seen from United States
seen from China
seen from China

seen from China

seen from China

seen from United States
seen from United States

seen from United Kingdom

seen from Maldives

seen from China
seen from China
seen from China
seen from Russia
seen from China

seen from United Kingdom

seen from United States
seen from China

seen from Finland

seen from China

seen from Malaysia

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Co za dużo, to niezdrowo
Recenzja spektaklu “Lalka ’89. Kapitalistyczna komedia romantyczna” w reżyserii Michała Walczaka, zrealizowanego przez Teatr Rampa
Konkurs dramaturgiczny im. Tadeusza Różewicza stwierdził że kluczowym zadaniem konkursu jest nabijanie się z ludzi nadsyłających teksty, kontynuując tym samym szlachetną teatralną tradycję bycia największymi możliwymi pretensjonalnymi dupkami jak się da
tag urself
ble
sztuczne
papier
wolę seks w wielkim mieście
absolutnie niestrawny patchwork trawestacji typowych motywów
intryga rodem z Mazurskiej Nocy Kabaratowej
przeszarżowane
poziom subtelności rodem z Polskiego Zoo
całość osiada na mieliźnie sentymentalizmu
Ach, ten teatr!
Recenzja spektaklu "Proszę zejść ze sceny" w reżyserii Krzysztofa Pluskoty, granego w Teatrze Stu
“Lisa”
Teatr: Teatr Powszechny m. Zygmunta Hübnera
reżyseria: Wiktor Rubin
Wiadomo nie od dziś, że jestem oddanym widzem Rubin Cinematic Universe i lecę jak mysz do sera, gdy na horyzoncie pojawi się kolejny spektakl duetu Janiczak/Rubin. Nie ukrywam też, że bardziej od samej formy spektakli Rubina interesuje mnie to, jak wybrzmiewają na scenie teksty Joli Janiczak, bo od lat odnajduję w nich jakieś takie niepokojące i niewygodne chropowatości i spojrzenie na los bohaterów i bohaterek tych tekstów nie tylko od strony skupionej na opowiedzeniu historii, ale także na zdiagnozowaniu dlaczego ta historia miała miejsce, czemu do niej doszło i z jakimi mechanizmami społecznymi dana sytuacja może się wiązać. Ich ostatni oglądany przeze mnie spektakl – „Potok. Ćwiczenia ze wspólnoty” w Kielcach był bardzo nieprzyjemny, podobał mi się ale, miałem też poczucie unurzania się w historii tak mrocznej, że najzwyczajniej było mi duszno. Nie wydawało mi się, że można jeszcze bardziej przytłoczyć widza, ale najwyraźniej Janiczak powiedziała „potrzymaj mi piwo” i zaprezentowała fikołka kwartału pisząc „Lisę”, którą można oglądać w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Chciałbym jak zawsze o wszystkim powoli i na spokojnie, ale minął tydzień od momentu, kiedy zobaczyłem ten spektakl, a emocje nadal we mnie buzują.
Tekst oparto na realnej historii Lisy M. Montgomery, która była pierwszą od lat pięćdziesiątych kobietą skazaną na karę śmierci w Stanach Zjednoczonych. Spytacie się: jak wpadła do celi śmierci? Ano niestety, zamordowała ciężarną kobietę, zrobiła jej niefachowe cesarskie cięcie i uciekła z dzieckiem w siną dal, póki nie złapała jej policja. Sprawa brzmi dosyć prosto, jednak jasne wystawienie osądu rozmywa się lekko, gdy okazuje się, że życie głównej bohaterki od najmłodszych lat było pełne przemocy, wykluczenia i upokorzenia. Żyła w przyczepie z samotną matką, która utrzymywała się z tańczenia na rurze; malutka Lisa na długie godziny zostawała w domu sama, przykuta do kaloryfera albo przyklejona do dziecięcego krzesełka taśmą pakową, żeby nie mogła uciec. Korzystając z obojętności i nieobecności matki, ojczym Lisy wykorzystywał ją seksualnie i zachęcał do tego samego swoich kolegów. W międzyczasie dziewczynka podrosła i wyszła za mąż za swojego przyrodniego brata, który korzystając z jej bierności i zaszczucia, również zgotował jej piekło pełne seksualnej przemocy i