IRON LUNG
Jeżeli „test białej rękawiczki” kojarzył wam się tylko i wyłącznie z perfekcyjną panią domu, macie szansę to zmienić; jeszcze w tej chwili wyszukajcie w googlach zdjęcia pani Rozenek i naplujcie na pierwsze lepsze, następnie zapomnijcie o niej, do niczego więcej się nie przyda (chyba, że chcecie mieć najczystsze mieszkanie w okolicy). Wspominam o tym, ponieważ w innej części świata, a dokładnie w Seattle w stanie Waszyngton, istnieje dwuosobowa grupa o pięknej nazwie Iron Lung. Tworzą ją dwaj przemili panowie, którzy w 2013 roku wydali album o nazwie „White Glove Test”, stąd moje nawiązanie do tvn’owskiego super-programu. Pamiętam, iż pierwszym moim kontaktem z ich twórczością był drugi album, Sexless//No sex (wspaniały tytuł, bez dwóch zdań), który po kilkukrotnym przesłuchaniu uświadomił mi jedną ważną, naprawdę ważną, rzecz: w graniu szybkiego i pełnego przemocy power-violence wciąż może tkwić mnóstwo świeżości i finezji, choć mówię tu raczej o finezji cechującej zabieg lobotomii w wykonaniu W. Freemana. Bo taka też jest ich muzyka: chłodna niczym sala operacyjna, groteskowa niczym przeszczepianie narządów, ujmująca niczym kleszcze chirurgiczne i skalpel. Choć samo brzmienie ich albumów jest dosyć klarowne i konkretne (jest o wiele lepiej niż w przypadku tego dzieła sztuki), nie ujmuje to nic samej agresji i brudowi przekazu. Żeby jednak nie okazało się zbyt monotonnie – oprócz samej perkusyjno/gitarowo/wokalnej sieki, mamy też momenty w którym całość zwalnia i robić się mocno industrialnie. Otóż dostajemy dużo różnego rodzaju maszynowych smaczków (ich kwestia na „White Glove Test” urasta do rangi pełnoprawnego albumu, ale o tym później), sprzężeń i niepokojącego charczenia. Nic dziwnego, w końcu panowie Jensen i Jon tworzą także poboczny projekt, w tym momencie znowu świetna nazwa, Pig Heart Transplant, który prezentuje elektroniczną stronę ich twórczości. Kontynuując dalej temat elektroniki – wspomniany album białej rękawiczki, oprócz podstawowych 18 kawałków i jednego, ponad dwudziestominutowego, eksperymentalnego „White Glove Test Finds More Filth” posiada także swoją drugą wersję – stanowi on połączenie standardowej wersji płyty i wspomnianego, industrialnego monstrum w jedną całość, co jest KUREWSKIM STRZAŁEM W DZIESIĄTKĘ! Z jednej strony słyszymy salwy blastów i opozyjnych do nich, piekielnych zwolnień, z drugiej natomiast świszczące i lekko nieprzyjemne COŚ. Za ten, pozornie mało istotny i rewolucyjny zabieg, zmuszony jestem dać owacje na stojąco.
Nie byłbym sobą, gdybym nie zajął się w tym poście także tekstami. Są one bowiem, na równi z całą resztą, wyznacznikiem tego, iż Iron Lung nosi w sobie znamiona geniuszu. Natomiast fakt, iż geniusz nie musi być dobry, utwierdza mnie tylko w tym przekonaniu. W skrócie: jest mało poetycko, bliżej temu wszystkiemu do brutalnej wiwisekcji, niż do prozy Emily Brontë. Jeśli już chcemy szukać jakichkolwiek odwołań do literatury, to możemy znaleźć je choćby w „II” – po przeczytaniu tekstu przyszło mi na myśl jedno z opowiadań Bułhakowa - „Psie serce” (swoją drogą jedna z najlepszych rzeczy jakie czytałem w całym moim życiu) – Russian made/Manned by dog/Dogged by man”. Idąc dalej tym tropem, natrafimy na dużo mizantropii i operacji chirurgicznych, w których chłopaki wydają się lubować. Nie dziwię im się, w końcu to bardzo fajne i niewyczerpane jeszcze tematy. Pewnie nie możecie się doczekać, aż oddacie się poznawaniu ich twórczości, tak więc bez zbędnych słów: polecam! Słuchajcie dużo i głośno. Life. Iron Lung. Death.












