“Lisa”
Teatr: Teatr Powszechny m. Zygmunta Hübnera
reżyseria: Wiktor Rubin
Wiadomo nie od dziś, że jestem oddanym widzem Rubin Cinematic Universe i lecę jak mysz do sera, gdy na horyzoncie pojawi się kolejny spektakl duetu Janiczak/Rubin. Nie ukrywam też, że bardziej od samej formy spektakli Rubina interesuje mnie to, jak wybrzmiewają na scenie teksty Joli Janiczak, bo od lat odnajduję w nich jakieś takie niepokojące i niewygodne chropowatości i spojrzenie na los bohaterów i bohaterek tych tekstów nie tylko od strony skupionej na opowiedzeniu historii, ale także na zdiagnozowaniu dlaczego ta historia miała miejsce, czemu do niej doszło i z jakimi mechanizmami społecznymi dana sytuacja może się wiązać. Ich ostatni oglądany przeze mnie spektakl – „Potok. Ćwiczenia ze wspólnoty” w Kielcach był bardzo nieprzyjemny, podobał mi się ale, miałem też poczucie unurzania się w historii tak mrocznej, że najzwyczajniej było mi duszno. Nie wydawało mi się, że można jeszcze bardziej przytłoczyć widza, ale najwyraźniej Janiczak powiedziała „potrzymaj mi piwo” i zaprezentowała fikołka kwartału pisząc „Lisę”, którą można oglądać w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Chciałbym jak zawsze o wszystkim powoli i na spokojnie, ale minął tydzień od momentu, kiedy zobaczyłem ten spektakl, a emocje nadal we mnie buzują.
Tekst oparto na realnej historii Lisy M. Montgomery, która była pierwszą od lat pięćdziesiątych kobietą skazaną na karę śmierci w Stanach Zjednoczonych. Spytacie się: jak wpadła do celi śmierci? Ano niestety, zamordowała ciężarną kobietę, zrobiła jej niefachowe cesarskie cięcie i uciekła z dzieckiem w siną dal, póki nie złapała jej policja. Sprawa brzmi dosyć prosto, jednak jasne wystawienie osądu rozmywa się lekko, gdy okazuje się, że życie głównej bohaterki od najmłodszych lat było pełne przemocy, wykluczenia i upokorzenia. Żyła w przyczepie z samotną matką, która utrzymywała się z tańczenia na rurze; malutka Lisa na długie godziny zostawała w domu sama, przykuta do kaloryfera albo przyklejona do dziecięcego krzesełka taśmą pakową, żeby nie mogła uciec. Korzystając z obojętności i nieobecności matki, ojczym Lisy wykorzystywał ją seksualnie i zachęcał do tego samego swoich kolegów. W międzyczasie dziewczynka podrosła i wyszła za mąż za swojego przyrodniego brata, który korzystając z jej bierności i zaszczucia, również zgotował jej piekło pełne seksualnej przemocy i poniżenia. Owocem tego patologicznego związku była czwórka dzieci. Matka Lisy, nie mająca cierpliwości do tego, jak wygląda życie jej córki, do którego sama zresztą przyłożyła rękę, wymusiła na niej sterylizację, co doprowadziło Lisę do ciąży urojonej i chęci posiadania jeszcze jednego potomka. Stanowi to równię pochyłą do finału, o którym wspominałem na początku. Zarysowanie tej całej drogi nie unieważnia faktu, że morderstwo jest złe (jeśli ktokolwiek miałby jakieś wątpliwości), ale zmusza do zadania pytania: czego spodziewamy się od człowieka, którego droga jest naznaczona takim cierpieniem i przede wszystkim, czy sama Lisa jest winna swojego finału życia, czy to już może bardziej kwestia rozrastającego się raka bólu przechodzącego z matki na córkę.