poniżenia. Owocem tego patologicznego związku była czwórka dzieci. Matka Lisy, nie mająca cierpliwości do tego, jak wygląda życie jej córki, do którego sama zresztą przyłożyła rękę, wymusiła na niej sterylizację, co doprowadziło Lisę do ciąży urojonej i chęci posiadania jeszcze jednego potomka. Stanowi to równię pochyłą do finału, o którym wspominałem na początku. Zarysowanie tej całej drogi nie unieważnia faktu, że morderstwo jest złe (jeśli ktokolwiek miałby jakieś wątpliwości), ale zmusza do zadania pytania: czego spodziewamy się od człowieka, którego droga jest naznaczona takim cierpieniem i przede wszystkim, czy sama Lisa jest winna swojego finału życia, czy to już może bardziej kwestia rozrastającego się raka bólu przechodzącego z matki na córkę.
Sam spektakl nie skupia się jedynie na kwestii dziedziczenia patologicznych zachowań i tego, jak istotnym staje się środowisko, w jakim się wzrasta; mocniej wybrzmiewa dla mnie kwestia społecznej obojętności względem jednostek krzywdzonych ale również to, że sprawiedliwość jest jedynie dla bogatych i uprzywilejowanych. Nikogo nie obchodził los Lisy, bo pochodziła z białej biedoty; przez całe życie była poddawana ciągłej przemocy ze strony najbliższych i nikt nie kiwnął palcem, ani sąsiedzi, ani nauczyciele w szkole, zupełnie nikt. Wiedziała, że nie ma sprawczości, jej protesty i proszenie rodziny o to, żeby wieloletnie tortury się zakończyły, nie przynosiły żadnego efektu. Nigdy nie pojawiła się policja czy też sąd i nikt nigdy nie poniósł konsekwencji za to, co jej zrobił. Jednak w chwili, gdy to ona dopuściła się czegoś podobnego, co uchodziło na sucho wszystkim dookoła niej, nagle okazało się, że sprawiedliwość istnieje i ma zamiar zatriumfować – tylko dlatego, że ofiarą była przykładna amerykańska obywatelka, hodowczyni psów. Sceniczna Lisa ściera się w tym momencie ze świadomością, że jest szansa na normalne życie, ale nie dla niej, bo dla ludzi jej kalibru nie ma przestrzeni na sprawiedliwość.
Widownia, przyjmując poczęstunek od Matki Lisy (w tej roli super Klara Bielawka), zostaje zaproszona do wspólnotowości obserwujących obywateli, którzy nie reagują. Siedzimy zajadając popcorn, czipsy i kiełbaski z grilla i obserwujemy to wszystko, co dzieje się na scenie – zupełnie jak prawdziwi ludzie będący świadkami tego, co działo się w domu rodzinnym małej Lisy i nie reagujący na nic. Ludzie chcą tylko chleba i igrzysk - i właśnie to dostali.
Inscenizacyjnie Wiktor Rubin chwyta swój znany zestaw do tworzenia spektakli i zamiast immersyjnej opowieści stwarza przestrzeń, w której konkretne elementy historii dzieją się tak, żeby można było wyciągnąć z nich destylat tego, jak straszne było życie głównej bohaterki. Nie mamy tego przeżywać linearnie; mamy jedynie chłonąć pojedyncze sekwencje składające się na jasną diagnozę sytuacji. Jest to sposób, w jaki Rubin tworzy od lat i będzie Wam to pasowało w zależności od tego, czy jesteście fanami warsztatu tego reżysera czy też nie. Dla mnie ekstra, bo traktuję zawsze spektakle tego duetu jak swoisty teatr paranaukowo-biograficzny; fantazja przeplata się tutaj z prawdą i półprawdą po to, aby zbudować obraz jednostki, ale jednocześnie wpisać ją w szerszy kontekst. Podobnie działało to w „Potoku…”, gdzie również pochylano się nad wykluczeniem ze społeczności i tym, czemu tak bardzo ludzie jako zwierzęta stadne czują potrzebę znęcania się nad jednostkami słabszymi. W „Grach wstępnych” działało to podobnie; Janiczak rozpisała historię opartą o topos romantyzowania przemocy w miłości, ale przez tą perspektywę znowu zahacza o temat umierania na oczach tłumu, w którym nikt nie reaguje, a sprawiedliwość za długo