Commission of Flinar and Tonie for MeowTownPolice

#ryland grace#phm#rocky the eridian#project hail mary spoilers
#batman#dc comics#dc#bruce wayne#dick grayson#tim drake#batfamily#batfam#dc fanart



seen from United States
seen from Australia
seen from United States
seen from United States
seen from Malaysia
seen from T1
seen from Malaysia
seen from Tunisia
seen from China

seen from United States
seen from United States

seen from Malaysia
seen from Argentina
seen from United States
seen from Yemen
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from United States
Commission of Flinar and Tonie for MeowTownPolice

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
A secret Santa for @seeing-the-light!
Historia Postaci IV : Mroczni Bracia, wspólna historia Sinetha i Roctussa
Wszyscy zasiedli do biesiady. Pomimo niezręcznego pierwszego wrażenia, drużyna szybko przyjęła nowych członków do swojej grupy.
- To miło z waszej strony, że dołączyliście do naszego duetu – uśmiechnął się Sineth podają kawałek kurczaka Karrafowi
- My do was? Zapomnij. To wy dołączyliście do mojej drużyny! – oburzył się Flinar
- Twojej drużyny?! – krzyknęli jednocześnie Wendy i Karraf i zaczęli się śmiać
- Taki z ciebie przywódca jak ze mnie baletnica – stwierdził krasnolud ocierając twarz z łez spowodowanych śmiechem
- Proszę cię, już ja jestem bardziej męska od ciebie – wyrechotała czarodziejka leżąc ze śmiechu na podłodze
- Dobraaa tam… Nie ma przywódcy, myślimy razem i każdy będzie zadowolony – oznajmił flegmatycznie Roctuss
- Myślimy wszyscy, ale ty księżniczko nie musisz – kontynuował łotrzyk wypowiedź brata
- Ej co to ma znaczyć!? Bo co bo jestem kobietą to nie mam prawa decydować o drużynie?
- Spokojnie Wendy, mówiłem raczej do tego obok – Sineth uśmiechnął się i wskazał na Flina
- Ej! Co to niby miało znaczyć? – oburzył się młodzieniec
- Oj, nie złość się. Złość piękności szkodzi, a ty księżniczko nie masz zbytnio czym szaleć – uspokajał go elficki krasnolud
- Skończmy się kłócić i wznieśmy toast za powstanie naszego przymierza! – krzyknął Karraf
Wszyscy wstali i podnieśli puchary z winem – Zdrowie! – krzyknęli wszyscy jednogłośnie po czym usiedli. Wszyscy, z wyjątkiem barda, otarł usta i uśmiechnął się.
- Co wy na to abym trochę pośpiewał?
- Dajmy Karrafowi trochę więcej wina i sam zacznie śpiewać – odpowiedziała Wendy patrząc jak krasnoludowi z każdym pucharem poprawia się humor, na co on nie zareagował.
- Jesteś bardem, śpiewaj! – powiedzieli jednocześnie bracia
I tak bard zaczął nucić pieśń o dość umiarkowanym tempie, której melodia łatwo dawała się zapamiętać i wystukać obcasem. Po czym wszyscy usłyszeli jego barwny głos w cudnej piosence:
-♫Żegnajcie nam dziś, o elfie dziewczyny,♪ ♫Żegnajcie nam dziś, marzenia ze snów,♪ ♫Ku brzegom tych smoczych już ruszać nam pora,♪ ♫Lecz kiedyś na pewno wrócimy tu znów.♪
Wiele zwrotek minęło nim skończył. Wszyscy oniemieli słysząc tak niesamowity głos od kogoś kto z „niesamowitym” ma tyle wspólnego co dzień i noc. Wszyscy byli brawo, po czym Wendy wstała i oznajmiła.
- Idę do swojego pokoju. Mam na dzisiaj dość wrażeń. Wyruszamy o świcie więc wam też radzę się przespać.
- Ja idę do spiżarni. Może jeszcze znajdę coś do jedzenia – oznajmił wojownik
- Patrząc jak chwiejnym krokiem idzie, to pewnie nie wróci tu przed świtem – powiedział Sineth, po tym jak krasnolud już wyszedł z sali – A właśnie księżniczko, a co się stało z twoją lutnią? Pamiętam, że miałeś ją jeszcze w mieście.
- Została zniszczona podczas walki z goblinami. Wykidajło przyjął całe uderzenie bełtu, rozłupując się na pół ale przynajmniej uratował mi życie.
- No to patrz co dla ciebie mamy – ucieszył się Roctuss
- Znalazłem to w piwnicy. Niby zwykły flet, ale ma na sobie jakieś dziwne runy, a mój brat twierdzi, że jest magiczny. Może za pomocą magii odganiali szczury? Chcesz go? – Sineth podszedł wręczając mu flet.
Poręczny, drewniany Flet Pana, zbudowany z pięciu drewnianych rurek o różnych długościach, z czego na czterech najdłuższych widniały otwory na górze a na najmniejszym był tylko jeden otwór pod spodem na kciuk. Wszystko było starannie obwiązane jakąś mocną linką nieznanego pochodzenia, która służyła jednocześnie do wygodnego noszenia na szyi lub zawieszenia na jakimś haku. Najbardziej zastanawiały Flina runy. Stare, niezbyt starannie wyryte jakimś ostrym narzędziem lub pazurem zwierzęcia. Po jednej runie na każdej części instrumentu.
- Dzięki, może nie jest to jakiś porządny instrument ale zawsze coś. Dziękuje wam.
Siedzieli jeszcze długo przy stole, jedząc i rozmawiając na różne tematy. Flin opowiedział też swoje przygody z Karrafem i Wendy, starając się skracać jak najbardziej, pamiętając jak wszyscy reagują na jego gadulstwo.
- No kawał historii, wartej zapamiętania – przyznał skrytobójca
- Ale naszej i tak nic nie przebije – rozsiadł się wygodnie podróżny kapłan, rozpierany z dumy
- A właśnie. Może byście byli tak łaskawi mi ją opowiedzieć. Nie chciałem poruszać tego tematu przy tamtej dwójce, bo oni się od razu burzą i mają mi za złe moją ciekawość.
- W sumie czemu by nie. Księżniczka jest zainteresowana naszą historią to wypadało by ją opowiedzieć. Chcesz zacząć? – spytał Roctuss brata
- Czemu nie? Widzisz, może Cię to zaskoczy ale nie jesteśmy rodzonymi braćmi – zaczął Sineth z głupim uśmiechem, na co Flin zareagował miną pełną irytacji i w jego oczach było widzieć sarkastyczne docinki „Żartujesz sobie? Naprawdę? No nie domyślałem! Jak to możliwe?” – Tak wiem, wszystkich to zawsze szokuje. Tak czy siak. Odkąd tylko pamiętam, wychowywali mnie skrytobójcy. Nie wiedziałem, skąd pochodzę ani kim są moi prawdziwi rodzice. Mentorzy trzymali mnie pod ścisłą dietą. Dniami i nocami przechodziłem mordercze treningi. Wspinaczka na śliskiej ścianie, lekcje akrobatyki, na belkach otoczonych metrowymi szpikulcami. Jeden zły skok i spadałeś na kolce. Wielu nie przetrwało takiego treningu. Ale przynajmniej ja żyję i potrafię to i owo – z uśmiechem i łatwością zrobił gwiazdę i przewrót w tył, po czym złapał się za usta, przypominając sobie, że akrobacje nie powinno się stosować po tak dużym posiłku – Ups. Wracając. Morderczy trening nie miał prawie końca, a jeżeli się kończył to zaczynało się faszerowanie starymi ziołami. Całe ciało przeszywał ból, ale przynajmniej żadna naturalna czy sztuczna trucizna mi nie grozi. Po przygotowaniu ciała przez treningi i oczyszczeniu go za pomocą ziół, można było przystąpić do nauki walki. Po dwóch latach ciężkiego treningu niemal każdy przedmiot stawał się bronią w moich rękach. Miałem chyba czternaście lat gdy myślałem, że po tylu latach treningu i diety w końcu dostanę pierwsze zlecenie. Ale nieee… Bo po co? Kolejne dwa lata spędzone na jakiś nudnych sprawach, otwieranie zamków, kradzież kieszonkowa, zakładanie i rozbrajanie pułapek, a także robienie trucizn i petard. Dopiero mając szesnaście lat mogłem zwać siebie skrytobójcą. Na znak przyjęcia w szeregi, przekłuto mi uszy i dano mi srebrne kolczyki z symbolem gildii. Później kolejne dwa lata spędziłem, na bardziej praktycznych rzeczach. Zleceń było masa. Każdego tygodnia coś nowego. Młodzi, starzy, bogaci czy biedni, kobiety i mężczyźni. Nawet rasa nie miała dla mnie znaczenia. Mój zakon nauczał, że żadne życie nie ma wartości, do póki ktoś nie poda ci ceny jego zakończenia. Wszystko było świetne i naprawdę przyjemne. Ale potem dostałem nietypowe zlecenie. Miałem przyjąć towar i zawieźć go z powrotem do gildii. Wszystko by było w porządku, gdyby nie fakt, że były to niemowlęta. Tuzin, może mniej. Uśpione jakimiś medykamentami. Gdy tylko wróciłem spytałem przełożonych „Co to jest? Po co nam niemowlęta?” Jedynie usłyszałem, że „To nowi rekruci, każdy tutaj tak zaczyna, bez wyjątku”. Coś mi zaczęło tu mocno śmierdzieć. Zawsze mi powtarzano, że mnie uratowano w wieku sześciu lat z jakiegoś pożaru i nikt inny nie przeżył. Jako cudownie uratowana sierota, z przyjemnością słuchałem moich przełożonych. W końcu byli dla mnie rodziną, a czego nie robi się dla rodziny. Problem był taki, że ja wszystkiego się dowiedziałem. Nie byłem sierotą, tym bardziej biedną i bezbronną. Zostałem porwany już za młodu. Stwierdziłem, że tak być nie może. Wróciłem do pokoju i od razu planowałem moją ucieczkę. Pierwsze co to wyciąłem sobie te tandetne kolczyki – Sineth wskazał na małe rozcięcia na swoich uszach w kształcie trójkątów - wyskoczyłem przez okno, wsiadłem na swojego konia i odjechałem. Z początku czułem się taki wolny. Wolny jak ptak. Ptak, który wleciał prosto w sidła. Wyjechałem z najbliższej wsi i złapali mnie moi przełożeni. Zamknięto mnie w lochu gildyjnym. Długimi godzinami torturowano i biczowano mnie. Kilka dni spędziłem o pustym żołądku. Chyba po tygodniu lub dwóch nadarzyła się okazja. Większość z osób z gildii było na zleceniach. Ze mną zostali tylko najmłodsi i rekruci. Udawałem martwego tak długo, aż dwójka strażników nie weszła do mojej celi. Wtedy szybkim ruchem, założyłem jednemu nogi na kark i skręciłem go bez żadnego wysiłku, gdy podbiegł następny rekrut z nożem, kopnąłem jego rękojeść a młodzik zginął raniony prosto w krtań. Może byłem mało subtelny ale przynajmniej skuteczny. Potem wystarczyło chwycić bosą stopą klucze, podnieść je na wysokość dłoni i odpiąć kajdany. Zabrałem sztylety i ruszyłem tak szybko jak tylko się dało. Podróżowałem pieszo, by nie zostawić żadnych śladów. Podróżowałem długo na południe aż nie natrafiłem na piekielne piaski pustyni Narashiel. Wędrowałem tak po pustyni aż nie natrafiłem w końcu na niego – wskazał na Roctussa – leżał, obdarty przy jakiś dziwnych orczych runach.
