Jakiś nastolatek prowadzi tego blogaska - pimpl - na którym pisze o różnościach związanych z technologią, i prawdę mówiąc zazwycaj wychodzi mu to ładniej niż różnym tam domorosłym blogeromo profesjonalnym, technologicznym. Może dlatego, że operuje językiem polskim, a nie jakąś pretensjonalną quasi-analityczną nowomową, filtrowaną do tego przez "zobiektywizowane" ujęcie, które jest po prostu przesądem pececiarza wyrosłego w latach dziewięćdziesiątych.
Ale wracając do rzeczy. Odsyła on ostatnio do tekstu Kominka, podobno najpopularniejszego blogera... bla bla bla, w którym tenże usprawiedliwia używanie gadżetów designed in California, assembled in China.
Ja zasadniczo takie obliczone na klikalność brednie nazywane "blogami" chyba dla niepoznaki traktuję bardziej lajtowo niż Pudelka do spółki z Faktem, ale jak czytam koment Kominka:
Weź mnie nie strasz. 10 lat zbieram na maca i on ma być spełnieniem moich marzeń!
...to mnie aż bawi, bo coś takiego to napisać można było w latach dziewięćdziesiątych (pierwszej połowie), gdy faktycznie chyba tylko właścicieli studiów dtp stać było kupować Maki jako maszynki do pracy.
Jednakże jest trochę prawdy w tym co pisze najsłynniejszy..., na przykład:
To nie użytkownicy Apple są zaślepieni, ale ci, którzy tak zażarcie zwalczają, wyśmiewają i obrażają właścicieli sprzętu z nadgryzionym jabłkiem. Bo co ja komu jestem winny, że mi się iPhone podoba? Kto mi udowodni, że… się mylę? A to często próbują robić przeciwnicy. Twierdzą, że Apple ma się dla lansu.
Mój chłopak robił wczoraj pierwszy raz prezentację na MacBooku, który odziedziczył gdy żem se kupił Air'a, wróciwszy z niej mówił z niejakim zażenowaniem o osobliwej reakcji ludności na zajęciach, gdy wyciągnął Maca celem pokazania swojej pracy. ouuuuuooooo, srsly, nie-makowcom najwyraźniej na serio wydaje się, że każdy kto używa makintosza robi to dla lansu, tymczasem używanie jabłczanych zabawek w miejscach publicznych to prawdziwy heroizm znoszenia ostracyzmu i permanentnego oskarżenia o najgorsze przywary charakteru...