Źródło Przygód : XVII Nieoczekiwane Zwroty Akcji
- Wszyscy gotowi? –spytał Flin, rozglądając się za przygotowującymi się towarzyszami.
- Bardziej gotowi być nie możemy. – odrzekł Roctuss – Miejmy tylko nadzieję, że nasz wróg się nas nie spodziewa.
- Nieważne co nas tam czeka bracia, ważne że ruszamy tam razem! – pocieszył ich Leopold.
- O nie! Twoja dobroć… i troska o nas… sprawia, że… - skrytobójca zawył z bólu, chwytając się za klatkę piersiową, po czym przemówił jak gdyby nigdy nic – Mam cię jeszcze bardziej dość.
- Ha-ha bardzo zabawne Sineth! Odczep się w końcu od niego! – oznajmiła wściekle Liliana.
- Bo co mi zrobisz? – prowokował dalej łotrzyk.
- Hej! Uspokójcie się! – krzyknął Flinar – Widzieliście może Wendy?
- Dajcie mi jeszcze pięć minut. – wymamrotała ruda postać kuląca się pod ścianą.
- Ileż można spać? Wczoraj podczas kłótni byłaś taka pełna energii. – powiedział rozdrażniony Karraf.
- Nie śpię, po prostu dajcie mi pięć minut! – krzyknęła kapłanka wijąc się z bólu.
- Oho, chyba wiem co się dzieje. – oznajmił muzyk.
- Nie… Tylko nie to! – dodał krasnolud.
- Co? Co się dzieje? Powiedzcie mi! – spytała zmartwiona Lily, a Mori na jej ramieniu zapiszczał pytającym tonem.
- Nasz siostra przechodzi „Dni Wiedźmy” – odparł spokojnie Leo – Przez jakiś czas będzie nie do zniesienia i nie będzie mogła używać magii.
- Ile razy mam ci to pajacu tłumaczyć?! – Wendy wspinała się po paladynie wydzierając się jednocześnie na niego – To nie są żadne „Dni Wiedźmy”, ani żadne chore obrządki, o których nagadali ci twoi zakonnicy. To zwykły okres! I mogę używać magii, tylko będzie ona mniej posłuszna i wolę jej przy was nie używać, ale jeśli jeszcze raz stwierdzisz, że jestem „nie do zniesienia”, to uroczyście przy wszystkich przysięgam, że przywołam najgorsze płomienie z samego wymiaru Katona, tylko po to by zatkać ci tą twoją jadaczkę. Zrozumiano? Tyczy się to was wszystkich!
Cała męska część drużyny, wraz z Morim, stała przerażona pod ścianą i tylko kiwali zgodnie głową. Jedynie Lily stała uśmiechnięta przy kapłance ognia.
- Nie rozumiem po co ich tak straszysz? – odpowiedziała rozbawiona łuczniczka – Okres jest bardzo naturalną i przyjemną rzeczą.
- Żartujesz, prawda? – Wendy spoglądała teraz na łuczniczkę z pod burzy swoich gęstych rudych loków, spojrzeniem, które zabiło by nawet bóstwa – Cały tydzień męczarni, raz w miesiącu nazywasz przyjemną rzeczą?
- Cały tydzień? Teraz to chyba ty żartujesz. Okres przechodzi się tylko w dniu urodzin, wszystkie zmysły się wyostrzają, a świat nabiera nowych barw i zapachów. To najwspanialszy dzień jaki może być!
- Że co?!
- Chcesz powiedzieć, że mówisz tak całkiem poważnie z tymi męczarniami?
- Tak! – Wendy zawyła z bólu i skurczyła się w pół, opierając się plecami o ścianę.
- Hmm… Może to dlatego, że jestem pełną elfką. Wraz z długowiecznością, jesteśmy mniej płodni, a zatem mamy bardziej rozłożony okres na czas naszego życia.
- Nienawidzę cię…
- Poczekaj mam pomysł. Mori chodź tu! – łuczniczka zawołała swojego małego towarzysza – Z racji tego, że Mori, jest duszkiem lasów, to może on nie tylko przywoływać dzikie korzenie i tworzyć mi „gałęziostrzały” hihi – zaśmiała się i szepnęła coś do mikrusa, a ten podleciał do podłogi i za pomocą swojej magii, przywołał kępkę liści , który wręczył kapłance – Pożuj to przez jakiś czas. Soki tych ziół łagodzą skurcze organizmu i uśmierzają nieco ból.
- Czy mówiłam wam, jak bardzo jesteście kochani? – Wendy przytuliła łuczniczkę z jej duszkiem u boku.
- Odwołuję alarm, powtarzam odwołuję alarm! – oznajmił Flinar – Problem zażegnany, jesteśmy wszyscy uratowani!
W korytarzu rozległy się oklaski i śmiechy, rozluźniający całą tą sytuację. Gdy Wendy przestała się już wić z bólu, razem z drużyną ruszyła przez kamienne przejście. Patrząc z zewnątrz wrota przypominały po prostu kawałek ściany, co stanowiło świetny środek zapobiegawczy przed niechcianymi gośćmi. Grupa poszukiwaczy przygód znajdowała się teraz na górskim szlaku, mniej więcej w połowie wysokości gór, które porastały głównie trawy, mchy i niewielkie krzewy.
- Tędy – oznajmił Flinar ruszając w głąb szlaku.
- Skąd ta pewność bracie? – spytał Leo.
- Przeczucie barda – zaśmiał się Flin.
Drużyna ruszyła żwawo za swoim przewodnikiem. Po niedługim marszu, zeszli ze szlaku na szczyt w stronę zachodniego stoku góry. Gdy w południe większość drużyny była już zmęczona podróżą, zadecydowano aby rozbić niewielkie obozowisko.
- Poruszasz się jakbyś już tutaj był. – Karraf spoglądał podejrzliwie w stronę barda.
- Jestem tu po raz pierwszy, ale… - zaczął Flin.
- Ale?! – krzyknęła niemal cała Swawolna Kompania.
- Czuję się jakby coś mnie przyciągało.
- No świetnie czyli kierujemy się na ślepo, tylko dlatego, że tobie się coś uroiło? – oburzyła się Wendy.
