Inna rzeczywistość
Życie to nieodgadnięta zagadka. Nigdy nie wiesz, co cię spotka... Cała ta historia opowiada o tym, jak może się zmienić twój los w ułamku sekundy. Nigdy nie lubiłam lata. Ta pora roku była dla mnie zdecydowanie za ciepła. Ostatecznie nie tolerując 30 - stopniowego upału w Londynie, kończyłam właśnie 31 dzień w mojej pracy dorywczej, 31 sierpnia ... Karpo to zdecydowanie najlepsza restauracja z plackami w Londynie. Moja praca w tym lokalu nie była niczym specjalnym, bo w końcu jako raptem szesnastolatka mogli mnie zatrudnić tylko zmywaku. Nie narzekałam, przecież trzydzieści dolarów za pięć godzin pracy zdecydowanie rekompensowały pęcherze na moich palcach od nieustannego mycia naczyń. Pomijając zadowalającą pensję, godziny zmiany występowały głównie wieczorem, co oznaczało, że ta, czyli dziewiętnasta była ostatnią w tej pracy. Po odebraniu zapłaty w wysokości trzydziestu dolców, ubrana w czarne spodnie, adidasy i szary T-shirt opuściłam raz na zawsze Karpo. Po przekroczeniu progu restauracji moją świeżutką wypłatę dołączyłam do dziewięciuset dolarów zarobionych w ciągu całego sierpnia. Koperta wyglądała na pulchną, ale ja wiedziałam, że ten efekt szybko minie. Następnego dnia miał się zacząć nowy rok szkolny, toteż wszystkie pieniądze musiałam zabrać tego dnia ze sobą, by udać się później na zakupy w poszukiwaniu szkolnego mundurka i podręczników. Ruszyłam w stronę dworca Kings Cross, by dotrzeć do ulubionej księgarni przy Charing Cross Road metrem. Nie miałam ochoty męczyć moich nóg. Pięć godzin stania na zmywaku nie przyprawiały mnie tylko i wyłącznie o ból głowy. Ważne było to, że się opłaciło. W końcu dziewięćset trzydzieści dolarów nie rośnie na drzewach. Mijając szklane wystawy Svarovskiego i nowej kolekcji American Eagle dostrzegłam w odbiciu, jak bardzo zmęcznie przełożyło się na mój wygląd. Niegdyś starannie spleciony kłos teraz wyglądał jak rozwichrzony stóg siana. Nie chciałam nawet patrzeć na wychudzone policzki. Byłam taka zmęczona... Przeszłam kolejny odcinek drogi przy McDonaldzie, a potem dotarłam do miejsca docelowego. Setki ludzi goniło za obowiązkami w środku dworca. Jedni wsiadali do metra, drudzy z nich wysiadali, a jeszcze inni czekali na kolejne linie. Wtopiłam się w tłum w poszukiwaniu rozkładów jazdy. Pomiędzy dziesiątym a dziewiątym peronem stała barierka, przy której znajdowała się tablica z podświetlonym logo głoszącym "METRO". Udałam się w jej stronę, modląc się w duchu, by linia w stronę Charing Cross Road nie była dalej niż za dziesięć minut. Oczy zamykały mi się ze zmęczenia. Jak się okazało, mapa metra nie była zbyt przejrzysta. Plątanina tuneli na tablicy z lekka mnie dezorientowała. W końcu odnalazłam odpowiedni peron przy znaczniku i godzinę odjazdu metra. Musiałam się pospieszyć, gdyż miałam zaledwie siedem minut na dotarcie. Odwróciłam się i ruszyłam szybkim krokiem w stronę czwartego peronu, gdy nagle jakieś mocne uderzenie strąciło mnie z drogi. Siła pchnięcia była tak duża, że odrzuciła mnie na tyle daleko, bym przetoczyła się jeszcze z parę metrów po upadku. Ostatnie, co zdążyłam zarejestrować moimi na wpół przytomnym