- Ej, czekaj. Teraz moja kolej – powiedział elficki krasnolud dość mocno podchmielony – Bo mu się jeszcze coś pogubi. Tak więc księżniczko jak pewnie wiesz od wielu pokoleń trwa wielka wojna na południu. Ludzie, elfy, krasnoludy i orki toczą bój o ten skrawek pustyni. Ludzie twierdzą, że znajduje się tam jakaś tajemna moc spełniająca każde życzenie. Coś w tym może i było by z prawdy, gdyby nie fakt, że nigdy takie coś nie zostało potwierdzone. Podobno tylko jeden człowiek, znalazł jakąś jaskinię gdzie czaiły się najstraszliwsze koszmary, rodem ze snu Molusa. Podobno na końcu jest tajemnicze jeziorko, które sprawi to co tylko sobie wymarzysz. No ale chłop jedyne o czym w tamtym momencie marzył to powrót do domu. Wtedy opowiedział o tym wszystkim i zrobiło się takie wielkie halo, a ludzie zaczęli się osiedlać coraz bardziej na pustyniach. Krasnoludy, przybyli tam jako drudzy. Martwiąc się, że ludzie planują na nich inwazję sami chcieli temu zaradzić i ruszyli na nich. Rozumiesz? Błahostki, głupota i niezrozumienie. Na domiar złego nagle wybiegły elfy z lasu krzycząc, że ta ziemia jest przeklęta i skłóca tylko ze sobą rasy i tworzy plugastwa i trzeba ją oczyścić. No i wisienka na szczycie tego placka. Orki. Cała chmara, która jako pierwsza zamieszkiwała te tereny. Wielkie plemię koczownicze, które pielgrzymuje za swoim bóstwem. Tak przynajmniej twierdzą ich kapłani, mimo, że nie spotkali nigdy swojego bóstwa. No cóż. Taka od głupia wojna, nadążasz? Świetnie. No i wyobraź sobie, że prawdopodobnie jakiś krasnolud, dorwał jakąś elfkę i wygrzmocił ją jak chciał. Ta na nieszczęście zaszła w ciążę. Żeby nie zawstydzić rodu ukryła się w wiosce ludzi i tam też mnie urodziła, z czego wkrótce po tym zmarła. Wychowywałem się na ulicy. Unikano mnie jak ognia. Jak zarazy. Tułałem się po ulicach pustynnego miasta w poszukiwaniu chleba, lub czegokolwiek innego. Udało mi się tak przeżyć z dobre szesnaście lat. W pewnym momencie pozwolono mi nawet zostać piekarzem w dzielnicy biedy. Dało się z tego jakoś żyć. Nie mówię, że dobrze żyłem ale to zawsze coś. Do dziś mam przy sobie mój ulubiony wałek do ciasta – Roctuss wyciągnął zza płaszcza kawałek drewna z uchwytem tylko z jednej strony – Co prawda jako wałek to już się nie nadaje ale jako obuch to się sprawdza świetnie. Tak czy siak, po dwóch latach zamknięto moją małą piekarnię a ja musiałem się wynieść z miasta. Niektórzy twierdzili, że przynoszę pecha i zarazę. No ale co ja zrobię, za to jakim się urodziłem? Wyruszyłem z karawaną kupiecką na północ. No i wtedy się zaczęło. Wielka burza piaskowa, trwała niemal od samego ranka do wieczora. Nie miałem szans na przetrwanie, biorąc pod uwagę, że wielbłąd, niosący cały mój dobytek uciekł za karawaną jak rozpoczęło się piekło a ja z niego spadłem. Myślałem, że zginę. Po całym dniu marszu byłem wycieńczony i obolały. Padłem na ziemię i myślałem, że umieram. Wtedy tylko kątem oka zobaczyłem potężny cień jakiejś postaci, po czym straciłem przytomność. Gorąc słońca wziął nade mną, a brak wody, tylko mu pomógł. Jednak nie umarłem. Co więcej gdy się obudziłem obok mnie była niewielka oaza, ni stąd ni z owąd, mogę przysiąść na wszystko, że wcześniej jej tu nie było. Najedzony i napojony kontynuowałem swoją podróż na północ. I nagle słyszę orków. Jadą na jakiś dzikich bestiach. Słychać ich było z daleka, myślałem, że to mój koniec, więc położyłem się na ziemi i czekałem na śmierć. Znowu straciłem przytomność, a gdy się obudziłem to widziałem już tylko jego obok siebie – elficki krasnolud wskazał na łotrzyka – i ten dziwny krąg runiczny. Wtedy zrozumiałem, że zostałem wybrańcem Grrosha. Kto wie, może zostałem wybrańcem by skończyć wojnę?
- Tak czy siak teraz podróżujemy razem. Ja chcę wybić każdego z gildii, łącznie ze stałymi klientami, a mój braciszek chce zakończyć wielką wojnę na południu. Podróżowaliśmy trochę i mieliśmy parę przygód. Wtedy poznałem na co stać kapłana Grrosha. Nigdy nie denerwuj mego brata. To może się źle skończyć. Później się rozdzieliliśmy na chwilę, z czego on został w naszym obozie a ja zostałem złapany przez strażników Siwej Stajni. Początkowo zgubiłem ich w mieście i tam spotkałem ciebie
- Okradłeś mnie – popatrzył na niego Flin ze wściekłością
- Tak, tak. Potem złapali nas razem, a jak znowu im uciekłem…
- Znowu mnie okradłeś
- … To wróciłem się po brata i razem ruszyliśmy tutaj – dokończył wreście Sineth.
Wszyscy wstali wreszcie i zdecydowali, że przyszła pora na odpoczynek.
Źródło Przygód V : Świetliste wejście Mrocznych Braci
- Widzę, że już słońce zachodzi. Może się prześpimy i o świcie ruszymy szybkim tempem? – spytał Flinar z nadzieją w głosie
- Ileż można? Dopiero co zatrzymaliśmy się by coś zjeść, a teraz chcesz się zatrzymać jeszcze na noc? – Karraf był mocno poirytowany
- Chyba go się nie da przekonać. Odpocznijmy i ruszajmy o świcie.–oznajmiła Wendy
- Biorę pierwszą wartę. Mam zbyt dużo siły po tej drzemce. Popilnuję was tylko parę godzin, potem sami się pilnujcie.– powiedział krasnolud dorzucając gałęzi do ogniska.
- Ja pilnuję druga. Też nie jestem zbyt zmęczona
Podczas gdy oni omawiali warty, bard zasnął w najlepsze. Był zmęczony ciągłym podróżowanie i walkami. Od dłuższego czasu nie zaznał normalnego snu. Spał głęboko, skulony na zwijanym posłaniu, chrapiąc głośno denerwując wszystkich wokół. Śnił o swoim dziadku i opowieściach, które słyszał jak był jeszcze mały, opowieści o zakonie mnichów-historyków, którzy potrafią widzieć każde wydarzenie na skalnej górze. Albo opowieść o nieustraszonych piratach i ich srebrnej łodzi, która mknie po nocnym niebie. Wstał o świcie, wypoczęty i obudzony przez kopnięcie w żołądek przez Karrafa.
- Pobudka! Ruszamy!
- Och skąd w tobie tyle pozytywnej energii od rana? – muzyk wstał obolały i zaczął zwijać posłanie – To co, ruszamy? Wszyscy gotowi?
- Tak. To już nie daleko, jakieś pół dnia drogi stąd. Ruszajmy – oznajmiła młoda kapłanka – Tak przy okazji, gdzie byłeś?
- Nie Twój interes – odrzekł krasnolud
- Byłeś gdzieś? Myślałem, że spałeś z nami.
- Wyobraź sobie, że wstaje w środku nocy a po naszym krasnoludzie została jedynie zbroja, halabarda i jego tarcza.
- To pawęż. A poszedłem się przejść. Nie wasza sprawa.
- W środku nocy, w obcym lesie, gdzie wszędzie mogą czaić się gobliny? – Flin był mocno zszokowany tą wiadomością.
- Byłem w pobliżu. Nic by się nie stało.
- Nie byłeś uzbrojony, jakby coś nas napadło to byś szybko zginął – odparła Wendy
- Skończmy temat. To gdzie byłem i co robiłem uważam za temat zamknięty!
Długo maszerowali w ciszy. Nikt nie chciał mówić o tym co sądzi o wypadzie krasnoluda. Wendy szła mocno spięta i przygotowana na nagłe ataki z zaskoczenia. Była przekonana, że Krasnoludzki Kat jest zdrajcą i wydał ich na pastwę najemników. Flinar, natomiast wolał nie ryzykować gniewu krasnoluda i nawet się nie zastanawiał gdzie był krasnolud. Dopiero wczesnym południem muzyk zaczął nucić po cichu piosenki przerywając w ten sposób niebezpieczną ciszę i uspokajając podróżników. Późnym popołudniem natrafili na niepokojące ślady.
- Na oko Katona! Jakie zwierzę zostawia takie ślady!?
- To bydle Anaresa – odrzekł krótko krasnolud. – Chyba kierował się do wieży. Możliwe, że będziemy mieć problem, jak dotrzemy na miejsce.
- Przyśpieszmy, proszę! – poprosiła przerażona Wendy
Drużyna niemal biegła resztę drogi. Zbliżał się wieczór, słońce jeszcze mocno świeciło jednak przybierało już mocno pomarańczową barwę. Nie opodal można było zobaczyć wieżę zamkową. Gdy wybiegli z lasu ujrzeli zamek w całej jego okazałości. Stare podniszczone ściany i okiennice zabite deskami sprawiały jakby zamek błagał o litość. Stare wieże strażnicze wyglądały równie żałośnie, z czego tylko jedna z czterech posiadała flagę z herbem. U bram nikogo nie było, ani strażników ani Anaresa, jedynie ślady jego bestii która biegała w kółko przed główną bramą po czym ślady kierowały się dalej na wschód.
- Najwidoczniej był tutaj. Przyjechał na jakiś czas a potem odjechał dalej. Ciekawe co tutaj chciał? – zauważył Flinar – W środku może roić się od goblinów, biorąc pod uwagę brak strażników przed bramą. Powinniśmy zachować ostrożność.
- Idę przodem. Wendy, ty za mną! Grajku, pilnujesz tyłów! – obwieścił po krótce krasnolud i ruszyli w stronę bramy.
Brama była zamknięta, na ścianie widniało potężne wgniecenie a cegły były skruszone od potężnego uderzenia.
- Nasz ork chyba był nie zadowolony – muzyk wskazał na pęknięcie.
- Pośpieszmy się, martwię się o ojca!
Weszli gęsiego do środka. W ciemnym korytarzu paliły się tylko nieliczne pochodnie, było strasznie cicho, młoda kapłanka wspomniała tylko, że zaraz będą drzwi do sali balowej. I rzeczywiście, zwykłe, drewniane stanęły im na drodze. Krasnolud uchylił je lekko, sprawdzając czy nie ma nikogo w środku po czym otworzył je na oścież. Wszystkim ukazał się straszliwy widok. Wszyscy strażnicy leżeli martwi po całej sali. Jedni zmiażdżeni, inni zmarli z wykrwawienia. Stoły, krzesła i inne meble leżały porozrzucane po całym pomieszczeniu. Wszędzie była krew a w około unosił się fetor śmierci.
- Znam tych ludzi. Wszyscy kiedyś służyli memu ojcu. Znam ich odkąd byłam mała. – Wendy ogarnął strach
Z kocią gracją przeskakiwała nad zwłokami i biegła teraz w stronę kolejnych. Otworzyła je z rozmachem i stanęła dęba. Za drzwiami stało drewniane krzesło na którym oparto kuszę. Na klamce był umocowany sznur, który uruchamiał mechanizm kuszy. Wystrzelił bełt. Mknął szybko w powietrzy, po czym uderzył w przeciwległą ścianę. Wendy nawet nie zauważyła kiedy leżała na ziemi przykryta przez Flinara, który biegł zaraz za nią i gdy tylko otworzyła drzwi rzucił się na nią.
