Historia Postaci V : Psotna łuczniczka Liliana i jej leśny duszek Mori
Było już późno, a wszędzie panowała ciemność. Z daleka wciąż można było słyszeć warczenie i wycie wilkołaka, jednak w pobliżu panowała cisza i spokój. Gdy drużyna znalazła się wystarczająco daleko, by czuć się bezpiecznie, zadecydowali, że rozbiją obóz tuż przy wzgórzu na wschód od lasu druidów. Podzielili się na dwie grupy, Wendy wraz z nową towarzyszką Lilianą zajęli jedną stronę wzgórza, mężczyźni usytuowali się po drugiej stronie. Wszyscy rozebrali się z mokrych ciuchów, zarzucając tylko na siebie jakieś wolne szmaty, aby zakryć wstydliwe miejsca i w pośpiechu rozpalili ogniska, by ogrzać siebie i wysuszyć ubrania.
- Co wy na to, by tylko rzucić okiem? – spytał zaciekawiony Flinar.
- To wbrew kodeksowi, by oglądać nagą niewiastę przed związaniem się z nią. – odpowiedział nie do końca pewny Leopold.
- Och przestań z tym swoim kodeksem… - zabuczał Sineth wykręcając mokrą koszulę i zawieszając ją na kiju przy ognisku - Czekaj, chcesz powiedzieć, że nigdy nie widziałeś nagiej panienki?
- W zakonie nauczali, że każdy kto spojrzy na łono kobiety, która szczerze go nie kocha, ten zmieni się w kamień niczym za spojrzeniem Gorgony, a jego dusza będzie błądzić w ciemnościach… - Leo skurczony przy ognisku wypowiadał te słowa ze śmiertelną powagą.
- No to cię nieźle wrobili – zaśmiał się Flin, poprawiając mokrą grzywkę.
- Ta bo TY możesz coś o tym wiedzieć – zaśmiał się Karraf pochłaniając przemoczoną rację podróżną, przeczesując przy tym palcami swoją mokrą brodę – Jedzcie lepiej bo się zepsuje.
- Dobra kto idzie z nami? – spytał łotrzyk wstając od ogniska i otrzepując się z trawy.
Za raz po nim wstał Flin razem z Leopoldem i powoli kierowali się w stronę obozowiska pań.
- No ładnie, nawet nasz mały świętoszek chce podglądać? - Sineth zatrzymał się i uśmiechnął pod nosem.
- Nie idę podglądać, tylko pilnować was bracia. – paladyn wyprostował się, a w świetle ogniska połyskiwała jego młoda muskularna postać – A co, jeśli zamienicie się w kamień?
- O to się nie martw. – uspokoił go Flin, chichocząc.
- A ty braciszku, nie idziesz? Co tak cicho siedzisz? – spytał skrytobójca.
- Nie! – warknął niskim głosem Roctuss.
- Co ci jest? Nie mów, że jesteś w TYM stanie. – zaniepokoił się Sineth.
Kapłan wyglądał na wściekłego i zakłopotanego. Zastanawiał się chwilę i odpowiedział – Nie, spokojnie. Po prostu od starcia z tamtym wilkołakiem mam jakiś taki tępy ból głowy i jestem wściekły na tamtą porażkę.
- Mam nadzieję, że będziesz nad sobą panował. – łotrzyk odwrócił się – Dobra, ruszajmy i nie denerwujmy go. Panienki czekają…
- Twojemu bratu chodziło o tą fazę gdy latasz z tym wielkim młotem? – spytał Karraf zagryzając cebulę z plecaka.
- Mhm – warknął Roctuss częstując się przemoczoną wołowiną.
- Lubię cię w tym stanie. – uśmiechnął się krasnolud, po czym kichnął głośno – Nashra tu khalan! – przeklął w krasnoludzkim.
- Oho… choroba cię łapie. – zażartował kapłan.
- Ja nie choruję! – odchrząknął wojownik – Zdenerwowałem się bo mi cebula wleciała do ogniska!
*** W międzyczasie ***
- Tylko siedźcie cicho, już widać światło… - ucieszył się łotrzyk wychylając się zza górki.
- Też chcę zobaczyć! – zajęczał Flinar.
- Ja nie chcę… Po prostu jestem zmuszony pilnowania was. – Leopold wyraźnie skłamał, potwierdzając to tym, iż wychylał się najbardziej z całej trójki.
