Nasza ostatnia podróż || Bucky Barnes
Nagłe uderzenie powietrza wypełniającego moje płuca sprawiło, że gwałtownie wygięłam się do przodu. Pierwszy oddech był bolesny. Drugi jeszcze bardziej. Jakby moje ciało zapomniało, jak się oddycha.
Kaszel wyrwał się z gardła, a chwilę później do płuc wdarła się kolejna porcja powietrza. Otworzyłam oczy. Wszystko było rozmazane. Nie rozumiałam, co się dzieje i gdzie jestem. Było cicho i ciemno, a jedynie światło setek świec rozstawionych wokół pozwalało dostrzec zarysy pomieszczenia. Migoczące płomienie tańczyły na kamiennych ścianach, rzucając długie, niespokojne cienie.
Przez chwilę leżałam nieruchomo. Próbowałam przypomnieć sobie cokolwiek. Ostatnią rzecz, jaką pamiętałam. Bitwa, kurz, krzyki, twarz Thanosa, Kamienie Nieskończoności wirujące wokół mojej dłoni, a potem... ból. Tak silny, że zdawał się rozrywać mnie od środka.
Zmarszczyłam brwi i spróbowałam usiąść. Każdy mięsień protestował. Jakby przez bardzo długi czas nie był używany. W końcu udało mi się oprzeć na drżących rękach. Wyprostowałam się, co automatycznie poskutkowało zawrotem głowy. Przez moment cały świat zawirował. Cienie świec rozmazały się przed oczami, a żołądek niebezpiecznie podszedł mi do gardła. Zacisnęłam zęby i odczekałam, aż wszystko przestanie się kręcić. Dopiero wtedy zaczęłam dostrzegać szczegóły.
Znajdowałam się na kamiennym podwyższeniu przypominającym ołtarz. Nie było tu okien, a jedynie na końcu pomieszczenia znajdowały się ciemne ogromne drzwi, które z daleka wyglądały na dosyć masywne i mosiężne. Pokryte były symbolami, których znaczenia nie rozumiałam.
Poczułam niepokój. Nie wiedziałam gdzie jestem i co najważniejsze.. kiedy jestem. Powoli zsunęłam nogi z kamiennego podwyższenia. Stopy zetknęły się z chłodną posadzką. Przez chwilę chwiałam się lekko, próbując odzyskać równowagę. Ciało nadal wydawało się obce, jakby należało do kogoś innego.
- Halo? - odezwałam się. Mój głos odbił się echem od ścian. Nie otrzymałam odpowiedzi. - Jest tu ktoś?
Cisza. Dopiero teraz dotarło do mnie, że jestem sama. Kompletnie sama. Serce zaczęło bić szybciej. Ostrożnie ruszyłam w stronę drzwi. Każdy krok odbijał się echem od kamiennych ścian. Im bliżej byłam wyjścia, tym bardziej narastało we mnie dziwne uczucie. Jakby to miejsce nie chciało mnie wypuścić.
W końcu dotarłam do drzwi. Pchnęłam jedno ze skrzydeł. Ku mojemu zaskoczeniu ustąpiło niemal bez oporu. Zawiasy jęknęły przeciągle. Za nimi nie znajdował się kolejny korytarz, ani świątynia, ani nawet miasto. Przede mną rozciągał się las - gęsty i cichy. Skąpany w srebrnym świetle księżyca.
Powietrze było chłodne i pachniało mokrą ziemią oraz sosnami. Powoli zeszłam po kamiennych schodach. Dopiero wtedy mogłam spojrzeć za siebie... i zamarłam.
Budynek nie był świątynią. Był mauzoleum. Ogromnym, czarnym mauzoleum stojącym samotnie pośrodku lasu. Jego ściany pokrywały te same symbole, które widziałam na drzwiach. Nie przypominało niczego, co kiedykolwiek wcześniej widziałam. Przez chwilę patrzyłam na nie w milczeniu. Potem spojrzałam na własne dłonie. Były blade i nienaturalnie zimne. I wtedy zauważyłam coś jeszcze.