- Tak dla bezpieczeństwa, Roctuss sprawdź go! – Sineth zwrócił się do swojego brata.
- Stój spokojnie – kapłan Grrosha machnął mu dłonią przed oczami inkantując pod nosem zaklęcie. – Jest czysty, nie ma na nim ani hipnozy, ani innej kontroli.
- Czyli jednak idziemy na ślepo. – zapiszczała pod nosem łuczniczka, której we włosach odpoczywał Mori. – Przynajmniej jesteśmy na otwartej przestrzeni i nic nas nie zaskoczy.
- Bierz pod uwagę, że to działa w obie strony. – pouczył ją Karraf – My widzimy ich, a oni nas.
- A propos tego co widzimy, zauważyliście jaką mamy tu roślinność? – spytała Lily.
- Tylko ktoś kto został wychowany przez druidów mógłby zwracać uwagę na takie pierdoły. – stwierdził Sineth ziewając głośno.
- Przestań być takim wrednym. – Wendy uderzyła go w potylicę – Same trawy i krzewy. To normalne dla tej wysokości, czemu pytasz?
- No właśnie, skoro jest tu za wysoko na drzewa to czemu tam w oddali widać, że zza góry wystają korony drzew? – elfka mierzyła swoim drobnym palcem w danym kierunku.
- Tam jest skalna półka. – oznajmił półprzytomnie bard – Jestem niemal u celu.
- Co ty tam mamroczesz pod nosem? – warknął Karraf podczas zwijania obozu.
- Co? Nic! – odpowiedział otrząsając się z letargu.
- Miej na niego oko, a jakby coś się zaczęło dziać daj mi o tym znać – wyszeptał krasnolud do Lily – Coś z nim jest nie tak.
- Tak jest. – wyszeptała Lily stojąc na baczność.
Po dłuższym marszu dotarli do dziwnego „górskiego lasu”, o którym wspominała Lily. Drzewa porastały potężną półkę skalną, która powstała poprzez wydobycie potężnej ilości skały z tej góry. Skalne podłoże nagle przechodziło w żyzną glebę co świadczyło tylko o magicznym pochodzeniu tego miejsca. Swawolna Kompania powoli i ostrożnie wkroczyła do tego miejsca. Liliana zwróciła uwagę drużyny, o tym że wkoło rosły różnorakie drzewa liściaste, normalnie niewystępujące na takiej wysokości, a nawet takie, które nie występują w tej części kontynentu. Żartowała również, że zaproponuje przeniesienie rady druidów do tego miejsca. Po godzinie drogi drużyna zatrzymała się na chwilę, aby przedyskutować pewną kluczową sprawę.
- Chyba się zgubiliśmy. – oznajmił drużynie Flinar.
- Na pewno się zgubiliśmy. – przytaknął Roctuss, wskazując wielkie X na pobliskim drzewie – Oznaczyłem to drzewo, gdy zdawało mi się, że mijamy je po raz drugi, aby mieć pewność, że nie chodzimy w kółko. I miałem racje, chodziliśmy. Mijamy je co najmniej szósty raz.
- Czemu wcześniej o tym nie wspomniałeś?! – oburzył się Sineth kopiąc brata w piszczel.
- Au! Nie pytaliście. Szliście do przodu, to ja za wami.
- Rotus następnym razem masz nam mówić takie rzeczy od razu! – krzyknęła na niego Wendy.
- Rotus? – spytali mroczni bracia.
- Roctuss! Język mi się plącze ze zmęczenia.
- Dajcie mi chwilę, zobaczę jak to wygląda z góry. – Lily wspięła się na drzewo jednym susem, a po chwili zwisała na gałęzi do góry nogami jak nietoperz – Mam dobrą i złą wiadomość.
- Zacznij od dobrej. – uśmiechnął się do niej Leopold.
- Jest już niedaleko do wyjścia.
- A zła? – mruknął Karraf.
- Ten „las” ma niecałe dziesięć metrów, a my chodzimy od dłuższego czasu na samym jego początku.
- Czyli jest przeklęty. To pewnie robota nekromanty! – wściekł się paladyn.
- Normalnie mogła bym wszystko spalić i byłby spokój, ale wolałabym teraz nie ryzykować. – zgorzkniała Wendy – Meh, możemy poczekać tak z sześć dni i damy radę.
- Nie mamy na to tyle czasu, poza tym mam pomysł. Mori, idziemy! – elfka skakała z gałęzi na gałąź, trzymając swojego duszka we włosach. Po chwili pojawiła się trzymając lianę w dłoni – Łapcie się tego. Mori to stworzył i razem przywiązaliśmy to do ostatniego drzewa. Miejmy nadzieję, że to zadziała.
Trzymając się mocno zaklętej liany, drużynie udało się przedostać na drugą stronę. Ich oczom ukazał się kolosalny plac, wypełniony przeróżnymi kwiatami i krzewami, przystrzyżonymi w przeróżne magiczne kreatury. Najbardziej rzucały się w oczy krzewy ozdobne w kształcie dwugłowego niedźwiedzia walczącego z monstrualną kobrą, która mierzyła niemal pięć metrów. Nagle drużyna usłyszała dziwne brzęczenie, po czym coś wyłoniło się zza łapy „roślinnego niedźwiedzia”. Zielona kreatura, jednym susem pokonała dystans kilku metrów i znajdowała się tuż przed drużyną.
- Witam. – zaskrzeczało zielone monstrum, mierzące nieco ponad trzy metry, mimo to było bardzo smukłe. Od pasa w górę przypominał połączenie ropuchy z człowiekiem, a od pasa w dół gigantycznego pasikonika. W dłoniach dzierżył przeogromne, prymitywne nożyce – Zwą mnie Roend *rebe*, w czy mogę wam pomóc?
- Czym ty jesteś? – spytała przerażona Wendy.
- To kergit! – krzyknął Flinar – Przynajmniej częściowo.
- Hehe, miło że ktoś w tych czasach wie kim są kergici *rebe*. – uśmiechnęł się Roend – Jak ten młodzieniec zauważył jestem kergitem, starą, niemal wymarłą rasą humanoidów o ropuszych cechach *rebe*, tą część owadzią, którą możecie zauważyć zawdzięczam swojemu wybawcy i zarazem właścicielowi.
