Cholerna odpowiedź
Za kurtyną słów, kałachem kiepskiej klasy dadaizmu skrywa się ona, dziewcząteczko. Zdrobnienie zdrobnienia sadza tę dziewczynę w przedszkolnym przedziale wieku, ale tyle lat nie miała i tak niewinna nie była. Nosiła, jak ją pamiętam, całe mnóstwo szali. Frędzlowate, proste, kraciaste, arabelki, arafatki, alakratki. Kucyk spinała byle jak, tak jak ja bym to robił, gdybym miał długie włosy, był dziewczyną i musiał kłopotać się z szalem większym od siebie. Wiązała go gdzieś na środku, sterczał nieudawaną końską kitą. Grzywki nie miała, choć jej wysokie czoło, strzeliste niczym noterdamska katedra, dopominało się o nią. Nie uczestniczyłem w tym apelu. Dla mnie miała czoło w sam raz; efektowne, estradowe, do tańczenia po nim palcami. Oczy rumiane, czyli takie jak spokój, harmonia, wyciszenie. Nosiła klipsy, relikt lat osiemdziesiąt, ale było jej ładnie. Koncentrowała się na szalach, pamiętajmy, ale pod nimi skrywała zupełnie niezłe piersi i smukłą talię. Nogi długie, szynowate, a mam tu na myśli szynę pociągową, w żadnym razie mięsną. Wyobrażałem sobie je w rajstopach w gwiazdki. Budowałem na jej nogach całe konstelacje. Nigdy mnie nie przyłapano, a podkładałem się jak mogłem. Była raczej wesoła, choć stany nonszalanckiej, nęcącej mnie nostalgii, dopadały ją często. Chowała wtedy zaróżowione policzki w dłoniach i prychała na wszystko. A kiedyś, początkiem jesieni, zimnej, kiedy liście żółciły się i czerwieniły w pośpiechu, wkręciła koniec szalu w szprychy. Uwolniłem ją z pułapki za co czekała mnie nagroda. Żartuję. Uprzedził mnie tępy mięśniak, jakiś jej kolega, akurat z nim się panoszyła. Był na miejscu, bohater. Jedynym pocieszeniem dla mojej zbolałej duszy był fakt, że zaczepił palcem o odblask tak niefortunnie, że rozciął skórę i krew zebrała się kropelką na samym brzegu paznokcia. To miało stanowić o jego słabości, ale nawet kropla miała lepszy biceps ode mnie.
Zimą poszedłem nad tutejszy stawik, który zdążył oblec się w lodową skorupę biczowany dniami i nocami temperaturami niższymi niż wypada mówić. Nawet teraz jest mi zimno. Wpadłem w potrzask wspomnieniowy! Było minus dziesięć i to w najcieplejszym momencie dnia, kiedy słońce prażyło śnieg. Znakomicie zimno. Cholerne dygresje! Był staw, był lód, byłem ja, z patykiem, w antypoślizgowych butach, z ówczesną dziewczyną, była i ona. Szalista i eteryczna. Zająłem się swoją kobietą, która w gruncie rzeczy była pstrokatym ptakiem robiącym wokół siebie całe mnóstwo zamieszania, ale byłem jej wdzięczny, bo przynajmniej miałem zajęcie. Do moich męskich obowiązków należało rozgrzewanie jej dłoni swoimi (przyjemność średniej klasy, a i robota głupiego, skoro oboje mieliśmy ręce czerwone od zimna). Wolałbym w tamtym czasie robić przeręble patykiem i od czasu do czasu móc spojrzeć w stronę tej właściwiej. Z niewłaściwą byłem z powodu żartu. Przepadała za mną i mówiono, że jest najładniejsza ze wszystkich. Traktowałem ją raczej z przymrużeniem oka, patrzyłem z okiem w stronę właściwej i ostatecznie nie dostrzegłem w niewłaściwej nic. Chodziliśmy do kina i w miejsca w które wybierają się pary. Statystyki obliczałem na podstawie głosów kolegów umawiających się ze srakami. Dacie wiarę? Sraki! O swoich dziewczynach. I to komplement! Moja sraka dopominała się uwagi, a ja, jako że byłem zajęty wszystkim, naprawdę wszystkim, nie dawałem jej nic poza swoją obecnością w weekendy, zdawkową.
Zgadnijcie co stało się później? Właściwa upadła! A ja, głupi, zamiast zagrać niedostępnego, runąłem do niej, runąłem, bo też upadłem, oboje leżeliśmy, ja mocno strzaskany, ona milcząca. A nade mną niewłaściwa. I ze łzami w oczach, że nic nie jestem wart, jestem skończony, że między mną a nią też skończone, właśnie w tym momencie. Gdybym mógł, poprosiłbym ją w tamtej chwili o podpis pod tymi słowami, kaligraficznymi wersalikami, bo później (niedługo później) przepraszała i szukała drugiej szansy. Wymówiłem się słabą głową do znoszenia scen, choć miałem świadomość jako mało przekonujący jestem.
Niewłaściwa nie podnosiła się, ja też nie śmiałem, w tym wszystkim była magia i wiem, że czuliśmy ją oboje. Leżałem jakąś alfą, betą, etą, wykręcony, nieestetyczny. Koniec jej szala dotykał mnie w rękawiczkę. Chciałem wstać, czułem poza miłością zimno w dupsko, ale ona otworzyła usta i zatrzymała mnie, istnego bałwana, na cały wiek.













