Baran
Żeby Was... Nie jest mi siebie szkoda. Posłuchajcie:
Wizyta u króla Nadwornego się przesunęła z 16 na 20:30. Żadna, kurwa, różnica. Król Nadworny lał te swoje siekiery, więc no... Trzymałem się dobrze do pewnego momentu.
Po północy zadzwonił Piąty, że nie może się do klatki dostać. Swoją drogą ciekawe, że nie ma klucza. No chuj, musiałem się zmywać. Kopnęło mnie w środku drogi.
Piwsko, czarny rum i whisky. Z tego wszystkiego odrzygałem czarną gęstą smołę coli i poszedłem grzecznie spać z posmakiem całego zła tego świata. Mogę pić samą colę nawet a zawsze się zerzygam. Ni cholery ten wynalazek nie służy. Reszta koktajlu też była średnio rozsądna. Teraz nie to, że czuję się źle, ale czuję jak organizm walczy ze sobą straszliwie. Wręcz mam wrażenie, że w każdej chwili może się rozsypać. Ale nic mnie nie boli, nie mam nudności. Śniadanko weszło normalnie. Widocznie nie dla mnie takie eskapady.
Jeszcze tylko dzisiaj. Urlop dobiegł końca.














