Shenae - Liam
Data: 12 listopada 2022 r., sobota; Miejsce: Posiadłość rodziny Drake Postaci: Liam Holway & Shenae D’Angelo
Liam Holway:
Jego towarzyszka, Jakkolwiek-Jej-Było-Na-Imię Panna-Jestem-Taka-Ładna, zniknęła w tłumie po pięciu minutach, gdy do jej puściutkiej główki dotarło, że nie jest nią zainteresowany. Przyszedł z nią dla niepoznaki, aby ojciec She nie wyczuł w nim nic podejrzanego. Liam nie mógł jednak poradzić nic na to, że cały wieczór nie odrywał od jego córki wzroku. Była zachwycająca. Nie wiedział kto namówił ją na włożenie długiej sukni na ramiączkach, która otulała jej idealną sylwetkę. Była jego dziewczyną, nawet jeśli była zaręczona i jakkolwiek nie było to niemoralne, nie miał zamiaru z niej rezygnować. Znał Aleca z widzenia, ale wiedział, że chłopak niekoniecznie cieszy się z perspektywy małżeństwa z D’Angelo. Skakali sobie do gardeł i gdyby nie interwencja jego przyjaciół, skończyłoby się to o wiele gorzej, ale znacznie ciekawiej. Nie mógł nawet pić, żołądek zacisnął mu się z nerwów. Jakaś wysoka, widocznie znudzona życiem, rudowłosa istota poczęstowała go papierosem, którego przyjął chętnie. Widział ją w szkole wiele razy, ale nie wiedział kim tak naprawdę jest. Zniknęła zaraz w tłumie, mrucząc coś o facetach. Kręcił się w tą i z powrotem, starając się znaleźć okazję do porozmawiania z Shenae i w końcu na nią trafił, a było już mocno po północy. Pociągnął ją lekko za kotarę, a potem w jakiś boczny korytarz, który prawdopodobnie prowadził do pomieszczeń gospodarczych. Chwilę stał i po prostu na nią patrzył, trzymając ją lekko za dłoń, a potem jego spojrzenie nabrało ostrości. - Jeśli mam jeszcze coś do powiedzenia w tej kwestii, to nie pozwolę ci za niego wyjść. Tylko... - Przełknął, po raz pierwszy w życiu czując się naprawdę niepewnie. - Nie wiem co mogę zrobić, Shenae. Czy którekolwiek z nas może coś zrobić? Mogę zabić Walkina, ale ciężko będzie mi się tobą cieszyć, jeśli będę siedział w Azkabanie. Jego gesty nabrały czułości. Przesunął dłonią po jej odkrytych plecach, napawając się dotykiem jej skóry. Jeśli żadne z nich nic nie zrobi to mógł być ich ostatni wieczór. Każdy kolejny niósłby za sobą poczucie zdrady, nawet jeśli związek D’Angelo, ten, który zmierzał do legalizacji, był pozbawiony zaangażowania.
Shenae D’Angelo: To nie był jej najlepszy dzień. Wszystkie rozmowy jakie dzisiaj przeprowadziły, były wyraźnie wymuszone. Nie porozmawiała dzisiejszego dnia z nikim sobie bliskim. Żadna z osób, do których otworzyła usta, nie obudziła nawet namiastki jej zainteresowania. Zaciskała wargi w sztucznym uśmiechu i tylko osoby, które ją znały, mogły rozpoznać jej nieszczerość. Ojciec i tak dopilnował żeby w przeciąg tego wieczora zająć uwagę córki wieloma rozmowami z licznymi czysto krwistymi rodami, wdzięcząc się przy tym do Aleca. Tej prośby nie mogła spełnić. Stała w lekkim dystansie od niego i nie przyznałaby tego głośno, ale jedną z najlepiej przeprowadzonych konwersacji była jej rozmowa ze Scorpiusem, okraszona toną ukrywanego sarkazmu. Przy ludziach trzeba było zachować pozę. Odetchnęła z ulgą, kiedy poczuła, jak ktoś szarpie ją za dłoń i znika z nią za kotarą, korzystając z krótkiej nieobecności Walkina. Nie