milczy. Temat wybiórczości sprawiedliwości i tego, że niektórzy nigdy jej nie doczekają, przewija się od bardzo dawna w twórczości Janiczak i jest to dla mnie naprawdę frapujące, zwłaszcza, że swoje teksty opiera na realnych biografiach. To powoduje, że zaczynam wierzyć w to, że brak sprawiedliwości społecznej jest problemem gatunku ludzkiego i nie umiemy żyć z szacunkiem do samych siebie, a cała nienawiść do innych, którą obecnie obserwujemy na świecie, nie jest niczym nowym i świat się nie radykalizuje coraz mocniej, a jedynie my jesteśmy coraz bardziej świadomi i zaczynamy to dostrzegać.
Jednocześnie to, co proponują ze sceny twórcy wpisuje się w kontekst często wypływających na światło dzienne historii o przemocy domowej, której dopuszczają się rodzice na dzieciach. Wiele z tych opowieści mogłoby mieć finały równie tragiczne lub nawet bardziej tragiczne niż ten, który spotkał Montgomery.
Bardzo dobrze w „Lisie” radzą sobie aktorzy; wspominałem już wcześniej o Bielawce w roli matki. Jest to postać mocno wpisana w archetypiczną matkę z USA, przypomina Peggy Bundy po roku w rynsztoku; bliźniacza fryzura połączona z patologicznością zachowań zarysowuje postać mocno zniuansowaną. Nigdy nie wiadomo co zrobi, czasem jest pełna strachu, który posuwa ją do przemocy, a czasem z zupełnie niezrozumiałych powodów wybucha cieplejszymi emocjami do córki, jakby nagle przypominała sobie, że jest matką. Dobrze zbudowana rola.
Jednak cała uwagę w moim odczuciu kradnie Karolina Adamczyk w tytułowej roli. Zagrana na pełnym rozedrganiu, z lekkim przerysowaniem, ale miałem wrażenie, że nie przekazywała nam jedynie emocji dziecka, ale też poniekąd stawała się nim na scenie. Z perspektywy widza wydaje mi się, że to musi być wyczerpująca rola: wejść w pozycję tak upodlonej istoty ze świadomością, że jest to opowieść oparta na faktach. Poruszało mnie to, jak zbudowała emocjonalną wyklejankę Lisy, kobiety, która paradoksalnie nie miała dzieciństwa, a jednocześnie do samego końca miała pragnienia bardzo proste i dziecinne – być zwyczajnie szczęśliwa i w końcu decydować o sobie.
Co istotne, spektakl przygniótł mnie tym, jak pełen jest przemocy, ale nie bezpośredniej; wiele dzieje się poza kadrem, poza salą, czasem słyszymy tylko dźwięk, ale to wystarczy, żeby zbudować napięcie i dowyobrazić sobie co się dzieje i czego nie widzimy. Może to i dobrze, bo momentami miałem aż wrażenie, że ocieramy się tutaj o torture porn, a dodatkowo gniotła świadomość, że mówimy o losie dziecka, a potem młodej dorosłej. Rubin umie stworzyć proste sceny, które wbijają mi się w mózg, nie wiem jak to robi – z „Lisy” na pewno zamieszka we mnie moment po tym, jak ojczym i kilkoro jego kolegów wykorzystuje małą Lisę i nagle zapada na scenie ciemność; jedynymi źródłami światła są latarki przyczepione na wysokości pasa u mężczyzn, którzy omiatają widownię słupami światła z kroczy. Totalnie mnie ta sekwencja zmroziła, nie umiem wyjaśnić dlaczego, ale działa to na poziomie emocjonalnym.
Rubin i Janiczak w Powszechnym zrobili spektakl potwornie niewygodny, wycieńczający i naprawdę obrzydliwy. Jest świetny, nadal jestem fanem tego, co robią, niemniej nigdy więcej chyba nie odważę się zobaczyć „Lisy” mimo tego, jak mocno mi się podobała (o ile takie historie na scenie mają prawo się podobać). Jest to przedstawienie które - poza tym, że uderza w trakcie i oszałamia zaraz po zakończeniu - cały czas we mnie rośnie i gnije, uwalniając coraz to nowe fale nieprzyjemnych wspomnień i przemyśleń. Plus dziękuję za popsucie mi piosenki „Big Big World” Emilii. Raczej już nigdy już nie będę w stanie jej normalnie posłuchać. Czuję wstyd żyjąc w takim świecie.

