Byłem Listopadem. Strużką wody z przelanej kałuży. Wczepionym w podeszwę błotem. Z płaszczem zapinanym w karmazynowe liście. Szklistym obrazem zza szyby, rozlaną farbą na płótnie, mrokiem w mglisty poranek.
Byłem Grudniem. Sześciokątnym płatkiem śniegu, puchatym szalem, dumną ością w karpim ciele, czerwonym nosem, zapachem mokrego drewna, brokatem z bombek na podłodze, Chrisem Reą w korku w świąteczny dzień. Mandarynkami, śliną na policzku w wigilijny pocałunek.
Byłem Styczniem. Surowym krytykiem, zdystansowanym ojcem, najstarszym bratem. Cymbałkami z suchych gałęzi, długim wieczorem, konfiturą porzeczkową. Szybą we wzory i cynamonem z grzanego wina.
Byłem Lutym. Dwudziesto ośmiodniowym krasnalem, błyszczeniem się w śniegu, roześmianą buzią kilkulatków z sankami i rękawicami bez palców. Wszystkimi golfami świata i toną dokupionego węgla.
Byłem Marcem. Wędrującą krą, słodkim ciepłem, ptasim piórkiem, krótkim rękawem, kłębkiem pary z ust o piątej rano, piątej wieczorem, w piątek, piątego.
Byłem Kwietniem. Czyjąś świeczką w urodzinowym torcie, królikiem kalifornijskim, ptasim kompasem, miękką wierzbową gałązką, pierwszym praniem na wietrze, głosem skrzypiec zza murów szkoły muzycznej.
Byłem Majem. Dłońmi złączonymi w jedno, ławkami w parku z deskami porytymi inicjałami i sercami. Letnim wietrzykiem i rosą na trójlistnej koniczynie.
Byłem Czerwcem. Czterdziestoma stopniami na lakierni, białymi spodniami, igraszką słońca, pierzastą chmurką, kropkami na biedronkowym skrzydle i kropką rozstania z majowej miłości.
Byłem Lipcem. Migotliwą wodą na rozgrzanym ciele, latawcem z wstęgami, dzieckiem z Bullerbyn, grillowaną karkówką, zdartym kolanem, soczystością zieleni.
Byłem Sierpniem. Malinowym chruśniakiem, palcami splamionymi na wskroś ich sokiem, nagim snem i marzeniem sennym, nieposkładanym wiankiem i mknącymi niebem Perseidami.
Byłem Wrześniem. Niebieskim tuszem w piórniku pierwszoklasisty, zapachem oranego pola i mokrymi, posklejanymi grudkami. Miękkim mchem, popcornem w kinie, babim latem uczepionym palca, przystankiem autobusowym w plakatach.
Byłem Październikiem. Jabłkami w sadzie i dżdżownicami po deszczu na mokrej ulicy. Parasolką w tęczę i tęczy początkiem tam, gdzie skrzaty mają swoje złota. Dynią byłem i byłem myciem okien. Byłem świadkiem lat i świadectwem ich mijania. A kim była ona?
Maliną, burzą mojego serca, lokami zwichrzonymi przez wiatr, wielokrotnością mnożenia, bujdą na resorach, kilkoma nierzeczywistości. Jej jednej wolno było wyrwać mi serce dla zabawy, potraktować jak plastelinę, ulepić żołądek, wepchnąć w niego szarlotkę, wyjąć ten żołądek z szarlotką i przywrócić go znowu jako serce. Dlaczego czuję, że jabłkom skrojonym na to ciasto nie był obojętny jej uśmiech? Moja Malino, brzmię źle.
To był duszny, lipcowy wieczór z gwiazdami zamiast świec. Świerszcze grały, bo jak moglibyśmy tańczyć bez świerszczy i świeżej mięty pod płotem? Wsparta na moim ramieniu, jak słodki obłoczek zapewniała, że kocha. Łapała płatek ucha w wilgotne, gorące wargi i przesuwała po nim językiem. Przechodził mnie dreszcz, drżałem, przyznaję, bezbronny. Niewiele byłem od niej wyższy, ale to nie grało żadnej roli. Traktowałem tę ulotność jak senny śpiew, a przecież oprócz niej kochałem tylko to. Malina milczała, więc czułem jej nierówny, podekscytowany oddech jeszcze wyraźniej. Wiedziałem, że zaraz wyrwie się z moich objęć i nieskrępowana niczym pomknie gdzieś tej nocy w swój świat i może, jeśli mi się poszczęści, ze mną za rękę. Chciałem odkryć ogrody, poczuć woń kwiatów i radości, prostej, szczerej radości, którą ona upijała się tak często. Wirowała teraz na mokrych płytkach, bosa i chyba najszczęśliwsza wtedy, z ramionami wyciągniętymi na szerokość całego świata, jakby chciała go objąć i utulić do snu. Złapałem jej dłonie i trzymałem mocno, by nie odepchnęła mnie od siebie. Kosztować życia u jej boku - banalne, ale to rozumiałem pod pojęciem szczęścia. W sukience na cienkich ramiączkach w żółte kwiaty, w lunatycznym świetle nieba, z poezją spod owadzich skrzypiec i rozpuszczonymi włosami - moja nimfa. Łapczywie chwytałem każdy jej pląs, notowałem wszystko. Czułem, gdy opuszkami poznawała mnie od nowa. Poddawałem się temu chętnie, łakomie. Zmęczona opadła wreszcie. Miałem dwadzieścia trzy lata, ona dwadzieścia. Była taka dziecinna, niewinna, jak ołówek na papierze. Z tego powodu i dlatego też, że nie mogłem odmówić oczom stróżowania przy jej oddechu, klęknąłem. Nie miałem pierścionka, skąd miałem go wytrzasnąć tak nagle? Ująłem jej dłoń, ja, ten głupiec na kolanie. Dotknąłem wargami wierzchu dłoni, skórę trącając pocałunkiem.
