W sali było duszno i gorąco. Scorpius obserwował jak jego asystentka dyskretnie wachluje się swoimi notatkami, a jego wspólnik ociera pot z czoła. Był już spóźniony na rodzinny obiad, czy raczej powinien powiedzieć, rocznicę swojego ślubu. Pomimo jego protestów i wyjaśnień, jego żona nie rozumiała, że praca wymaga od niego stałego pobytu w Ministerstwie i niestawiennictwo skutkowałoby zmniejszeniem jego dochodów, z których przecież ona korzystała. Jak na prawdziwą arystokratkę przystało, ona sama nie zniżała się do własnej pracy zarobkowej. Ona tylko ładnie wyglądała, dlatego jego rodzice ją ubóstwiali. Szczególnie, gdy przeciek informacji spowodował, że na wierzch wyszła jego zażyłość z Weasley sprzed kilku lat. W oczach jego rodziny nie była dla niego dobrą partią, gorzej, w jego samych taka nie była. Co nigdy nie stało dla niego na przeszkodzie, dla niej jednak już tak. Dlatego, gdy Nott zaproponował mu dołączenie do inwestycji na terenach Rumunii, uznał to za kiepski żart.
- Musimy uzyskać zgodę rezerwatu na budowę w tym obszarze. Nie możemy postawić czegoś, co zakłóca funkcjonowanie tamtejszego ekosystemu bez zgody Ministerstwa, lokalnych władz i zarządu rezerwatu - zauważył Malfoy, przerywając dyskusję Notta z jednym z udziałowców znudzonym tonem. - Mówiłem to już.
- W Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami pracuje mężczyzna, który zajmował się tam smokami. Ma przyjść i udzielić nam informacji jak możemy dostać pozwolenie - powiedział Nott. - Musimy na niego poczekać.
Scorpius zacisnął usta, patrząc na Flinta, który uśmiechał się z pobłażaniem. Tak, jak i on, został wciągnięty w to jakiś czas temu z obietnicą szybkiego zysku i, tak jak on, czuł, że obecne zarobki są niewspółmierne do poświęcanego na to czasu.
Drzwi biura otworzyły się po kwadransie ciszy.
- Panie Brown! - wyrzuciła z siebie Cecily, wstając i odkładając swoje notatki, ale wstrzymała się, widząc wysoką kobietę. Scorpius wykrzywił usta, bo wiedział, że finalnie w którymś momencie tej sprawy natknie się na Rose. - Kim pani jest?
- Pan Brown nie mógł przybyć. Jestem Rosalie Brown, honorowy członek zarządu rumuńskiego rezerwatu i rumuńska Szefowa Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów. Przydzielono mi tą sprawę.
- Jest pani żoną pana Browna? - Nott podniósł się z krzesła, patrząc na nią z zainteresowaniem, które Scorpius znał. Nott zawsze patrzył w ten sposób na kobiety, które chciał mieć. Sam Malfoy nie wstał, aby jej przywitać, ale gdy spojrzała na niego z wahaniem, kiwnął jej lekko głową.
- Owszem - odpowiedziała, starając się odzyskać rezon. Wolno oderwała wzrok od Scorpiusa, przenosząc go na Abrahama. - To chyba niczego nie powinno utrudniać, prawda?
- Ma pani rumuńskie obywatelstwo? - zapytał siedzący przy najdalszym krańcu stołu starszy mężczyzna. Malfoy nie kojarzył nawet jego nazwiska. Brown powoli pochyliła głowę, z pozornym namysłem, ale dla Scorpiusa było to czyste zdenerwowanie.
- Jak powiedziałam, jestem Szefem w ich Departamencie. Wielokrotnie na przestrzeni lat rozwiązywałam sprawy związane z polityką zagraniczną, ale moją główną specjalnością są sprawy rezerwatu. Nie wy pierwsi widzicie okazję w tych terenach.
Żaden z nich się nie odezwał, traktując ją jak profesjonalistkę. Nott nie rozpoznał w niej Rose Weasley, z której zawsze drwił w szkole - z jej ognistych włosów, męskiej sylwetki i tego, że była odludkiem, niepotrafiącym się wysłowić. Scorpius obserwował już wtedy jej przemianę, która teraz najwyraźniej się dopełniła: jej rude włosy nagle stały się atutem, nadając ostrości jej delikatnej twarzy, ciało nabrało kształtów, a Rose nigdy więcej nie zamierzała być nieśmiała. Tym bardziej teraz, gdy mogła ich pogrążyć.
- To kara za siedem lat Hogwartu, Weasley? - zapytał cicho, ku zdziwieniu pozostałych, siedzących z nimi. Gdy tylko zobaczył ją w drzwiach, obiecał sobie, że się nie odezwie, ale jej bliskość przypominała mu o wszystkim, co już dawno zapomniał. Nott spojrzał ponownie na Rose, tym razem bez pożądania.