musiała patrzeć w górę, krzyżując wzrok z Holwayem, żeby od razu rozpoznać delikwenta. Poznała uścisk jego dłoni. Specyficzny, dotykał ją w ten sposób niezliczoną ilość razy, co pozwoliło jej od razu rozszyfrować swojego pozornego agresora. Wspinała się na palce żeby się z nim przywitać i jej usta znalazły się już na poziomie jego własnych, ale dopiero wtedy dostrzegła przenikliwość jego spojrzenia. Opadła w dół, najpierw słuchając, co chciał jej powiedzieć. Postanowiła początkowo zignorować pozornie bardzo ważne słowa, pozwalając sobie na odrobinę kpiny na wstępie. — Myślałam, że już nigdy nie wpadniesz na to, żeby mnie stamtąd uwolnić. Zarzuciła ręce na jego szyję, patrząc na niego krytycznie. — Nie, zabijanie Walkina zostaw mi. Na to musi być jakieś inne rozwiązanie — zamilkła na chwilę, taksując go wzrokiem. Po momencie spytała głośno, z lekkim przekąsem — Lepiej mi powiedz jak twoja partnerka, Holway? W gruncie rzeczy za maską sarkazmu próbowała ukryć własne zażenowanie i bezsilność. Liam Holway:
Obserwował z nieukrywaną satysfakcją jak się przy nim rozluźnia. Objął ją, przyciągając do siebie i poczuł, że ją traci, jakby coś fizycznie ich rozdzielało. Wiedział nawet co, a raczej kto: ojciec Shenae. Jednak Liam nie posunąłby się do sugerowania jej, żeby posłała swojego ojca w najciemniejsze miejsce na Ziemi, to musiała być wyłącznie jej decyzja, której nie mógł jej w żadnym wypadku narzucić, aby później go za nią nie obwiniała. Czuł się naprawdę mocno bezsilny. Zaśmiał się gorzko, nieco chłodno, ale, objął ją ciasno w talii, dotykając jej ust swoimi, nie całując jej jednak. Przymknął oczy. - Przyszedłem tutaj tylko dla ciebie, więc w końcu musiałem cię uwolnić. Nie mam zamiaru oglądać Aleca, nawet, jeśli wygląda najpiękniej na świecie, w garniturze, który prawdopodobnie kosztuje więcej, niż lobotomia, którą jego rodzice musieli na nim przeprowadzić. - Prychnął z niechęcią. Nic nie miał do tego chłopaka, wiedział, że Alec jest miły, zdolny, jeśli chce, ale stał mu po prostu na przeszkodzie. Czuł oddech Sheane na swojej skórze. - Nie darowałbym sobie, gdybym odebrał ci przyjemność pozbycia się Walkina i jego głupoty - rzucił, na chwilę rozbawiony, ale od razu spoważniał, słysząc dalszą część jej wypowiedzi. - To chyba jest poza granicami mojej siły sprawczej, Shenae. Odsunął się nieco, tylko po to, aby móc spojrzeć z uwagą na jej szczupłą, ściągniętą w zdenerwowaniu twarz. przeciągnął dłonią po jej policzku i pocałował ją wolno, z rozmysłem, bardzo delikatnie, aby nie poczuła całego smutku i goryczy, jakie go wypełniały. - Mam nadzieję, że pójdzie się chwalić swoją czystą krwią komuś innemu. Całą drogę tutaj wysłuchiwałem jej życiorysu i zabierałem jej ręce spod mojej marynarki. - Starał się, żeby zabrzmiało to jak anegdota, ale raczej niezbyt mu to wyszło. Pocałował ją łagodnie w czoło, wdychając jej zapach. - Uszanuję każdą twoją decyzję, Shenae, będę cię wspierać niezależnie od tego czy wyjdziesz za tego kretyna, czy nie, wiesz o tym prawda? Nawet, jeśli to by znaczyło, że będziemy musieli to dzisiaj skończyć i dla własnej wygody nigdy więcej się nie widzieć - wyszeptał, przekrzywiając nieco głowę, aby móc mówić wprost do jej ucha.