- Uważaj! Tak myślałem, że będą pułapki! Karraf idź przodem! – Flin wstał na nogi i podał damie rękę.
Wszyscy znowu ruszyli za krasnoludem, po drodze spotykając na kolejne tego typu pułapki. Kusze, wnyki a krzesła przyczepione sznurami do sufitu, które spadały wraz ze sztyletami. Kilka korytarzy, na które musieli zmarnować sporo czasu i siły krasnoluda, którego pawęż wszystko dzielnie znosił. Stanęli teraz przed podwójnymi drzwiami.
- Sala mojego ojca. Ratujmy go!
Karraf wyważył drzwi potężnym kopniakiem. Zamurowało ich. Przestrzenny pokój, z długim stołem i kilkoma drewnianymi krzesłami. Na stole były podane różne potrawy. Po lewej była niewielka biblioteczka obok okna. Po prawej ogromne łóżko z baldachimem. Wszystko było by normalne gdyby nie trzy postacie w środku. Zakrwawiony starzec, przywiązany do filaru baldachimu, siedzący przy stole człowiek o pokracznej posturze, silnych, kwadratowych rysach twarzy i szpiczastych uszach i odziany w czerń młodzieniec, który patrzył na nowo przybyłych gości.
- No proszę jaki ten świat mały! Karraf druhu! O i jest tu ten muzyk z celi! No i na dodatek macie ze sobą damę tego dworu! Witam w moich skromnych progach!
Postać, schyliła się teatralnie zamiatając podłogę czymś co trzymała w ręce. Wszyscy poza dziewczyną zrozumieli od razu kim jest „gospodarz”.
- Przegiąłeś Sineth! – wycedził Flin – Teraz to Twój koniec!
- Pomocy! – krzyczał starzec przywiązany do łóżka – To są jacyś sadyści, przywiązali mnie, odcięli kończyny i torturowali mnie od rana. Pomocy!
Bohaterowie zorientowali się co trzyma tamta dwójka. Były to ręce biednego starca. Przestępcy westchnęli dramatycznie jakby usłyszeli straszliwą obelgę, przysłaniając usta odciętymi dłońmi niczym kobiety ukrywające usta za wachlarzami.
- Jedynym sadystą jesteś tutaj Ty i twoi ludzie! Dobrze o tym wiesz! – wycedził basowym głosem siedzący mężczyzna wskazując na starca jego własną dłonią.
- Wendy? Czy to Ty? Zlituj się nad ojcem! Proszę cię! Obiecuję, że zniosę ten list gończy. Nie oddam cię już w ręce tego orka! Tylko proszę rozwiąż mnie! – wypalił mężczyzna chcąc się ratować
- Czekaj co?! To byłeś TY?! Myślałam, że to ten „mężulek” od siedmiu boleści a to byłeś przez cały ten czas TY?! A ja się o ciebie martwiłam! Zapłacisz za to!
Nikt nie zdążył nawet mrugnąć a postać starca zniknęła w płomieniach. Po całym pokoju rozległ się paniczny krzyk bólu. Wszystkich zamurowało.
- Koniec z tym wszystkim! Mam dość! Nigdy więcej o nikogo się nie martwię! Moje serce właśnie spłonęło z tym starcem! Jakieś sprzeciw wskazania?! – Ruda Wiedźma mówiła przez łzy z zaciśniętymi zębami złości.
Potem nastąpiła długa, niezręczna cisza. Dopiero po chwili została przerwana.
- Ej! Zniszczyłaś naszą tarczę! W co mamy teraz rzucać? – spytał piskliwie siedzący mężczyzna
- Mam pomysł – uśmiechnął się Sineth – Łap! – rzucił w Flinara ręką, która trafiła go prosto w twarz – Łoho! To się nazywa celność. Zapisz mi pięć punktów! W końcu to ruchomy cel!
- Kim jesteście? Czego tu chcecie? – spytała Wendy nie zważając na barda, który zwijał się z bólu. – Szybko! Mam dzisiaj zły humor, a wy wtargnęliście do mego zamku!
- A tak! Witam, szlachetna damo. Jestem Sineth. Były skrytobójca, do twoich usług – powiedział to uśmiechając się chytrze
- Oddawaj moje pieniądze! – powiedział muzyk, trzymając się za obolały nos. – Okradłeś mnie dwa razy
- Już mówiłem. Nie okradłem tylko zbierałem by wyleczyć mojego biednego, upośledzonego brata! – wskazał na mężczyznę siedzącego obok. Wszyscy na niego patrzyli, ze zdziwieniem.
- Przecież on jest zdrowy!
Zabójca wytrzeszczył oczy ze strachu i popatrzył na swego brata, który siedział jak gdyby nigdy nic na krześle i bawił się martwą ręką jak szmacianą lalką. Klepnął go w ramię.
- A tak! Aaauuu!!! – Postać wygięła się na krześle i zaczęła się wić po stole, trzymając się za brzuch i krzycząc piszczącym głosem – Ała! Mój brzuch! Pomocy!
- Nie wspominałeś, że był upośledzony? – spytał Karraf
Przerażenie znowu zagościło na twarzy łotrzyka, który palnął brata w łeb.
- Tyle razy to obmawialiśmy idioto! Jesteś chory na umyśle! A nie ty mi tu cyrki odprawiasz z bólem brzucha!
- Sam jesteś idiotą! Ja mogę zaraz być chory na umyśle. A co. Patrz. – postać znowu siadła na krześle, zrobiła zeza i zaczęła się ślinić.
- Tak czy siak, ten pół mózg to mój brat, Roctuss. Nie jesteśmy do końca spokrewnieni, ale trzymamy się razem odkąd tylko go spotkałem. Był jak ja, wygnańcem. Tylko przez to, że jest pół elfem, pół krasnoludem. Może i jest odmieńcem, ale za to świetnym kompanem i potężnym kapłanem Grrosha.
- Czekaj, stój! Co? Grrosh to bóstwo orków. – Wendy wyglądała na zaskoczoną
- Widzisz, Grrosh to także bóg wojny i tułaczki. A on od małego uciekał przez wieczną wojnę na południu. Ale to może innym razem. – popatrzył na Roctussa, który dalej siedział i się ślinił – ogarnij się już! Oni wiedzą, że jesteś normalny. Przynajmniej w teorii.
- Haha! Widzisz, wszystkich nabrałem! – zaśmiał się piskliwie – tak jak mój brat powiedział jestem Roctuss, potężny kapłan. Lepiej mnie nie denerwujcie!
- Bo co?! – Spytał wyzywająco Karraf
- Krasnoludzie, przyjacielu. Widziałem, co zrobiłeś ze strażnikami i znam twoją siłę, ale uwierz, nie chcesz go rozwścieczyć. Większość strażników zginęła z jego ręki. – uspokajał go Sineth – A właśnie, droga pani pytasz co tu robimy. Widzisz, powiedzmy, że próbuję odpokutować stare winy. Staram się zabić każdego z mojej starej gildii. Łącznie ze stałymi klientami. Widzisz twój tatuś, dosyć często miewał do nas interes. Pierw zabił własnego ojca by dojść do władzy. Potem służącą, która zaszła w ciążę, następnie swoją żonę, która chciała narobić mu „jakże dobrej” opinii na forum królewskim. Na koniec kazał im złapać ciebie żywcem. Co jak widzisz nie skończyło się dobrze. Jednak jeszcze dużo zostało do zrobienia.
- Ten pryk nie żyje, więc już mnie nie będą ścigać. Prawda?
- Z tego co go przesłuchiwałem to niestety nie. On tylko złożył do nas sprawę. Sam pracuje dla tego orka. Ale nie bój nic zajmiemy się tym orkiem.
- Idę z wami – odparła – Chcę się zająć tym orkiem raz na zawsze.
- Nie ma opcji! Ten ork jest mój! Idę z wami! – Karraf chwycił halabardę i wbił ją w stół
- No to chyba wszyscy idziemy, tak? – spytał ucieszony Flinar
- No ty akurat mógłbyś tu zostać – powiedzieli zgodnie krasnolud z kapłanką
- Ej, nie bądźcie dla niego tacy oschli. Jak powiedziałem przyjaźnie zawarte w celi trwają wiecznie. Po za tym nasza księżniczka nie dała by sobie sama rady. – Sineth uśmiechnął się złośliwie do barda
- Dobra, tak więc drużyno, ruszymy po obiedzie. Częstujcie się. Może jedzenie jest wczorajsze, ale jeszcze dobre. – oznajmił Roctuss – może coś o sobie opowiecie przy okazji?
Wendy i Karraf popatrzyli na Flina z przerażeniem – Nie! Wystarczy jak się przedstawimy! – krzyknęli razem.
- Mów mi Wendy, a to jest Karraf. Nie chcemy już żadnych opowieści.
- Ohh… szkoda. Ale skoro tak to jestem Flinar, ale możesz mówić mi Flin.
- Flin – powtórzył elfi krasnolud, plując sobie w brodę – Czy ktoś Ci mówił, że masz beznadziejne imię?
Wszyscy w sali popatrzyli na siebie z lekką ironią w spojrzeniu.
Historia Postaci III : Ruda Wiedźma Linuan Duan II „Wendy”
Bohaterowie ruszyli o świcie na wschód, kierując się do zamku rodu Ateriandów, domu Wendy. Szli umiarkowanym tempem, zmęczeni po ciągłych walkach i trudnościach, które do tej pory spotykali. Flinar przyjrzał się nowej towarzyszce i jej ubraniu. Teraz w świetle słońca dostrzegł znacznie więcej niż tylko piękną twarz i burze rudych loków. Nie była zbyt wysoka, za to szczupła i bardzo kobieca. Miała pewny wyraz twarzy, jakby była przygotowana na wszystko, jednak po jej ruchach można było dostrzec zmęczenie. Nosiła jedwabną koszulkę bez rękawów koloru rubinowego, ciemne skórzane spodnie, które podkreślały jej kształtne biodra. Na to wszystko był zarzucony lniany płaszcz z kapturem pasujący do jej reszty ubrań. Przez chwilę Flin zastanawiał się, dlaczego nie jest jej zimno, jednak przypomniał sobie, że jest ona potężnym magiem ognia, po czym zastanawiał się, czy nie jest jej przypadkiem za gorąco. Gdy Wendy zwolniła kroku i zaczęła głośniej łapać oddech zrozumiał, że powinni zrobić przerwę.
- Dajcie mi chwile. Mam dość, muszę odpocząć! – zatrzymał się i zwrócił do Karrafa – Jestem głodny i zmęczony! Rozpalmy ognisko i zjedzmy coś!
- Kurwa, marudo! Nigdy nie dojdziemy do zamku wiedźmy jak będziemy się zatrzymywać przez ciebie! – krasnolud również wyglądał na zmęczonego, ale był wystarczająco zdyscyplinowany by biec dalej. Był również wściekły na słabości swoich towarzyszy.
- Na palące oko Katona! Czy ty zawsze tak marudzisz? – spytała czarodziejka łapiąc oddech – Spieszy nam się!
Bard wyglądał na mocno zmieszanego. Chciał jedynie pomóc młodej towarzyszce, a jedyne co otrzymał w zamian to reprymendę. Siadł oburzony.
- Rozpalamy tutaj ognisko i tyle! Po za tym chcę się dowiedzieć po co my w ogóle idziemy? W jakim celu zmierzamy właściwie do twojego zamku? Czemu zaatakowały cię gobliny? I co robisz w takim miejscu? - zaczął dopytywać Flinar.