- Kim jest twój wybawca? – spytał ostrożnie Sineth.
- Jeden z Dwudziestki Czwórki, mistrz nekromancji, potężny Merasmus. *rebe* To chyba oczywiste, jesteście na jego terenie.
- Chyba nie chcesz z nami walczyć? Mamy przewagę liczebną, a z resztą sam bym cię pokonał! – Karraf zagroził wynaturzeniu halabardą.
- Ależ oczywiście, że nie *rebe*. Mistrz zabronił walczyć mi z jego gośćmi, a co do pokonania mnie, to pewnie masz rację. – westchnął Roend – Jestem ogrodnikiem dżentelmenem, a do tego kaleką od ponad stu lat.
- Stu lat?! – Liliana wyglądała na zaskoczoną – Jesteś długowieczny jak elfy czy krasnoludy?
- Nie dokładnie *rebe*. Chodźmy powoli w stronę mojego pana, a odpowiem wam na wszelkie pytania. – nietypowy centaur ruszył przed siebie.
- Miejcie się na baczności bracia i siostry. To może być pułapka. – wyszeptał Leopold.
- Widzicie, my kergici żyjemy około pięciuset lat *rebe* - zaczął ogrodnik – Urodziłem się niecałe dwieście lat temu, w ostatniej dekadzie spokoju naszej rasy. Mój lud zamieszkiwała daleki zachód tego kontynentu, zwanym „Pierwotnymi Moczarami” i wszystko było w porządku dopóki ludzie nie zaczęli nas nękać, miałem wtedy, żeby was nie skłamać, około dziesięciu lat, gdy moje życie zamieniło się w istne piekło i walkę o każdy dzień. To wtedy właśnie *rebe*, zostałem szermierzem i opracowałem do perfekcji własny styl walki ostrzem. Niestety nawet najlepsi mają gorszy dzień. Najeźdźcy zaatakowali nas w nocy, a nad rankiem wydano na mnie wyrok śmierci poprzez rozerwanie w pół. Wtedy spotkałem mistrza.
- Chwila to by znaczyło, że Merazmus, ma dobrze ponad sto czterdzieści lat! – krzyknęła Wendy.
- Ma znacznie więcej. Jako wybitny kapłan boga śmierci Molusa, został nagrodzony niemal boską nieśmiertelnością. O tak *rebe* on zdecydowanie był wybitny. W dość w młodym wieku sprzeciwił się swoim przełożonym kapłanom i na własną rękę szukał woli swego bóstwa. Stwierdził, że bez życia nie ma śmierci, dlatego też jako pierwszy i jak dotąd jedyny nekromanta zaczął leczyć i wspomagać ludzi. Sprawdzał jak działają organizmy, badał je jak pogodę *rebe*, ale to właśnie dzięki temu żyję, a dokładnie dzięki jego własnej sztuce, którą o ile dobrze pamiętam nazwał „mecydyną”, albo jakoś podobnie. – Roend zrobił przerwę i wskazał bliznę w miejscu, w którym łączyły się dwie różne części jego ciała – Widzicie to? Powiedział, że żadna magia nie potrafiła tego dokonać do tej pory, tylko jego „mecydyna”, nici oraz sporo czasu na rehabilitację. Mój pan zdecydowanie wybiega swoją epokę!
- Ale nekromanci są niegodziwi, wszyscy to wiedzą! Zsyłają na ludzi plagi i tworzą armie nieumarłych by im służyły i siały dalsze spaczenie! – krzyknął paladyn – Tak nauczał zakon i sam nie raz musiałem się zmierzyć z nieumarłymi, którzy byli siłą przetrzymywani jako niewolnicy w tym świecie!
- Przyznaję, masz rację. – uspokoił go centaur – Twój zakon tak uczy. Moc nie definiuje człowieka, tylko człowiek definiuje jak używa swojej mocy. To, że ktoś nosi pochodnie nie znaczy, że chce spalić las, mimo że właśnie to może dzięki niej uczynić. Raczej używa jej do oświetlania sobie drogi. Inaczej trzeba by rzucać się na każdego z pochodnią. Chcesz inny przykład? *rebe* Weźmy na to masz nóż, którym kroisz chleb, w rękach twojego znajomego jest ono zabójczą bronią. Mam nadzieję, że zrozumiałeś moją lekcję *rebe*. Poza tym nie wierzył bym w nauki zakonu, których członkowie nie wiedzą, że służą innemu bóstwu.
- Co masz na myśli?!
- To już nie ważne, wkrótce nie będzie to miało znaczenia. Czasy się zmieniają *rebe*, a bóstwa wkrótce przestaną siać grozę i zamieszanie w tej krainie.
- Co masz przez to na myśli? – krzyknął wściekle Sineth, tworząc krwawe ostrze.
- To nie ma znaczenia, *rebe* i nie podnoś na mnie głosu! Pragnę przypomnieć, że jestem szermierzem, a mistrz powiedział, że w razie kłopotów mogę się bronić!
- I niby taki wielkie szermierz pracuje teraz jako ogrodnik? – zaśmiał się Roctuss, przywołując duchowy totem.
- Lepiej być wojownikiem w ogrodzie, niż ogrodnikiem na wojnie *rebe*! – Roend mierzył do nich ze swoich nożyc.
- Uspokójcie się wszyscy! – wybiegł między nich Flinar – Nie z tobą mamy porachunki.
- Masz racje *rebe* Dobrze wiedzieć, który z was ma Krwawe Ostrze – monstrum powiedziało do siebie pod nosem po czym stuknęło dwukrotnie ostrzem nożyc i ruszyło dalej –Wracając do sedna, mój mistrz nie jest złym nekromantą jak wszyscy stereotypowo myślą. Zaraz z resztą zobaczycie. Herbert! Podejdź tutaj na chwilę!
Dopiero teraz drużyna zorientowała się, że nie jest sama ogrodzie ozdobnych krzewów. Wokół było z pół tuzina nieumarłych zombie, przycinających trawę nożycami ogrodowymi, podobnymi do tych trzymanych przez Roenda. Jeden z tych martwych ogrodników wstał na nogi i ruszył w kierunku Swawolnej Kompani.