Shenae D’Angelo:
Był jedynym facetem, który mógł sobie pozwolić na takie odruchy w jej towarzystwie i nie dostał za to w twarz. Przyległa do niego swoim ciałem, zadzierając głowę do góry, żeby na niego patrzeć. Przymknęła na moment oczy, czując jego wargi na swoich, ale był to gest pozbawiony głębszej pieszczoty. Bardziej czuły, nawiązujący z nią kontakt. Udało mu się. Skupił całą jej uwagę. Uchyliła powieki uśmiechając się pokrzepiająco, dla siebie i dla niego. — Nie zwróciłam uwagi na to, jak wygląda Walkin w garniturze, ale ty zdajesz się podejrzanie bardzo dużo o tym wiedzieć — mruknęła zgryźliwie, otrzepując jego marynarkę z niewidocznego pyłu, kładąc dłoń na jego piersi, dokładnie na sercu, zanim przechyliła głowę na bok, wpatrując się w jego tęczówki z czymś na kształt satysfakcji. Obecność Liama na nią tak działała. Był jedyną osobą, która mogła jej dzisiaj poprawić nastrój. Chociaż nie mówiła tego nigdy głośno, znaczył dla niej więcej niż chyba nawet sam się tego spodziewał. Zakładał, że skoro nie czuła do niego takiej samej miłości, nie obdarowywała go nią wcale. Mylił się. Kochała go trochę inaczej, ale w końcu przecież dopiero uczył ją kochania. Co było iście ironiczne, skoro była pierwszą dziewczyną, którą obdarzył tym uczuciem. — Szczęśliwie masz mnie. To, czego nie sięga moja siła sprawcza nie istnieje. Uśmiechnęła się do niego cwanie, w rzeczywistości chowając za tym gestem swoje prawdziwe emocje. Dlatego właśnie była mu wdzięczna za każdy jego ruch. Smagnięcie dłoni, muśnięcie warg. Uspokajał ją. Nie wiedział nawet jaką miał w sobie siłę, skoro mu się to udawało. Wpatrywała się w te oczy, widząc w nich trochę więcej emocji, niż Liam chciał pokazać. Mimo wszystko, widziała napięte mięśnie na jego twarzy, nieważne jak bardzo próbował się kontrolować. — A co jest takiego złego w rękach pod twoją marynarką, Liamie? — mruknęła w próbie rozładowania napięcia, wsuwając dłoń pod jego wierzchnią odzież, kładąc ją dokładnie tak, jak wcześniej, na jego lewej piersi. Zacisnęła na niej lekko palce, opierając czoło na jego barku. — Jesteś idiotą, Liamie Holway — niemalże warknęła, chwytając jego wolną dłoń i pociągnęła go za sobą, przez korytarzyk, którym tu weszli, w kierunku kotary, ciągnąc go za sobą na środek sali bankietowej — Jest tylko jedna rzecz, którą należy tu skończyć. Jeszcze nie wiedziała jak wytłumaczy dziesiątkom ludzi dlaczego idzie przez salę z dłonią splecioną z dłonią Holwaya i mocno zaciśniętą na jego palcach, ani co odpowie, kiedy spytają ją dlaczego to nie Alec i czy czasem nie jest to pół-krwi czarodziej. Ale czy naprawdę można było na to przygotować jakąś odpowiedź? Liam Holway:
Wiedział, że właśnie tego mu zawsze nieświadomie brakowało: pewnego rodzaju bliskości i intymności, czegoś, co sprawiało, że nawet najdrobniejszy dotyk był wyjątkowy, przesycony potrzebą bycia z kimś. Shenae mu to dawała, prawdopodobnie nawet nieświadomie. Nigdy by się nie spodziewał, że ta wybuchowa dziewczyna, z którą mijał się kilka lat na szkolnym korytarzu i w drodze do sypialni, stanie mu się tak bliska. - Moja partnerka rozmawiała z nim, kiedy tu przyszliśmy - wytłumaczył tę niezwykłą zależność, gładząc ją palcami po odkrytym ramieniu. Było coś bardzo osobistego w tym geście, kiedy dotknęła jego klatki piersiowej przez koszulę. Coś, co sprawiało, że całe jego ciało budziło się do życia. Był pewien, że gdyby teraz byli w innej sytuacji, pozbawiłby ją krępujących ją ubrań, zwłaszcza, że nie wątpił, by w tak eleganckim budynku brakowało wolnych pokoi. Ale nie mógł. Dlatego poprawił ramiączko jej sukienki, spoglądając jej w oczy, wystarczająco wcześnie, aby zobaczyć zmianę w jej spojrzeniu, której nie potrafił nazwać. Nieświadomie zmarszczył lekko brwi. Zaśmiał się lekko, nawet, jeśli jej ton był wymuszony, to osiągnął pożądany efekt. - Zapamiętam to na przyszłość, Shenae. Ale wiedziałem to, odkąd wpadliśmy na siebie w Pokoju Wspólnym - rzucił nieco poważniejszym tonem, uśmiechając się lekko kącikami ust. Nie musiał się starać rozluźniać, jej obecność, pomimo świadomości, że to może być ich ostatni wspólny wieczór, nawet, jeśli to była chwila wyrwana z jej bankietowego harmonogramu, sprawiała, że czuł się lepiej, jakby był dokładnie tam, gdzie powinien. Pocałował ją w czubek głowy długim, bardzo czułym gestem, gdy położyła mu głowę na ramieniu. - W twoim dotyku nie ma nic złego - stwierdził oczywiste, patrząc ponad nią na ekstrawagancki, pełen