- Idę po drewno. Może coś upoluję. Pilnuj tej damulki! – rozkazał wojownik i znikł za drzewami.
- Tak jest! – krzyknął ucieszony Flinar.
- On chyba mówił to do mnie – popatrzyła wyśmiewająco na Flina – Po za tym jak chcesz się czegoś dowiedzieć o mnie może byś sam coś o sobie powiedział.
- W sumie masz rację. Tak więc… - zaczął bard.
Minęło dobre kilka godzin, słońce sięgało powoli zenitu. Krasnolud wyszedł zza drzew, a bard właśnie kończył swoją opowieść.
- … I właśnie tak spotkaliśmy ciebie. Resztę historii już znasz. - skończył Flin.
- Czy tobie się jadaczka nie zamyka? – spytała poirytowana Wendy i zwróciła się do Karrafa, którego właśnie spostrzegła wychodzącego ze zwierzyną – A ty mości krasnoludzie? Boję się zapytać, ale pewnie też chcesz coś ciekawego powiedzieć.
Karraf popatrzył na nią ze złością i zaczął układać ognisko – Jestem Krasnoludzkim Katem. Wygnano mnie. Przygarnęły mnie czterorękie olbrzymy, które poprowadziłem na króla góry. Zabiłem go własnoręcznie. Skończyłem podróżując z tą gadułą.
- Ooo… - Wendy zatkało – Jak to jest, że on tyle gada a ty prawie w ogóle?
- Nie mam pojęcia – rzucił w Flina martwym królikiem – Przydaj się na coś i przygotuj coś z niego.
- Mam jednak pewne obiekcje. Twoja historia jest mało wiarygodna. Nie ma czterorękich olbrzymów, a wojna z krasnoludami to wyrok śmierci! – wyśmiała go wiedźma.
- Chcesz powiedzieć, że kłamię? - oburzył się krasnolud.
- Chcę powiedzieć, że gdybyś rozpoczął wojnę z krasnoludami to by cię tu obecnie nie było. - półeflka patrzyła z niedowierzaniem na wojownika.
- Ty wiedźmo! – wściekł się krasnolud i sięgał już po halabardę - Gobliny i najemnicy zaraz będą twoim najmniejszym problemem.
- Karraf uspokój się! Nie słuchaj jej! Odprowadzimy ją do zamku i tyle ją widziałeś, a przynajmniej będziemy mieli za co jeść. – uspokajał go Flinar, modląc się w głębi siebie, by wojownik zaraz jej nie zabił. – Lada moment przygotuję królika i wszystkim trochę ulży.
- Możesz opowiadać paniusiu o swojej przeszłości. A widząc jak idzie młodemu szykowanie tego królika to możesz zacząć od samego dzieciństwa. – krasnolud wciąż był wściekły, ale usiadł na ziemi, oparł się o drzewo odkładając halabardę i zamknął oczy, mamrocząc coś jeszcze złowróżbnie do siebie pod nosem.
Czarodziejka była nieco przerażona widokiem rozwścieczonego krasnoluda. Rozpaliła ognisko machnięciem dłoni i usiadła na ziemi.
- Meh, niech będzie. No to jak mam zacząć od początku to urodziłam się w zamku Ateriandów. Mój ojciec odziedziczył cały majątek po dziadku. Nie byliśmy może bardzo zamożni, ale ciężko nie było. Miałam wszystko co chciałam. Służbę uważałam raczej za pomoc niż kogoś, kim można było się wysłużyć. Wolałam być niezależna. O ojcu mogę powiedzieć tylko tyle, że zawsze był szorstki i chciwy, ale bądź co bądź zawsze chciał mojego dobra. Moja matka była nieco inną osobą. Była piękną elfką wysokiego rodu czystej krwi, bardzo poukładana i zorganizowana. Do tego była zadziwiająco skromna i miła. Musiała bardzo wiele poświęcić zakochując się w zwykłym śmiertelniku i wybierając mieszkanie na dworze, zamiast w pięknych elfickich cytadelach. Czasem narzekała na mojego ojca, gdyż z roku na rok stawał się oschły również dla niej, ale mówiła, że w elfiej kulturze wybiera się partnera do końca życia, czy jest dobrze czy nie. Jednak nie męczyła się z nim zbyt długo, ponieważ miałam dziesięć lat, moja matka zmarła w wyniku choroby.
- Współczuję. Wiem jak to jest. Sam nigdy nie poznałem swoich rodziców – bard próbował ją pocieszyć.
- Tak czy siak ojcu zaczęło odbijać. Zrobił się jeszcze bardziej szorstki i oschły. Pozbył się części służby i powiedział, że muszę przygotować się do życia. W wieku jedenastu lat potrafiłam już sama zarządzać prawie całym zamkiem. Miałam już tego dość, co okazywałam kłócąc się z nim co chwila. Wtedy wysłał mnie za „karę” do Magicznej Akademii, jednak była to raczej ulga niż kara. – dziewczyna sięgnęła po patyk na ziemi i zaczęła nim rysować kółka na ziemi, wyraźnie znudzona swoim opowiadaniem – W akademii kolejny rok życia minął mi bardzo powoli. Długie godziny nauk i treningów przygotowywały mnie jedynie do rzucania jakichś banalnych sztuczek. Nie dziw się, że szybko się tym znudziłam i byłam coraz bardziej poirytowana siedzeniem tam. W którymś momencie całkiem przestało mi zależeć na ocenach i nauce. Chciałam być silna i żeby moja matka mogła być ze mnie dumna. Tam chcieli ze mnie zrobić kolejnego nudziarza, z książkami, który co najwyżej służy na zamku jakiegoś magnaty i nic nie robi. A w ciągu jednego roku nauczyłam się jedynie paru zaklęć pierwszego kręgu. – Wendy denerwowała się, musząc przypominać sobie to wszystko i energicznie zaczęła łamać podniesiony wcześniej patyk.
- Pierwszy krąg? – spytał zaciekawiony bard.
- A no tak, nie wiesz. Słuchaj, magia tajemna dzieli się na dziewięć kręgów, który każdy mag może osiągnąć poprzez wieloletni trening i nauki. Istnieją jeszcze potężne zaklęcia dziesiątego kręgu, ale je mogą używać jedynie bogowie albo grupy dobrze zorganizowanych i starych magów, którzy przygotowują się miesiącami do takich czarów. No i podobno Zielony Rzemyk stworzył i użył zaklęcia jedenastego kręgu, ale jego nie można zaliczyć jako normalnego maga. - wyjaśniła Wendy poprawiając sobie włosy.
- Czyli mam rozumieć, że zaklęcia pierwszego kręgu to…? - zaczął Flin.
- … dziecinada – dokończyła za niego Wendy – Tak czy siak po pierwszym roku stała się rzecz, która odwróciła moje życie do góry nogami. Nasz dyrektor każdej wiosny zapraszał i gościł potężnych kapłanów „Jedenastki”. Zwali siebie żywiołakami, gdyż mieli oni moc nad władaniem żywiołem ich bóstwa. Dyrektor w ten sposób chciał pokazać nam, że oprócz magii tajemnej jest jeszcze magia objawień, która pochodzi nie od wiedzy z ksiąg, lecz od wiary. Później Żywiołacy prezentowali swoje moce i właśnie wtedy zrozumiałam jakie jest moje powołanie. Ujrzałam starego kapłana, który tworzył potężne wybuchy ognia i sterował nimi według swojej woli. Gdy Żywiołacy opuszczali już naszą akademie wymknęłam się po cichu i pobiegłam za kapłanem ognia. Przedstawiłam mu całą sytuację i spytałam, czy w klasztorze nie znalazło by się jeszcze jedno miejsce dla młodej adeptki. Od razu się zgodził, mówiąc: „Nie wolno gasić żaru Katona w tak młodej duszy. Trzeba go podsycać, a zmieni się w ogień, który da nam wszystkim siłę w tych mrocznych i trudnych czasach” – powiedziała to parodiując starego dziadka, modulując głos i gestykulując intensywnie. Śmiała się chwilę do siebie – Tak więc… A tak. Mistrz Furion zabrał mnie do zakonu gdzie przez kolejne osiem lat pobierałam nauki od innych kapłanów. Tam było świetnie! Nikt nie mówił jak mam żyć. Jedyne co musiałam to słuchać tego, co radzą kapłani, a każde ich słowo tylko „podsycało mój płomień” – Wendy i Flinar zaczęli się śmiać pod nosem – Uhh… tak czy siak, nauki kapłanów Katona były wspaniałe. Nie było wczesnego wstawania, nikt nie mówił kiedy mam iść spać, a uczyłam się wtedy, kiedy chciałam. „Nasze życia są niczym płomień. Sami musimy znaleźć ścieżkę, którą chcemy kroczyć”. Przez właśnie tę wolność chciałam się więcej uczyć. Ja, leniwa wiedźma! - wykrzyczała Wendy.
- Czyli w praktyce nie jesteś wiedźmą tylko kapłanką? – sprostował ją bard.
- No niby tak, ale wiesz, tytułu „Rudej Wiedźmy” ciężko się pozbyć. Tym bardziej, że mi odpowiada. Stawałam się coraz lepsza, szło mi coraz lepiej kierowanie ognia, a całe dnie odpoczywałam w pięknym ogrodzie. Uczyłam się w nocy i spędzałam czas z innymi kapłanami przy ogniskach i pielgrzymkach. Widzisz, kapłani Katona, jako powiernicy ognia, muszą go dostarczać do najpotrzebniejszych, troszcząc się o słabych i paląc naszych wrogów jeśli to konieczne. Często podróżowaliśmy do pobliskich wiosek, gdzie roznosiliśmy jedzenie z naszych spiżarni i wspieraliśmy wieśniaków słowami naszej wiary. Czasem przepędzaliśmy bandytów albo dzikie zwierzęta. Było tam świetnie, do czasu aż mój ojciec nie dowiedział się, że jego „zaginiona biedna córeczka” była widziana w mieście z kapłanami. Przyjechał po mnie wraz z obstawą i powiedział, że mam natychmiast wracać, bo czeka na mnie mój luby. Rozumiesz?! Miałam wyjść za mąż za kogoś kogo nawet nie znałam tylko dla kawałka ziemi i pieniędzy, które dostanie mój ojciec! Mój mistrz powiedział tylko „Powinnaś iść teraz z ojcem. Jednak gdy tylko będziesz miała ochotę, kapłani Katona zawsze znajdą dla ciebie trochę ciepła i zrozumienia. Wracaj kiedy tylko będziesz chciała.” – Wendy miała już łzy w oczach – Tak czy siak ruszyłam z ojcem, a na miejscu w zamku spotkałam mojego lubego. Gruby, bogaty starzec, którego widziałam pierwszy raz w życiu. Wolałam spłonąć, niż za niego wyjść. Ojciec siłą zmusił mnie do ślubu i zaraz po nim musiałam pojechać z mężem do jego zamku. Kolejny rok został wyjęty z mojego życia. Mściłam się każdego dnia na tym starym obwiesiu, będąc tak wredną „Rudą Wiedźmą”, na jaką tylko mogłam sobie pozwolić. Tłukłam zastawy, paliłam meble, wyrzucałam straż za drzwi. Muahah, tak się odwdzięczałam za to, jak mnie potraktowano. – czarodziejka cisnęła patyczkami w ognisko, które natychmiast zostały pochłonięte przez płomienie. Flinar powoli zaczął opiekać nad ogniem królika – Najgorsze miało dopiero nadejść. Gdy mojego „kochanego” męża nie było w zamku, zajrzałam do jego gablotki, szukając ważnych dokumentów do spalenia. Wtedy znalazłam list zaadresowany do niego, w którym pokrótce było napisane: „W zamian za żywą kapłankę ognia zapłacę tysiąc sztuk złota. Przyślij ją najszybciej jak się da.” Wtedy uciekłam z zamku i początkowo zmierzałam z powrotem do zakonu. Nie minął nawet dzień, a za mną zmierzała już służba tego starego pryka. Trzy dni później zaczęły się ataki. Pierw paru rzezimieszków, którzy, starali się nie zrobić mi krzywdy. Byli zbyt łagodni co skończyło się dla nich fatalną śmiercią, biorąc pod uwagę, że ja dalej podróżuję a ich podróż skończyła się na moście, gdzie się na mnie natknęli. Udało mi się z jednego truchła zdobyć mały list gończy „Poszukiwana, ruda kapłanka Katona. Ma być cała i zdrowa inaczej nici z zapłaty. Zabić każdego, kto stanie na drodze.” Potem był tylko rysunek z moją podobizną. Wtedy właśnie zmieniłam kierunek na zamek mego ojca. Boję się, że najemnicy mojego byłego męża mogą właśnie tam zmierzać i mu grozić. Szłam tak szybko, jak się dało. Po około 4 dniach, zrobiło się zbyt niebezpiecznie, przyszły po mnie gobliny, które nie cackają się jak zwykli bandyci. Przez to musiałam zatrzymać się na trochę w opuszczonej wsi. Gdy nie widziałam już goblinów, próbowałam ruszyć w stronę zamku, jak szybko się da. Potem poznałam was. - opowiedziała całą swoją historię.
