"Bad Boy" - recenzja
A zatem, przyszedł ten wielki dzień. Po pół roku czekania dostaliśmy wreszcie upragniony rozdział o Levim. I choć od trzydziestego kwietnia do trzeciego maja praktycznie ŻYŁAM tematem, rzucając się na każdą nową opublikowaną stronę jak tytany na ludzkie mięso, to gdy całość nareszcie wyciekła, została przetłumaczona i przyszedł czas na podzielenie się wrażeniami…
Byłam w kropce.
No bo, z jednej strony nie chciałam wyjść na marudę, która tylko narzeka zamiast DOCENIĆ, że dostaliśmy COKOLWIEK, gdy mogliśmy dostać NIC.
Ale z drugiej strony… jednak troszeczkę się zawiodłam.
Ale po kolei. Najpierw seria pochwał, potem żalenie się.
Zaczynając od tego, co widać na pierwszy rzut oka – kreska. Jest fantastyczna! Przyznaję, że tęskniłam za stylem Isayamy. Autor AoT od zawsze miał talent do pokazywania zarówno brutalnych scen, jak i tych bardziej „statycznych”, emocjonalnych – jak chwytające za serduszko parzenie herbaty, pojawiające się w ostatnich stronach „Bad Boya”. Jedno spojrzenie w oczy młodziutkiego Leviego i byłam kupiona! Podobało mi się, że żałoba po mamie z początku była pokazywana w sposób umiarkowany, a przerodziła się w prawdziwą rozpacz dopiero wtedy, gdy osierocony chłopiec niechcący stłukł filiżankę.
Świetnie się też bawiłam w złowieszczo-zabawnym momencie historii, gdy Levi zbliżył się do faceta w okularach z fragmentem czyjejś szczęki, a pierwszy etap szoku został wyrażony poprzez upuszczenie papierosa. No, cudo! Podobnie jak późniejsza scena, gdzie gościu wyjeżdża do Leviego z tekstem na zasadzie: „widzę, że z ciebie mały zabijaka i jestem absolutnie zesrany ze strachu, ale podejmę jeszcze jedną żałosną próbę przekonania cię, żebyś mnie jednak nie masakrował”. A Levi reaguje na to wszystko zwięzłymi odpowiedziami, aż wreszcie traci cierpliwość i daje dupkowi do zrozumienia: „tak ze mną pogrywasz, frajerze? Walić to, ciebie też zapierd*lę!” Cudo, cudo, jeszcze raz cudo!
Jestem oczarowana tą króciutką historią i już się nie mogę doczekać się adaptacji w formie anime - mam cichą nadzieję, że możemy na to liczyć. A jednocześnie staram się nie mieć żadnych oczekiwań, bo ostatnio przekonałam się, że to może odbić się czkawką.
No właśnie. Skoro już o tym mowa…
Trzeba w tym momencie wspomnieć, że nietypowy sposób chwytania przez Leviego filiżanki to coś, czym fandom interesuje się już od bardzo, baaaaardzo dawna i zdążył „przemielić” to przez sporą ilość fanartów, fanfików i amatorskich komiksów. Nie szukając daleko, podobny wątek pojawia się zarówno u mnie jak i u bardzo utalentowanej Susumemy – co więcej, u nas obu występują różne podobieństwa z oficjalną wersją Isayamy, co jest jednocześnie cudowne i ciut przerażające. I gdy o tym myślę, nasuwa mi się wniosek, że autor AoT bardzo dużo zyskał, wybierając sobie taki a nie inny temat…
Ale też sporo stracił, no bo umówmy się – gdy coś już było analizowane i przedstawiane, i to przez tak długi czas, to niestety staje się… No właśnie. Nie chcę używać słowa „nudne”, bo to OSTATNI przymiotnik, jakim opisałabym zarąbiste wydarzenia z „Bad Boya”. Ale problem w tym, że gdy zapomnimy o szczegółach i skupimy się na samym temacie, to okaże się, że nie dostaliśmy praktycznie NIC nowego!