wzrokiem, to koła jakiegoś wózka i męskie, czarne buty. Potem ogarnęła mnie ciemność. * * * Sama nie wiedziałam, czy śniłam przed chwilą o jakimś poważnym upadku, czy też nie. Pierwsze, co poczułam po obudzeniu się, to silny ból głowy u podstawy czaszki. Niech to szlag..., przeklnęłam w myślach. Nie otwierając oczu spróbowałam się podnieść z czegoś miękkiego, na czym najwyraźniej leżałam, ale w mgnieniu oka powstrzymała mnie czyjaś ręka. Chcąc dowiedzieć się, kto to taki, otworzyłam z pewnym wysiłkiem oczy. Z początku walczyłam z oczopląsem od jasnego światła dnia, ale już po chwili zaczynałam dostrzegać kształty. Ku mojemu zdziwieniu nade mną stały wysoka, czarnowłosa kobieta i młoda blondynka w zielonej opasce, o pół głowy od niej niższa. Co dziwniejsze, jak się okazało, leżałam w pokoju przypominającym szpitalny oddział, lecz...za czasów średniowiecza. Sala wyglądała, jak część zamku. Surowe ściany wieńczone strzelistymi oknami rozmiarów od sufitu aż do ziemi wydawały się poszerzać optycznie pokój. Z góry zwisały trzy mosiężne żyrandole w kształcie okręgów z umieszczonymi w ich środku woskowymi świecami. Całą salę zajmowały wyłącznie łóżka i oddzielające je parawany. Nie było tam nawet szafek nocnych. A to wyglądało niepodobnie do Kings Cross. Co gorsza, w ogóle sobie nie przypominałam, by gdziekolwiek w Londynie była budowla o podobnym wystroju z podłużnymi gotyckimi oknami i betonową posadzką. Nie wiedziałam, gdzie jestem. Właśnie dlatego poczułam się nieswojo, gdy dwie nieznane mi osoby, które stały obok zaczęły mi się przyglądać badawczym wzrokiem. Starsza kobieta, znajdująca się najbliżej wzięła w swoje dłonie moją bladą rękę i spojrzała na mnie z politowaniem w oczach. -Zapewne jesteś teraz zagubiona..-odrzekła miło, aczkolwiek głosem surowym z natury.- Jak mniemam, chciałabyś zadać wiele pytań, na przykład, jak się tu znalazłaś... Zdawało się, że kobieta czyta mi w myślach - dokładnie te pytanie mnie najbardziej nurtowało. Miła pani z kruczoczarnym kokiem na głowie popatrzyła na stojącą obok blondynkę. - Panno Cornelio, mogłaby panienka sprowadzić tu profesora Bousiera? Dziewczyna przez chwilę stała w miejscu, po czym nieśmiało odpowiedziała. - Pani psor McGonagall, o ile się nie mylę profesor Bousier wczoraj opuścił Hogwart w sprawie zebrania w Ministerstwie Magii. Zmieszana "pani McGonagall" szybko się opamiętała. - Och, tak tak! Masz rację, dziecino - przyznała kobieta. - W takim razie będę musiała się tym zająć osobiście-spojrzała na mnie. - Możesz odejść, Cornelio. Jasnowłosa dziewczyna rzuciła mi ostatnie ciekawskie spojrzenie, po czym odeszła. Poczułam się niekomfortowo, gdy zostałam z kobietą sam na sam. Jednak, kiedy usiadła na krańcu mojej pryczy nie protestowałam. Z bliższej perspektywy pani McGonanagll wyglądała na starszą. Oczy coraz bardziej podkrążone z powodu przeżytych lat zdawały się nieco blednąć. Przy kącikach jej wąskich ust, zaczynały powoli tworzyć się zmarszki. Nawet gdzieniegdzie przy skroni zauważyłam parę siwych kosmyków, lecz to je wcale nie szpeciło. Pani profesor nie zważała na to, że się jej przyglądam, toteż od razu zaczęła mi