Czy to rzeczywiście była moja przyjaciółka?
"Nie każda przyjaźń jest domem. Niektóre sa klatką, z której trzeba się uwolnić"
Na czym tak naprawdę polega prawdziwa przyjaźń? Czy na spotkaniach w cztery oczy i szczerych rozmowach, zwierzeniach? Od czego się zaczyna? Czy od wspólnych zabaw w dzieciństwie? A może nie zawsze? Może czasami prawdziwą przyjaźń odnajdujemy dopiero w dorosłości? Dlaczego jedną osobę nazywamy przyjacielem, a inną koleżanką / kolegą? Gdzie jest ta subtelna granica oddzielająca koleżeństwo od przyjaźni? Jakie są między nimi różnice?
Z moich doświadczeń wynika, że największa różnica leży w uczuciach do danej osoby.
Koleżanek, kolegów się nie kocha, przyjaciół TAK.
Już dawno temu zauważyłam, że nawet w dzieciństwie nie traktowałam Poli jak kogoś wyjątkowego i choć to właśnie JĄ nazywałam swoją "przyjaciółką", a inne dziewczyny tylko koleżankami, to o Poli wymyślałam ośmieszające ją piosenki (że jest "starą, zgniłą śliwką", że "ma gołębie w swojej wielkiej gębie" i tym podobne). Nigdy nie traktowałam tamtej relacji zbyt poważnie, nie wiedząc dlaczego. Być może moje luźne podejście powodowała pewna sztywność w jej zachowaniu, może wszechobecna zazdrość o wszystko, albo coś zupełnie innego? Może jej energia nie była dostrojona do mojej? Dopiero w szkole średniej nasze relacje stały się bardziej poważne i szczere. Ja przez pewiej czas nie miałam żadnych innych koleżanek. Te z podstawówki porozchodziły się po innych szkołach, a sąsiadki były za młode. W liceum nie lubiłam większości dziewczyn ze swojej klasy, a po pewnym incydencie odcięłam się od wszystkich, nawet tych przyjaźnie nastawionych, wobec czego Pola nie miała żadnej konkurencji - do czasu... Po 18-stce "W" nie miałam też już chłopaka, a moich znajomych ze szkoły muzycznej Pola nie znała i nie byli dla niej zagrożeniem, gdyż pochodzili z różnych miejscowości i widywałam ich tylko w tamtej szkole.
Pamiętam, jak w I i II klasie liceum z utęsknieniem oczekiwałam piątków, kiedy to po tygodniu przerwy spotykałysmy się u mnie w domu. Pola czekała już na mnie, kiedy wracałam z lekcji pianina. To były nasze najlepsze czasy, prócz tych z dzieciństwa. Ona często zwierzała mi się ze swoich rozterek sercowych, opowiadała o koleżankach i kolegach z akademika, ja niewiele jej mówiłam, bo po zakończeniu związku z "W" nikogo nie miałam, a zakochana byłam w moim idolu. Ta większa zażyłość między nami trwała jakieś dwa lata, aż zaczęłam wymieniać się listami z innymi fankami mojego ukochanego zespołu i nawiązałam listowne przyjaźnie, wcale nie gorsze od tych "na żywo". Miałam kilka ulubionych listownych "przyjaciółek" i do tej pory bardzo miło je wspominam, obserwuję na FB, jak ułożyło im się w życiu :) Warto wspomnieć, że przez cały ten czas, prócz Poli, miałam też swojego Rudzielca, który odwiedzał mnie regularnie i urozmaicał moje pełne zajęć życie swoją obecnością. Nie byłam więc zupełnie sama.
Przez tamte dwa lata Pola była dla mnie bardzo ważna, ale nie najważniejsza (na pierwszym miejscu zawsze była miłość i chłopacy!), nie jedyna i nie jakaś szczególnie wyjątkowa, ale tą subtelną różnicę pomiędzy dobrym koleżenstwem, a przyjaźnią zauważyłam dopiero kiedy poznałam Ebony i się z nią zaprzyjaźniłam. Miałam wtedy około 17 lat, a nasze "zaprzyjaźnianie się" trochę trwało, ponieważ "ktoś" (najbliższa koleżanka Ebony z jej klasy i nasza wspólna koleżanka-fanka) nie chciała do tego dopuścić i próbowała przedstawiać Ebony w niekorzystnym świetle, aby mieć ją nadal wyłącznie dla siebie. Ale w końcu stało się. Po mojej 18-stce, na której Pola się nie zjawiła, po incydencie ze zdjęciem i z listem, kiedy Pola oznajmiła, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego, przyjaźń z Ebony rozkwitla jak kwiat, choć było to późną jesienią i zimą.