- Wołałeś panie? – spytało zombie zwane Herbertem. Było to silne ciało starszego mężczyzny, z śmiertelną raną przeszywającą na wylot jego martwą klatkę piersiową – Wybaczcie, drodzy goście, jestem Herbert. Miło mi.
- Trzeba wypędzić to plugastwo! - krzyknął Leo, ale szybki gest Flinara zatrzymał go.
- Herbert *rebe* opowiedz proszę, jak zostałeś uratowany przez naszego mistrza. – poprosił go pół kergit, patrząc na twarze zdezorientowanej załogi.
- Tak panie. – zombie szybko poprawiło ciemno brązowe włosy – Widzicie, wiodłem szczęśliwe życie, miałem żonę i dwójkę dzieci, z których jestem niezmiernie dumny. Miałem swój skrawek ziemi i wszystko szło po mojej myśli, do tej srogiej zimy z przed dwóch lat. Plony nie były tak udane i miałem dylemat, czy pozwolić rodzinie wymrzeć z głodu, czy zostać pozbawionym ziemi, za nie płacenie daniny władcy. Wolałem zostawić jedzenie w domu i wstawić się na służbę wojskową na dworku co zwalniało moją rodzinę z płacenia daniny. Niestety podczas eskorty mego byłego pana, zostałem zaatakowany przez zamachowców. Dźgnięty ostrzem prosto w serce, skonałem gdy reszta eskorty zdołała uciec. Jednak wiedziałem, że nie mogę opuścić tego świata, nie mogłem zostawić mojej rodziny w potrzebie. Gdy dusza nie ma dokończonych spraw na tym świecie, skierka nie może jej zaprowadzić do Jeziora Życia. Tak więc wędrowałem, przez kilka miesięcy, aż natrafiłem na swego wybawcę. Chciał mi pomóc przedostać się na drugą stronę i wtedy opowiedziałem mu swoją historię. Wtedy też podpisaliśmy pakt. Spłacił on wtedy dziesięć lat daniny władcy i podarował mojej rodzinie mały datek, który powinien starczyć, aby przeżyli aż moje dzieci będą mogły spokojnie pracować na roli i sami się utrzymać. W zamian za to jako nieumarły sługa zgodziłem się pracować przez te dziesięć lat jako ogrodnik i lokaj. Co więcej, nasz mistrz obiecał mi spotkać się z rodziną zanim odejdę.
- Czy to nie piękne? – wzruszyła się Lily, a Mori ocierał jej łzy.
- Jakoś nie przekonuje mnie ta historia. – oznajmił wszystkim Leo.
- Spotkałem wiele nieumarłych na swojej drodze i uwierz mi, on nie jest pod kontrolą. – Rotuss bacznie przyglądał się Herbertowi – A to znaczy, że nie mówi tego co chciałby mówić jego mistrz.
- Czyli albo mówi prawdę, albo kłamie, ale robi to wtedy świadomie. – dokończył Sineth.
- Albo świat staje do góry nogami, albo mój zakon od samego początku nauczał kłamstw. – paladyn chwycił się za głowę.
- Decyzja należy do ciebie *rebe*. Może, wkrótce sobie to wszystko poukładasz. – Roend machnął ręką na Herberta, każąc mu wracać do pracy, sam natomiast dalej prowadził grupę poszukiwaczy przygód, w kierunku posiadłości nekromanty. – Chodźcie za mną, już niedaleko.
Weszli nareszcie na wielki plac tuż przed skromnym kamiennym zamkiem zbudowanym przy górskiej ścianie. Mierzył on jedynie trzy piętra, które zwężały się wraz z wysokością, a całość zwieńczała szpiczasta wieża. Wejście było zamknięte potężnymi hebanowymi wrotami, zza których można było usłyszeć jakąś żywą dyskusję.
- Oho *rebe*, mój pan was zaraz przyjmie osobiście. – ucieszył się ropuszy ogrodnik.
Nagle drzwi z hukiem się otworzyły i w przejściu pojawiły się postacie potężnego orka Anaresa i brodatego starca w czarnym płaszczu.
- Rudzielec i gaduła do środka! – krzyknął starszy mężczyzna – Z resztą róbcie co chcecie! – po czym zniknął w ciemnościach wielkiego korytarza.
- Spokojnie, idźcie. – mrugnął do nich Sineth – Zaraz do was dołączymy.
Flin złapał Wendy za rękę i przebiegli pomiędzy strażnikami.
- WAAAAGH! – krzyknął wściekle Anares, kręcąc swoim potwornym korbaczem.
- Nawet nie wiesz jak długo na to czekałem! – odpowiedział mu Karraf i ruszył na niego pełnym impetem.
- Ej brzydalu! Nie miałeś się nami zająć? Wiedziałem, że kłamiesz na temat dobroci tego starucha, ale liczyłem, że nie kłamiesz co do swoich zdolności walki. – Sineth obrażał Roenda, mierząc do niego z krwawego ostrza.
Zielone monstrum nie wytrzymało, wyciągnęło językiem stalowy bolec, który utrzymywał razem dwie części nożyc i stanął jak do pojedynku, trzymając ostrza jak rapiery. Nachylił się i skoczył w kierunku łotrzyka, z impetem wystrzelonego pocisku z balisty. W oka mgnieniu przybijając go ostrzem do ziemi.
- Zabawne, że to ty *rebe* zarzucasz mi kłamstwa. – wyszeptał wściekle pół kergit – Wiedziałem od początku, że wyciągnąłeś wtedy ostrze *rebe* by stworzyć tego klona. – odwrócił się po czym „wystrzelił” swój jęzor wraz z metalowym bolcem w stronę prawdziwego Sinetha i Leopolda, którzy wykorzystywali chwilowe zamieszanie do wtargnięcie do środka poprzez okno na parterze.
Leo przyjął cały impet „pocisku” na siebie. Stalowy bolec wgniótł tarczę, łamiąc przy okazji rękę paladyna. Widząc to skrytobójca cofnął się po swego wybawcę i wciągnął go szybko przez okno. Chwilę po tym, gdy tylko szermierz wciągnął język z powrotem, musiał się bronić przed atakami pozostałej części Swawolnej Kompani.