Na palcu nadal znajdował się pierścionek, który dał mi Bucky. Cieniutki złoty pierścionek z czarnym turmalinem. Poczułam ucisk w gardle. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętałam, była bitwa. Jeżeli nadal miałam ten pierścionek... To dlaczego wszystko wydawało się takie obce? A przede wszystkim... Dlaczego miałam wrażenie, że nie było mnie znacznie dłużej niż kilka godzin?
Ziemia była miękka od wilgoci, a pomiędzy drzewami snuły się cienkie pasma mgły. Każdy krok wymagał ode mnie więcej wysiłku, niż powinien. Nogi miałam ciężkie, a mięśnie drżały przy najmniejszym ruchu.
Jak po bardzo długiej chorobie. Albo jeszcze dłuższym śnie.
Las jednak jedynie wyglądał przerażająco. Gdy już zmusiłam ciało do marszu, okazało się, że przejście od mauzoleum do otwartego terenu zajęło zaledwie kilka minut. Drzewa zaczęły się przerzedzać, a mgła ustępować. Wyszłam spomiędzy pni i natychmiast się zatrzymałam. Przede mną wznosiła się ogromna budowla przypominająca zamek. Kamienne mury pięły się wysoko ku górze, a liczne wieże górowały nad okolicą niczym strażnicy pilnujący tajemnic tego miejsca. W świetle księżyca budowla wyglądała niemal nierealnie. Bardziej przypominała rezydencję jakiegoś ekscentrycznego milionera niż cokolwiek innego.
W wielu oknach paliły się lampy. To oznaczało ludzi. A ludzie oznaczali odpowiedzi. Przynajmniej miałam taką nadzieję. Powoli ruszyłam w stronę budynku. Im bardziej się zbliżałam, tym wyraźniej dostrzegałam szczegóły. Kamienne gargulce zdobiły część murów, wysokie okna odbijały blask księżyca, a ogromne drzwi wejściowe były otwarte. Jakby ktoś spodziewał się gości. Albo wiedział, że przyjdę. Ta myśl nie spodobała mi się ani trochę. Mimo to nie zawróciłam.
Gdy przeszłam przez próg zastała mnie cisza. Światła oświetlały każdy korytarz ale nie widziałam żywej duszy.
Po lewej stronie zauważyłam długi rząd drzwi. Układ pomieszczeń przypominał trochę piętro z naszymi prywatnymi pokojami w wieży Starka, dlatego mogłam jedynie przypuszczać, że tutaj również znajdowały się sypialnie. Przez chwilę rozważałam sprawdzenie jednej z nich. Ostatecznie jednak skręciłam w prawo. Po kilku krokach znalazłam się w dużym pomieszczeniu przypominającym salon. Zatrzymałam się w progu. Było przytulniej, niż się spodziewałam. Pod ścianami stały kanapy i fotele. Dwa wysokie regały uginały się pod ciężarem książek. W rogu znajdował się nowoczesny telewizor, a naprzeciwko niego duży kamienny kominek.
W środku nadal tlił się ogień. Ktoś musiał tu być niedawno. Podeszłam bliżej. Na niskim stoliku leżało kilka kubków. Jeden z nich był jeszcze ciepły. Zmarszczyłam brwi.
- Halo? - odezwałam się głośniej.
Mój głos ponownie odbił się echem od ścian. Żadnej odpowiedzi. Zaczynało mnie to irytować. Przesunęłam wzrokiem po pomieszczeniu i wtedy zauważyłam coś jeszcze. Na jednej z kanap leżał niedbale rzucony koc. Obok znajdowała się otwarta książka. Jakby ktoś czytał ją jeszcze kilka minut wcześniej i nagle musiał wyjść. Powoli zaczynałam odnosić wrażenie, że wszyscy mieszkańcy tego miejsca zniknęli dokładnie w chwili mojego przebudzenia. Ta myśl nie należała do uspokajających.