Mieli doskonałą pozycję, widzieli dokładnie swoje towarzyszki siedzące tuż przy ognisku, okryte jedynie w suche szmaty, podczas gdy ciuchy poszukiwaczek schły przy żarze płomieni. Rozmawiały o czymś między sobą śmiejąc się po cichu. Nagle materiał, którym obwiązał się Leo zaczęło się zsuwać z bioder.
- Uff… o mały włos. – ucieszył się paladyn chwytając szmatę w ostatnim momencie.
- Ciszej bo nas usłyszą! – wyszeptał zdenerwowany łotrzyk.
- Spokojnie nie powinny nas stąd usłyszeć. – uspokoił ich bard.
- Hej chłopcy! – Lili pomachała do stojących mężczyzn.
- Podglądaliście nas! Zaraz tego pożałujecie! – krzyknęła oburzona Wendy.
- Spokojnie rudzielcu… - uśmiechnęła się elfka do czarodziejki – Tacy duzi chłopcy, a nie wiedzą o klątwie?
- Jakiej klątwie? – Ruda Wiedźma wyglądała na zakłopotaną.
- No TEJ klątwie… Wiesz, mówiącej o tym, że każdy kto ujrzy łono kobiety, która go prawdziwie nie kocha, zamieni się w kamień! – krzyknęła Lili.
- A nie mówiłem? – wyszeptał przerażony paladyn – Przepraszamy, już idziemy! – krzyknął do pań i obrócił się w kierunku obozu mężczyzn.
- Stój pacanie! – zatrzymał go Sineth – Nie ma czegoś takiego jak klątwa, która zamienia podglądaczy w kamień.
- Czyżby? – spytała elfka – Naprawdę nic nie czujecie?
- Nie. – zaprzeczyli panowie.
- A to dziwne, przeważnie zaczyna się od drętwienia nóg i lekkiego ucisku. – powiedziała łuczniczka, uśmiechając się lekko.
Mężczyźni stali jak wryci. Sineth niedowierzał dziecięcej opowieści, Flin czuł się mocno zmieszany, ale wolał zachować spokój na twarzy. Jedynie Leo nie ukrywał się ze swoim strachem.
- Gdy wasze nogi nie będą mogły się ruszyć, klątwa zabierze się za wasz umysł. Będziecie słyszeć tylko przeraźliwy pisk, który będzie oznaczał, że zmieniacie się w kamień. – kontynuowała elfka.
Nagle rozległ się przeraźliwy wysoki krzyk, a bohaterowie słysząc go, przestali stać dumnie i próbowali uciec jak najszybciej od dam. Gdy tylko się odwrócili, padli na twarz. Ich nogi były związane na szybko pnączami, a źródłem dźwięku okazał się Mori, który latał za nimi. Dziewczyny zaczęły się głośno śmiać, gdy to zobaczyły. Sineth szybko rozwiązał sznur, a gdy Leo poczuł luzy, uciekł czym prędzej do swojego obozu, krzycząc przerażony. Duszek przeleciał nad wstającymi z ziemi podglądaczami i wylądował we włosach czarodziejki, wykładając się ze śmiechu.
- Ha. Ha. Bardzo zabawne. – przyznał sarkastycznie łotrzyk.
- To kara za podglądanie nas! Cieszcie się, że tylko tyle was spotkało! – krzyknęła Wendy, a w jej dłoniach pojawił się ogień.
- Możesz znów czarować? – spytał przerażony bard.
- No ba. Powrót Rudej Wiedźmy! Muhahaha! – czarodziejka śmiała się złowieszczo, a ognisko buchnęło słupem ognia.
Muzyk widząc to wszystko uciekł z krzykiem, jak wcześniej zrobił to paladyn.
- Pozwólcie mi się powtórzyć: bardzo zabawne. – stwierdził łotrzyk, zdegustowany całym tym przedstawieniem. – Wielki wyczyn, przestraszyć te dwie miernoty.
- Kto mówił o straszeniu was? Wraz z Wendy chciałyśmy się z was po prostu pośmiać. – powiedziała Liliana, dobywając łuku i mierząc w łotrzyka.
- I co zastrzelisz mnie? – spytał łotrzyk, na którym zachowanie elfki w ogóle nie robiło wrażenia.
- Ależ skąd. – łuczniczka wypuściła strzałę, trafiając Sinethowi prosto między nogi zdzierając z niego całą szmatę, którą był okryty. Elfka buchnęła śmiechem. – Powiedz, że to przez zimno.
- Trzeba było mówić, że jest ci zimno. – śmiała się Wendy – Zakryjesz się tamtym materiałem czy wystarczy ci źdźbło trawy.
