Nie powinienem tego pisać zapewne, ale...
Nie lubię kiedy ktoś mówi, że nic dla mnie nie znaczyło coś.
Wiem, że nikt nigdy mnie nie zrozumie i nie musi. Już nie będę tłumaczyć a jednak... co właśnie robię? Trochę wyjaśniam.
Bo znaczyło to dla mnie bardzo dużo.
Znów pamiętam ten moment kiedy ex powiedziała - zaręczyliście się tak szybko bo nic dla was tamten pierścionek nie znaczył - nie masz pojęcia co czułem, czemu coś zrobiłem, co myślałem. Jak było w trakcie relacji ani jak po. Może wiele mówię i piszę publicznie, ale nie jesteś w moim umyśle by to wiedzieć. By widzieć jak cierpię. Jak bardzo zależało. Co było prawdą.
To, że w czymś się oszukuję nie znaczy, że we wszystkim i że kłamię. Owszem - wmawiam sobie, że dam radę, ale to nie to samo co wmawianie sobie uczucia. Czasem chcę widzieć w kimś dobro zamiast rzeczywistości. Czasami wierzę zbyt mocno w swoje możliwości. Bywa, że mam nadzieję na coś co się nie udaje, ale to nie oznacza, że wymazuje to wszystko co mówiłem a przede wszystkim to co miałem w sercu. Może mnie ktoś nienawidzić, ale nie znoszę tego, że ktoś powątpiewa w każde moje słowo. Bo choć nie poradziłem sobie z akceptacją pewnych rzeczy czy z własną traumą a nawet to, że do kogoś nie pasowałem nie sprawiło, że nie kochałem. Nie sprawiło, że nie próbowałem. Nie sprawiło, że nie walczyłem. Nie sprawiło, że się nie starałem. Bo mi zależało. I choć czasem się mylę. Chociaż czasem stawiam kogoś ponad siebie i patrzę przez różowe okulary. To nie to samo co łgać we wszystkim.
Ja i tak często wątpię w to co mam w głowie. Sprawdzam wszystko. Overthinking for life. A jednak okazuje się, że jest inaczej. Nie robię tego specjalnie by kogoś krzywdzić. Dlatego wolę się odsunąć od ludzi bo nie wiem już czasem co jest realne. Jakkolwiek kiedy boli mnie to i płaczę to pewne rzeczy wiem. Wspominam i tęsknię, ale to nie ma znaczenia bo nie wszystko jestem w stanie naprawić, zmienić, uratować. Czasem coś się kończy zanim się zaczęło.
Żałuję, że tak mam - że ludzi gloryfikuję. Przymykam oko. Zajeżdżam się by przy kimś być. Męczę dla wyższego dobra. Przemilczam to co uważam za nieistotne aż narasta do granic niemożliwości. Szukam zalet uważając, że nikt nie jest idealny. Akceptuję przegięcia. Sądzę, że sobie poradzę. Przywiązuję się więc nie umiem odpuścić. Że coś minie i będzie lepiej. Że to jednorazowo, przypadek, błąd. Ale to się gromadzi i mnie przytłacza. Nie mogę pozwolić by tak było zbyt długo bo znów źle się to dla mnie skończy. Ale nie będę skrajnie patrzeć na sytuację jak niektórzy - widzę zbyt wiele szarości w tym. Szkoda, że Robert zabrał mi pamięć a nie chcę czytać ostatnich wiadomości, ale wiem, że mu pokazały iż to nie jest dla nas. Nie wiem dokładnie czemu, ale było widać, że pewne rzeczy o nas do nikogo nie dotrą. Że mijamy się w dyskusji.
Nie chciałem psuć wyjazdu, ale nie mogę dać sobie zginąć. Miałem stawiać na siebie i to robię. Wreszcie. Ale to nie znaczy, że to dla mnie proste. Nigdy nie było skoro wolałem umierać niż odejść. A skoro ktoś uważa, że moja śmierć nie ma znaczenia to cóż mogę więcej rzec? Dla kogoś to kolejny raz pozwolić na zwykłą rozmowę a dla mnie to utrata Zuz albo gwałt. Także rozumiem, że ktoś chyba stawiał związek ponad moje dobro znów. Czekać aż przestanę być ścigany z bronią po head space? Czekać aż wytrąci mi się kolejne parę splitów? Czekać aż minie mi kolejny atak? Nie ma sprawy - co to było, prawda? Nic takiego. W końcu to tylko wyobraźnia. Przepraszam więc, że tym razem zareagowałem szybciej niż kiedyś zanim straciłem połowę systemu a ci co zostali chodzili z bliznami bojąc się własnego cienia kiedy nadal musieliśmy funkcjonować w domu. Wiem, że jest czas prosić by ktoś został, ale jest też czas by dać komuś odejść.
Moja podświadomość dawała mi znaki. To, że ktoś chce wspiąć się na wysoką górę bo podoba mu się widok i lubi wspinaczki więc ignoruje zadyszkę sądząc, że niedaleko i czuje się dobrze a potem prawie mdleje i schodzi na dół nie jest oznaką, że nie kocha gór. Po prostu było mu za dużo mimo piękna wokół i przyjemności czy liczby kroków jakie wykonał by uzyskać cel. Gdyby mógł - szedłby dalej bo nikt mu nie kazał tylko pragnął tego, ale musi sobie w końcu powiedzieć dość albo znajdą go martwego ratownicy. Na pewno bardzo mu przykro, ale czasem trzeba podjąć trudne decyzje i zawahał się nie raz czy za chwilę nie będzie na szczycie albo droga stanie się prostsza, ale już zdążył sobie zedrzeć buty i za mało wziął na drogę wody a potem prawie spadł. Zaczął siebie nienawidzić, że jest zbyt słaby. Nic złego w tym, że uznał iż nie tylko nie jest gotów co po prostu go na to nie będzie nigdy stać. Może sobie podziwiać coś z daleka, ale nie zbliży się już bo go to zniszczy.
Możecie mi mówić, że nie miałem racji. Że się pomyliłem co do kogoś. Że stawiałem zamiary ponad siły bo często tak robię. Że źle widziałem ogół sytuacji zanim stała się aż tak ciężka. Ale nigdy przenigdy nie mówcie mi, że mi nie zależało. Moje zachowania wobec kogoś wówczas miały dla mnie znaczenie nawet jeśli coś się zmieniło i do mnie coś dotarło. Gdybym wiedział wcześniej nie zrobiłbym wielu rzeczy by nie skrzywdzić siebie i kogoś, ale nie da się wiedzieć bez próbowania.