Sztosy ‘15 / #5 - #1
#5
Drake - If you reading this it’s too late
Drizzy mistrz - poleciał niezapowiedzianym mikstejpem i sprzedał go ponad pół bańki w pierwszym tygodniu. Dodajmy, że w tym roku pojawił się też całkiem niezły tejp z Future i wesoło banglała jedna z piosenek roku: Hotline bling. A to już singiel z nachodzącego Views from the 6. No i jeszcze, gdzieś przy okazji, nastąpiło spektakularne zaoranie Meek Milla, a Back 2 back zostało pierwszym dissem nominowanym do Grammy. Także tak wygląda dla Drake’a rok bez płyty. Pętliłem ten album długo, bo bity są ascetyczne, ale tłuste, a nawijka - choć oczywiście czasami w konwencji freestyle, jak to na taśmach - daje dużo świetnych hooków, parę srogich panczy i trochę emoszowatego lukru. Jak to Drake. Ma typ dotyk Midasa, bez dwóch zdań.
#4
J. Cole - 2014 Forest Hills Drive
Kolejny niezapowiedziany album, kolejnego majstra. Wchodzi do topki, mimo daty wydania w 2014 roku, ale płyty z grudnia tak się chyba przyjęło traktować. Arcydzieło. W ogóle w tym moim top 5 kolejność nie ma już większego znaczenia. To są same sztosy. Dla mnie Cole jest ogniwem łączącym ambitny, zaangażowany rap Kendricka i popowy sznyt Drake’a. Na 2014... nie ma ewidentnych przebojów, ale też nic nie jest tam na tyle pokombinowane żeby traciło na słuchalności. Mariaż samplowanych bitów z nowocześniejszą elektroniką i świetne historie Jermaine’a; o jego dzieciństwie, dorastaniu, wchodzeniu w dorosłość. Płyta ekstrawertyczna, ale w niewywołujący zażenowania sposób. Kompletna również pod względem technicznym. Długo jeszcze mi się nie znudzi.
#3
The Weeknd - Beauty Behind the Madness
To w teorii nie jest debiut Abla, bo w 2013 roku wydał dla majorsa Kiss Land, ale w rzeczywistości tak chyba należałoby tę płytę traktować. Po kultowej Trylogii i naturalnym rozwinięciu tych downtempowych, kodeinowych, smutnych i dusznych kompozycji na Kiss Land, teraz nastąpiła wizerunkowa i muzyczna rewolucja: Abel Tesfaye przemówił w mediach, nagrał piosenkę do gównianego, ale ultrapopularnego filmu i wydał płytę z przebojami. I to nawet z jednym wielkim przebojem. W dodatku szybkim. To już nigdy nie będzie ten sam naćpany półpatol z przedmieść Toronto, to fakt. Teraz idzie na top i ma szanse zostać tam na dłużej. Chyba jednak warto dać go światu i cieszę się, że podjął decyzję o zostaniu supergwiazdą. Należy mu się. Na tym krążku są słabsze momenty, ale to pop najwyższej próby i takiego właśnie popu życzyłbym sobie w radiach i telewizorach.
#2
Tribulation - The Children of the Night
Jedyna sierść w ścisłej piątce. Tak się jakoś złożyło. Za to jaka! Szwedzi wcześniej grający dość melodyjną mieszankę black/deathu, ale jednak taką z blastami i całym metalowym sztafażem, tym razem zwolnili i nagrali 10 piosenek, z których każda po zmianie aranżu mogłaby lecieć w RMF FM. Jest tu dużo gotyckiej otoczki, zawsze wywołującej u mnie ciarki żenady, jednak nie tym razem. Łykam to jako całość. Z pomalowanymi oczami, romantycznymi ciuchami, mrocznymi tekstami i black’n’rollową muzyką. Całym tym grajdołem na styku glam i new romantic. Songwriting jest tu naprawdę zadziwiająco przebojowy, wszystko chodzi jak powinno, gitary są świetnie napisane, solówki bezpretensjonalne. Na zimę jak znalazł.
#1
Kendrick Lamar - To Pimp a Butterfly
Mam bekę z przepychanek, że “to jest hip hop”, a tamto “nie jest hip hop”. Natomiast jeśliby potraktować poważnie argumenty na jakie się powołują amatorzy takich gównoburz to TA PŁYTA TO JEST HIP HOP. Destylat z hip hopu nawet. To Pimp... ma jakąś abstrakcyjną średnią na metacritic.com, więc nie będę kolejnym rozwodzącym się nad wieloaspektową genialnością tego albumu. Szkoda czasu. Nie jestem zapalonym diggerem czy psychofanem rapu, jakimś scenowym geekiem, ale to jest jedna z najlepszych płyt z tym gatunkiem jakie słyszałem w życiu. Jestem absolutnie przekonany, że przejdzie do historii muzyki, a wizuale jej towarzyszące staną się kultowymi klipami. Jeśli król musi być jeden, to w zeszłym roku królem był Kendrick.