- Gdzie wy wszyscy jesteście? - głos dobiegł z korytarza. Znajomy. Zbyt znajomy, żeby był tylko wyznawcą tej dziwnej świątyni.
Odwróciłam się natychmiast. Wanda Maximoff stała w przejściu między korytarzem a salonem, oparta lekko o framugę drzwi, jakby dopiero co weszła i sama próbowała zrozumieć, co widzi.
Jej spojrzenie prześlizgnęło się po pustych kanapach, książkach, niedopitej herbacie. I w końcu zatrzymało się na mnie.
- Jesteś wreszcie... przytomna. - powiedziała cicho. - Czyli mówili prawdę..
- Jaką praw.. - przerwałam gdy Wanda zamknęła mnie w silnym uścisku.
- Nie wierzę, że to naprawdę ty, Mel. Tyle czasu.. - jej głos się załamał, a to było coś, czego nie spodziewałam się usłyszeć od kogoś takiego jak ona. Powoli uniosłam ręce, niepewna, czy powinnam ją objąć, czy odepchnąć.
- Wanda... - odezwałam się ostrożnie. - Co się dzieje? Naprawdę, ja nic nie rozumiem.
Odsunęła się tylko na tyle, żeby spojrzeć mi w twarz, ale nadal trzymała mnie za ramiona. Jakby sprawdzała, czy jestem prawdziwa.
- Myślałam, że cię straciliśmy. - powiedziała ciszej.
- W jakim sensie? O czym ty mówisz?
- Mel, ty umarłaś. Po bitwie z Thanosem.
Przez chwilę nie poczułam nic. Jakby mózg odmówił przyjęcia tej informacji. A potem wszystko przyszło naraz.
- Nie. - wyszeptałam odruchowo. - Nie, to nie ma sensu.- cofnęłam się o krok. Potem drugi. - Jestem tutaj. Oddycham. Mówię do ciebie.
Wanda nie ruszyła się z miejsca. Nie próbowała mnie przekonać. Wyglądała, jakby naprawdę wierzyła w to, co mówi.
- Mel, my cię pochowaliśmy trzy lata temu.
- Trzy... lata? - powtórzyłam. Głos zabrzmiał obco, jakby nie należał do mnie. - Nie. - pokręciłam głową gwałtownie. - Nie, nie, nie. To niemożliwe. - przez chwilę miałam wrażenie, że zaraz się obudzę. Że to kolejny dziwny sen, koszmar, iluzja, cokolwiek. Byle nie rzeczywistość.
- Przykro mi, Mel, że nie mogę tego logicznie wyjaśnić.
Usiadłam ciężko na najbliższym fotelu. Nogi odmówiły dalszej współpracy. Patrzyłam na Wandę, podczas gdy ona powoli opowiadała wszystko, co wydarzyło się przez ostatnie dni. O dziwnym przyciąganiu, które zaczęła odczuwać; o snach, o energii prowadzącej ją do miejsca, którego nigdy wcześniej nie widziała, o mocy, która nieustannie ją wołała... Mojej mocy.
Potem opowiedziała mi o ludziach. O tych samych ludziach, których nie było już w zamku, o grupie wierzącej, że pewnego dnia powrócę oraz o tym, jak wykradli moje ciało z grobu.
- Gdzie oni teraz są? - zapytałam w końcu.
Wanda wzruszyła lekko ramionami.
- Zniknęli, gdy tylko się obudziłaś. Tak przynajmniej mi to wcześniej wyjaśnili. Twierdzili, że kiedy wypełnią swoje zadanie, nie będą już potrzebni.
- To wcale nie brzmi niepokojąco.
- W porównaniu z tobą wracającą do życia po trzech latach? Wręcz przeciwnie.
Mimowolnie parsknęłam krótkim śmiechem. Pierwszym od chwili przebudzenia. Zgasł niemal natychmiast.
- A gdzie właściwie jesteśmy? Nie znam tego miejsca.
Wanda oparła się o fotel.
Samo słowo zabrzmiało dziwnie. Jak nazwa, która powinna coś mi mówić, ale nie mówiła nic.
