Mój tata
...Tata… Nie był ideałem. Często bywał nieprzyjemny, niewybredny w słowach potrafił mocno zranić. Nie okazywał uczuć, co nie znaczyło, że ich nie miał.
Sądzę, że jego szorstkość spowodowana była doświadczeniami dzieciństwa, które przypadło na okres wojny. Był najstarszym synem, co zobowiązywało go do pomocy w polu, obrządku zwierząt, prac gospodarskich wszelkiego rodzaju. Jak sądzę, nikt nie roztkliwiał się nad kilkuletnim smarkiem. Babcia skupiona na staraniu, żeby wykarmić dzieci, nie miała czasu na zajmowanie się tym najstarszym. Musiał sobie radzić i często pomagać jej w ogarnięciu okupacyjnej rzeczywistości.
Widział tragedie mordowanych rodzin, sieroty pozbawione matki i ojca, zgliszcza palonych gospodarstw, które tak niedawno jeszcze zamieszkiwali jego wioskowi koledzy, wreszcie przerażające miejsca wyroków śmierci jakie wykonywali okupanci na miejscowej ludności.
Musiał to dźwignąć, bo tego wymagał od niego ojciec, ponieważ będąc najstarszym potomkiem, przestał być dzieckiem w wieku kilku lat życia. Nie było miejsca na łzy strachu czy rozpaczy. Nikt nie roztkliwiał się nad nim. Miał być dorosły w wieku kilku lat i to w tamtych czasach i środowisku wiejskim, było w porządku. Dla strachliwych i płaczliwych świat wojny nie miał litości. Nie mógł okazać, że boi się zimową okupacyjną nocą iść wyludnioną szosą do oddalonego o kilometr sklepu po papierosy dla ojca. Nikt nie zrozumiałby jego obaw, a zostałby okrzyknięty tchórzem.
To on wraz z ojcem ratował z pożaru chałupy dobytek, braci i trzodę. Nie mógł sobie pozwolić na słabość i tak mu zostało. Można powiedzieć, że wojna ukształtowała jego charakter. Opancerzał się ten mój ojciec przyoblekając zbroję obojętności i siły.
Jako dorosły człowiek nigdy nie okazał wahania, słabości, niepokoju, niepewności i takiego go zapamiętałam.
Takiego go kochałam, a była to trudna miłość.