„Levi próbował odzyskać filiżanki po mamie, nie chcieli mu oddać po dobroci, no to sprał ich, a potem złamało mu się uszko”.
To tyle. To cała fabuła tych osiemnastu stron. Przy czym, jest to fantastyczna fabuła, osobiście nie miałabym do niej ŻADNYCH zastrzeżeń…
Gdyby nie fakt, że jednak obiecywano mi coś innego.
W tej chwili już sama nie wiem, czy to wina fałszywych przecieków, nieprawdziwych informacji, czy też jakichś internetowych ploteczek… ale mogłabym przysiąc, że gdy te pół roku wcześniej dowiedzieliśmy się o „Bad Boyu”, to oficjalna zapowiedź mówiła o „zagłębieniu się w relacje Leviego z mamą oraz z Kennym”.
To NA TO czekałam przez ten cały czas, na to miałam największą chrapkę, bo nie można tego nigdzie znaleźć! Nawet na angielskim Ao3, gdzie powinno być absolutnie wszystko, naprawdę ciężko jest wyłowić coś dobrego i solidnego, co kręciłoby się wokół Leviego i Kuchel albo Leviego i Kenny’ego, bez shipu z kimkolwiek (wiecie, że uwielbiam Eruri, ale czasem chciałoby się poczytać o czymś innym). To jest ta luka w fabule, której Isayama nigdy nie zapełnił – nigdy nie powiedział nam, dlaczego mama Leviego wylądowała w Podziemiu i dlaczego zdecydowała się zostać prostytutką. Nie zostało wytłumaczone, dlaczego ona i ojciec Mikasy byli akurat tymi Ackermanami, którzy nie przebudzili swoich mocy i nie wzbudzali szacunku „na dzielni” (można sobie gdybać, że nie mieli Hostów, ale to tylko gdybanie). Nie dowiedzieliśmy się, co porabiali Levi i Kenny, gdy akurat nie utrzymywali „przyjaznych stosunków” z sąsiadami. Który z nich gotował? Jak Levi radził sobie z niechlujstwem Kenny’ego i jak często wybuchały z tego powodu kłótnie?
Właśnie na takie sceny liczyłam w „Bad Boyu”. Albo ogólnie na jakiekolwiek sceny z udziałem Kenny’ego i Kuchel.
Tymczasem Isayama postanowił pójść po najmniejszych linii oporu i po prostu uczynił z headcanonu… kanon. Choć w sumie już sama nie wiem, czy przypadkiem nie wspomniał o uszku od filiżanki w jakimś wywiadzie i nie uczynił tej sytuacji kanonem znacznie wcześniej. Mam w głowie taki natłok informacji, że nie mam pewności.
W ogóle to, dlaczego ten nowy rozdział został zatytułowany „Bad Boyem”? W sensie, że Levi był „niegrzecznym chłopcem”, bo wolał zamordować paru kolesi zamiast grzecznie z nimi pójść i zostać dziecięcą prostytutką? Rozmyślam nad tą kwestią do dziś i nie znajduję odpowiedzi.
Podobnie jak nie potrafię zrozumieć czegoś, co uważam za kolejny wielki zarzut do nowego rozdziału – a mianowicie tego, jak został wypuszczony na rynek.
Staram się nie robić z siebie Wielkiej Świętej i nie krzyczeć, że każdy, kto czyta mangę w Internecie, powinien wylądować w żołądku tytana – zdaję sobie sprawę, że niektóre portfele mają „ograniczoną zawartość” i całkowicie rozumiem, że ktoś może chcieć najpierw coś obczaić, a dopiero potem wydać na to pieniądze. Już nie wspominając o tym, że gdyby nie pewne Grupy Internetowych Tłumaczy, to pewne treści z zagranicy byłyby dla nas niedostępne – albo przez długi czas, albo w ogóle. Tak czy siak, staram się nikogo nie oceniać. Przynajmniej nie jakoś bardzo surowo.