****
- Co ty robisz? – wrzeszczała Wendy, próbując się wyrwać z uścisku Flinara – Oszalałeś do końca? Puszczaj mnie!
- To się pośpiesz! Nasi przyjaciele kupują nam teraz trochę czasu. – poganiał ją bard – Słuchaj też z całego serca pragnął bym im pomóc i walczyć razem, ale wiesz doskonale, że to nie jest opcja. Nie damy sobie rady z Anaresem, a kto wie, jeżeli… Jeżeli, no wiesz… Nie powstrzymają ich, to Anares może ruszyć za nami, a wtedy pokonanie Merazmusa będzie niewykonalne!
- Jak chcesz powstrzymać prawdopodobnie nieśmiertelnego nekromantę, który był w Dwudziestce Czwórce? Pragnę przypomnieć, że bóstwa wybrały tam najsilniejszych ludzi tamtych czasów! I najważniejsza rzecz, nie zapominaj, że nie mogę czarować!
- Z Dwudziestki Czwórki czy nie, pokonamy go. A z tego co pamiętam, to mówiłaś, że możesz czarować , tylko nie umiesz nad tym zapanować i może nam z tego powodu grozić niebezpieczeństwo.
- Człowieku, na otwartej przestrzeni byliście w niebezpieczeństwie. Teraz to mogę wysadzić przypadkiem cały ten zamek, a to dla ciebie pewna śmierć!
- Aha! Czyli możesz go pokonać!
- Zgłupiałeś do reszty czy ogłuchłeś już całkiem?! Halo, możesz zginąć!
- Wendy słuchaj, byłem świadom, że może nadejść taki dzień od samego początku, mimo to nie zniechęciłem się ani przez moment. Przyjaciele czasem popełniają błędy i ranią się nawzajem, ale od tego właśnie są, aby poświęcać się dla dobra drugiego. A teraz pokażmy temu starcowi, że z nami się nie zadziera!
- Nawet… - kapłanka ognia zaczęła jąkać się i ocierać łzy.
- Nie musisz nic mówić.
- Meh. Nawet nie wiesz jaki jesteś dziecinny. – uśmiechnęła się po czym uderzyła barda w ramię, po czym szepnęła – Dzięki.
- Podziękujesz później. – Flinar zatrzymał się na chwilę. – Którędy teraz?
Znajdowali się w okrągłej sali wypełnionej książkami, z której rozgałęziało się wiele korytarzy. Oboje stali na wielkim karmazynowo złotym dywanie i rozglądali się w każdym kierunku, szukając jakiś poszlak, które mogłyby wskazywać, gdzie udał się nekromanta.
- Dobra, chyba jednak musimy poczekać na Sinetha. – oznajmił spokojnie muzyk.
- Co? Chwilę temu kazałeś się nam tak bardzo śpieszyć!
- Niech będzie pani mądralińska! Wskaż mi kierunek, w który udał się nekromanta! No proszę, śmiało. Nie wstydź się.
- Dobra siedź już cicho. Skąd masz pewność, że ten przebiegły lis tu przyjdzie? Chwilę temu walczył na zewnątrz.
- Mrugnął do mnie.
- Mrugnął do niego – powtórzyła, chwytając swoją burzę rudych loków – Nie no świetnie. Mogło to znaczyć praktycznie wszystko!
- Ufam mu.
- Ufa mu. Nie no trzymajcie mnie. Grajku, obudź się! Jesteśmy w zamku szalonego nekromanty, nasi przyjaciele walczą na śmierć i życie na zewnątrz, a ty mówisz, że mamy czekać na łotrzyka, tylko dlatego, że Ci mrugnął i mu ufasz, że ma plan?
- Dokładnie tak. Z resztą to nasza najlepsza opcja.
Czarodziejka wyglądała jakby była na skraju załamania nerwowego. Warcząc wściekle pod nosem, ruszyła w stronę półek z książkami.
***
W tym czasie walka na placu nabrała niesamowitego tempa. Liliana połączyła swą duszę z Morim zyskując nadludzką szybkość i siłę. Trzymając dystans do Roenda, zasypywała go gradem strzał, jednak jego fechtunek był również przekraczający wszelkie wyobrażenia, potrafił on bowiem odbić ostrzami swoich nożyc wszelkie nadchodzące pociski, jednocześnie unikać lub parować stalowym bolcem, trzymanym w języku, ataki ze strony Roctussa i jego bojowego totemu. Po drugiej stronie Karraf pojedynkował się z Anaresem. Olbrzymi ork machał swoim dwustronnym korbaczem, a stalowe klatki , które służyły za głowice w tej koszmarnej broni skrzypiały i świstały, rozpędzone w powietrzu. Raz po raz zatrzymywały się z hukiem w ziemi z impetem, który mógłbym spokojnie zabić krasnoluda, ten jednak odskakiwał w ostatnim momencie. Karraf rozpędził się i wbił z całej siły ostrze swojej halabardy w nogę swego przeciwnika. W przeciwieństwie do ich pierwszego spotkania, ostrze wbiło się na tyle głęboko, że ork to poczuł. To była zła wiadomość dla Karrafa. Anares wycofał nogę, po czym kopnął krasnoluda, wyrzucając go hen przed siebie, zatrzymując się dopiero na jednym z przerośniętych pająków wyrzeźbionych z krzewów.
- Lepsze to niż zatrzymać się na drzewie. – pocieszył się Karraf plując krwią. Po chwili zaczął odpinać klamry i zrzucił z siebie napierśnik i odrzucił na bok pawęż. Zacisnął obie dłonie na drzewcu berdyszu – Dobra paskudo! Teraz to już mam cię dość!
Widząc to, zielony ogrodnik powalił Roctussa jednym kopnięciem w żołądek i wskoczył na barki swojego dużego sojusznika.
- Po pierwsze nie zapominaj o swoich obowiązkach. – wyszeptał Roend, nie spuszczając wzroku z łuczniczki, która pomagała się pozbierać szamanowi Grrosha – A po drugie, jeszcze raz uszkodzisz mój ogród *rebe* to przekonasz się co znaczy gniew kergita. Zrozumiano?