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
“Czekając na barbarzyńców”
Teatr: Teatr Łaźnia Nowa
Reżyseria: Bartosz Szydłowski
Zastanawiałem się (a nie zdarza mi się to często) jak do książki Coetzeego podejdzie reżyser Bartosz Szydłowski z Łukaszem Drewniakiem i Krzysztofem Szekalskim, którzy dostali bojową misję zaadaptowania tej powieści na scenę Łaźni Nowej. Tekst zdaje się być idealnym materiałem dla politycznego teatru Szydłowskiego i wpisuje się dobrze w drogę reżyserską, którą idzie od wielu lat, zadając niewygodne pytania– czasem z lepszym, a czasem z gorszym skutkiem. Miałem jednak przeczucie, że przy „Czekając na barbarzyńców”, które swoimi kontekstami jest mocno osadzone w tym, co się przez ostatnie lata dzieje (nie tylko na świecie, ale też w Polsce), to przedsięwzięcie ma szansę zażreć ze sporą siłą.
Twórcy nie stawiają na typową inscenizację materiału wyjściowego; na ramie znanej z powieści budują historię na wskroś przesiąkniętą lokalnością. Akcja przenosi się na granicę polsko-białoruską, gdzie tytułowi barbarzyńcy już są, co jest ciekawą kontrą do książkowych wydarzeń, w których zapowiadana inwazja nigdy się nie dzieje. Z drugiej strony – jest to przewrotne, bo tak realnie na granicy nie ma barbarzyńców, a są ludzie, więc wpisuje się to w oczekiwaną narrację z powieści. Obserwujemy serię scen-migawek, przesłuchań, które składają się na obraz napiętej sytuacji i tarć pomiędzy odmienimy ideologicznie pionami w teorii jednego organizmu jakim jest państwo. Główna linia konfliktu przebiega pomiędzy pułkownikiem (bardzo dobra rola Krzysztofa Zarzeckiego), który jedyne ocalenie dla tożsamości narodowej widzi w zamknięciu granic, powrocie do wartości konserwatywnych i wybiciu ludzi na granicy. Jest brutalny i nie ucieka od tortur i przemocy w osiąganiu swoich celów. Na drugiej szali stoi sędzina (Marta Zięba), która w swojej lewicowej i wolnościowej perspektywie chce wpuścić wszystkich, wszystkim pomóc i tańczyć za ręce na łące pełnej kwiatów. Obydwoje są po tak skrajnych stronach, że nie ma szans, aby spotkali się w jakimkolwiek punkcie wspólnym. Moment przełomowy następuje, gdy sędzina nie wytrzymuje i porywa osadzonego młodego Issse, aby pomóc mu uciec do Niemiec, a w międzyczasie wykorzystuje go seksualnie. Ta sytuacja otwiera oczy na fakt, że ona i pułkownik są tak naprawdę tak samo zaślepieni swoimi własnymi żądzami i tak realnie żadnego z nich nie obchodzi los ludzi na granicy; są oni jedynie pionkiem w rozgrywce odbywającej się na płaszczyźnie prywatnej, a ideologiczne tyrady służą tylko legitymizowaniu losu uchodźców.
