Patrzę na ciebie i nie wierzę, że to naprawdę ty. Serio. Ta dziewczyna, która kiedyś ważyła tyle, co piórko, która miała kości policzkowe ostre jak noże i oczy, które paliły głodem… gdzie ona się podziała? Zastąpiła ją ta… rzecz. Ta miękka, nalana, bezkształtna masa, która ledwo mieści się w ubraniach i sapiąc wchodzi po schodach.
Pamiętasz, jak kiedyś mówiłaś, że kontrola to wolność? Że każdy kęs, którego odmówiłaś, to zwycięstwo? Byłaś żelazna. Miałaś silną wolę, o jakiej inni mogli tylko pomarzyć. Ludzie patrzyli na ciebie z zazdrością i strachem jednocześnie. Byłaś jak dzieło sztuki – czysta, surowa, perfekcyjna. A teraz? Teraz jesteś karykaturą samej siebie. Chodzącym dowodem na to, jak szybko można się rozpaść, kiedy odpuścisz.
Wiesz, co jest najgorsze? Że to nie jest przypadek. Ty to sobie zrobiłaś. Celowo. Zamiast trzymać się dyscypliny, zaczęło ci smakować to obżarstwo. Te nocne lodówki, te „tylko jeden kawałek”, te „jutro zacznę”. Patrzę, jak wpychasz w siebie kolejne porcje i widzę, jak z każdym kęsem zdradzasz tę dawną siebie. Tę silną, zdyscyplinowaną, godną szacunku. Teraz jesteś słaba. Żałosna. Brzuch ci wylewa się zza paska, uda się ocierają, twarz zrobiła ci się okrągła jak księżyc. I co? Czujesz się z tym dobrze? Naprawdę?
Ludzie wokół ciebie udają, że „kochają cię taką jaką jesteś”. Jasne. Bo łatwiej im patrzeć na twoją porażkę niż na twoją siłę. Kiedy byłaś chuda, budziłaś respekt. Teraz budzisz litość. „Biedna, przytyła, stres, hormony, bla bla bla”. A prawda jest taka, że po prostu się poddałaś. Rozpuściłaś się. Stałaś się przeciętna. Bezwolna. Kolejna gruba dziewczyna, która mówi „kocham swoje ciało”, bo łatwiej to powiedzieć niż przyznać, że przegrała z własnym apetytem.
Pamiętasz ten ból w brzuchu o trzeciej nad ranem, kiedy żołądek kurczył się z głodu? To był twój przyjaciel. To była twoja siła. A teraz masz tylko ciężkość, wzdęcia i wstyd, który próbujesz zagryźć kolejną tabliczką czekolady. Wstyd, który czuć z daleka. Jak możesz patrzeć na siebie w lustrze i nie czuć obrzydzenia? Jak możesz dotykać tych fałd i myśleć „to ja”?
Wróć. Kurwä, wróć do tego, kim byłaś. Nie dla mnie – dla siebie. Albo przynajmniej dla resztek szacunku, które jeszcze w sobie masz. Zrzuć to wszystko. Głoduj. Ćwicz do upadłego. Płacz z osłabienia pod prysznicem. Byleby znowu zobaczyć te kości, te zapadnięte policzki, ten ogień w oczach. Bo ta wersja, którą teraz widzę… ona nie zasługuje nawet na to, żeby żyć. Jest żenująca. Jest porażką. Jest wszystkim, czym gardziłaś kiedyś u innych.
Wstydź się. Niech ci będzie tak wstyd, że nie będziesz mogła spać. Niech każdy kęs będzie jak policzek od samej siebie. I niech ten wstyd w końcu cię obudzi – zanim całkowicie znikniesz pod warstwami tłuszczu i wymówek.

