Łotrzyk odszedł oburzony, zakładając szmatę z ziemi. Panie wraz z Morim śmiały się przez jeszcze spory czas. Gdy śmiechy ucichły, elfka zaczęła z dość poważnym tonem.
- Nie wspominałaś, że jesteś czarodziejką. – łuczniczka patrzyła w stronę Rudej Wiedźmy.
- Bo nie jestem, znaczy się kiedyś uczęszczałam do akademii, ale uciekłam stamtąd i wstąpiłam do zakonu Katona. Stałam się jedną z kapłanów jedenastki, zwanych żywiołakami. Moim darem od Trójrękiego Pana, jest władza nad ogniem. – Wendy posmutniała – Przepraszam, czułam że powinnam powiedzieć ci wcześniej, ale nie wiedziałam kiedy. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe. Czułam, że skoro jesteś opiekunką lasu to mnie znienawidzisz za to, że władam żywiołem, który tylko niszczy lasy, ale uwierz mi, że zawsze wchłaniałam ogień, który wzniecałam minimalizując straty. Przepraszam…
- Ej, ej. Spokojnie, nic się przecież nie stało. – uspokoiła ją Lili – Dla mnie nie ma znaczenia w co wierzysz, ani jaką moc posiadasz, puki mi pomagasz i pozwalasz sobie pomagać. Może to nawet i lepiej, że nie wspominałaś o tym wcześniej. Mój przyjaciel Darion mógłby wtedy zagłosować przeciwko wam pomimo, że miałam u niego przysługę.
- Darion to ten wielki drzewny druid? – spytała Wendy.
- Geomanta, ale z grubsza to tak. – przytaknęła elfka – Chyba to oczywiste dlaczego by nam nie pomógł. Drzewa są dla niego niczym rodzina. – łuczniczka popatrzyła na czarodziejkę pytająco – Mogę ci zadać trochę niewygodne pytanie?
- No dobrze. – powiedziała przeciągle Wendy, nie do końca pewna decyzji.
- Czemu, ludzie i półludzie wybierają jedenastkę za patrona? – Lili wyglądała na zakłopotaną – Elfy na przykład wierzą w Elfią Panią Heruin, która stworzyła wszystkie elfy, albo oddają cześć Ojcu Lasów Adarue. Krasnoludy znowuż wierzą w Kowala Gór Karragnaza. Zielonoskórzy wierzą w Grumsha.
- Grrosha. – poprawiła ją rudowłosa dama.
- Skąd, ty to wiesz? – spytała zaskoczona elfka.
- Nasz kapłan w niego wierzy. – odpowiedziała Wendy.
- Przecież nie macie zielonoskórego w drużynie. Kto niby jest u was jego kapłanem? – łuczniczka próbowała sobie przypomnieć drużynę, robiąc przy tym zaskoczoną minę.
- Roctuss, półelf półkrasnolud, któremu powiedziałaś, że jest brzydki. Urodził się na południu na pustyni Narashiel. Jest bękartem wojny i wszyscy się go wyrzekli. Elfy, krasnoludy, a nawet ludzie. Dopiero Grrosh go przyjął pod swoją ochronę. – wytłumaczyła Wendy.
- Co masz na myśli, mówiąc że on go przyjął pod swoją ochronę? – spytała Lili, która z każdą chwilą była coraz bardziej zaskoczona.
- Mam na myśli to, że mu się objawił we własnej osobie, a przynajmniej on się przy tym upiera. – półelfka wzruszyła ramionami – Coś w tym może być, biorąc pod uwagę, gdzie go spotkał i to, że Grrosh to bóstwo tułaczki. Ach, decyzje bogów są naprawdę ciężkie do zrozumienia. – Wendy poprawiła włosy – Wracając do twojego wcześniejszego pytania, ludzie i rasy mieszane z ludźmi wybierają bóstwa jedenastki bo nie mają własnego patrona. Gdybym była pełną elfką pewnie tak jak ty błogosławiła bym elfie bóstwa.
- Czekaj, jeśli nie macie patrona to skąd wzięli się ludzie? – spytała elfka.
- Nie wiadomo. Istnieje tylko legenda, że ludzie zostali stworzeni z palca chciwości Malrygga i dobroci Bradme, dzięki temu kiedyś ludzie uważali się za półbóstwa, gdyż w teorii posiadają pierwotną Skierkę, czyli stworzoną bezpośrednio z bóstw Jedenastki. Często to właśnie był powód do wojen międzyrasowych. – kapłanka wpatrywała się chwilę w ziemię – Wolę wierzyć w inne bóstwa, niż myśleć, że jest się jednym z nich, jednocześnie wywyższając siebie nad innymi.
