W teorii za każdym razem, gdy samiec i samica tworzą nowe życie tworzą też nową skierkę. No oczywiście są też nekromanci, którzy stworzyli Sztuczne Skierki, by sterować nieumarłymi.
- Zrujnowaliście mi moje myślenie z dzieciństwa. Jeszcze jedno, ty jesteś kapłanem półbóstwa, a Wendy jest kapłanem bóstwa Jedenastki. Czymś to się różni? – spytał bard
- Widzisz, ja jestem kapłanem i moja moc pochodzi od bóstwa i tylko od niego. – odpowiedział Roctuss – Natomiast kapłani jedenastki zostają obdarowani mocami swoich bóstw, ale jest to raczej jak pożyczenie narzędzi od kowala. Robisz to co on, dopóki Ci na to pozwala. Ale co zrobisz z jego narzędziami to już zasługa twoich umiejętności i inteligencji. Kapłani Jedenastki są jakby na pograniczu kapłana a czarodzieja. Tym bardziej, że można być kapłanem więcej niż jednego z jedenastki. Gdy zasłużysz sobie czymś, na przychylność Bóstwa, obdarza Cię on swoimi mocami, mimo, że nie jest się jego wyznawcą. Półbóstwa tego nie robią.
- Bem! Kto jest mistrzem? O tak, to ja! – krzyknęła Wendy
- A co stało się z czwartym palcem Malrygga? – Flin nie przestawał zadawać pytań
- Tego nie wiadomo już do końca – zaczęła Wendy – Podobno Chciwość, została zrodzona z małego palca Boga Zła i nie miała tyle siły by się zmaterializować. W międzyczasie gdy demony szalały, Bogini Dobra przygarnęła, grzech i wychowywała go jak dziecko ucząc go dobra. W ten sposób Palec Chciwości stał się neutralny, nie był już tylko zły albo tylko dobry. Bogowie stwierdzili, że nie jest już do końca demonem i pozwolono mu żyć wolno a w razie czego zniszczyć go. Tak podobno zrodzili się ludzie.
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i przeszedł przez nie Karraf.
- Ruszcie się! Ileż można spać. Idziemy po Anaresa czy nie?
Wszyscy z lekkim poirytowaniem w wzroku popatrzyli na krasnoluda, który dopiero wstał. Sami odeszli od stołu i ruszyli na dalszą przygodę.