- Pomożemy ci, o nic się nie martw. – uśmiechnął się bard najszczerzej jak potrafił. Podał jej królicze udko – Częstuj się. Karraf, wstawaj. Posiłek gotowy.
- Ehh… i zajęło ci to raptem całe popołudnie, gratuluje. – podszedł krasnolud, a dwójka bohaterów zorientowała się, że słońce już zachodzi – A co do ciebie paniusiu, to wcale nie jesteś silna. Twój bóg jest, dlatego w żadnego nie wierze. Jeżeli samemu czegoś nie osiągniesz to na to nie zasłużyłeś. - krasnolud poczęstował się króliczym udkiem czarodziejki.
- Odczep się! - krzyknęła Wendy, uderzając krasnoluda w łydkę.
- Dobra! Nie kłóćcie się! - uspokoił wszystkich Flin - Lepiej zabierzmy się za tego królika - po czym wziął się za swój kawałek mięsa.

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Źródło Przygód IV : Chłodne spotkanie płomiennej postaci
Bohaterowie przyśpieszyli kroku ku płomieniom, które ujrzeli w drodze do Pachnącego Zboża. Ogień był daleko od nich. Pomimo odniesionych wcześniej ran oraz zmęczenia biegli tak szybko jak mogli. Po chwili ujrzeli pierwsze chaty wsi. Bez zastanowienia minęli je i podążali w kierunku ognia. Nagle płomienie znikły tak szybko jak się pojawiły.
- To nie jest dobry znak – stwierdził Flin.
W końcu nieco za wsią znaleźli rozżarzone jeszcze drzewa i spaloną trawę. Przykucnęli za jednym z konarów i obserwowali teren w poszukiwaniu smoka. Ani na ziemi, ani w powietrzu nie było nawet śladu gadziny. Ruszyli zatem skuleni w stronę kolejnych drzew, obserwując i nasłuchując otaczający ich teren. Bard wdepnął w coś i zdławił w sobie kobiecy okrzyk strachu.
- Karraf popatrz! Zwłoki! – zapiszczał muzyk do krasnoluda.
Rzeczywiście, bard stał właśnie na spalonym, małym szkielecie. Zwłoki były jeszcze ciepłe od ognia, który prawdopodobnie chwile temu je strawił.
- Biedne małe dziecko. Jak to się stało, że poległ w tak młodym wieku. – Flinar klęknął, ze łzami w oczach i przytulił małe zwłoki do piersi – Pomścimy cię. Nie pozwolę by życie dziecka poszło na marne! Ten potwór jest już martwy! - krzyknął rozeźlony Flin.
- Weź się w garść babo! To goblin, a nie dziecko! – Karraf wyglądał na mocno zawiedzionego głupotą barda, który właśnie odrzucił od siebie osmolony szkielet – Ruszaj się! Nie ma czasu na twoje pajacowanie!
Ruszyli dalej pod osłoną drzew i nocy. Poruszali się powoli nie chcąc stwarzać najmniejszego dźwięku, który mógłby ich wydać na pastwę ognistego potwora. Nagle ujrzeli w oddali jakiś cień, który powoli poruszał się za drzewami.
- Karraf czekaj. Musimy pierw się rozejrzeć. Nie możesz tak na niego wybiec. – wyszeptał Flin, którego głos drżał z przerażenia. Wychylił się nieco zza drzewa i ujrzał – To kobieta! Musimy jej pomóc. - Bohater, który nagle stał się wielce odważny wyszedł zza drzew – Tu jest niebezpiecznie! W okolicy grasuje smok! Musimy się szybko gdzieś ukryć!
- Stój! Ktoś ty? – Odparła kobieta w płaszczu i kapturze.
- Ależ gdzie moje maniery? Witaj, jestem Flinar, podróżny bard i mistrz…
- Kłapania dziobem – przerwał mu Karraf, który wyszedł właśnie zza drzew.
- Tak czy siak. Jesteśmy poszukiwaczami przygód, którzy zmierzali do tych lasów w celu zgładzenia smoka, który rzekomo się tu zalęgł, dlatego nalegam byś się ukryła. Nie chcemy, by bezbronna kobieta ucierpiała z powodu jednego smoka. Przy okazji mów mi Flin – mrugnął do niej zalotnie, co kobieca postać od razu zignorowała.
- Nie jestem bezbronna, Flin – wypowiadając jego imię opluła sobie brodę – Czy ktoś ci mówił, że masz fatalne imię?
- Mówiłem – rzekł Karraf cicho pod nosem, potwierdzając słowa kobiety.
- Tak jak już wspominałem, grasuje tu smok! Powinnaś się ukryć! – zbliżył się do niej bard.
- Stój gdzie stoisz! Tu nie ma żadnego smoka! A was pewnie najął ten parszywiec! – warknęła, wyciągając przed siebie obie dłonie.
- To skąd ten ogień? – Spytał Karraf.
- Jakbyście nie wiedzieli! Jeszcze jeden krok i was zabiję! - odezwała się zakapturzona postać, zaciskając zęby.
Bohaterowie stali wryci jak słup soli. Nie zdawali sobie sprawy z tego, w co się wmieszali. Nagle zza drzew wyskoczyło pół tuzina goblińskich najemników.
- Tak myślałam! Jesteście z… nimi…? – kobieta po chwili zrozumiała, że bohaterowie nie przyszli po nią, po tym jak krasnolud rozpłatał dwójkę goblinów jednym cięciem, a Flin ustrzelił kolejnego zamachowca ze swojej kuszy. – Czyli jednak nie jesteście z nimi? - kobieta odetchnęła z ulgą.
- Mówiliśmy ci! Przyszliśmy po smoka! Nic o tobie nie wiedzieliśmy. Po za ty już wcześniej nas zaatakowały te gobl… - bard przerwał w pół zdania i padł na ziemię. W jego plecach tkwiła strzała.
- Kurwa! – Krzyknął Karraf podbiegając do rannego towarzysza i zasłaniając go pawężem przed kolejnym strzałem goblina.
Nagle kobieta zdjęła kaptur od płaszcza, a piękne płomienno-rude loki opadły na jej ramiona. – Teraz wam pokażę wy małe potworki! – Wysunęła ręce spod płaszcza, mruknęła coś pod nosem a z jej dłoni buchnął ogień trawiąc pozostałych goblinów, którzy rzucili się właśnie na krasnoluda. Gdy płomienie doszczętnie strawiły gobliny, ruda czarodziejka machnęła znowu dłonią, gorący żar wrócił do niej, a na rękach i twarzy przez chwilę pojawiły się świecące tatuaże w kształcie płomieni, niczym rozżarzone pręty, które zniknęły tak szybko jak się pojawiły. Gdy czarodziejka skończyła zaklęcie, szybko pobiegła w stronę rannego barda i krasnoluda klęczącego obok niego.
- Karraf, przepraszam… - Flin wziął głęboki wdech, dusząc się – od teraz musisz iść beze mnie. Uratuj ją! – jego zimne spojrzenie padło na młodą kobietę. Po chwili jego powieki zamknęły się, a głowa opadła bezwiednie.
- Przepraszam. Czuję się za to odpowiedzialna. Może jakbym szybciej zareagowała nie doszło by to tego. A teraz on… - czarodziejka wpatrywała się w nieruchome ciało barda.
- Ta. Jakbyś się pośpieszyła to może on by tak nie dramatyzował. Wstawaj głąbie! – Krasnolud klepnął Flina w głowę. – Twoja lutnia przyjęła cały strzał. Nie umierasz, bałwanie!
- Nie umieram? – nagle ożywiony Flin usiadł z wrażenia. – Faktycznie, jestem cały! Chwila, co powiedziałeś o Wykidajle? – rozejrzał się i podniósł roztrzaskany instrument – No, to teraz możecie mnie dobić!
- Nie byłeś ranny przez cały ten czas?! A ja zaczęłam się nawet o ciebie martwić! – ruda dziewczyna wyglądała na wściekłą, a w jej dłoni pojawił się płomień, który oświetlił całe jej ciało przez co bohaterowie mogli w końcu się jej przyjrzeć.
Nieco niższa od Flina, czarodziejka o włosach tak chaotycznych, co pięknych, posiadała delikatne rysy twarzy. Łagodnie jasna skóra i piegi sprawiały, że wyglądała bardzo młodo. Flin zauważył jeszcze jeden szczegół. Pół szpiczaste uszy.
- Jesteś elfką? - spytał bard.
- Pół elfką, jeżeli mamy być dokładni. Moja matka była elfką a ojciec człowiekiem. – młoda czarodziejka wyglądała na spokojniejszą – A właśnie nazywam się Linuan Duan II z rodu Aterianda, ale mówcie mi Wendy. Jak zauważyliście jestem czarodziejką ognia, lub żywiołakiem, jeśli wolicie mnie tak nazywać.
- Wendy – powtórzyli razem poszukiwacze przygód.
- Piękne i bardzo proste imię – ucieszył się bard.
- Ta, w przeciwieństwie do twojego – zauważył krasnolud – Jestem Karraf. Tego pajaca już znasz.
- A co znaczy twoje oryginalne imię? – spytał oburzony Flin.
- „Elfi liść wśród ludzi”. Nadała mi je matka. Jest naprawdę piękne, ale nikt nie potrafi go powtórzyć. No cóż, chyba dla tego ojciec zawsze nazywał mnie Wendy.
- Czyli co, smoka nie ma? – spytał muzyk zasmucony myślą o utracie zdobycia sławy jako „Smoczy Pogromca”.
- Nie ma i nie było! Tylko ja, młoda, piękna i utalentowana ruda wiedźma. - dziewczyna przechwalała się - Wieśniacy nie odróżnią smoka od czarodziejki choćby widzieli ich z bliska.
- To co tutaj robiłaś i czemu ścigają cię gobliny? – spytał Flinar.
- Właśnie, dobrze, że mi przypomnieliście! Śpieszy mi się! Muszę jak najszybciej wracać do zamku. Przez te ciągłe ataki nie mogłam opuścić wsi. Jak nie najemnicy, to gobliny. Na szczęście ostatnio ataki osłabły. Pomyślałam, że zdążę się wymknąć. No cóż, ale może wy mi pomożecie? Obiecuję dużą nagrodę. - zreflektowała się.
- W sumie i tak nie mamy nic do roboty. Z chęcią ci pomogę. Co ty na to Karraf? - spytał Flinar.