- Może rzeczywiście tak jest lepiej. – Lili poklepała ją po ramieniu – Przepraszam, że poruszyłam taki temat.
- Nie, w porządku. Nic się przecież nie stało, a tak to przynajmniej czegoś się nauczyłaś – czarodziejka uśmiechnęła się i pogłaskała Moriego palcem.
- Dziękuje ci. – wyszeptała elfka ze łzami w oczach.
- Nie ma za co, serio. – zaniepokojona Wendy objęła ją - Wszystko w porządku?
- Mhm… - zaszlochała elfka – Po prostu dawno nie miałam z kim porozmawiać.
- A Nadia, czy jak jej tam? – spytała kapłanka, głaszcząc koleżankę po włosach.
- Nadia była wiecznie czymś zajęta. – Lili przetarła palcami oczy – Była dla mnie jak matka, gdy zrobiłam coś sobie, albo gdy zachorowałam, ale gdy tylko kończyła opiekować się mną ruszała pomagać kolejnym. To naprawdę wspaniała osoba i co więcej uważam ją za bohaterkę, cały czas komuś pomagała a w wolnych chwilach tworzyła nowe lekarstwa i mikstury, albo trenowała swoją magię. Wolne miała tylko gdy zwoływano radę, a przychodziła na nie tylko gdy wiedziała, że szykuje się coś naprawdę ważnego. To właśnie dlatego nasze spotkania trwają tak krótko i tak szybko dokonujemy wyroków.
- A co z innymi druidami? – spytała Wendy wciąż głaszcząc elfkę. Do pomocy dołączył Mori, który przytulił policzek płaczącej dziewczyny.
- Pomagaliśmy jej ile można, każdy na swój sposób rzecz jasna. Każdy druid ma swoje obowiązki i musi się z nich wywiązać, przez co każdy ma dla siebie mało czasu. Najczęściej to mieli czas tylko na sen. Biorąc pod uwagę, że jestem jeszcze młoda, arcymistrz Falkor nie dawał mi za dużo obowiązków, abym miała nieco więcej czasu dla siebie, ale no… - Lili przytuliła się mocniej do czarodziejki.
- …Czułaś się przez to jeszcze bardziej samotna. – dokończyła Wendy rozumiejąc młodą elfkę. – Szkoda mi ciebie, ale powiem ci jedno. Podróżując z nami nie będziesz już tak samotna. Może i nie dogadujemy się wszyscy, ale jesteśmy jak rodzina.
- Druidzi też nazywali siebie rodziną. – wyszlochała łuczniczka. – W praktyce tylko Mori był dla mnie bliskim.
- No tak, ale my cały czas chodzimy grupą. Gdy będziesz kogoś potrzebować wystarczy tylko powiedzieć. – Wendy uśmiechnęła się szczerze – Postaram ci się nigdy nie odmówić pomocy. A co do reszty to raczej też będą pomocni, chociaż część z nich to taki wrzód na…
- Rozumiem. – przerwała jej elfka – Wiesz, jestem nowa, co możesz mi o nich powiedzieć?
- Od kogo by tu zacząć. Hmmm… - kapłanka myślała chwilę – Najlepiej ode mnie, pięknej, młodej i utalentowanej kapłance Katona o wspaniałych płomienno-rudych włosach. – zaśmiała się machając lokami – Oprócz tego mamy krasnoluda, Karrafa. To ten niski mięśniak z nadnaturalną siłą w zniszczonym napierśniku. Jest jak starszy przemądrzały brat, który wykorzystuje swój wiek i siłę by innymi rządzić, ale czuję, że jest taki tylko na zewnątrz, w środku jest bardzo opiekuńczy i martwi się o nas wszystkich. Wątpię byśmy kiedykolwiek dożyli tego by to ujrzeć. Woli zgrywać twardego jak skała, w ten sposób czuje się chyba bezpieczniej. Bardzo podobny do niego jest Roctuss, różni się jedynie tym, że… - Wendy zbierała w myślach słowa – Powiedzmy, że jest bardziej okiełznany, chociaż to nie do końca prawda. Na co dzień jest może bardziej przyjemny od Karrafa, ale w walce niczym się nie różnią. Oboje są bezlitośni i sposób w jaki walczą przypomina potwory, którymi dorośli straszą dzieci. – dziewczyny zaśmiały się głośno, po czym czarodziejka kontynuowała – Za równo Karraf jak i Roctuss są wyrzutkami, odrzuceni przez własne rasy. Nie dziwię się, że jest w nich tyle gniewu i chęci zemsty. Ale to tyle o nich. Przybranym bratem kapłana i naszym łotrzykiem, jest Sineth, ten chamski i nazbyt odważny podglądacz. Trzeba mu za to przyznać, że jest bardzo zręczny i przydatny, a do tego umie się świetnie bić. Uważaj by nie chwalić się przy nim pieniędzmi bo szybko się z nimi rozstaniesz. Kolejnym podglądaczem był Leopold, blondas z tarczą. Z początku myślałam o nim jak o kolejnym mięśniaku w drużynie, ale po rozmowie z nim przekonałam się, że w przeciwieństwie do pozostałych mężczyzn z naszej Swawolnej Kompani, jest człowiekiem oświeconym. Należy do zakonu Utevi, jest ona półboginią światła…
- Chwila, jest człowiekiem i wierzy w półboga? – przerwała Jej Lili.