- Weasley, to ty? - rzucił, mierząc ją wzrokiem uważniej, niż wcześniej. Kobieta wykrzywiła usta.
- Cześć, Abraham, co u ciebie? - odpowiedziała cierpko, odgarniając włosy i patrząc na nich z góry. Nie spojrzała na Scorpiusa, ani mu nie odpowiedziała.
Flint roześmiał się, jakby naprawdę bawiła go ta sytuacja.
- Sądziłem, że po Malfoy'u dalej będziesz korzystać ze swojej rozwiązłości ku bogatym czystokrwistym i talentu do wykorzystywania ich majątku. Miałem rację, czyż nie? - zadrwił, odchylając się na krześle. Z jego pełnej szacunku i fascynacji pozy nie pozostał nawet ślad. Scorpius zacisnął usta. Rosalie, pod nowym, raczej skromnym pierścionkiem zaręczynowym, tuż obok prostej obrączki, nadal nosiła ten, który dostała od niego kilka lat temu. Wtedy wydawało się mu to właściwe, ukazywało to, czego od niego żądała: wierności. Teraz był farsą, przypomnieniem, że kiedyś miał wobec niej więcej uczuć, niż wobec swojej obecnej żony. Dlaczego jednak go nadal nosiła, skoro mogła go sprzedać za pokaźną sumę i pozbyć się emocjonalnego balastu?
- Flint, zamknij się - rzucił zimno, podnosząc się z krzesła. - Wynoście się. Wszyscy.
Niegrzeczność w obecnej sytuacji była niedopowiedzeniem, ale potrzebował zostać z Rose sam. Zapewne zamierzała rzucać im kłody pod nogi z czystej przekory i chęci udowodnienia mu, a także sobie, że nadal potrafi namieszać mu w życiu, w innych sferach niż jego kontakty z rodziną i potencjalnymi partnerkami. Spodziewał się protestów, tymczasem dostał niemą akceptację, która zapewne pochodziła z realnego, namacalnego odczuwania napiętej i ciężkiej atmosfery w pomieszczeniu. Wszyscy udziałowcy i jego asystentka wstali i wyszli bez słowa. Gdyby Scorpius przykładał wagę do ich reakcji, mógłby zaobserwować cały wachlarz emocji, ale Rose, która pozostała w centrum jego zainteresowania, była niewzruszona. Poczekał aż drzwi się zamkną i policzył powoli do dziesięciu w myślach.
- Siadaj, Rose. To nie będzie krótka rozmowa - zaoferował o wiele miłej i uprzejmiej, niż wcześniej. Bez osób trzecich część jego maski wykruszyła się, ukazując zmęczenie i zrezygnowanie. - Zapytałem czy to kara.
Chwilę stała, rzucając pobieżne spojrzenia na przestrzeń wokół. Jej krwistoczerwone szminki, które pamiętał z niespieralnych plam na koszulach i swojej pościeli w dworku ustąpiły miejsca lekkim, naturalnym barwom, nieco tylko szkarłatnym. Nie była już tak widocznie szczupła, chociaż dalej wpisywała się doskonale w to słowo. W jej oczach nadal tlił się bunt.
- Nie, Scorpiusie - odpowiedziała w końcu, lekko opadając na krzesło, stojące naprzeciwko niego. - Niezależnie od nazwiska, widniejącego na umowie, mnie i was obowiązuje wiele zasad i procedur. Nie mogę ich przyspieszać, ani opóźniać.
- Nie ma to z nami nic wspólnego? - upewnił się cicho, zajmując swoje poprzednie miejsce. Położyła teczkę na stole i opuszkami bawiła się jej wiązaniem, nie patrząc już na niego. Lekko, prawie niezauważalnie potwierdziła skinięciem głowy. - Dlaczego w takim razie nadal nosisz pierścionek ode mnie?
- A dlaczego mnie szukałeś? Dlaczego przyszedłeś do mojego domu i rozmawiałeś z moim ojcem? - odparowała ostro, ale zaraz jej głos złagodniał. - Powiedział mi o tym stosunkowo niedawno, po moim ślubie. Oddał mi też wszystkie listy, które napisałeś, twierdząc, że chronił mnie przed błędami młodości. Uważał, że zagarnięcie ich dla siebie będzie mądre. - Odchyliła się lekko do tyłu, potrząsając głową. Miała zamknięte oczy, ale wyraz jej twarzy nie świadczył o spokoju. - Ich treść była tak zaskakująca. Nigdy nie powiedziałeś mi tego prosto w twarz. Tego, że mnie kochasz.
Malfoy sądził, że zignorowała jego listy, bo było to dla niej łatwiejsze. Jednak podejście jej ojca go nie zaskoczyło. On i Draco konkurowali cały czas o tytuł tego, który bardziej nienawidzi drugiego. Reakcja Rona była zrozumiała, tak jak i rozumiał swoich rodziców, gdy pełni rozczarowania i wyrzutu mówili o jego związku z Rose, jakby ich zawiódł w każdej możliwej kwestii. Rozcierał usta opuszkiem wskazującego palca przez chwilę, zanim nie zdecydował się odezwać.