Co ciekawe, nie jest to spektakl jedynie o walce ideologii i o bezsilności człowieka w starciu z całą biurokratyczną machiną państwa; dla mnie przede wszystkim jest to pytanie o odpowiedzialność jednostki w obliczu decyzji całego społeczeństwa. Na ile pojedynczy obywatel, będący składową całego skomplikowanego organizmu państwa, może czuć się winny decyzji podjętych przez rządzących krajem. Szydłowski w „Czekając na barbarzyńców” mega zgrabnie rozgrywa całą tę niewygodną serię pytań, nie tylko na poziomie intelektualnym, ale przede wszystkim fabularnym, bo przedstawienie ogląda się z niesłabnącą ciekawością. Jednoczesne wpisanie całości w polskie realia i odnoszenie się do wypowiedzi postaci na scenie w taki sposób, że można je niemalże przypisać konkretnym politykom, zdaje się nieprzyjemnie uwierać, bo w sumie pytanie o odpowiedzialność zaczyna dotyczyć także każdego z nas – obecnego na widowni. Nie sposób nie doszukiwać się dialogu między „Zieloną granicą” Agnieszki Holland a spektaklem Szydłowskiego, bo poruszają ten sam temat, ale za pomocą zupełnie innych emocji i środków wyrazu. Są poniekąd tekstami uzupełniającymi się nawzajem i tworzą kompletny obraz sytuacji od wewnątrz i od zewnątrz. Chciałbym jednak podkreślić: spektakl w Łaźni ogrywa wszystko na tyle dobrze napięciem, że nie popada w krindżową przesadę, jaką odczuwałem oglądając film Holland. Jednocześnie propozycja Szydłowskiego przypomina mi bardzo mocno „Odpowiedzialność” Michała Zadary, który również pytał o to kto jest winny całej tej sytuacji, z tą różnicą, że Zadara stawiał na analizę faktów i danych, pozbawiając ją elementu fabularnego, co w moim odbiorze działało na niekorzyść tamtego przedsięwzięcia.
Tekst Drewniaka i Szekalskiego momentami zdaje się przeginać pałkę, jeśli chodzi o swoja podniosłość i próbę wyjaśniania o czym mówi: na przykład w momencie, gdy młody uchodźca nie tylko nazywa się Issa (czyli Jezus), ale jeszcze okazuje się, że według przedstawionych informacji z jakiegoś powodu ma niegojące się stygmaty. I mean, no już bardziej łopatologicznie się nie dało. Na szczęście takich momentów niewiary w widza jest bardzo mało i nie psuje to odbioru całości.
Całościowo „Czekając na barbarzyńców” jest udanym spektaklem, może odrobinkę spóźnionym, bo nikt w mainstreamowych mediach nie wspomina już o tym wszystkim, ale może to i dobrze, że spóźniony, bo przypomniał o tym, co nadal się dzieje na granicy. Poza tym, dobrze przypomnieć też o mechanizmach działania świata i o tym, że często to, co miało nas bronić, może stać się tym, co nas skrzywdzi, a ideologiczny zwrot w stronę konserwatywną, tak jak przesadnie lewicową, nie jest odpowiedzią na problemy, jak każda skrajność. Wystarczy po prostu być człowiekiem i widzieć w innych człowieka, a nie jedynie barbarzyńcę. U Szydłowskiego czekanie na barbarzyńców zdaje się być czekaniem na barbarzyńcę żyjącego w nas samych, który tyko wypatruje okazji, żeby wypełznąć na światło dzienne.
Piotruś Pan i (zbyt) nowoczesna technologia
Recenzja musicalu “Piotruś Pan” w reżyserii Janusza Józefowicza granego w Teatrze Muzycznym im. Danuty Baduszkowej w Gdyni
“Czy ja muszę to pamiętać. Hamlet”
Teatr: sztuka na wynos
Reżyseria: Dariusz Starczewski