Sam spektakl nie skupia się jedynie na kwestii dziedziczenia patologicznych zachowań i tego, jak istotnym staje się środowisko, w jakim się wzrasta; mocniej wybrzmiewa dla mnie kwestia społecznej obojętności względem jednostek krzywdzonych ale również to, że sprawiedliwość jest jedynie dla bogatych i uprzywilejowanych. Nikogo nie obchodził los Lisy, bo pochodziła z białej biedoty; przez całe życie była poddawana ciągłej przemocy ze strony najbliższych i nikt nie kiwnął palcem, ani sąsiedzi, ani nauczyciele w szkole, zupełnie nikt. Wiedziała, że nie ma sprawczości, jej protesty i proszenie rodziny o to, żeby wieloletnie tortury się zakończyły, nie przynosiły żadnego efektu. Nigdy nie pojawiła się policja czy też sąd i nikt nigdy nie poniósł konsekwencji za to, co jej zrobił. Jednak w chwili, gdy to ona dopuściła się czegoś podobnego, co uchodziło na sucho wszystkim dookoła niej, nagle okazało się, że sprawiedliwość istnieje i ma zamiar zatriumfować – tylko dlatego, że ofiarą była przykładna amerykańska obywatelka, hodowczyni psów. Sceniczna Lisa ściera się w tym momencie ze świadomością, że jest szansa na normalne życie, ale nie dla niej, bo dla ludzi jej kalibru nie ma przestrzeni na sprawiedliwość.
Widownia, przyjmując poczęstunek od Matki Lisy (w tej roli super Klara Bielawka), zostaje zaproszona do wspólnotowości obserwujących obywateli, którzy nie reagują. Siedzimy zajadając popcorn, czipsy i kiełbaski z grilla i obserwujemy to wszystko, co dzieje się na scenie – zupełnie jak prawdziwi ludzie będący świadkami tego, co działo się w domu rodzinnym małej Lisy i nie reagujący na nic. Ludzie chcą tylko chleba i igrzysk - i właśnie to dostali.
Inscenizacyjnie Wiktor Rubin chwyta swój znany zestaw do tworzenia spektakli i zamiast immersyjnej opowieści stwarza przestrzeń, w której konkretne elementy historii dzieją się tak, żeby można było wyciągnąć z nich destylat tego, jak straszne było życie głównej bohaterki. Nie mamy tego przeżywać linearnie; mamy jedynie chłonąć pojedyncze sekwencje składające się na jasną diagnozę sytuacji. Jest to sposób, w jaki Rubin tworzy od lat i będzie Wam to pasowało w zależności od tego, czy jesteście fanami warsztatu tego reżysera czy też nie. Dla mnie ekstra, bo traktuję zawsze spektakle tego duetu jak swoisty teatr paranaukowo-biograficzny; fantazja przeplata się tutaj z prawdą i półprawdą po to, aby zbudować obraz jednostki, ale jednocześnie wpisać ją w szerszy kontekst. Podobnie działało to w „Potoku…”, gdzie również pochylano się nad wykluczeniem ze społeczności i tym, czemu tak bardzo ludzie jako zwierzęta stadne czują potrzebę znęcania się nad jednostkami słabszymi. W „Grach wstępnych” działało to podobnie; Janiczak rozpisała historię opartą o topos romantyzowania przemocy w miłości, ale przez tą perspektywę znowu zahacza o temat umierania na oczach tłumu, w którym nikt nie reaguje, a sprawiedliwość za długo milczy. Temat wybiórczości sprawiedliwości i tego, że niektórzy nigdy jej nie doczekają, przewija się od bardzo dawna w twórczości Janiczak i jest to dla mnie naprawdę frapujące, zwłaszcza, że swoje teksty bazuje na realnych biografiach. To powoduje, że zaczynam wierzyć w to, że brak sprawiedliwości społecznej jest problemem gatunku ludzkiego i nie umiemy żyć z szacunkiem do samych siebie, a cała nienawiść do innych, którą obecnie obserwujemy na świecie, nie jest niczym nowym i świat się nie radykalizuje coraz mocniej, a jedynie my jesteśmy coraz bardziej świadomi i zaczynamy to dostrzegać.