***
- Co to za miejsce? – spytał Leopold – Wygląda na jakąś zbrojownie, ale po co nekromancie zbrojownia?
- Pamiątki. Pewnie wiele podróżował za swoich lepszych czasów. – Sineth rozglądał się po różnorakich stojakach z bronią i pancerzami, od których magiczna aura, aż biła po oczach – Drogie pamiątki.
- Niczego nie ruszaj! Mogą tu być pułapki zastawione przez tego niegodziwca!
- Rycerzyku, „pułapki” to moje drugie imię. – oznajmił dumnie, podnosząc niezwykle bogato wysadzany, złoty sztylet.
Nagle z dwóch narożników zbrojowni ruszyły na nich dwie ożywione mithrillowe zbroje, uzbrojone w krótkie miecze, które otaczały złoto zielone aury. Sineth instynktownie zaszarżował na przeciwników i próbował ich przeskoczyć, dzięki swojej akrobatyce. Jednak jedna ze zbroi podskoczyła i w niemożliwy do powtórzenia przez żadną żywą istotę, kopnęła łotrzyka prosto w twarz, wysyłając go pod ścianę, przy której stał Leo. Szybko się otrząsnął i gdy tylko stanął na nogi, rzucił swoim nowo nabytym sztyletem w stronę przeciwników. Jedna ze zbrój odbiła swoim ostrzem nadlatujący sztylet, który po wylądowaniu na ziemię, zaczął rdzewieć i po chwili zmienił się w stertę prochu.
- Ostrza czasu! – krzyknął przerażony paladyn – W naszym zakonie kazali nam na to szczególnie uważać. Jedno dotknięcie i wszystko zostaje postarzane o niezliczoną liczbę lat.
- Szkoda sztyletu. – jęknął łotrzyk – Mówisz, że to pewna śmierć?
- Jeżeli dasz się tym trafić, to tak. Najświętsze zbroje naszych inkwizytorów, które są niemal całkiem odporne na wszelkie zaklęcia i klątwy są wstanie przetrzymać tylko kilka uderzeń od broni zaklętej „zębem czasu”. Tak nazywa się ta klątwa.
- No to nas nieźle przygwoździli. Jakieś pomysły?
- Nie wyglądają jakby chciały nas zabić, tylko raczej nas tu przetrzymać. Inaczej, zamiast kopnąć mogli cię od razu zabić. Co nie zmienia faktu, że będzie ciężko się przez nich przedostać.
***
- Co jest elfko? Zmęczyłaś się *rebe*? Zaczęłaś wolniej strzelać. – Roend szydził bezkarnie z Lily.
- Nie zapominaj, że jeszcze ze mną walczysz! – Krzyknął Roctuss, rzucając w przeciwnika swoim duchowym totemem.
Półkergit ledwo zdążył zrobić unik, przed nadlatującą bronią, a szaman Grrosha szybko znalazł się tuż przy nim dzięki odwróceniu uwagi przeciwnika. Zamaszystym sierpowym powalił, zielonego centaura na ziemię, gdy nagle dzikie pnącza zaczęły obrastać jego ciało, krępując ruchy, aż w końcu unieruchamiając go na dobre.
- Co za ironia *rebe*. Ogrodnik, który przegrał z ogrodem. – zaskrzeczał Roend – Dzielnie walczyliście. Przyznaję, wygrana jest po waszej stronie.
- Co… do… wolniejszych strzałów… - zaczęła zdyszana Liliana – To przez to, że… musiałam wypuścić już Moriego. To jest zbyt męczące… Uff… Ale, gdyby nie on, ta walka by się tak nie skończyła.
Zielony duszek lasu skakał triumfalnie na pokonanym przeciwniku, a zielony centaur wybuchł ze śmiechu, z tej komicznej sceny. W międzyczasie walka pomiędzy Karrafem a Anaresem dobijała punktu kulminacyjnego. Wojownik próbował ranić barbarzyńcę po nogach w celu powalenia giganta, ten jednak nie ustępował i atakował zażarcie napastnika. Ork zamachnął się i uderzył z pełną siłą swoim korbaczem. Krasnolud zdołał odskoczyć, jednak klatka wbiła się z takim impetem w ziemię, że odłamek skalny, który „wyskoczył” z powstałego krateru, trafił go prosto w kolano, łamiąc je.
- Karraf zmień się! – krzyczeli razem Roctuss z Lily.
- Walczę z bóstwem? Nie! Skoro to bydle krwawi, to mogę je pokonać! – krzyknął Karraf, wykorzystując sytuację i przecinając w pół potężny drzewiec korbacza – Obiecałem to wam i obiecałem to sobie!
Resztkami sił krasnolud rzucił się do przodu wbijając halabardę w brzuch orka. Na Anaresie nie zrobiło to wielkiego wrażenia, już szykował się do ataku, gdy Karraf w ostatnim zrywie podniósł przeciwnika na swej broni, która cała trzęsła się od ciężaru i przerzucił go nad sobą, uderzając głową orka o grunt. Oboje padli nieprzytomni.
***
- I co znalazłaś coś ciekawego? – spytał Flinar.
- Jakieś stare książki, głównie opowieści o innych bohaterach, trochę historii i o… - przerwała na chwilę zaskoczona Wendy – „Sto jeden sposobów na umagicznienie swojego domu”, autorstwa Wendy Wesołej.
- O twoja imienniczka.
- Pragnę ci przypomnieć, że Wendy to moje przybrane imię.
- Linuan Duan. Pamiętam, spokojnie. Żebyś mi potem nie mówiła, że cię nie słucham, haha.
- Druga! Linuan Duan II! Nie zapominaj o tym!
- Czepiasz się szczegółów!
- Wiem. – Wendy pokazała mu język chichocząc pod nosem – Wracaj do tej książki, to jest to książka dla kobiet zajmujących się domem.
- Chcesz powiedzieć, że Merazmus stworzy nieumarłą armię, zapoluję na jakiegoś kapłana ognia i jeszcze tego samego wieczoru upiecze ciasto? – Flinar nie wytrzymał ze śmiechu.