Czasem miewam wrażenie, że nic mnie już nie zaskoczy, czy to teatralnie, czy to życiowo, bo mam rozpisane w głowie scenariusze na wszystkie rzeczy, które mogą się stać: od pożaru w mieszkaniu, przez uprowadzenie tramwaju, zrzut bomby atomowej, aż do tego, że w końcu ktoś mi wyzna coś miłego i powie, że realnie coś w życiu osiągnąłem. Jak sami widzicie, większość z tych rzeczy się nie stanie, ale warto być gotowym na każdą okazję. W serię tych rzeczy nierealnych idealnie wpisuje się to, że spektakl na bazie „Hamleta” mnie czymś zaskoczy. Widziałem tak wiele interpretacji tego tekstu w wielu teatrach i obsadach, że realnie nie oczekuję już niczego; to wrażenie jest dodatkowo podsycane ostatnim wysypem premier „Hamletów” (Warszawa, Kraków, Sosnowiec). A tutaj nagle, cały na biało (lub na szaro) wychodzi „Czy ja muszę to pamiętać. Hamlet” z krakowskiej sztuki na wynos.
Dariusz Starczewski proponuje, żebyśmy popatrzyli na historię księcia Danii z odrobinę innej perspektywy, a wręcz spycha niemalże na dalszy plan swojego projektu cały tak istotny i często traktowany jak jajko tekst i wykorzystuje go jedynie jako pretekst, by zbadać mechanizmy pamięci i przeżywania emocji przez człowieka. Starczewski z zespołem zamiast skupiać się na strukturze oryginału stawia na epizodyczność całości i tworzy przed widzami swoistą układankę, którą trzeba poskładać; obrazek, do którego dążymy, zdaje się być znajomy, ale im dłużej się przyglądamy tym bardziej zaczynamy dostrzegać niepokojące rozdźwięki. „Hamlet” w tej interpretacji odchodzi bardzo daleko od historii o zemście, a niewygodnie skupia się na tym, co wszystkie wydarzenia zrobiły z tytułowym bohaterem.
„Czy ja muszę to pamiętać. Hamlet” w moim odbiorze skupia się głównie na odgrywaniu teatru pamięci i badaniu korelacji między ludzką psychiką a wspomnieniem. Jest to nieprzerwane misterium przeżywania na nowo traumatycznych wspomnień, które, raz przeżyte, nie opuszczają pamięci, a wzbierają na sile, aby dotknąć jeszcze mocniej. Przechodzimy z Hamletem (w tej roli fantastyczna Anka Graczyk, dotyka swoją kreacją jądra bólu, a przez malutką widownię i skrócony dystans jest to dla mnie rola tak blisko skóry, że aż niewygodna) przez wszystkie traumatyczne momenty jego życia, które sam nam prezentuje. Graczyk wynosi na scenę nieruchome ciała pozostałych aktorek i rozstawia niczym pionki na odpowiednich miejscach, gotowa, żeby przeżyć na nowo traumatyczne akcje. W tej interpretacji Hamlet doskonale wie, co go czeka, wie, gdzie każda z postaci powinna stać, wie, co każda z nich powie i zrobi. Jest to zaklęty krąg powtarzających się śmierci, zdrad i decyzji. Ewidentnie jest to podbite przez scenografię i kostiumy Julii Skrzyńskiej; jest to świat będący w ciągłej konstrukcji lub dekonstrukcji, bez przerwy rozpadający się krajobraz, na poły budowany, ale też przyjmujący perspektywę, wyglądający jak brzeg morza, zalewany falami wspomnień, a każda fala coraz bardziej wciąga w głębinę po to, żeby zalać usta wodą i utopić coraz słabszego człowieka.