- Tak. Widzisz, Utevia jest córką Bradme, bogini dobra. – Wendy próbowała jej to rozrysować palcem na piasku – Utevia nie jest patronką żadnej rasy, a w praktyce jej wyznawcy służą zarówno jej jak i jej matce. Kapłani Pani Światłości, tak jak i Leo, są nazywani paladynami, a nie żywiołakami jak ja, czy mi podobni. Z tego co powiedział nasz rycerz to mają tam bardzo rygorystyczny kodeks, przez co są nieco zacofani, ale na szczęście Leopold potrafi sam myśleć i muszę przyznać, że całkiem dobrze mu to idzie. – uśmiechnęła się Wendy.
- Podoba ci się? – spytała się Lili.
- Oszalałaś?! – odpowiedziała zaskoczona kapłanka.
- Podoba ci się. – utwierdziła się łuczniczka uśmiechając się pod nosem.
- Czyś ty się szaleju najadła? – Wendy stukała palcem po czole – Po pierwsze to blondyn, po drugie to tępy mięśniak jak każdy inny. Po trzecie jestem Rudą Wiedźmą i nie potrzebuję faceta!
- Dobra, spokojnie. – uśmiechnęła się Lili – Skoro ci się nie podoba to ja się za niego wezmę. Wydaję się być słodki.
- Zaraz puszczę pawia. – kapłanka zakryła dłonią usta.
- No dobra, został nam jeszcze ten chuderlak. Co możesz mi o nim powiedzieć? – spytała elfka, próbując zmienić temat.
- Nasz bard, jest… em… tchórzem. Nie wiem czy potrafi coś więcej niż kłapać dziobem i grać na instrumentach. Nauczyłam go podstaw magii wtajemniczeń, ale wątpię by zrobił coś więcej niż wyczarował jakiś dźwięk lub światło. – Wendy machnęła ręką zniechęcona postacią barda.
- A jak on się nazywa? – spytała łuczniczka.
- Yyy… - kapłanka osłupiała – Nie pamiętam. Ej, to jest dziwne. Pierwszy raz nie pamiętam imienia kogoś z kim podróżuję. Rano się go spytamy jak wstaniemy wypoczęte. Nie ma sensu teraz zawracać tym sobie głowę.
- Masz rację. – przeciągnęła się elfka, ziewając – Tak teraz mi się przypomniało, że arcymistrz Falkor też podróżował kiedyś z kapłanem ognia. Może to nie przypadek, że podróżujemy teraz razem?
- Nie pamiętasz może jak się nazywał? – spytała zaciekawiona Wendy.
- Śmiesznie, podobnie do mojego mistrza. Famor, Fumon albo coś w tym stylu. – odpowiedziała zakłopotana elfka.
- Może Furion? – kapłanka wpatrywała się w łuczniczkę.
- Chyba tak! – ucieszyła się Liliana – Znasz go może?
- Tak. To mój mistrz. – odpowiedziała wciąż zszokowana kapłanka.
- O ja… może to nie przypadek. – zastanawiała się łuczniczka - Przeznaczenie złączyło kolejne pokolenie poszukiwaczy przygód.
Po chwili ucieszone panie zadecydowały, że pójdą spać ustalając najpierw warty. W tym samym czasie panowie również udali się do spoczynku. Po powrocie podglądaczy o niczym nie rozmawiali. Jedynie Karraf z Roctussem, śmiali się cicho z nieudanej próby podglądaczy. Rankiem wszyscy wstali mniej więcej o świcie, zbudzeni ciepłym wiosennym powietrzem. Wszyscy ubrali się w już suche ubrania i panie powoli skierowały się w stronę mężczyzn.