- No ładnie wszyscy się tłuką, a wy tu sobie książki czytacie! – krzyknął zdyszany Sineth, który właśnie wbiegł do pomieszczenia – Myślałem, że ruszycie już na nekromantę, a ja wam tylko przyjdę pomóc.
- Zgubiliśmy go i czekaliśmy na ciebie. – odpowiedział bard.
- Dobra to nie ważne, musimy się pośpieszyć i gdy tylko pokonamy nekromantę musimy pobiec do naszego rycerzyka.
- Leo też tu jest? – spytała się kapłanka ognia.
- Został w zbrojowni i walczy tam z ożywionymi zbrojami.
- Nie musicie się już śpieszyć. – rozległ się niski głos z głębi korytarza, na co trójka przyjaciół przygotowała się do walki – Witam w moim skromnym progach i przepraszam was za taką gościnę, ale wplątaliście się moi drodzy w pewną małą intrygę.
- Pokaż się! – krzyknął Flinar.
- No no, nasłuchałem się jaki to nie jesteś tchórzliwy, a tu proszę, miłe zaskoczenie. – odpowiedział starzec wyłaniający się z mroku korytarza. Był wzrostu Flina, a długa pociągła twarz i rozczochrane białe przerzedzone włosy dodawały mu tylko maniakalnego wizerunku. Odziany był w niesamowicie czarne szaty i dzierżył mleczno białą laskę sięgającą mu do głowy.
- Czego ode mnie chcesz?! – krzyknęła przerażona Wendy.
- Jak na razie żebyś poczekała. – odpowiedział spokojnie podchodząc do grupy.
- Zaraz pożałujesz, że z nami zadarłeś! – krzyknął Sineth, biegnąc z krwawym ostrzem wprost na nekromantę.
Nagle stanął w miejscu, jakby czas się dla niego zatrzymał. Kapłanka ognia zdążyła tylko zrobić krok w tył zanim również zamarła w bezruchu. Flin stał sparaliżowany przez strach, nie wiedząc co zrobić, został sam na sam z nekromantą.
- Wiesz jak działa dywan na złodziei? – spytał zaskoczony Merazmus.
- Nie. Nie wiedziałem, że takie coś istnieje.
- Jak łaskawie się ruszysz to się dowiesz.
- Ani mi się śni!
- Zawsze pod prąd. Widać, że macie wiele wspólnego. – nekromanta przewrócił oczami zniechęcony postawą Flina, po czym szturchnął go wolno swoją laską, aż ten stracił równowagę i zrobił krok w tył. – Mam nadzieję, że nie macie mi za złe, że użyłem iluzji, aby was tu przywołać. Wiecie, ten mały goblin koło miasta? A no tak, rozmawiam sam ze sobą. Przywrócę wam możliwość mówienia, ale nie krzyczcie, błagam. Jestem stary, ale nie jestem głuchy.
- Czego ode mnie chcesz? – powtórzyła się kapłanka Katona – I gdzie są inni kapłani ognia, których pojmałeś?
- Zabiłem ich, a dusze wykorzystałem do napędzania mojego nowego ołtarza. Z resztą… - koścista dłoń wcisnęła jedną z poluzowanych cegieł koło pułki na książki – Sama popatrz.
Podłoga, na której znajdował się dywan zaczęła się powoli osuwać w dół, a gdy już zjechała „piętro niżej”, trójka bohaterów zauważyła nowe przejście, a także dziewięć szklanych trumien znajdujących się na pobliskich ścianach. W każdym znajdował się jeden siny kapłan w czerwonym płaszczu. Po chwili nekromanta sfrunął magicznie na ich piętro i lewitował zaraz nad dywanem.
- Zanim zabiorę się za ciebie, muszę pierw wykonać pewną rzecz. – blada dłoń wybiła kawałek krwawego ostrza, które od razu się zregenerowało. Co dziwne, wyłamany kawałek nie rozpuścił się, a nekromanta szeptając coś cicho zmienił kolor kryształu z karmazynowego w głęboki czerń. Przemieścił się w powietrzu w stronę Flinara i kontynuując inkantację wbił mu ten kawałek w prawy policzek. Skóra barda nagle przybrała kolor czarnej smoły i zaczęła się jakby topić pod wpływem klątwy, pozostawiając straszliwą bliznę na twarzy młodzieńca.
- Co ty mu robisz?! – Sineth próbował przekrzyczeć wyjącego z bólu muzyka.
- Zaczynam mój plan. Jestem niezwykle szczęśliwy, że przez ten mały zbieg okoliczności uda mi się wszystko na raz. Teraz ty chodź ze mną. – Merazmus wskazał najpierw na Wendy, a później na przejście.
Nagle, niewidzialna siła podniosła kapłankę i przerzuciła ją przez przejście, przez które również przeszedł Merazmus. Hebanowe drzwi zamknęły się za nimi z hukiem. Znajdowali się w kamiennej, nieco osmolonej sali, w której to bez wątpienia, nekromanta zabijał kapłanów Katona. Wendy szybko wstała na nogi i próbowała rzucić jakiś najprostszy pocisk ognia, jednak po chwili zwiększył swoją objętość i niespodziewanie skręcił do góry, rozbijając się o sufit.
- Myślałem, że jesteś najlepszą z kapłanek ognia. – powiedział zniesmaczony starzec – Podobno miałaś zadatki na zostanie kolejną arcykapłanką, a tu takie rozczarowanie.
Z szerokiego rękawa Merazmusa wysunął się kościany sierp na łańcuchu. Zaczął nim kręcić i rzucać przed siebie, próbując trafić kapłankę ognia. Wendy próbowała się bronić, jednak każda próba zaatakowania go ogniem kończyła się niekontrolowanym przedwczesnym wybuchem lub wylądowaniem na pobliskiej ścianie bądź podłodze.
- Wybacz, ale musiałem się rozgrzać. Czas kończyć tą ceregielę. – nekromanta rzucił sierpem prosto w przerażoną kapłankę, która się skuliła pod ścianą. Nagły wybuch ognia odbił kościaną broń na ziemię spopielając ją doszczętnie. – Nareszcie – szepnął.
- Zapłacisz mi za to! – rozległ się donośny męski głos, od którego robiło się ciepło w klatce piersiowej, młodej kapłanki – Wstań moje dziecko!