Ważną postacią według mnie była też wiecznie umierająca Ofelia (fajniutka, rozedrgana i pięknie śpiewająca w jednej ze scen Martyna Kleszczewska; ludzie, ta jedna śpiewana scena chwyta za gardło). Będąc nieustannie w szaleństwie i rozpaczy, które zdawała się przejmować od wiecznie zranionego Hamleta, pokazuje, jaką nakręcającą się nawzajem spiralą szaleństwa była ta relacja: ona przejęta do głębi jego rozpaczą po śmierci ojca, zdradzie matki i przyjaciół, on przyjmujący jej śmierć w poczet swoich własnych, na okrągło pojawiających się widm przeszłości.
Całość spektaklu pięknie też wyraża się w mocno niepokojącym ruchu scenicznym Małgorzaty Haduch: pełzające postacie, wyłaniające się jak zjawy z najmniej oczekiwanych miejsc, brrrr…
Dla Hamleta przeżywanie na okrągło tego całego zła, które go spotkało, jest nie tyle krzykiem o pomoc, a jedynie zaproszeniem do współprzeżywania piekła, bo jest tam świadomość niemożliwości ucieczki od zamkniętej pętli powtarzających się majaków, wyrzutów sumienia z powodu tego, co się zrobiło, ale też z powodu tego, czego się nie zrobiło. Przez taki obraz wszystko, co spotyka księcia jest coraz bardziej wyniszczające, gdy staje się rozpatrywaniem traumy; tym mocniej uderzało mnie kilkukrotnie pojawiające się w czasie przebiegu spektaklu, zmęczone pytanie: „czy ja muszę to pamiętać?”. Można uznać to wystawienie za istotny głos w kwestii zasadności terapii, ale przede wszystkim za podszept do tego, aby dbać o swoje zdrowie psychiczne, bo to, co zalęgnie się nam w głowie, ma ogromny wpływ na to, co fizyczne. Jak długo można czuć się dobrze, gdy codziennie na nowo trzeba rozpamiętywać śmierć swojego ojca i przypadkowe zabójstwo, które się popełniło? Kropla drąży skałę, a takie samobiczowanie złamie każdego, nieważne jak silnego. Przez to też mrożąco brzmi zdanie, że Dania to więzienie, biorąc pod uwagę, że Dania, którą obserwujemy, jest w głowie głównego bohatera.
„Czy ja muszę to pamiętać. Hamlet” było pierwszym od dawna zaproszeniem do labiryntu bez wyjścia, ale z pokojem w centrum, w którym jest coś wartego dotarcia; to nie był labirynt, który trzeba przejść, aby się wydostać. Podoba mi się też jak luźno, ale z szacunkiem reżyser podchodzi do materiału wyjściowego i znajduje sposób, żeby z tej znanej historii wycisnąć coś, czego nie do końca bym się spodziewał. Urzeka mnie to, jak bardzo duszny i bez wyjścia jest to spektakl, skupiony na destrukcyjnej mocy pamięci i tego, że chyba czasem już lepiej nie pamiętać i ta niepamięć jest jednocześnie przekleństwem, ale też błogosławieństwem. No i naprawdę poraża wilgotny, lekko szalony wzrok Anki Graczyk w roli Hamleta – jak się przypadkiem złapie z nią kontakt wzrokowy w trakcie przebiegu to może przyprawić o dreszcze. Długo będę jeszcze chyba myśleć o tym „Hamlecie”. Niesamowicie dobra robota.