- Miejsce, którego podobno nie da się znaleźć. Nie da się otworzyć do niego portalu. Nie da się go namierzyć magią. Nie istnieje na żadnej mapie ani w żadnych zapisach, które udało mi się znaleźć.
- Poczekaj, będzie lepiej.
- Lepiej? - uniosłam brew.
- Według nich to miejsce istnieje pomiędzy ścieżkami rzeczywistości.
- To nawet nie brzmi jak zdanie.
- Wiem. - westchnęła ciężko. - Generalnie chodzi o to, że świat zewnętrzny nie ma tu dostępu. Podobno właśnie dlatego przechowali cię tutaj.
Rozejrzałam się po salonie. Miejsce wyglądało zwyczajnie. A jednocześnie nie. Jakby wszystko było odrobinę zbyt idealne. Zbyt spokojne.
- Powiedzieli jeszcze coś?
- Że tutaj masz odzyskać siły.
Spojrzałam na swoje dłonie. Nadal lekko drżały.
- Zakładają, że ich potrzebuję?
- Mel, obudziłaś się po trzech latach śmierci.
- Kiedy mówisz to na głos, brzmi jeszcze gorzej.
Zapadła chwila ciszy. W końcu spojrzałam na nią ponownie.
- Więc jak ty się tutaj znalazłaś?
Wanda przez moment milczała.
- To twoja energia pojawiała się w moich snach. To ona prowadziła mnie tutaj.
- Nie pamiętam niczego takiego.
- Nie twierdzę, że zrobiłaś to świadomie.
Poczułam nieprzyjemny ucisk w żołądku.
Wanda spojrzała w stronę okna, za którym rozciągała się ciemność lasu.
- Zapewne tylko ty potrafisz wejść do tego miejsca i z niego wyjść.
- Nie, naprawdę świetnie. Budzę się po trzech latach. Jakaś sekta kradnie moje ciało. Trafiam do magicznego zamku, którego nie da się znaleźć. A teraz okazuje się, że prawdopodobnie jestem jedynym kluczem do własnego więzienia.
Wanda nie zaprzeczyła. I właśnie to martwiło mnie najbardziej. Bo jeśli miała rację... To nie Sanktuarium zatrzymało mnie tutaj. To ja sama.
- Bucky? - zapytałam nagle z ogromnym skrętem żołądka. To imię wyrwało się ze mnie szybciej, niż zdążyłam je powstrzymać. Przez ostatnie kilka minut próbowałam nie myśleć o nim. Nie zadawać tego pytania. Nie dopuszczać do siebie odpowiedzi. Ale w końcu nie wytrzymałam.
Wanda spojrzała na mnie uważnie. Jakby wiedziała, że ze wszystkich pytań właśnie to było najważniejsze.
Powietrze natychmiast opuściło moje płuca. Opuściłam głowę i zamknęłam oczy. Przez krótką chwilę po prostu siedziałam, pozwalając sobie odetchnąć. Żyje, to wystarczyło. Przynajmniej na razie.
Pokiwałam głową. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, jak mocno zaciskałam dłonie. Paznokcie pozostawiły czerwone ślady na skórze.
- Czy on.. też miał te sny? Wie, że..
- Nie, Mel. Przynajmniej nic mi nie mówił. Wiem tylko tyle, że pierwszy rok był dla niego najgorszy. Prawie nikogo do siebie nie dopuszczał. Sam i Scott praktycznie wyciągali go z mieszkania siłą. Przestał dbać o siebie. Pił. Izolował się. Potem nauczył się z tym żyć. - powiedziała.
To zabolało bardziej, niż powinno. Nie dlatego, że miałam do niego żal. Wręcz przeciwnie. Bo wiedziałam, że miał do tego pełne prawo. Trzy lata. Trzy lata żałoby. Trzy lata prób poskładania własnego życia. Nikt nie powinien być zmuszany do czekania na kogoś, kto nie wróci.
I nie miałam pojęcia, co zrobić z tą wiedzą.