- Między nami nie było miejsca na miłość, Rose. Nigdy jej nie chciałaś. Związałaby nam ręce. Oczywiście, bardziej mi, aniżeli tobie, ale wtedy było to równoważne. - Jej nagły i szybki ruch był dezorientujący jak promień słońca prześwietlający przez gęste chmury w ciemny, zimowy dzień. Mógłby jej dotknąć, gdyby tylko wyciągnął rękę. Z namaszczeniem obserwował jak lekko podkręcone pasmo włosów wolno zsuwa się z ramienia na klatkę piersiową, zamiast patrzeć jej w oczy. - Szczerze? Wolałem stracić cię wtedy, niż pogrzebać swoje nazwisko, fundusze i pozycję. Ten czas w Rumunii ciągnąłby się za nami zawsze. Zawsze byłoby ciężko, żylibyśmy z dnia na dzień, niepewni, zmęczeni sobą i brakiem możliwości, aż w końcu obydwoje mielibyśmy dosyć. Byłoby to wtedy łatwiejsze? Wątpię. Osiągnęłaś wszystko, czego pragnęłaś, Rosalie. Twoje marzenia nawet nie były tak śmiałe, aby pragnąć tego, co teraz masz.
Wypuściła gwałtownie powietrze, niemalże sapiąc. Nawet teraz nie była w pełni opanowana, chociaż wiek wymógł na niej większą rozwagę w okazywaniu swoich emocji.
- Jesteś tchórzem, Malfoy, bo bałeś się własnych uczuć. Gdybyś chciał mnie wtedy zostawić, nie wracałbyś po latach prosić mojego ojca o rozmowę ze mną i nie pisałbyś. Zasłanianie się tym, że się ograniczaliśmy to zwykle kłamstwo, które nie brzmi wiarygodnie nawet w twoich utalentowanych ustach.
Uśmiechnął się ironicznie, zupełnie nieprzejęty jej wypowiedzią.
- Są utalentowane, prawda? - Uniósł brew, obserwując z rosnącą satysfakcją jak Rosalie powoli i systematycznie traci panowanie nad sobą. Prychnęła, najpewniej nie chcąc po prostu kontynuować tego tematu, ale zawsze podnosiła od niego rękawicę w przeszłości, dlatego też nie było zaskoczeniem, że zrobiła to i teraz.
- W opowiadaniu kłamstw? Czy raczej powinnam powiedzieć białych kłamstw. Zawsze lubiłeś się wybielać w oczach innych. - Zmrużyła oczy. Po jej ciele zaczął spływać pot, spowodowany temperaturą pomieszczenia. Scorpius czekał aż zacznie ściągać warstwy odzieży, by nieco sobie pomóc z tym problemem.
- Nieświadomie też to robisz. Ta wersja ciebie, która prześwieca przez ten makijaż i opanowanie to prawdziwa ty. Twój mąż ją zna? Ma pojęcie kim naprawdę jesteś? Widział cię kiedyś jak malujesz w jego koszuli z papierosem w ustach, Rosalie?
- Nie unieszczęśliwia mnie, Malfoy. To podstawowa różnica. Nie musi do tego znać mnie na wylot. Ty zresztą też mnie nie znasz. - Powoli podniosła się z krzesła. - Przyślę tu Logana, nie powinnam się angażować osobiście w tą sprawę. A jeśli chodzi o nas - zawahała się, ale gdy oparła dłonie o stół, zdawała się pewna swoich słów, chociaż mocno rozemocjonowana, - to wszystko już dawno się skończyło. Nie było możliwości, abyśmy przetrwali niechęć innych i naszą własną. Bo przecież nigdy się nie lubiliśmy, prawda? Nie miałeś do mnie sympatii nawet za złamanego knuta, a mimo to sądzisz, że mnie kochałeś. Za co?
Wyszeptała ostatnie zdanie, ale usłyszał je bardzo wyraźnie, bo zadawał je sobie wiele razy. Nie patrzyła mu w oczy. Co najmniej dekada, gdy uczyła się panowania nad swoimi emocjami i wypracowywała pewność siebie, na nic się jej teraz zdała. Zranił ją kiedyś zbyt mocno, aby mogło się to teraz po postu zagoić, zabliźnić i zniknąć gdzieś pomiędzy innymi obrażeniami i doświadczeniami.
- Muszę jechać na rodzinne spotkanie. Powinnaś do mnie dołączyć, omówimy po tym interesy - zauważył w końcu wypranym tonem, starając się za wszelką cenę złapać jej wzrok.
- Rodzinny obiad w twoim domu to ostatnie, na co mam dzisiaj ochotę - odpowiedziała niemalże od razu, marszcząc nieco brwi z pobłażaniem. Scorpius uśmiechnął się ironicznie.
- Szczęśliwie się stało, bo ja również.