przepychu wystrój korytarza, w którym się znajdowali. Dopiero teraz w zasadzie zwrócił uwagę na to, gdzie są. Zabawne, że zwykle zauważał takie rzeczy o wiele wcześniej. Teraz D’Angelo bez trudu absorbowała wszystkie jego myśli, ciężko stwierdzić czy do końca nieświadomie. Spojrzał na nią spod przymrużonych oczu, kiedy nagle, bez żadnego ostrzeżenia, ich rozmowa przybrała zupełnie inny tor. Nie zdążył nawet zripostować tego, że w zasadzie go obraziła, bo wyciągnęła go na środek sali, trzymając go za rękę i idąc pewnie przed siebie. Splótł mocno jej palce ze swoimi i nachylił się nieco, aby dobrze go słyszała. - Jesteś pewna tego, co właśnie robisz, kochanie? Nigdy wcześniej nie użył wobec niej tego słowa. Mówił je swoim partnerkom, które reagowały na nie przesadną emocjonalnością, ale dopiero teraz, w stosunku do Shenae nabrało właściwego wydźwięku, bo dopiero teraz naprawdę miał to na myśli.
Shenae D’Angelo:
Ciężko powiedzieć czy Shenae krępowały jej ubrania w tym samym stopniu, jak Liamowi wydawała się niewygodna myśl o tym, ze w ogóle je na siebie przywdziewała. Nie można było jednak jej w ty momencie odmówić atrakcyjności. Długa suknia, z subtelnymi ramiączkami i odsłoniętymi plecami w kolorze habrowym na mało kim wyglądałaby tak dobrze jak na niej, podkreślając błękit jej oczu i atramentowe włosy, nieregularnie opadające jej na jedno ramię, odsłaniające z jednej strony jej szczupłą szyję. Uśmiechnęła się do niego kątem ust. W gruncie rzeczy nie obchodziło ją co takiego przykuło jego spojrzenie w Alecu. Zerknęła na palce swojego chłopaka delikatnie muskające jej ramię. Nie potrafiła sobie nawet wyobrazić żeby to dłoń Aleksandra Walkina mogła drażnić ją w ten sposób. Na samą myśl doznała nieprzyjemnego dreszczu, zniwelowanego szczęśliwie przez smagnięcie jego ust na jej włosach. Przymknęła na chwilę oczy, analizując tą pozycję. To był impuls. Nie potrafiła zrozumieć dlaczego ten czuły gest wywołał w niej tą nagłą falę buntu, która rozgrzała ją od środka. Była pewna, że nie chce brać udział w farsie dzisiejszego wieczoru i że były to ostatnie godziny, w których można było coś zdziałać, zanim wszyscy rozejdą się po domach i oficjalnym stanie się zalegalizowanie zaaranżowanego związku dwójki nienawidzących się ludzi. Mogło być coś gorszego? Świadomość, że nieważne co się działo, Liam, godził się na to wszystko. Czyżby stracił wiarę w zaciętość pewnej bardzo irytującej swojego czasu, zawziętej krukonki? — Absolutnie… nie. Nie wiedziała co robi. Idąc przez środek sali nie miała tak naprawdę żadnego planu. Prócz jednego, znaleźć ojca. Tak szalona może jednak nie była, bo kiedy dostrzegła jego nienawistny wzrok z końca sali, zdecydowała, że spacer przez całą salę bankietową ze swoim chłopakiem za rękę, jest dość wymowne, żeby Drake zrozumiał przekaz i jednocześnie może nie tak szybko wyrzucił ją z domu. Znalazła natomiast inne rozwiązanie. Spojrzała na Holwaya, dość porozumiewawczo, zanim podbródkiem wskazała scenę, na której grała magiczna orkiestra. Wcisnęła się pomiędzy nich, a udało jej się kompletnie ich odgonić dopiero po krótkim warknięciu. — Na Merlina, z drogi. Idźcie sobie zrobić przerwę. Wyciągnęła swoją różdżkę, wzmacniając swój głos prostym zaklęciem. — Dobry wieczór wszystkim i jednocześnie dobranoc. Chciałam podziękować za przybycie, ale dłuższa państwa obecność będzie niewskazana. Ślub się nie odbędzie. Proszę nie tłoczyć się przy wyjściu, jest jeszcze wiele wykwintnych przekąsek, które można zgarnąć przed opuszczeniem sali. Szkoda żeby się zmarnowały. Panie Scamander, widziałam że posmakowały panu płonące pierożki. Proszę się nie krępować i niech pan pozdrowi Lysandra. Aleksander…? Oh, Walkin, widzę Cię. Dzięki za przybycie, ale myślę, że prędzej niż przed ołtarzem, chętniej spotkamy się na boisku. Specjalnie użyła jego pełnego imienia dobrze wiedząc, jak bardzo go nie lubił i uśmiechnęła się do niego słodko. — Dziękuję za uwagę. Schodząc ze sceny naprawdę byłaby Liamowi wdzięczna, gdyby choć raz założył, ze była jedną z tych wątłych panienek, które potrzebowały jego silnego ramienia. W gruncie rzeczy miała wrażenie, że przegięła. Nie dlatego, ze patrzyły na nią dziesiątki twarzy z różnymi wyrazami min. Dlatego, że patrzył jeden Logan Drake, zupełnie beznamiętnie, zanim opuścił pomieszczenie, jak zawsze z pogardą do własnej córki. Odetchnęła, patrząc na oddalające się jego plecy, nieświadomie zaciskając usta w wąską linię.