Oczywiście, odmówiła. Wtedy stałem się kompletem miesięcy.
A poza tym, byłem spóźniony do pracy kwadrans, może więcej. Zawsze wstawałem znacznie wcześniej niż musiałem, lecz tym razem się spóźniłem. W dodatku celowo. Nie mogę iść przecież do pracy czy gdziekolwiek, kiedy jestem tyloma i nikim, kiedy nie wiem kim jestem naprawdę. Który mamy miesiąc? Pouczepiane luster karteczki z optymistycznymi uwagami w stylu "jesteś mądry", "jesteś przystojny", "zasługujesz na miłość", zakończone dwukropkiem i nawiasem sprawiały, że czułem się nieswojo. Musiałem silić się tanimi zabiegami psychologii, by uwierzyć, że znaczę coś dla tego świata. Do cholery! Jak mogę nie znaczyć, skoro jestem wszystkim? Od stycznia po grudzień oddechami, każdym brzydkim słowem, estetyką poranków, wierzchołkami drzew, budynków, trójkątów rysowanych na matematycznych tablicach? Ona nie może nie wiedzieć, że jestem tym dla niej. Pochylony (wciąż spóźniony) czytałem jeden z artykułów prasy kobiecej, o tym jak wyjść z dołka, gdy ciężko żyć. Wyrazy przeskakiwały, nie mogłem się skupić. Widywałem ją ciągle. Mijała mnie na przystankach autobusowych, kupowała eklerki w cukierni, zanosiła się śmiechem w rozmowach. Nigdy nie byłem bezpośrednim świadkiem, ale na tym przystanku niemal naprawdę wsiadła, linia szesnasta, pamiętam, a kiedy chciałem podejść, zapytać o dzień i dlaczego nie przyjmuje już herbacianych róż, ona postanowiła iść pieszo, bo zdrowiej i liście szeleszczą pod podeszwami, co przecież tak lubi. W cukierni, to zabawne! Wręcz czułem czekoladę i kardamon, ostry zapach kardamonu świdrujący mnie od wewnątrz. Jak ja nie lubiłem kardamonu! I ona w tym kardamonie rozkochana, z bluzce z głębokim dekoltem, smaczniejsza od wszystkich słodyczy tamtego miejsca, dopytywała o kardamońskie wonie ze stopą w szpilce i oczkiem w rajstopie. Ta jej niedokładność! A kiedy chciałem wyjaśnić, że tak chyba pachnie od ciastek korzennych, zbywała mnie ręką i nie było już ważne skąd ten zapach się wziął. Śmiechem w rozmowach zanosiła się zawsze. Pamiętam to. Nie było sposobu ani tematu, który nie rozbawiły jej do łez. Śmiała się szczerze i perliście, mało w tym autentyczna dla nowego obserwatora, lecz dla smakosza ten śmiech, te bezdechy między hahami stanowiły arię. Delektowałem się, a kiedy chciałem pośmiać się razem, dołączyć, milkła nagle i w pośpiechu znikała. Zawsze jej było prędko do czegoś kilometr ode mnie. Malinę trzeba wspominać dobrze, ale z sercem w tytanowej szkatułce zatopionej gdzieś pośrodku oceanu. Niech bije cicho, głucho, wolno, nieagresywnie. Niech szepcze z falami o posejdońskich balach, niech się na nie wybiera w muszce i żółtej marynarce, niech analizuje płetwy szklanych ryb z najgłębszych toni, niech czyta listy z bezludnych wysp zza ciężkich butelek, które łykając wodę, poszły na dno, niech robi wszystko to, co odciągnie je, to biedne serce, moje serce, od współczucia. Nie łatwo mi opisać co zrobiła ze mną. Szalałem, gdy zaczynałem sądzić, że odrzuciła moje oświadczyny, ponieważ uraziłem jej ozdoby we włosach. To możliwe. To takie możliwe! Czy potraficie sobie wyobrazić, że mając gorszy humor, dałem jej do zrozumienia jak drażniące jest widzieć ją z wielką czaplą, sową albo wróblem uczepionym włosów? Odpowiedziała wtedy, że inaczej nosić się nie może, skoro jej ojcem jest sam Ojciec z Ulicy Manekinów. Westchnąłem, a ona wpadła w szalony chichot, biorąc mnie pod rękę i idąc do kuchni "na plotusie i dżus pomarańczowy".
Tak mi głupio, że uciekam się do bycia wszystkim poza sobą, by być dla niej kimś. Sobą jestem dla niej bez wartości, lecz może taką krą, którą zobaczy w marcu albo mchem leśnym, albo wstęgą latawca? Mogę mieć nadzieję. Chytrze poślubię, wcisnę na palec odrzuconą obrączkę z własnych poświęceń i pragnień. Może przestanę być rokiem za rokiem, mijaniem i kolejnymi bruzdami na czole, swoim własnym czole, gdy wytężam wzrok i skupiam się na cieniu, który miał jej kształt.
Jest Listopad. Będę Grudniem już za miesiąc.