Napisał do mnie wieczorem.
Zwykła wiadomość, bez wielkiej filozofii.
Coś o jednym z moich wierszy. Że brzmi, jakbym była zmęczona udawaniem twardej.
Normalnie bym go zgasiła.
Ale coś w tonie było inne.
Nie pouczał. Nie ratował. Nie zachwycał się na siłę.
Po prostu pisał tak, jakby ze mną rozmawiał, a nie próbował mnie zdobyć.
Odpisywałam ostrożnie.
Trochę testowałam.
Rzuciłam czymś złośliwym.
On odpowiedział czymś jeszcze bardziej złośliwym — ale ciepłym.
Z nim nie musiałam sprawdzać każdego zdania przed wysłaniem.
Nie analizowałam, czy to za dużo.
Czy za mocno.
Czy za szczerze.
On nie brał moich huśtawek do siebie.
Kiedy pisałam o czarnej dziurze, nie mówił „będzie dobrze”.
Kiedy żartowałam, że jestem nie do zniesienia, nie zaprzeczał teatralnie.
Mówił: „Wiem. Ale to nie jest powód, żeby uciekać.”
Nie przestraszył się, kiedy powiedziałam wprost, że mam dwubiegunówkę.
Nie zrobił z tego dramatu.
Nie zrobił z tego też romantycznej historii.
Powiedział tylko: „Okej. To jak chcesz, żebym reagował, kiedy przyjdzie gorsze?”
To było dziwne uczucie.
Jakby ktoś pierwszy raz pytał, czego potrzebuję,
a nie co jest ze mną nie tak.
Nie byliśmy razem.
Nawet nie wiem, kiedy zaczęliśmy planować rzeczy.
„Jak już przyjadę, pójdziemy tam.”
„Zobaczysz, pokażę ci to miejsce.”
„Kiedyś wynajmiemy domek nad morzem i będziemy udawać, że świat nie istnieje.”
Takie zwykłe zdania.
Ale mówiło się je jak coś pewnego.
Ciągnęło mnie do niego.
Nie jak do ognia.
Bardziej jak do czegoś stałego.
I chyba pierwszy raz w życiu
nie chciałam nikogo testować.
Chciałam po prostu zobaczyć,
co się stanie,
jeśli przestanę walczyć.