- No właśnie panie wojowniku. Zależy mi na waszej pomocy. - czarodziejka wpatrywała się w Karrafa.
- Krasnolud, beznadziejny muzyk i ruda wiedźma? Żartujesz chyba? – warknął Krasnoludzki Kat.
- Wiesz, w sumie możemy zostawić tu tę beksę. Jest większą babą ode mnie! Głównie chodzi o twoją pomoc. – Wendy prosiła najpiękniej jak umiała.
- Dobra. Przekonałaś mnie, ale ten mazgaj i tak pójdzie za nami. Ruszaj się! Za pieniądze księżniczki kupisz sobie nową lutnię! W którą stronę? - spytał się Karraf.
- Na wschód! – Ucieszyła się wiedźma z pomocy nieznajomych i pokazała palcem w kierunku, wschodzącego już słońca.
- Chwila – przeraził się bard – Czy to przypadkiem nie tam pojechał ten ork?
- Świetnie! To będzie ostatnie nasze spotkanie z Anaresem! – krasnolud pogłaskał swoją broń.
- Z kim? – spytała zaniepokojona Wendy.
- Wszystko wyjaśnimy ci po drodze, w zamian ty opowiesz nam wszystko o sobie. – Ucieszył się bard z towarzystwa młodej czarodziejki – Ruszajmy!
Źródło Przygód III : Pierwsze przeszkody na szlaku zwanym „Życie”
Poszukiwacze zgasili ognisko o świcie i szykowali się do dalszej drogi. Karraf na szybko założył zbroję i razem ruszyli ku Pachnącemu Zbożu, wsi w której zaroił się smok według jej mieszkańców. Śpieszyło im się, jednak krasnolud zdecydował, że nie będą biec, biorąc pod uwagę kondycję Flinara. Szybkim tempem maszerowali ścieżką, otoczeni przez las. Słońce dopiero wstawało i nie było dość jasno. Wszędzie można było słyszeć szelest traw, łamanie gałęzi i śpiew ptaków. To był naprawdę piękny dzień na podróż.
- Nie jesteś głodny? – spytał Flin – Może byśmy coś upolowali?
- Mam trochę racji podróżnych w sakwie. Częstuj się. – odparł sucho wojownik, podając mu skórzany worek, zawieszony przy jego biodrze, którego bard wcześniej nie zauważył.
- O świetnie… Suszone mięso i zjełczały ser… - ucieszył się sarkastycznie.
- Nie chcesz, nie jedz! Więcej dla mnie, zrzędo! – Odpowiedział wściekły krasnolud, na marudzenie młodzieńca.
Bard zamilkł, przełknął ślinę i zaczął jeść to co mu dano.
- Jaki masz w ogóle plan by zgładzić tego smoka, grajku? – pytanie Karrafa wręcz zamurowało Flinara – Będziesz mu tak długo zrzędził, że się podda? A może zagrasz mu jedną ze swoich melodyjek i będziesz liczył na to, że odleci z dobroci serca?
- W sumie to tego nie przemyślałem. – Zawstydził się bard – Chciałem po prostu pomóc wieśniakom i zdobyć nieco sławy. Mamy w ogóle jakieś szanse ze smokiem?
- Strateg z ciebie marny. Módl się by to było raptem smoczątko, które się tylko tutaj zgubiło. Z większym bydlakiem będzie raczej kiepsko. Umiesz w ogóle walczyć?
- Potrafię świetnie władać rapierem i strzelać z kuszy. – odparł bard, wypinając pierś do przodu z dumy.
- Zdefiniuj „świetnie” - odpowiedział krasnolud.
- Wiesz, nigdy w życiu nie walczyłem naprawdę, ale uczył mnie mój dziadek. Zawsze twierdził, że jestem świetnym materiałem na porządnego wojownika.
- Czyli żaden z ciebie wojownik. Plan jest taki. Ja idę na przód i leję gadzinę po łbie, a TY stoisz z tyłu i w razie co, strzelasz w szkaradę tak by mnie przypadkiem nie zabić. Zrozumiano?
- Tak jest! Ale wiesz, myślałem o raczej bardziej pokojowym rozwiązaniu. Może uda mi się go jakoś nakłonić by stąd odszedł.
- Jesteś głupszy niż myślałem, dzieciaku. Jak już będziesz w jego brzuchu to może mu coś jeszcze zagrasz na lepsze trawienie? Mój plan! Koniec tematu! – krasnolud przyśpieszył tempa, chcąc zakończyć tę rozmowę.
Flin czuł się mocno upokorzony. Cały czas myślał, jak się odgryźć krasnoludowi, który obraził nie tylko jego ale również osąd jego dziadka. Podróżowali długi czas w milczeniu, aż do późnego popołudnia. Dzień zleciał bardzo szybko, w tym morderczym marszu. Słońce powoli zachodziło już za drzewami dając piękne pomarańczowe światło prześwitujące poprzez liście. Bard czuł, że już dłużej nie wytrzyma tej ciszy i nie da wygrać krasnoludowi jego pewności siebie.
- Wiesz co? Jesteś zgorzkniałym gburem! Cały czas tylko mnie krytykujesz! A może jestem świetnym wojownikiem? Co wtedy? Nie będziesz mi już dłużej potrzebny skoro sam będę mógł o siebie zadbać! – krzyknął do Karrafa w złości.
Krasnolud zatrzymał się jak słup soli, delikatnie przekręcając głowę w stronę barda udając, że nie dosłyszał ostatniej sentencji.
- Dobrze słyszałeś, sam potrafię o siebie zadbać! Nie jestem dzieckiem! - oburzył się muzyk.
Krasnoludzki Kat odwrócił się, odpinając halabardę i pawęż z pleców. Wytrzeszczył swoje oczy z niedowierzaniem na Flina, a jego twarz poczerwieniała od złości. Wyglądał jakby chciał rozszarpać grajka za jego cięty język. Szedł powoli w kierunku barda, który właśnie zrozumiał jak wielki błąd popełnił. Cały drżał ze strachu, a zimny pot oblał całe jego ciało.
- Wyciągaj kuszę! Pokaż na co cię stać, młodziku. – wystawił Krasnoludzką Gilotynę przed siebie, ostrze powoli zbliżył do jego twarzy. – Zamachnę się, a ty albo mnie zastrzelisz, albo pozwolisz by twój łeb poszedł na dalszą wędrówkę bez ciała!
Bard odczepił kuszę od pleców, naciągnął bełt i czekał. Cały czas czuł zimną stal dotykającą jego szyi. Jego ręce mocno drżały od strachu. Wiedział, że nadszedł jego koniec. Wiele myśli przeleciało mu przez umysł. Chciał jeszcze raz spotkać swojego dziadka, zobaczyć smoka w wiosce niedaleko stąd, zrobić jeszcze tyle rzeczy przed śmiercią, ale nie pozwoliłby krasnoludowi obrażać swojej rodziny. Jak miał umrzeć, to chciał to zrobić z godnością i honorem. Krasnolud patrzył chwilę prosto w oczy barda, po czym skierował wymownie swój wzrok w stronę ostrza swojej halabardy, dając w ten sposób znać Flinowi. Bard, ze strachem popatrzył na ostrze, które miał ujrzeć jako ostatnie i zrozumiał co krasnolud chce mu przekazać. We wskazanym kierunku, na drzewach minstrel zauważył niewielkie cienie postaci. Nagle z tego gąszczu wyleciały dwie strzały w kierunku grajka, jednak Karraf był szybszy, zasłonił bohatera swoim pawężem i natychmiast odwrócił się w przeciwny kierunek z którego wyskoczyły dwa gobliny z włóczniami.
- Ja się nimi zajmę! Ty zestrzel łuczników! – Karraf wydał szybkie rozkazy, szarżując wściekle na gobliny.
Przerażony bard wymierzył szybko z kuszy w kierunku z którego nadleciały strzały i strzelił instynktownie. Z drzewa spadły bezwiednie zwłoki goblińskiego łucznika, trafionego prosto w klatkę piersiową. Z pobliskiej gałęzi zeskoczył jego pobratymiec uzbrojony w krótki miecz i rzucił się na Flinara. Bard szybko odrzucił kuszę na bok i wyciągnął rapier. Zdołał jedynie odparować atak goblina i został od razu przyparty do ziemi. Próbował się wyślizgnąć małej szkaradzie o żółtawej skórze, jednak skończyło się na szarpaninie i unikaniu ciosów goblina. Flinar wyciągnął rękę przed twarz zamachowca a z jego dłoni błysnęło jasne światło, oślepiające ofiarę. Grajek błyskawicznie zrzucił rywala z siebie i wstał na nogi. Szybkim ruchem rapiera rozbroił przeciwnika i zadał mu ostateczny cios, celując w szyję. Odwrócił się w stronę Karrafa, który odpierał atak dwóch napastników. W mgnieniu oka krasnolud rozpłatał goblina w pół, atakując od góry. Drugiego, uderzył pawężem i przycisnął go do drzewa, napierał na niego z całej siły, aż w końcu usłyszał trzask, a z ust ofiary wyciekła krew.
- Ruszaj się! Nie mamy czasu tak tu sterczeć! Może być ich tu więcej! – odparł krasnolud, który zaczął biec ścieżką.
Flinar podniósł kusze i ruszył za nim – Skąd wiesz, że będzie ktoś jeszcze?
- To nie byli zwykli goblińscy łowcy. Mieli skórzane zbroje i dobrze wykonane bronie. Zwykłe gobliny są prymitywne, noszą skóry i używają kamiennych narzędzi. To na pewno byli najemnicy. Ruszaj się! Żwawo! – poganiał Krasnoludzki Kat.
Biegli tak przez dłuższy czas wypatrując kolejnych możliwych pułapek i zasadzek. Po dłuższym biegu zwolnili nieco.
- Posłuchaj jest mi naprawdę przyk…
- Nieźle sobie poradziłeś z tymi goblinami – przerwał mu Karraf.
- Dziękuję, ale mimo to chciałem powiedzieć, że żału…
- I rzeczywiście świetnie strzelasz, nawet na oślep – pochwalił go krasnolud znowu przerywając muzykowi w połowie zdania. – Twój dziadek może jednak miał racje.
Flinar zrozumiał co robi krasnolud. Przestał go przepraszać, a słowa Karrafa sprawiły, że sam poczuł się przeproszony. Biegli jeszcze przez długi czas, aż dotarli do miejsca, gdzie droga się poszerzała, a wokół leżały powalone drzewa.
- Zatrzymajmy się tutaj na chwilę! – rozkazał krasnolud i popatrzył w stronę barda – Sprawdź czy wszystko zabrałeś i opatrz sobie tę ranę. Poza tym wyglądasz na zmęczonego.
Flinar rozejrzał się i dopiero teraz zauważył małe rozcięcie na ramieniu, z którego wydobywała się krew. Wyciągnął z plecaka nieco szmat, przemył ranę wodą z bukłaka i opatrzył ją.
- Powiedz mi jeszcze jedno. Co to był za błysk? Jesteś jakimś cholernym magiem czy co? – spytał zmęczony krasnolud, który usiadł na powalonym drzewie.
- Nie do końca. Zwykłe sztuczki, których kiedyś nauczył mnie dziadek. Najbardziej podstawowe zaklęcia iluzji. Nic innego jak jarmarczne zabawki, które cieszą gapiów. – odpowiedział skromnie Flinar, popijając nieco wody.
- Albo oślepiają goblinów. Co jeszcze umiesz? – dopytywał krasnolud.
- Czasem „pomagam” sobie w przekonywaniu ludzi. Wiesz, moja uroda nie zawsze okazuje się pomocna. Czasem potrzeba nieco magii by ktoś był na tyle miły aby powiedzieć ci jakieś tajemnice. Mogę także sprawić, że ludzie będą widzieć lub słyszeć to co ja chcę, na przykład szum morza i ten statek w karczmie. – odparł dumnie Flin czując się niczym jakiś potężny mag.