- Jak to się stało, że nasze ciuchy nie spłonęły od tej twojej sztuczki? – spytała szeptem zaciekawiona łuczniczka.
- Widzisz mój mistrz Furion powtarzał: „Geniuszem nie jest ten, kto podejmuje właściwe decyzje, a ten kto potrafi ustrzec się przed konsekwencjami tych złych.”. Przewidziałam, że nasi mężczyźni mogą wpaść i będę zmuszona do pokazania im, że moja moc wróciła, więc odsunęłam nasze rzeczy od ogniska zawczasu. – przyznała Wendy poprawiając włosy.
Po chwili panie znalazły się po drugiej stronie wzgórza w obozie, gdzie wypoczywała reszta.
- No witam szanowne panie! – krzyknęła ironicznie kapłanka do podglądaczy – Co tak cicho siedzicie? Co jest?
- Nic. – odpowiedziała cała trójka razem.
- Zbieramy się. – warknął Karraf i ruszył w drogę, a drużyna poszła jego śladami.
Elfka wolnym krokiem zbliżała się do barda. – Hej, wyspany?
- Em… Chyba tak. A ty? – spytał lekko zaskoczony spokojem dziewczyny po zeszłej nocy.
- Też. Posłuchaj, mam pewne pytanie, tylko trochę głupio mi jest dopiero teraz je zadać. – Jak masz na imię?
Cała drużyna stała osłupiała. Każdy próbował sobie przypomnieć imię barda, jednak nikt nie potrafił tego dokonać. Trochę ich to przeraziło.
- No właśnie grajku, jak się nazywasz? – spytał zaskoczony Karraf.
- Żartujecie, prawda? – spytał bard – Tyle razem podróżujemy i wy z takimi żartami wyskakujecie?
- Ja sobie nie mogę przypomnieć. – przyznali jednocześnie Mroczni Bracia uśmiechając się z przypadkowej jedności słownej, kontynuując – Dlatego nazywaliśmy cię księżniczką.
- Ja nazywałem cię bratem z przyzwyczajenia, ale choć będzie to plama na moim honorze, to muszę przyznać, że też nie pamiętam twego imienia. – przyznał z goryczą Leopold.
- Serio? – spytał zaskoczony muzyk. – Jestem Flinar, ale pozwoliłem wam mówić do siebie Flin. Naprawdę tego nie pamiętacie?
- Flin. – powtórzyli wszyscy plując sobie w brodę – Czy ktoś ci mówił, że masz fatalne imię? – spytali wszyscy razem.
- Tak… wy… wy… mi to mówiliście – zająkał się przerażony bard – Nie róbcie sobie ze mnie takich żartów.
- Nie robimy. Pewnie to przez stres i ostatnie przygody. – uspokoił wszystkich Roctuss.
- Pewnie tak. Dobra, ruszajmy! – oznajmił Karraf i wznowił podróż.
- Księżniczka brzmi zabawnie, a jednocześnie do ciebie pasuje. – zaśmiała się elfka pokazując mu język, a Mroczni Bracia tylko przytaknęli.
- Nie no, uśmiałem się. – przyznał sarkastycznie bard – Zmieniając temat, Lili może opowiesz coś o sobie? Skąd pochodzisz?
- Pochodzę z lasu Szerokolistnego, znajduje się on na samiutkim południowo zachodnim krańcu kontynentu. – zaczęła elfka wskazując palcem kierunek swego pochodzenia – Bardzo spokojne i ciche miejsce. Z dala od ludzkich miast, krasnoludzkich kopalń, czy nawet od tej pustyni orków. Tam skąd pochodzę przyjęło się, że imię nadają nam duchy naszych przodków, przynosząc w darze nowo narodzonemu kawałek rośliny. Tak Liliana wywodzi się od wodnych lilii, które przyniosła prawdopodobnie moja praprapraprapra… - elfka kontynuowała nie przerywając nawet na wdech przez dłuższą chwilę, co wszystkich mocno zastanawiało jak to jest możliwe – …prapra… - wzięła głęboki wdech - …pra babkę. Ufff, to było trudne.
- Które to było dokładnie pokolenie? – spytał z niedowierzaniem Flinar.
