Za oknem błękit opiera się świeżo na dachach bloków. Śmieciarki nie słychać, bo ta nawiedziła osiedle jeszcze poprzedniego wieczora. Naczynia z wczorajszej kolacji wołają w zlewie o wodę. Ulżyłem im delikatnie, tak aby nikogo nie obudzić. W misce rozbijam siedem jajek, cztery dla mnie i trzy dla eM. Jajka są zdrowe, a poza tym zawsze chciałem być jak Peter North. Kawa dla eM i herbata dla mnie, ta druga koniecznie czarna i gorzka. Mycie zębów, głowa pod kran i uczes włosów ręcznikiem. Pięć porannych minut ablucji i w drogę. Dobrze, że natura wyposażyła mnie w chromosomy X i Y - nie muszę wstawać godzinę wcześniej by zwolnić łazienkę. Nieważne. Do metra dosłownie parę kroków. Przed wejściem na stację loguję się do Skycasha i kilka sekund później przesiadkowy za 4,40 pozwala cieszyć się specyficzną atmosferą podziemnych tuneli. Pierwsza linia, ta starsza i bardziej zużyta, wrośnięta już na dobre w tkankę miejską. Skład podjeżdża szybko, nie zdążam nawet sprawdzić, czy eM nie napisała czegoś na Whatsappie. Zapowiedzi kolejnych stacji nie pozwalają zapomnieć, że robota czeka, ta sama od 18 lat, ta sama, w której wszyscy, z którymi robiłeś coś, co wydawało się istotne, dawno uciekli do przodu zapełniając konta kierowniczymi pensjami. Nieważne. W składzie równość płci i klas. Choć wydaje się, że więcej pochylonych nad smartfonami to korpoludki, co rano ciągnące do centrum miasta z jego młodszych dzielnic. Najczęściej palce gnębią ekrany Samsungów, w pełnym przekroju linii produkcyjnych - od prastarej serii Ace po próżniaczo zakrzywione krawędzie najnowszej eSki. Na telebimie Gronkiewicz-Waltz przytula warszawskie dzieci, jeżdżące od teraz komunikacją za darmo. Zdecydowanie mniej iPhone'ów, jeśli już, to raczej modele 5 i 5S. Ale te przynajmniej gołe, dumnie wypinają się do mnie swoimi nadgryzionymi jabłkami. WIG20 i inne indeksy bez zmian. Samsungi, i nieliczne Xperie od Sony, obute w pokraczne i wyświechtane gumowe kondomy. Nieważne. Dziewczyna ze sztucznymi rzęsami i hybrydami mówi do gościa obok niej, żeby przestał, bo nie chce jej się z nim tak rano kłócić. Nie chce jej się i tyle. Zrezygnował i patrzy tępo w gościa siedzącego naprzeciwko. Tamten, jak większość z oczami przemierzającymi miliony pikseli, przewija Facebooka, bo dwusetny, nieznany bliżej “znajomy” smaży się na plaży w Egipcie, a jeszcze inny tak bardzo nienawidzi PiS, że chyba w następnych wyborach w końcu pójdzie i zagłosuje. Część klika jakieś kulki, kwadraty i trójkąty, które zamieniają się miejscami i znikają po kilka na raz. Wysiłek intelektualny chyba niewielki albo satysfakcja równie mikra - nic nie mąci zaspanych twarzy graczy. Nieważne. Obok stanął starszy facet. Śmierdzi mieszanką naftaliny i moczu. Przesuwam się o parę metrów dalej, a może bliżej - zależy jak na to spojrzeć. Na stacji Centrum skład wypluwa z siebie większość ludzi. Tu drzwi zawsze robią mi niespodziankę i otwierają się po prawej stronie. Dlaczego Centrum nie lubi strony lewej nie wiem - muszę to sprawdzić w sieci. Na Świętokrzyskiej przesiadam się w karłowatą linię drugą. Ósma dziesięć. Podążam w dół niesiony nurtem korpoludków z korpoświatka. Jest piątek, to i spora część ciągnie za sobą walizkę, taką na kółkach i z rączką. Raz w życiu z takiej korzystałem. Niewygodne, bo cała zawartość ciąży ku dołowi, ubija się tam jakoś i męczy. W walizkach słoiki na wymianę. Ale to dobrze - “słoików” naprawdę lubię. Miasto dzięki nim ciekawsze kulturowo, żywsze i zdrowsze. Mamcine tuszonki i całe dobro innych domowych przetworów zasili przecież warszawskie lodówki. Nie ważne. Kierunek Rondo Daszyńskiego. Tylko dwie stacje, w dodatku ostatnia, póki co końcowa. Zagęszczenie w tym kierunku wyraźnie mniejsze niż w przeciwnym, na Pragę. Przede mną i obok mnie zwiewne dwudziestki - ja już jestem poza ich targetem, ale to i dobrze, bo nie szukam, mam. Oceniam je stereotypowo - sekretarki wystawiające zza lady w recepcji czubek głowy albo asystentki parzące kawę zamotanym w krawaty szefom. A nie, przepraszam. Teraz każdy to jakiś account manager, czy inny executive director. Nieważne. Ostatnia stacja. Tu pozwalam sobie na odrobinę luksusu i z tuneli wyjeżdżam ruchomymi schodami. Te martwe obok są dla tych fit albo dla tych już spóźnionych. Ja mam jeszcze czas. Parę minut spacerem. Fosforyzujące koszulki charczą podkaszarkami dbając, aby mający urlop nie pospali za długo. W głowie układam sobie coś, co chciałbym skrobnąć i wrzucić na tumblra. Ale nie spodziewam się sukcesu w tej układance, mój mózg i tak to wszystko nadpisze zapomnieniem za jakieś piętnaście minut. Może wcześniej. Nieważne.