Radiovidmo
Ostatnimi czasy stosunkowo mało dźwięków pochłonęło mnie w sposób absolutny, mało było też okazji do zbierania szczęki z podłogi po przesłuchaniu jakiegoś albumu. Co nie znaczy oczywiście, że nic się w dzisiejszej muzyce nie dzieje - ja sam nie jestem zwolennikiem stwierdzenia "muzyka umarła" czy "nic nowego już nie powstanie, wszystko jest wtórne i do dupy". To hasła typowe dla malkontentów, którzy uważają, iż największym dziełem w dziejach wszechświata jest "The Wall", Deep Purple to spoko zespół i w ogóle to bardzo fajnie byłoby żyć w latach sześćdziesiątych bo dzieci kwiaty, bo woodstock etc. Wyprowadzić ich z błędu i tak mi się nie uda, podważę natomiast opinię o wtórności i stagnacji nowej muzyki.
Radiovidmo, bo o nich teraz mowa, bezlitośnie podcinają ścięgna tego typu frazesom. Bezlitośnie, jednak z niewyobrażalną dozą piękna, finezji i tego co ja nazywam atmosferycznością. Bielsko-Biała, jako bardzo ładne miasto samo w sobie, powinna być niesamowicie dumna z tej czwórki, ponieważ to co usłyszałem na ich debiutanckim EP, wypuszczonym w świat kilka dni temu, wywróciło mnie na drugą stronę niczym znoszony sweter. Te trzy wałki (na ich bandcampie bonusowo jeden utwór) tworzą razem cholernie spójną całość. Spójną na tyle, iż trzeba być wyjątkowo podłym ignorantem, aby ich twórczości nie docenić. Jest tu wszystko to, co zasługuje na miano "piękna" właśnie - dużo bardzo dobrych i przemyślanych melodii, rozmyte wokale, całość podszyta ogromną dawką melancholii szczerej jak płacz dziecka. W tym momencie postulat: płyty powinno się słuchać z zamkniętymi oczami, ewentualnie przy zgaszonym świetle (wersja dla co bardziej odważnych). Istnieje możliwość pojawiania się w głowie różnych obrazów, pozytywnie wpływających na odbiór dzieła.
Cieszy mnie także konsekwencja chłopaków w tym co robią, czego najlepszym przykładem są ich występy na żywo (bo po ostatnim powinni być z siebie zajebiście zadowoleni). Dźwięk, światło, słowo - wszystko to tworzy bardzo klimatyczną całość, zdecydowanie trudną do podrobienia.
Podsumowując, ten materiał to dla mnie samego bardzo dobra odskocznia po katowaniu swoich uszu audio-terroryzmem Merzbowa, wierzę też, że i wy zdołacie go docenić. Jeśli Thom Yorke nie zechce w najbliższym czasie zagrać z nimi wspólnej trasy, będę zmuszony stwierdzić (z całym szacunkiem dla jego twórczości), iż jest przeokrutnym imbecylem. Tak jak ci wszyscy, którzy nie przesłuchają w tym momencie tych czterech piosenek.
INSTRUMENTY SĄ Z KRWI I KOŚCI
Bandcamp