- Jaki statek? Jaki szum morza? - zapytał zdezorientowany krasnolud.
- A no tak, nie było cię tam w karczmie. Tak czy siak, to nie jest ofensywna magia. Raczej skromna pomoc w podróży, szczególnie jeżeli jest wykorzystywana do zarabiania pieniędzy lub by uwieść jakąś śliczną damę… - bard rozmarzył się i zastygł z głupim uśmiechem.
Nagle bohaterowie poczuli drżenie podłoża. Coś dużego zbliżało się do nich. Drzewa wokół nich zaczęły skrzypieć. Oboje stanęli w gotowości do walki, czekając na to co się zbliżało. Nagle z drzew wyłonił się potężny ork. Mierzył cztery metry wysokości, był niezwykle szeroki i umięśniony. Jego skóra była ciemno szara niczym kamień, odziany był w grubą skórzaną zbroję. Na głowie widać było czarne włosy stojące na sztorc, i brodę która wystawała spod maski zrobionej z czaszki jakiegoś wielkiego wołu. Najgorsze w tym całym mrocznym wizerunku były wręcz świecące żółte oczy. Jednak nie tylko wizerunek miał przerażający. Broń którą dzierżył i opierał na plecach była równie ogromna i potworna co właściciel. Wielki dwustronny korbacz, osadzony na grubym drzewcu, z którego na długich łańcuchach zwisały dwie stalowe klatki, w których znajdowały się zwłoki niziołków.
- To wy! Ja was widzieć z daleka! To wy zabić moje gobliny! – Wycedził niskim, warczącym głosem ork. – Wy zginąć tutaj z moja ręka!
Ork zamachnął się potężną bronią łamiąc przy okazji dwa drzewa, które opadając sprawiły, że poszukiwacze przygód aż podskoczyli.
- Czego chcesz nas zabić?! Nawet cię nie znamy! – krzyknął przestraszony Flinar, uciekając od zbliżającego się kolejnego uderzenia.
- Ja być Anares, Stalowa Klatka! Wy zabić moje gobliny! Ja teraz zabić was! – znowu się zamachnął i spudłował, łamiąc przy tym kolejne drzewa.
Karraf chwycił swoją broń i pawęż, rzucając się na napastnika. Ork zamachnął się od góry i stalowa klatka wbiła się głęboko w ziemię. Krasnolud zrobił unik, biegł dalej i ugodził potwora w nogę, rozcinając nieco jego but.
- Ja tego nawet nie poczuć! – kopnął krasnoluda, który, wraz z całym ekwipunkiem poszybował powietrzu i uderzył o drzewo stojące za Flinarem. – Może ja wsadzić cię do klatka? A jak się ty nie zmieścić to ja odgryźć ci ręce i nogi i takiego wsadzić. Tak! Tak! – Cieszył się Anares zbliżając się do nieprzytomnego krasnoluda.
- Stój! Nie pozwolę ci go tknąć! – krzyknął bard zasłaniając ciało Karrafa i strzelając orkowi w twarz z kuszy. Bełt odbił się jednak od jego kościanej maski. Muzyk dobył swojego rapiera i wymierzył w orka.
Ork nie robił sobie z tego powodu żadnego problemu. Szedł dumnie w kierunku swoich nowych „nabytków” do klatek. Gdy był już blisko, Flinar dźgnął orka w łydkę. Wielkolud odwrócił się, złapał Flina za rękę i podniósł go do góry. Bard czuł niezwykły ból w swojej ręce i upuścił broń. Ork podniósł go na wysokość swojej twarzy, przyglądając się mu przez dłuższy czas i zaczął się rechotać. Wtedy grajek wyprostował wolną rękę w kierunku oczu potwora i jasne światło znowu błysło. Ork jedynie zmrużył oczy, chwycił mocniej barda i krzyknął wprost na niego.
- WAAAGH! – rzucił grajkiem o drzewo, pod którym leżał nieprzytomny krasnolud. – Wy być słabi! Anares silny! Śmierć niziołkom! Śmierć wam!
Waleczny bohater uderzył o drzewo, słysząc głośne chrupnięcie w barku i spadł na krasnoluda. Widział tylko jak bezlitosny ork zbliża się nieubłaganie do nich. Potwór rozhuśtał stalowe klatki na drzewcu i już miał uderzać gdy nagle wszyscy poczuli kolejne trzęsienie ziemi. W tym momencie drzewa obok z hukiem wyleciały w powietrze i pojawiła się kolejna dzika bestia. Z łba i tułowia przypominała skrzyżowanie wołu z nosorożcem, jednak miała ona trzy pary nóg, o stawach przypominające odnóża mrówki lub innego insekta, a na ich końcach były potężne słonie stopy. Jego ciało kończył jaszczurzy, gruby ogon. Sam potwór mierzył trzy metry wzrostu i prawie dwukrotność tego w długości. Ciało było pokryte szarymi, łuskami do złudzenia przypominające ściany gór. Na plecach zarzucone miała ogromne drewniane siodło a na łbie siedział goblin, trzymający lejce.
- Wodzu! Kłopoty! Szybko, trzeba ruszać! – zaskrzypiał goblini jeźdźca.
- Oni i tak być martwi – popatrzył na swoje zmarnowane ofiary leżące pod drzewem - My ruszać! – ork wsiadł na potworną bestie.
Równie szybko zniknęli jak się pojawili. Bestia pomimo swoich rozmiarów poruszała się o wiele szybciej od koni. Flinar, mógł w końcu odetchnąć. Był wyczerpany i obolały. Leżał chwilę na trawie do czasu aż ocknął się Karraf.
- Gdzie ta bestia? – spytał zdezorientowany krasnolud – Co to w ogóle było?
- Nie wiem. Ale już odjechało. Musimy znaleźć schronienie. Zaraz będzie ciemno.
- Zamknij się! Pokaż mi te ramię! Wygląda na wybity bark. Zaciśnij zęby, zaboli. – Karraf zręcznie nastawił rękę, a chrupnięcie sprawiło ból a zarazem ulgę bohaterowi, który pisnął jak mała dziewczynka. – Idziemy dalej. Jesteśmy już niedaleko. Ruszaj się!
Było już ciemno gdy wznowili podróż do wsi, po krótkim odpoczynku. Byli zmęczeni i obolali, jednak to co zobaczyli przywróciło im siły i chęć na kolejną walkę.
- Tam w oddali! – krzyknął Flinar – Widzisz?
- To ogień! Szybko!
Historia Postaci II : Krasnoludzki wojownik Karraf
„ Dwójka bohaterów zmierzała właśnie południowo-wschodnim szlakiem z Siwej Stajni w kierunku Pachnącego Zboża, wsi, w której według wieśniaków, zamieszkał smok. Już dawno minęła północ, budynków za nimi nie było już widać od dłuższego czasu. Byli bezpieczni i straż miejska raczej nie goniłaby ich aż do tego miejsca. - Rozbijmy tu obóz, jesteśmy już bezpieczni. – Warknął krasnolud.
- Przed… nami… daleka… droga… - wysapał zdyszany bard, po czym wziął głęboki wdech i kontynuował – Powinniśmy biec dalej, by dotrzeć na miejsce jak najszybciej.
- Po pierwsze, nie dasz rady. Po drugie, w podróży nigdy nie wiesz kogo napotkasz. Wilki, bandyci i cholera go wie co jeszcze, czają się w ciemności. Rozbijamy obóz! Ruszamy o świcie! – Karraf zmierzył wzrokiem zmęczonego barda z obrzydzeniem i politowaniem.
Po chwili oboje pracowali przy zbieraniu drewna na palenisko i szykowaniu obozowiska. Wszędzie panował mrok, z wyjątkiem pięknego, bezchmurnego nieba wypełnionego gwiazdami. Było chłodnawo, dlatego czym prędzej rozpalili małe ognisko, przy którym szybko usiedli, aby nieco się ogrzać.
- Zauważyłem, że mówisz bardzo zwięźle, wręcz lakonicznie. Wszystko co chcesz mi powiedzieć kończysz przeważnie w kilku słowach. Twoją jedyną dłuższą wypowiedzią był plan ucieczki z więzienia. Czemu? – Spytał wyczerpany Flinar.
- Jestem wojownikiem, a nie poetą. Nie mam ochoty mówić teatralnie, jak ty. – wycedził Karraf.
- Ale chyba mógłbyś opowiedzieć coś więcej o sobie? Skąd pochodzisz? Jak stałeś się taki silny? Kiedy trafiłeś do miasta? I jakim cudem jesteś mniej zmęczony ode mnie, skoro biegniesz z takim wyposażeniem?
Krasnolud wyglądał na niezadowolonego tą falą pytań.
- Niech moje blizny opowiedzą moją historię! – warknął krasnolud.
Rozpiął klamry od napierśnika, który wyglądał na prowizoryczną robociznę. Zrobiony z poskładanych metalowych płyt zgrzanych ze sobą. Zdjął go, a następnie zajął się skórzaną koszulą, która również wylądowała na ziemi. Teraz Flin, mógł przyjrzeć się dokładniej krasnoludowi w świetle paleniska. Jego głowa miała charakterystyczny kształt zaokrąglonego sześcianu, jak w przypadku większości krasnoludów. Mocna, wręcz kwadratowa szczęka, pokryta była krótką brodą, a głowę porastały niewiele dłuższe włosy koloru brunatnego, przypominające bardziej sierść dzikiego zwierzęcia, niż normalną fryzurę. Nie był wysoki, za to jego muskulatura sprawiała, że wyglądał jak chodząca ściana mięśni. Był mocno opalony, jego skóra miała kolor niewiele jaśniejszy od pasów ze świńskiego grzbietu, którymi bard przypinał kusze do pleców. Inną rzeczą, która przykuła uwagę muzyka były blizny. Pokrywały niemal każdy kawałek tułowia i ramion, co przywodziło na myśl, że nogi mógł mieć ozdobione w podobny sposób. Jedynie na twarzy nie miał żadnej szramy. Część wyglądała na robotę zwierząt, inne były na pewno sprawką stali.
- Przepraszam, że zapytałem, ale muszę przyznać, że to nie zwykłe, że jeszcze żyjesz. Pewnie musiałeś wiele walczyć. - powiedział zaciekawiony muzyk.
- Widzę, że nie dasz za wygraną. Ehh… - wojownik założył na siebie koszulkę i usiadł wygodnie obok ogniska – Wszystko zaczęło się jakieś dobre pięćdziesiąt lat temu, w Akkarlad znanej również jako Lodowej Górze. Tam się urodziłem, jednak to nie było najlepsze miejsce. Podobno pochodziłem z najniższej kasty krasnoludów. Jak pewnie wiesz krasnoludzcy królowie są strasznie zachłanni na złoto i nie liczą się z nikim jeżeli mogą zdobyć go więcej. W szczególności ten zachłanny Arrathon Thar Akkarlad. Gdy jeden z szybów kopalnianych się zawalił, mój ojciec należący do kasty kopaczy zginął. Matka nie mogła pracować gdyż wychowywała mnie sama. Król słysząc, że jakaś rodzina nie przynosi mu zysków, rozkazał się pozbyć darmozjadów. Wysłał swoją straż by nas zabić. Moja rodzicielka zdążyła mnie ukryć na wysypisku, na zewnątrz góry. Składowano tam głównie popsute narzędzia, stare zbroje i inne odpadki. To właśnie tam została podobno zabita przez krasnoludzkich kuszników. Tak przynajmniej powiedzieli mi moi przybrani rodzice.
- Przygarnęli cię inne krasnoludy? – spytał zaciekawiony Flin.