Liam Holway:
Gdyby zauważał drobiazgi, jak większość kobiet, dostrzegłby wiele subtelnych akcentów w stroju Shenae, które sprawiały, że była zachwycająca, a raczej bardziej zachwycająca, niż zazwyczaj. Niestety, nie widział ich, bo nie potrzebował. Dla niego była zachwycająca w stroju do Quidditcha, wracając z boiska, pokryta brudem i potem; w zwykłych jeansach i koszulce, siedząc nad książkami i teraz, w niebieskiej (był facetem, więc chaber, szafir i błękit królewski były dokładnie tym samym kolorem) sukni, promieniująca zranioną dumą, rozgoryczeniem i tym rodzajem aury, który sprawiał, że zawsze chciał przycisnąć ją do ściany i sobie podporządkować. Była pierwszą, która tego nie robiła dobrowolnie. Jednak najbardziej zachwycająca była tego dnia, gdy po raz pierwszy spała w jego ramionach, obnażona i pozornie w każdym aspekcie bezbronna wobec niego. To był pierwszy raz, kiedy mu zależało na tym, aby jego partnerka czuła się bezpiecznie. Teraz najwyraźniej się tak nie czuła. Była napięta i miał wrażenie, że gdyby dać jej pałkę i wpuścić do pomieszczenia tłuczka, odbiłaby go prosto w Walkina albo swojego ojca i nie zdziwiłby się, gdyby rykoszetem trafiła też Malfoy’a. Czuł, że powinien ją zatrzymać. Był chłodno myślącym racjonalistą, wiedział prawdopodobnie lepiej od działającej pod wpływem gwałtownych emocji Shenae, do czego doprowadzi sprzeciwienie się tej farsie. Ale nie była jego własnością, nie mógł podejmować decyzji za nią, ani wstrzymywać jej, jeśli już ją podjęła. To było jej zadanie, a gdy spadną na nią konsekwencje, wiedział, że będzie potrzebować jego wsparcia, nawet, jeśli nie tylko nigdy o nie nie poprosi, ale też będzie upierać się, że jego pomoc jest zbędna. Stał tuż przy scenie, obserwując profil Shenae, kiedy wyrzucała z siebie miłe, jak na okoliczności, pożegnanie, a mimo że nie patrzył na gości, wiedział, że oni patrzą wprost na niego. Wiedzieli oczywiście, ze dla niego Shenae zostawia swoją rodzinę i przyszłość skąpaną w świetle czystokrwistego nazwiska. Złapał mimowolnie chłodne, obojętne spojrzenie jej ojca, który patrzył na niego z mieszanką, która wzbudziła w Liamie mdłości. Złapał D’Angelo za rękę, kiedy zeszła ze sceny i spojrzał jej prosto w oczy. - Pozwól, że cię stąd zabiorę - wyszeptał cicho, mając nadzieję, że głos nie zdradza targających nim emocji i uczuć. Objął ją mocno w talii i deportował się z bankietu, na którym pozostali w osłupieniu goście, prawdopodobnie otrząsnęli się w szoku i dotarła do nich głębia skandalu, jaki Shenae wywołała.