- Trzecie wstecz, dodałam jakieś trzydzieści cztery „pra” dla dramatyzmu. – Lili zagrała wszystkim na nosie. – Wracając, moi rodzice Róża i Ostrokrzew byli zwykłymi łowcami i leśniczymi. Często handlowali z rybakami, którzy mieli dok około dzień drogi od lasu. Wymieniali futra i drewno w zamian za świeże rybki, mniam… - łuczniczka pogłaskała się po brzuchu i zamyśliła się na chwilę. – To właśnie oni nauczyli mnie jak mam tropić zwierzynę i wykorzystywać wszystko co mam pod ręką. – Lili wskoczyła na drzewo i wyciągnęła łuk, udając że na coś poluje.
Drzewa powoli kołysały się delikatnym powiewem wiatru. Słońce było już dość wysoko i przyjemnie grzało tą wiosenną porą. Szykował się naprawdę wspaniały dzień i wszyscy się nim cieszyli. Drużyna stanęła pod drzewem czekając, aż elfka wznowi swoją opowieść. Wszyscy stali cierpliwie, wszyscy prócz Karrafa.
- Ruszaj się! Nie mamy całego dnia! – krzyknął oschle krasnolud.
Elfka schodząc, poślizgnęła się na gałęzi i spadła z hukiem na ziemię.
- Au! Chyba spadłam na coś miękkiego. – elfka wstała poprawiając strój.
- Tak, spadłaś na mnie. – wymamrotał Rocuss wypluwający kawałek trawy z ust.
- Ojej! Przepraszam! Nie chciałam! – zmartwiła się elfka.
- Nic się nie stało. – powiedział zdenerwowany kapłan, lecząc swoje obolałe plecy magią. – Ruszajmy.
- Jak poznałaś Moriego? – spytał Sineth, któremu duszek ciągle latał nad głową, dokuczając mu.
- To się wiąże z testem myśliwego. Każdy członek naszej społeczności musi upolować i przynieść zwierzę w wieku dziesięciu lat. Musi to zrobić samodzielnie, dowodząc w ten sposób, że jest już dorosły. Miałam idealny trop – elfka schyliła się do ziemi udając, że znów tropi zwierzę – To był niedźwiedź, byłam pewna. Uzbrojona w łuk i strzały biegłam szlakiem tak szybko jak można. Znalazłam go, niedaleko jeziorka, pił spokojnie wodę. Zastawiłam na szybko pułapkę z liny. To miało być zabezpieczenie jakbym go nie trafiła strzałą na początku. Już mierzyłam w niego z łuku, gdy ten zaczął się oddalać i straciłam możliwość oddania czystego strzału. Więc zaczęłam się skradać w jego stronę i… - elfka zaczęła drapać się po nosie.
- I co? – spytał zniecierpliwiony bard.
Wszyscy stęknęli z głupoty pytania muzyka, zakrywając dłonią twarze.
- Weszła we własną pułapkę, bałwanie. – zrugał go krasnolud – Myślisz tak dobrze, jak ona poluje na niedźwiedzie.
- Co stało się potem? – spytała Wendy, nie zważając na kłótnie.
- Pułapka zadziałała lepiej niż myślałam i wyniosła mnie za nogę na wysokość jakiegoś dobrego półtora metra. Ugrzęzłam, a co gorsze przypadkiem wystrzeliłam strzałę w stronę niedoszłej ofiary i trafiłam w jeziorko, na co zwierzę zwróciło uwagę. Miś zbliżył się do mnie spokojnie i zaczął mnie obwąchiwać, ale miałam tylko dziesięć lat i bałam się jak nie wiem. Zaczęłam piszczeć jak głośno tylko mogłam, co niestety zdenerwowało zwierzę, które chciało mnie rozszarpać żywcem. – Mały duszek przyleciał z nad głowy łotrzyka i zatrzymał się przed elfką demonstrując co stało się potem. – Tak, wtedy pojawił się Mori, stanął naprzeciwko wielkiej bestii chroniąc małą dziewczynkę. – Duszek wyciągnął swoje nibyrączki i kręcił nimi młynka niczym dżentelmen szykujący się do pojedynku. – No już, nie popisuj się. Wleciał niedźwiedziowi prosto do nosa i siedział tam dopóki zwierz się nie zniechęcił i nie odszedł. Dlatego jest taki zielony – zaśmiała się elfka.
Oburzony duszek poleciał na głowę kapłanki. – Obraziłaś go… Ale przynajmniej teraz jest mój. – Ucieszyła się rudowłosa dziewczyna.