- Na moje szczęście nie. – Karraf poprawił się nieco, wyprostował i kontynuował swą długą opowieść – Widzisz, nie wszystkie rasy żyją na własny rachunek. Przygarnęli mnie Muzhannaki, rasa czterorękich olbrzymów. Zwykłe plemię barbarzyńców i łowców, nic więcej. Żerowali oni na tym co krasnoludy zostawią. Kulturę i język przyjęli po swoich „żywicielach”. Co prawda, najwięksi czteroręcy osiągali maksymalnie sześć metrów, to i tak mocno wyróżniałem się z moich przybranych pobratymców. Byłem trzy razy mniejszy od niemowląt w ich wieku. Jednak Naylesha, moja matka, nie pozwoliła mnie porzucić i zastąpiła mi moją prawdziwą rodzicielkę. Dorastałem z nimi na wysypisku, ucząc się wielu przydatnych rzeczy jak rzemiosło, oszczędności, polowania i przetrwania w dziczy. Ale najważniejsze co wyciągnąłem z ich nauk to zamiłowanie do walki i siły. Od małego, wszystkie dzieci dokuczały mi, tylko dla tego, że byłem inny. W pewnym momencie nie wytrzymałem. Zacząłem ćwiczyć dzień i noc. Wdawałem się w coraz więcej bójek, a z każdą kolejną porażką stawałem się silniejszy. W końcu udało mi się, pokonałem jednego z moich braci. Mówię ci, ale była heca, jak odmieniec pokonuje czterorękie bydle w walce na pięści. W ich plemieniu rządzi ten kto jest najsilniejszy i zwycięży z wodzem na arenie. Chyba rozumiesz, że następną rzeczą jaką zrobiłem to udanie się na arenę i próbowanie moich sił z wojownikami? Co prawda dostawałem nieźle po głowie, ale z roku na rok pokonywałem coraz więcej olbrzymów. Aż w końcu nadszedł TEN dzień. Stanąłem naprzeciw wielkiemu czempionowi. Nawet nie sięgałem mu do kolan. - zaśmiał się krasnolud pod nosem – Dlatego czym prędzej próbowałem go powalić. Skoczyłem na niego z impetem byka, jestem prawie pewien, że w tym momencie powaliłbym wieżę – zażartował Karraf do Flina.
- „Chyba powaliłbyś cały zamek” – pomyślał ze strachem bard, który przypomniał sobie co rozpędzony wojownik, zrobił ze strażnikami w więzieniu.
- Tak czy siak, kolano mistrza areny złamało się z hukiem i olbrzym padł na łopatki. Wykorzystałem ten moment i wskoczyłem mu na klatkę piersiową i zacząłem okładać go pięściami po mordzie póki nie zaczął dławić się własnymi zębami. Cudny widok muszę przyznać. – stwierdził dumnie krasnolud – W ten sposób, według prawa klanu miałem stać się wodzem. Ja, wyrzutek! I tu, drogi chłopcze, zaskoczę cię, ale zostawiłem ich. Moje zamiłowanie do siły stało się obsesją, a skoro nie było tam nikogo, kogo mógłbym przewyższyć, postanowiłem wyruszyć w świat w poszukiwaniu godnego przeciwnika. Przed odejściem wykułem sobie poręczny nóż. I ruszyłem. Prawie dwadzieścia lat, na przemian, z dziczy do miast i znów do dziczy. Góry, lasy i wyspy. Zwiedziłem kawał świata. Miałem tam jednak parę nieprzyjemnych historii, które wolałbym ci darować i są takie, do których wstyd się przyznać. Tak czy siak, po tych dwudziestu latach wróciłem do plemienia.
- Czekaj! Już wcześniej to powiedziałeś ale myślałem, że się przesłyszałem. Spędziłeś dwadzieścia lat na obczyźnie?! A wcześniej przez długie lata walczyłeś we własnym plemieniu?! To ile ty do cholery masz lat?! – Spytał zaniepokojony muzyk.
- Coś koło pięćdziesięciu. Tak wiem jestem jeszcze dzieckiem, ale nie chciałem gnić w takim plemieniu do usranej śmierci!
- Pięćdziesięciu?! Dzieckiem?! Jesteś ode mnie starszy o ponad trzydzieści lat!
- Krasnolud dojrzewa dopiero w wieku siedemdziesięciu, niekiedy osiemdziesięciu. A jeżeli chodzi o najstarszych z krasnoludów to słyszałem, że jeden z tych pięciu gnid, krasnoludzki król, ma aż osiemset. Tak więc mój wiek nie powinien robić na tobie żadnego wrażenia. – oznajmił ze spokojem Karraf.
Bard wyglądał na naprawdę zaskoczonego. Nigdy wcześniej nie zetknął się z krasnoludami ani z ich kulturą. Był to dla niego ciężki cios, który musi jakoś znieść. Czuł się głupio słysząc o ile starszy jest jego nowy towarzysz, który nazywa siebie jeszcze „dzieckiem”.
- Chwila, na czym to ja skończyłem? – pogubił się nieco wojownik.
- Wróciłeś do plemienia – powiedział Flin, przypominając teraz dziecko słuchające rodzica, który opowiada bajkę na dobranoc.
- A tak, po dwudziestu latach wróciłem do swoich. Jednak to, co tam zastałem nie przypominało w żaden sposób tego co zostawiłem. – krasnolud spoważniał – Widzisz, Arrathon dowiedział się o mym plemieniu i nagle stwierdził, że jest okradany. Ze śmieci! Ten niedorzeczny głupiec zaczął najeżdżać plemię regularnie, zabierając im to co upolowali. Bali się mu przeciwstawić ponieważ, nie byli tak dobrze wyposażeni jak jego armia. Po za tym było ich raptem czterdziestu. Wpadłem w szał. Jedyne co miałem w głowie to chęć zemsty na tym starym dziadzie. Wiedziałem, że nic sam nie zdziałam, tym bardziej, że miałem na sobie parę skór zwierząt i wyszczerbiony nóż w ręku. Ruszyłem czym prędzej do kuźni i objąłem tymczasową władzę nad plemieniem, które przysługiwało mi po poprzednim zwycięstwie na arenie. Dniami i nocami, kuliśmy dla siebie broń, przetapiając każdy kawałek metalu jaki udało nam się zdobyć w hałdzie śmieci. W przeciągu dwóch tygodni zrobiliśmy ponad tysiąc gigantycznych stalowych, zaostrzonych prętów, mierzących co najmniej dwa metry. Sam dla siebie wykułem ten prowizoryczny napierśnik, pawęż i halabardę. Na całe szczęście zdążyliśmy przed kolejnym nadejściem straży. Wraz z całym plemieniem stanęliśmy naprzeciw krasnoludzkiej ekspedycji składającej się z raptem dwustu wojowników. Płotki, nic więcej. Czteroręcy mają niezwykłą krzepę, a rzucając tymi wielgachnymi metalowymi prętami, przypominali bardziej balisty niż barbarzyńców. Prowizoryczne bronie przebijały z łatwością stalowe pancerze i wbijały się jeszcze w ziemię na głębokość metra. Możesz sobie tylko wyobrazić jaka to siła. Jakbym tylko mrugnął, mógłbym stracić całe przedstawienie. Wszyscy leżeli martwi nie wiedząc nawet co ich dokładnie zabiło.
Bard wyglądał na przerażonego. - „Jak taki mały krasnolud mógł rządzić tak potężną rasą?” - Myśl ta nie dawała mu spokoju.
- Gdy tylko pozbierali wszystkie pręty, ruszyliśmy pod bramę miasta. Tam zaczęło się piekło. Tylko ja stałem na froncie, oni zajęli miejsce na wzniesieniu. Krzyknąłem jasno: „Król ma pokazać ten parszywy ryj przede mną, albo zmasakruję was wszystkich”. To było jak wepchanie kija do mrowiska. Cała armia wybiegała przez główne wrota z krzykiem: „Jak śmiesz psie obrażać króla. Zdrajco rasy!”. Na ich nieszczęście to były ostatnie słowa jakie wypowiedzieli. Nie mieli nawet jak wyjść na plac, większość z nich ginęła już we wrotach. Ani krasnoludzkie tarcze, ani zbroje nie stanowiły przeszkody, dla włóczni tych dzikusów. Stal tylko gwizdała nad moją głową. Niektórzy ginęli po dwóch a nawet po trzech od jednego pręta. Ci co mieli mniej szczęścia i nie zginęli od pocisków, umierali z mojej ręki. Byłem tak wściekły, że rozcinałem ich w pół nędzną halabardą. Wzdłuż, wszerz, to nie miało dla mnie nawet najmniejszego znaczenia. Chciałem po prostu wymordować te kanalie co do jednego. Moim pobratymcom skończyły się już pociski, jednak to oznaczało, że około dwóch tysięcy żołnierzy oddało życie za Arrathona. Walczyliśmy od świtu do samego zachodu słońca. Dopiero wtedy ten zawszony sukinsyn raczył wyjść. Obwieścił, iż chce oszczędzić dalszego rozlewu krwi. Prawda jest taka, że jego strata była po prostu ogromna. Tyle krasnoludów zmarło, a z mojego plemienia jedynie ja miałem zadrapania i to nieznaczne. „Teraz ci pokaże czym jest prawdziwa siła śmieciu!”. Po tych słowach rzuciłem się na króla na krwawym pobojowisku i zacząłem go tłuc po tej jego tłustej mordzie. Najwspanialsze uczucie powiadam! – Na twarzy krasnoluda zagościł uśmiech tak morderczy, że sami bogowie by się zlękli. – „Nie pieniądze! Nie władza! Tylko pięści zdolne zgnieść królestwo! To jest siła!” Mówiłem i lałem chama po mordzie, nie hamując się. Jego twarz wyglądała gorzej niż całe to pobojowisko. Przestałem dopiero gdy zrobiłem w jego gębie tak wielką dziurę, że uderzałem już samą ziemię, a śmieć przestał już nawet drżeć pośmiertnie. W bramie widziałem całą jego rodzinę i część straży. Wszyscy okrzyknęli mnie „zdrajcą” i „Krasnoludzkim Katem”. Zacząłem się tak głośno śmiać jak jeszcze nigdy wcześniej, a śmiech odbijał się echem od góry. Podniosłem wtedy moją halabardę i krzyknąłem „A to moja Krasnoludzka Gilotyna! Uważajcie bo sięgnie każdego z was!”. Aż wstyd było mi, że urodziłem się w tak tchórzliwej rasie. Pierwszy raz widziałem, by ktoś zamknął dziesięciometrowe, grube, kamienne wrota z trzaskiem.
- „A co jeżeli krasnoludowi odbije i zabije go podczas snu?” - Flinar zaczął obawiać się o własne życie.
- Kazałem pozbierać moim olbrzymom stalowe pręty, które są jeszcze w dobrym stanie. Po wszystkim ruszyliśmy w bezpieczniejsze miejsce. Zostawiłem ich w głuszy daleko na północny-wschód od Akkarlad. Tam ich zostawiłem i powiedziałem, że następnym razem mają zrobić to samo, jeżeli ktoś będzie miał z nimi problemy. Zostałem okrzyknięty bohaterem. Na podróżowaniu z plemieniem straciłem rok, a wracając utraciłem kolejny. I tak skończyłem tutaj z tobą, szukając kolejnych wyzwań, by zwiększyć swą siłę. - krasnolud rozejrzał się dostrzegając promienie wschodzącego słońca - Za bardzo się rozgadałem, już świta. Ruszajmy dalej! I obiecaj, że więcej nie zmusisz mnie do gadulstwa.
- Tak jest! – stwierdził Flinar skacząc wręcz na baczność, byle tylko nie zdenerwować Krasnoludzkiego Kata.