A jednocześnie bardzo mocno namawiam – i siebie i ludzi – do tego, by jednak kupować różne rzeczy na legalu, jeśli nas na to stać. Zwłaszcza jeśli uwielbiamy autora i chcemy, by miał motywację do tworzenia dla nas większej ilości treści.
I właśnie dlatego tak cholernie wkurzają mnie okoliczności, w jakich „Bad Boy” zadebiutował na Rynku.
Wierzcie lub nie, ale bardzo chciałam go kupić. Tego typu manga, napisana prostym językiem, wręcz idealnie nadaje się dla mnie jako narzędzie do szlifowania japońskiego, którego intensywnie uczę się od kilku lat. A poza tym, po prostu chciałam ją mieć. Jednak to marzenie rozpadło się jak ideały Erena, gdy okazało się, że manga dostępna jest tylko i wyłącznie w zestawie, który wystawiono za zaporową cenę PIĘCIUSET ZŁOTYCH! (cena w przybliżeniu, bo nie znam aktualnego kursu).
Pięćset. Rozumiecie to? Nie sto, nie dwieście. Pięć-set!
Kiedyś przebolałam sto dwadzieścia złotych za Artbook Yuri on Ice – portfel ucierpiał, ale cena była adekwatna do jakości. Zresztą, po dwóch latach przeszła mi faza na Jurków i odsprzedałam Artbooka, więc wyszłam prawie na zero. I ja zadowolona i nowy właściciel zadowolony.
I ja wiem, że w przypadku „Bad Boya” też za jakiś czas tak będzie. Ludzie będą to odsprzedawać tak jak „Bez żalu” i nie trzeba będzie brać kredytu, by mieć to na półce.
Tylko że wtedy nastroje będą zupełnie inne niż na początku maja, gdy Internet praktycznie tym żył i na każdym tumblerowym fanpejdżu AoT można było wymienić się wrażeniami.
Mimo to, zamiast wypuścić „Bad Boya” jako osobny twór i zapowiedzieć anglojęzyczną premierę (choćby z późniejszą datą, ale oficjalnie), ktoś wpadł na genialny pomysł, by sprzedawać to w zestawie z trzema innymi fantami. I o ile Artbook jeszcze brzmi całkiem kusząco, to na czarnym szaliku Mikasy (dlaczego czarnym?) mogłabym chyba tylko się powiesić, a klucz Erena wsadzić sobie w d*pę! Właśnie te dwa ostatnie bonusy sprawiają, że cena jest taka a nie inna. Właśnie dlatego legalne zdobycie „Bad Boya” było możliwe tylko dla ultrafanów z bardzo grubymi portfelami, a zwykli śmiertelnicy musieli szukać po internetach.
Co jest diabelnie przykre, bo nie wróży dobrze legalnej sprzedaży. Ani Isayamie.
Naprawdę zależy mi, by zarabiał jak najwięcej, bo to się może przełożyć na jego chęć stworzenia dla nas większej ilości kontentu – tylko jak, u licha, mam dać mu zarobić, jeżeli stawia się dla mnie MUR o wielkości pięciuset k**wa złotych?
Mając to wszystko na uwadze, moja ocena „Bad Boya” jest następująca:
Kreska – 9/10
Fabuła – 8/10
Temat – 7/10
Tytuł – 6/10 (bo nie wiem, z czego on wynika)
Humor – 9/10
Spełnienie moich oczekiwań – 6/10
Ewentualna możliwość zdobycia kopii mangi – 0/10 plus kopniak między jaja od Leviego dla osoby, która postanowiła zrobić to w taki, a nie inny sposób.
Was też zapraszam do podzielenia się wrażeniami, zwłaszcza jeśli są różne od moich, bo wtedy będzie weselej ;)