- Proszę bardzo. – elfka zmarszczyła nos w kierunku Moriego – I tak wróci. Duchy wiążą się z żywą istotą aż do śmierci, dlatego wybierają je bardzo roztropnie i tylko nieliczni dostają ten zaszczyt. Istnieje niepiśmienna zasada, że każdy kto posiądzie duchowego patrona musi zostać członkiem rady druidów. Problem w tym, że ja nie byłam ani druidką, ani geomantką. Miałam być pierwszą tropicielką wśród rady. Wiązało się to z opuszczeniem moich rodzinnych stron i rodzicieli, udanie się aż do Centralnego Lasu i pobierania tam długoletnich nauk. Musiałam to uczynić. Nie było łatwo, ale nie chciałam się poddać. Wszystko co powinnam wiedzieć nauczył mnie Falkor, zaklęć druidów, ich obrzędy i Mowy Żywych.
- Masz na myśli wspólny? – spytał Sineth.
- To, że urodziłam się elfką w odizolowanej społeczności nie oznacza, że nie nauczyłam się nigdy wspólnego! Jak miałam już pięć lat chodziłam z rodzicami do przystani. Starzy rybacy nauczyli mnie wspólnego. – elfka poprawiła łuk na plecach – Wracając, Mowa Żywych to nie jest w praktyce żaden język, tylko połączenie się duszy z każdą żywą istotą. Ta więź pozwala jakby rozmawiać z roślinami i zwierzętami. Bardzo przydatna umiejętność, jeżeli się zgubi w lesie, ale nie tak przydatna jak się czuje potrzebę rozmowy. Drzewa i zwierzęta często nie chcą lub nie mają nic do powiedzenia.
- Czekaj, przepraszam, że zmienię temat, ale nie daje mi to spokoju. Czego konkretnie jest duchem Mori? – spytał kapłan bawiąc się z nim w walkę na „miecze” za pomocą trawy. – Nie wygląda na zwierzę.
- Bo nie tylko zwierzęta mają duszę. Każda żywa istota ma duszę, chyba, że mu się ją ukradnie, co i tak jest tylko chwilowe. – stwierdziła elfka łapiąc spadające piórko z drzewa – Dusza to tylko pamięć i osobowość żywej istoty, w przypadku osób uzdolnionych magicznie to także wyznacznik mocy, ale wracając, każda żywa istota ma duszę, rośliny także. Nawet źdźbło trawy ją ma. Niekiedy jednak pewne miejsca stwarzają tak sprzyjającą atmosferę, że żywe istoty tworzą jakby sztuczną duszę. Jest to wtedy dusza miejsca, która ma własną osobowość i pamięć. Jedną z nich jest właśnie Mori, duch lasu. Wiem, że istnieją jeszcze duszki pustyni, gór, morza i wulkanu. Tak przynajmniej twierdzi arcymistrz Falkor. Co więcej takie duszki mają niezwykłą moc.
- Czyli musimy brać groźby tego latającego pokurcza na poważnie? – spytał oburzony Karraf.
- Oczywiście, że nie. – zaśmiała się Lili – Nie zrobi krzywdy nikomu, kogo lubi.
- Świetnie. – mruknął krasnolud.
Mori podleciał do niego po cichu i pokręcił chwilę dłonią koło włosów wojownika, a w nich zaczęły kwitnąć małe stokrotki. Drużyna zaczęła chichotać co Karraf zignorował.
- Masz zamiar zaprzyjaźnić się ze wszystkimi duszkami? – spytał się Flin.
- No jasne! – krzyknęła elfka łapiąc Moriego i kładąc go we włosach by uchronić go przed możliwym gniewem krasnoluda. – Jeśli kiedyś uda mi się spotkać wszystkich pięciu, wtedy będę miała pewność, że będę nadawać się do rady.
- Podróżuj z nami to na pewno ci się uda. – pocieszył ją Flin.
- Ta, lepszych żartów nie słyszałem. – warknął Karraf – Jeżeli on coś osiągnie to ja zacznę hodować kwiaty na głowie. – drużyna buchnęła śmiechem, ale teraz krasnolud nie wytrzymał – Z czego się tak śmiejecie?
- Ze złego doboru słów bracie – zaśmiał się paladyn.
- Bardzo zabawne. – warknął wojownik wciąż nieświadomy z czego śmieją się jego towarzysze. Przyśpieszył tempa – Ruszcie się bo jeszcze trochę i zapuścimy korzenie! – Drużyna buchnęła śmiechem, na co krasnolud ze złości przyśpieszył jeszcze bardziej.





















