Obudziło mnie niedzielne słońce. Strumieniami wlewało się przez szyby wiekowych okien do mojej sypialni i osiadały w każdym kącie. Przez chwilę patrzyłam jak roztańczone drobinki kurzu wirują w blasku promieni. Dało mi to do myślenia i korzystając z nadal dopisującego mi dobrego humoru, postanowiłam zrobić porządki. Mimo, że Teo dbał o posiadłość i jej czystość, to przecież jest tylko mężczyzną. Nie zrobi tego tak dobrze jak kobieta. Za takie poglądy w dzisiejszych czasach można zostać publicznie zlinczowanym, ale co poradzę, jestem starej daty. Rozciągając się opuściłam sypialnię i udałam się do łazienki. Przygotowałam kąpiel i ubrania a łazienka wypełniła się zapachem moich ulubionych, lawendowych olejków. Zanurzyłam się w parującej wodzie czując przyjemne rozluźnienie. Po dwóch kwadransach byłam w pełni sił, by stawić czuła porządkom i wybrałam bibliotekę jako obiekt zainteresowań.
Odkurzałam właśnie trzeci regał, gdy do wszedł Teo.
- Tak właśnie myślałem, że tu będziesz, ale nie ze szczotką od kurzu. - Powiedział oparty o ramę drzwi, żując tost.
- Za długo to odwlekałam - Odpowiedziałam, stając na palcach żeby dosięgnąć do górnej półki regału. Teo przyglądał mi się, jakbym była programem telewizyjnym włączonym tylko po to, żeby zagłuszyć ciszę. Na dodatek mało interesującym.
- Czy mamy wszystko przygotowane na jutro? - Nie wiem po co o to pytałam, zawsze miał wszystko gotowe na długo przed czasem.
- Oczywiście, szefowo. Ciężko było kopać po wczorajszej ulewie, ziemia zrobiła się ciężka jak cholera, ale udało się... - Lubiłam słuchać jak opowiada. Nie robiło mi różnicy o czym. Po prostu lubiłam jego barwę głosu. Zdał relację z wczorajszego pogrzebu dyrektora pobliskiej szkoły. Setki białych róż, szkolna orkiestra grała marsz pogrzebowy, zrozpaczona żona (a właściwie już wdowa) łkała głośno przy trumnie a pani zastępca dyrektora poklepywała ją po plecach dodając otuchy. Cudowny obrazek łączącej się w poczuciu straty społeczności, prawda? To teraz odrobina faktów mniej znanych...
Zmarły Pan Dyrektor - wielokrotnie zatrzymywany przez tutejszą policję za jazdę pod wpływem alkoholu, nigdy nie został skazany, ba! Nawet nie dostał mandatu. Stały bywalec nocnego klubu, podobno zaczęli już pobierać od niego opłatę na poczet czynszu.
Jego Żona - nigdy nie kryła się z tym, że jest z mężem wyłącznie dla wygody finansowej, przynajmniej wśród “przyjaciół.” Głośno też było przez moment o jej romansie z uczniem liceum, ale oczywiście wszystko szybko zostało uciszone. No i Pani Zastępca. Kochanka Dyrektora od przynajmniej piętnastu lat. Jej syn wykazuje niebywałe podobieństwo do zmarłego, ale przecież to tylko zbieg okoliczności.
Obłuda dzisiejszych czasów jest doprawdy zastraszająca. Jeszcze kilkanaście lat temu ludzie chociaż starali się ukrywać. Stwarzali pozory uczciwych. Dzisiaj nie kryją się z niczym i do tego oczekują honoru i szacunku należnego cnotliwym.
Teo pożegnał się machnięciem ręki i wyszedł z biblioteki. Kończyłam już ostatni regał, gdy zadzwoniła Ania.
- Pani Miro, dzwonił komendant. Prosił o karawan i otwarcie dla niego chłodni. Znaleźli martwego człowieka na ulicy. - Wyczułam w jej głosie coś dziwnego. Chyba nie chodziło o staruszka, który dostał zawału na niedzielnym spacerze.
- Oczywiście, już dzwonię do kierowcy i jadę do chłodni. Dziękuję. - Odrzuciłam od siebie ukłucie żalu, że komendant Wrona nie zadzwonił do mnie osobiście tylko na telefon firmowy, który na ten weekend przypadał Ani.
Jak działają domy i zakłady pogrzebowe, każdy wie. Umiera kochany dziadziuś więc dzwonimy po karawan i zabierają go do chłodni lub prosektorium gdzie czeka na pochówek. Jako że jest to jedyny dom pogrzebowy w obrębie sześciu sąsiadujących miasteczek, powodzi mi się całkiem dobrze.
Po kilku minutach byłam już na miejscu. Pędziłam, żeby w razie czego nie czekali przed wjazdem do budynku, w niedzielę zazwyczaj nikogo tam nie ma. Okazało się, że laborant był już na miejscu. Zaczęłam się zastanawiać czy ja też nie powinnam pobierać od niego za czynsz, prawie cały czas spędzał w pracy. Podejrzewam, że nie miał życia prywatnego.
Razem przewieźliśmy ciało z samochodu na stół sekcyjny. Jeżeli cokolwiek w życiu mnie przerażało, to właśnie ten stół.
Zajęłam się dokumentami z policji, odnalazłam nakaz sekcji a Staś - Laborant, rozpakowywał ciało z plastikowego worka i od razu zabrał się do pracy, mimo, że mógł mieć wolne.
Zaniepokoiła mnie cisza bo zazwyczaj Staś mówi przy pracy do siebie.
- Co do... - Szepnął w końcu.
- Wszystko w porządku? - Odłożyłam papiery i podeszłam do stołu.
- Nie, szefowo. Nic nie jest w porządku. Ten człowiek... on nie ma krwi. On ZUPEŁNIE nie ma krwi. - Mówił coś jeszcze, że nie nie jest to fizycznie możliwe ale już go nie słuchałam. Patrzyłam na blade ciało mężczyzny. Czułam jakby w mojej głowie przewróciła się wielka szafa wraz z zawartością.
Oto przede mną spoczywało nieruchomo ciało mojej wczorajszej “kolacji na mieście.”