Jednocześnie to, co proponują ze sceny twórcy wpisuje się w kontekst często wypływających na światło dzienne historii o przemocy domowej, której dopuszczają się rodzice na dzieciach. Wiele z tych opowieści mogłoby mieć finały równie tragiczne lub nawet bardziej tragiczne niż finał, który miała Montgomery.
Bardzo dobrze w „Lisie” radzą sobie aktorzy; wspominałem już wcześniej o Bielawce w roli matki. Jest to postać mocno wpisana w archetypiczną matkę z USA, przypomina Peggy Bundy po roku w rynsztoku; bliźniacza fryzura połączona z patologicznością zachowań zarysowuje postać mocno zniuansowaną. Nigdy nie wiadomo co zrobi, czasem jest pełna strachu, który posuwa ją do przemocy, a czasem z zupełnie niezrozumiałych powodów wybucha cieplejszymi emocjami do córki, jakby nagle przypominała sobie, że jest matką. Dobrze zbudowana rola.
Jednak cała uwagę w moim odczuciu kradnie Karolina Adamczyk w tytułowej roli. Zagrana na pełnym rozedrganiu, z lekkim przerysowaniem, ale miałem wrażenie, że nie przekazywała nam jedynie emocji dziecka, ale też poniekąd stawała się nim na scenie. Z perspektywy widza wydaje mi się, że to musi być wyczerpująca rola: wejść w pozycję tak upodlonej istoty ze świadomością, że jest to opowieść oparta na faktach. Poruszało mnie to, jak zbudowała emocjonalną wyklejankę Lisy, kobiety, która paradoksalnie nie miała dzieciństwa, a jednocześnie do samego końca miała pragnienia bardzo proste i dziecinne – być zwyczajnie szczęśliwa i w końcu decydować o sobie.
Co istotne, spektakl przygniótł mnie tym, jak pełen jest przemocy, ale nie bezpośredniej; wiele dzieje się poza kadrem, poza salą, czasem słyszymy tylko dźwięk, ale to wystarczy, żeby zbudować napięcie i dowyobrazić sobie co się dzieje i czego nie widzimy. Może to i dobrze, bo momentami miałem aż wrażenie, że ocieramy się tutaj o torture porn, a dodatkowo gniotła świadomość, że mówimy o losie dziecka, a potem młodej dorosłej. Rubin umie stworzyć proste sceny, które wbijają mi się w mózg, nie wiem jak to robi – z „Lisy” na pewno zamieszka we mnie moment po tym, jak ojczym i kilkoro jego kolegów wykorzystuje małą Lisę i nagle zapada na scenie ciemność; jedynymi źródłami światła są latarki przyczepione na wysokości pasa u mężczyzn, którzy omiatają widownię słupami światła z kroczy. Totalnie mnie ta sekwencja zmroziła, nie umiem wyjaśnić dlaczego, ale działa to na poziomie emocjonalnym.
Rubin i Janiczak w Powszechnym zrobili spektakl potwornie niewygodny, wycieńczający i naprawdę obrzydliwy. Jest świetny, nadal jestem fanem tego, co robią, niemniej nigdy więcej chyba nie odważę się zobaczyć „Lisy” mimo tego, jak mocno mi się podobała (o ile takie historie na scenie mają prawo się podobać). Jest to przedstawienie które - poza tym, że uderza w trakcie i oszałamia zaraz po zakończeniu - cały czas we mnie rośnie i gnije, uwalniając coraz to nowe fale nieprzyjemnych wspomnień i przemyśleń. Plus dziękuję za popsucie mi piosenki „Big Big World” Emilii. Raczej już nigdy już nie będę w stanie jej normalnie posłuchać. Czuję wstyd żyjąc w takim świecie.