Ebony nieświadomie pokazała mi, jak inaczej może wyglądać przyjaźń dwóch dziewczyn. Interesowała się tym, o co Pola nigdy nawet nie pytała. Nie wywyższała się, nie uważała za tą "ładniejszą", wprost przeciwnie, pokazała mi, co mogę zrobić, aby wyglądać bardziej atrakcyjnie. Uczyła, jak się malować, poszła ze mną na zakupy po moje pierwsze kosmetyki do makijażu (ja wcale się na tym wtedy nie znałam), była pierwszą dziewczyną, której odważyłam się zwierzyć ze swoich uczuć! (Do tej pory o takich rzeczach rozmawiałam jedynie z niektórymi chłopakami). Pomogła mi uwierzyć, że też jestem "ładna", bo wcale się za taką nie uważałam. Kiedy pokazała mi zrobione swoim aparatem nasze wspólne zdjęcia, nie mogłam wprost uwierzyć, że to ja! "Czy ja naprawdę tak wyglądam?" - pytałam. Odpowiadała mi: "W tym momencie tak właśnie wyglądałaś - zdjęcia nie kłamią".
Kulminacją tej przyjaźni było lato 2001 roku, kiedy pokochałam Rudzielca. Wtedy pokochalam też Ebony. Była zupełnie inna od Poli. Bardzo uczuciowa, spontaniczna, eteryczna i w moim odczuciu niezwykle kobieca. Wspólne nocowanie z rozmowami do rana, podobne poczucie humoru, zainteresowanie ezoteryką i duchowością - dzięki Ebony odkryłam w sobie coś nowego. Do tej pory zazwyczaj to ja słuchałam, kiedy inni się zwierzali, tym razem znalazłam kogoś, komu mogłam o sobie powiedzieć praktycznie wszystko, nie obawiając się dziwnej reakcji, ani tego, że dowie się o tym niepowołana osoba. Nigdy dotychczas nie znałam takiej dziewczyny, ale przyjacielska miłość nie przyszła mi łatwo, lecz kiedy już się pojawiła - została na zawsze.
Dzisiaj dobrze już wiem, że Poli nigdy nie kochałam. Nie przejęłam się prawie wcale, kiedy zerwała kontakt po raz pierwszy, za drugim razem było mi to nawet na rękę. Z Ebony było zupełnie odwrotnie. Bardzo przeżyłam to "porzucenie" na rzecz Loli. Poza tym bałam się: przypadkowego spotkania, zimnego spojrzenia, obojętności, cichej zemsty. Przez lata chowałam nasze wspólne zdjęcia, nie mogąc na nie patrzeć, ale nie chciałam też ich wyrzucić. Kiedy przypadkiem napotkałam na FB na profil Ebony, a byłam już wtedy z Latynosem, poczułam dziwną mieszankę strachu i ekscytacji. Chciałam do niej napisać, ale tak strasznie bałam się odrzucenia. Po kilku latach ponownie napotkałam jej kolejny Facebookowy profil. Miała na zdjęciu cytat z "Wichrowych Wzgórz"! To była moja ulubiona książka, nie wiedziałam, że jej również! Byłyśmy takie do siebie podobne! Dlaczego to się skończyło? Chciałam napisać komentarz pod tym cytatem, ale się zawahałam i tego nie zrobiłam. Po jakimś czasie ten profil zniknął, a ja żałowałam, że nie byłam na tyle odważna, aby nawiązać kontakt z dawną przyjaciółką.
Na szczęście po kolejnych kilku latach ona sama mnie odnalazła i napisała. Moje obawy były bezpodstawne. Wróciłyśmy do siebie, nie bez przeszkód po drodze, ale najważniejsze jest to, że Ją odzyskałam i chociaż jest teraz daleko, czuję jej obecność w moim życiu. Mam nadzieję, że wkrótce nasze drogi zejdą się na dobre i, że może, choć w przybliżeniu będzie "jak dawniej".
A Pola? Nie ma już dla nas żadnej przyszłości. Po tym co zrobiła wydała na siebie wyrok dozgonnego wykluczenia z mojego życia. Dlaczego jednak wciąż wraca w snach? Wczoraj kolejny już raz śniło mi się, że pojawiła się przed moim domem, ale ostatecznie okazało się, że to nie była ona. Co by się stało, gdyby NAPRAWDĘ się ze mną skontaktowała? Nie wyobrażam sobie tego. I nie chcę.

