Wendy podniosła się z kamiennej posadzki i ujrzała potężny płomień, który przypominał kształtem mężczyznę o trzech rękach. Płomień wyciągnął do niej jedną ze swoich dłoni, którą kapłanka od razu chwyciła.
- Panie mój.
- Nie lękaj się, widziałem już dość. Marazmus stracił właśnie wszelkie przywileje bycia jednym z Dwudziestki Czwórki, a także został skazany na śmierć za swoją zbrodnię. Użyczę ci teraz mocy, drogie dziecko, abyś pozbyła się tego plugawca.
Katon gdzieś zniknął, a wraz z nim wszelkie płomienie z pomieszczenia. Panowała teraz całkowita ciemność, nie paliła się nawet jedna pochodnia na ścianie.
- Zawiedliśmy się na tobie! – z ust Wendy wydobywał się zarówno jej głos jak i Katona – Sprawowałeś się doskonale jako wybraniec bogów. Twoja nagła zdrada zaskoczyła cały boski panteon i zgodnie podjęliśmy decyzję. Ja wykonam twą egzekucję, a Molus, wchłonie twoją duszę, zapewniając ci wieczną udrękę i zapomnienie. Twoje zdolności nie będą już nikogo nękać, po twojej śmierci.
Tam, gdzie głoszę swoją wolę, pozostawiam iskry nadziei. Tam, gdzie kroczę, pozostawiam ognie zniszczenia. Tym, którzy oddają mi cześć, przynoszę ciepłe schronienie. Tobie, niosę tylko jedną rzecz. Śmierć!
- Boski krok, przejście przez płomienie! – po tej inkantacji ciało młodej kapłanki zamieniło się w czerwono-złoty płomień. Nagle płonąca postać znalazła się za plecami Merazmusa, a całe pomieszczenie zajęło się wybuchem ognia. trawiąc wszystko co znajduje się w pomieszczeniu.
*** EPILOG ***
- Wendy? Wendy! – krzyczał Flinar trzymając ciało młodej kapłanki na rękach.
- C-co… się tak drzesz? – spytała kapłanka, odzyskując powoli świadomość, po czym nagle oprzytomniała – Gdzie jest Merazmus?!
- Ty nam powiedz. Chwilę po tym jak skończyłaś krzyczeć, jakoś nagle ucichło, a zaraz po tym drzwi wyleciały z hukiem i o mało się nie usmażyliśmy z Sinethem, przez twój płomień.
- To nie mój płomień, później wam wyjaśnię. Chwila… A gdzie są wszyscy?
- Sineth pobiegł zobaczyć co z Leo. W ogóle okazuje się, że kapłani ognia żyli, tylko byli zamrożeni i poobijani.
- Roctuss właśnie zajmuje się rannymi na zewnątrz. – powiedziała Liliana, która właśnie weszła do biblioteczki, po czym rzuciła się by uściskać Wendy. – Tak się cieszę, że nic wam nie jest. Chiwla, panie muzyku, jesteś ranny? Co ci się stało w policzek?
- Macie tu rannych? – spytał kapłan Grrosha, wchodząc chwilę po elfce – Mówiłem, poczekaj, kończę się nimi zajmować i idę z tobą, to żeś polazła sama!
- Przepraszam! – łuczniczka zrobiła możliwie najsłodszą i zarazem najbardziej skruszoną minę, jaką tylko można sobie wyobrazić.
- Przerażasz mnie. Chyba byś potrafiła zmiękczyć Karrafa tym spojrzeniem. – zażartował kapłan na co wszyscy wybuchli śmiechem. – Grajku co Ci się stało w twarz? – podbiegł szybko do Flina i przecierał dłonią jego ranę, szepcząc cicho inkantację. – To paskudztwo nie chce zejść. Boli cię to bardzo?
- Merazmus wbił mi tutaj kawałek krwawego ostrza. Nie boli, ale oszpeciło mi moją piękną twarz. – Flin zachlipał żartobliwie, po czym dodał – Spokojnie żartuję tylko. Co prawda mój policzek przypomina teraz spalony kawałek galaretowatej wieprzowiny, ale przynajmniej jestem cały i zdrowy. A jak wcześniej wspomniałeś o Karrafie, co z nim?
- Nic. Wyleczyłem go i Anaresa, a teraz sobie rozmawiają.
- Chyba żartujesz? – przeraziła się Wendy, wyprostowując się – Zostawiłeś dwóch największych rywali by sobie ucięli pogawędkę.
- Po takiej walce nie mogą nawet kiwnąć palcem, poza tym pilnuje ich Roend i kapłani ognia. A właśnie, rozmawiałem z Wielkim Wodzem i naszym przyjaznym ogrodnikiem i wyciągnąłem od nich kilka ciekawych informacji. Przeprosili nas za te całe zamieszanie pod zamkiem, ale podobno taką mieli do odegrania rolę, a my wdaliśmy się w jakąś większą intrygę…
- Ej! Nie chcę wam przeszkadzać… - z innego korytarza wybiegł właśnie Sineth, wyglądał na dość bladego.
- Gdzie Leo? – spytała przerażona Lily.
Łotrzyk nie odpowiedział, pokręcił tylko głową i odwrócił wzrok. Łuczniczka miała już łzy w oczach i szybko schowała twarz tuląc mocniej Wendy.
- Nie… Nie! To nie miało się tak skończyć! – zaprzeczała Liliana.
- Nie można mu jeszcze pomóc? – spytał Rcotuss.
- Został trafiony mieczem, zaklętym jakimś „zębem czasu”, czy jak on to powiedział. – wytłumaczył Sineth.
- Teraz gdy jestem wolna, czuję jakby to była moja wina. – obwiniała się kapłanka ognia, tuląc szlochającą łuczniczkę.
- Nie zostawimy go tak! – oznajmił Flinar – Gdy tylko odpoczniecie, zbierzcie się tutaj i wyruszamy w drogę.
- Oszalałeś, nie możemy już nic zrobić! – krzyknął zszokowany Roctuss.
- A czy to nie ty wspominałeś, że na pustyni znajduje się jeziorko spełniające życzenia?
***KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ***
