wszystko objaśniać. - Miejsce, w którym przebywasz nie ma wiele wspólnego ze światem dobrze już ci znanym- przez pierwsze parę sekund byłam zaskoczona tymi słowami, ale gdy potem usłyszałam dalszą część jej kwestii... - Przebywasz w Hogwarcie, szkole dla czarodziejów - zaczęłam się histerycznie śmiać. Dopiero wtedy, gdy zobaczyłam poważną minę na twarzy kobiety, zrozumiałam, że to nie żart. Ale u licha, magia nie istnieje!, zaprzeczyłam w myślach. - Jak to możliwe...? Musiała się pani pomylić. Ja byłam na dworcu King Cross i szukałam rozkładu metra, a potem...potem... - urwałam. No właśnie, co potem? Tak naprawdę nie wiedziałam. Moja pamięć kończyła się w momencie podejścia do tablicy z mapą Londynu. Najwyraźniej pani McGonagall domyśliła się, z czym mam problem, bo po chwili dodała: - Panno Joanne. Nie wiem, jakim cudem się tu dostałaś, ale uwierz mi, nie pragnę dla ciebie niczego złego. Wręcz przeciwnie! Nie wypada mi w ogóle o tak złych rzeczach myśleć-oburzyła się na samą siebie kobieta. - Chwila...Skąd pani zna moje... - ...imię? Och, tak informuje twoja plakietka na szyi. Dopiero po chwili zorientowałam się, że nie zdjęłam mojego identyfikatora z Karpo. Nadal wisiał na fioletowej smyczy, zdobiąc szary T-shirt. Moment później wróciłam spojrzeniem na twarz pani profesor. - Czyli...ja się znajduję w jakimś magicznym świecie, tak?-zapytałam z niedowierzaniem w głosie. - Można tak to ująć. Nie mniej jednak, to jest wyjątkowa sytuacja. - Och, dlaczego? - spytałam z zaciekawienia. Kobieta ewidentnie szukała słów do opisania zjawiska, co najwyraźniej nie przyszło jej to z łatwością. -Joanne, widzisz, sprawy w tym świecie są skomplikowane. Po skrócie mogę ci powiedzieć jedną, ważną zasadę - na chwilę umilkła, po czym dodała - Zwykli śmiertelnicy nie mogą przekroczyć na stałę magicznej granicy, która oddziela oba te światy. To co ja tu robię, do jasnego gwinta? - Jak więc pani wyjaśni to, że właśnie ja - zwykły śmiertelnik - się tu znajduję? Przecież to brzmi absurdalnie. Czarnowłosa kobieta z niesmakiem na twarzy zastanawiała się przez chwilę. Długo patrzyła w dal, lecz potem wyjęła z kieszeni swej purpurowej narzutki...patyka? Nic w życiu nie oszołomiło mnie bardziej, niż to, co potem się wydarzyło. Lekko wygięty kawałek drewienka w rękach pani profesor wykonał ruch obrotowy, dzięki jej nadgarstku, po czym z końca kijka wystrzeliła iskra. - Co t-to było?! - wyjąkałam. Kobieta odetchnęła, schowała patyczek spowrotem do narzuty, a potem popatrzyła w moją stronę. - To była magia, panno Bacchic. Niech mi pani wierzy, lub nie, ale jest pani teraz częścią tego świata i to od pani zależy, czy rozwiążemy zagadkę pani przejścia przez magiczną granicę, czy też nie. Po tych słowach zrozumiałam, że moje oczy mnie nie zawiodły. Ja naprawdę ujrzałam strzelającą z (jak domniemałam) różdżki. Pojęłam, że coś się w tego dnia stało i, że nie mogę przejść przy tym obojętnie. Tamten dzień był 31 sierpnia, dniem, który odmienił mój los.
Napisałam to sobie na podstawie HP autorstwa J.K. Rowling. Zrobiłam to jedynie dla rozrywki, ale może i wam się spodoba? Mam zamiar to kontynuować :)













