Nasza ostatnia podróż || Bucky Barnes
ʀᴏᴢᴅᴢɪᴀᴌ 𝟫. ʀᴏᴅᴢɪɴᴀ
ᴍᴇʟɪꜱᴀɴᴅʀᴇ ʜɪʟʟ
- Nareszcie nas wezwałaś, córko.
Zamarłam słysząc głos tak obcy, a jednocześnie tak boleśnie znajomy. Nie rozpoznawałam jego brzmienia, nie potrafiłam przypisać go żadnej twarzy ani wspomnieniu, a mimo to coś we mnie reagowało. Jakby jakaś zapomniana część mojej duszy usłyszała go już dawno temu i przez całe życie czekała, by usłyszeć go ponownie.
Powoli odwróciłam się wokół własnej osi. Taras był pusty. Wokół mnie znajdował się jedynie nocny wiatr, las ciągnący się aż po horyzont i tysiące gwiazd rozsypanych na niebie.
- Kim jesteś? - zapytałam niepewnie, próbując zlokalizować źródło głosu. Przez chwilę panowała cisza, a potem gwiazdy nad moją głową rozbłysły jaśniej.
- Jestem Nyks, moja droga Eris. - odparł głos.
Zmarszczyłam brwi.
- Eris?
Imię zabrzmiało obco. Nigdy wcześniej go nie słyszałam, a jednak coś ścisnęło mnie w środku. Jakby wypowiedziano słowo, które od zawsze należało do mnie, tylko dawno zostało zapomniane.
- Takie imię nadałam ci po narodzinach. - w głosie pojawiła się dziwna czułość. - Ale Melisandre również jest piękne. Nosiłaś je przez całe życie i uczyniłaś swoim.
Wstrzymałam oddech.
- A więc jesteś...
- Twoją matką. - odpowiedziała łagodnie. - Tak, moje dziecko.
Świat na moment przestał istnieć. Wszystkie pytania, które zadawałam sobie od dzieciństwa. Wszystkie noce spędzone na wyobrażaniu sobie twarzy ludzi, którzy mnie porzucili. Wszystkie chwile, gdy zastanawiałam się, skąd pochodzę.
I teraz jedna z odpowiedzi stała przede mną. A raczej przemawiała do mnie z samej ciemności.
- Czemu.. Jak.. - nie umiałam sprecyzować konkretnego pytania, a w głowie miałam ich całe mnóstwo.
- Zastanawiasz się, jak znalazłaś się w tym miejscu, moje dziecko?
- Tak, chyba tak..
- Ponieważ nigdy nie miałaś dorosnąć, Eris.
- Co? - zamarłam.
- W dniu twoich narodzin zapadła decyzja o twojej śmierci. - głos Nyks złagodniał. - Twój ojciec nie chciał kolejnego dziecka.
- Ojciec?
Nad lasem przemknął chłodny podmuch wiatru.
- Ereb.
Samo imię zabrzmiało ciężko jak coś, czego nie powinno się wypowiadać lekkomyślnie.
- Bóg ciemności? - przez chwilę nie wiedziałam, czy śmiać się, czy zemdleć. - Czyli mam ojca będącego dosłownym ucieleśnieniem mroku.
- Odziedziczyłaś po nim więcej, niż sądzisz.
Nie brzmiało to uspokajająco.
- Dlaczego chciał mnie zabić?
Tym razem cisza trwała dłużej.
- Ponieważ obawiał się tego, kim możesz się stać.
Zacisnęłam dłonie na balustradzie.
- Byłam niemowlęciem.
- Dla bogów przyszłość bywa bardziej rzeczywista niż teraźniejszość.
- To nie odpowiada na pytanie.
- Nie. - przyznała. - Ale jest prawdą. Powierzył mi zadanie odebrania ci życia. Zamiast tego oddałam cię śmiertelnikom.
Przed oczami przemknęły mi obrazy domu dziecka, rodzin zastępczych, wszystkich ludzi, którzy pojawiali się i znikali w moim życiu.
- Ukryłam cię przed nim. Przed wszystkimi.
- Przez dwadzieścia dziewięć lat?
- Dla bogów nie jest to długo.
- Dla mnie było całym życiem.
Po raz pierwszy Nyks nie odpowiedziała od razu.
- Wiem.
To jedno słowo zabolało bardziej niż powinno.
- A potem umarłam. Wtedy postanowiłaś się ujawnić?
- Nie. Wtedy zaczęłam cię ratować.
Energia wokół mnie zadrżała.
- To sekta. - stwierdziłam.
- Moi wyznawcy.
- Wykradli moje ciało.
- Na mój rozkaz.
Zamknęłam oczy. Nagle wszystko zaczynało się układać: mauzoleum, sanktuarium i ludzie czekający na mój powrót.
- To oni mnie przywrócili.
- Nie. - głos Nyks stał się stanowczy. - Oni jedynie utrzymywali twoją duszę. Wanda otworzyła drzwi. To ja sprowadziłam cię z powrotem.
Po moich plecach przebiegł dreszcz.
- Dlaczego?
- Ponieważ nadszedł czas, abyś stała się tym, kim zawsze miałaś być.
- Nie podoba mi się brzmienie tego zdania. Zgaduję, że na tym nie kończą się problemy.
Tym razem cisza była odpowiedzią samą w sobie. Poczułam, jak żołądek nieprzyjemnie się zaciska.
- On się dowiedział. - powiedziała.
- I te wszystkie stworzenia...
- Są jego dziełem. - dokończyła.
- On mnie szuka. - olśniło mnie nagle, a wszystkie puzzle zaczynały pasować do układanki.
- Nie. - odparła Nyks. W jej głosie po raz pierwszy usłyszałam niepokój. - On chce dokończyć to, czego nie pozwoliłam mu zrobić dwadzieścia dziewięć lat temu.
Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu.
- A więc co teraz?
- Teraz musisz się przygotować.
- Na walkę?
- Na przebudzenie.
- Nie rozumiem. - zmarszczyłam brwi.
Gwiazdy nad nami rozbłysły mocniej.
- Moc, którą posiadałaś do tej pory, była jedynie cieniem tego, czym naprawdę jesteś, Eris.
Poczułam, jak energia pod moją skórą lekko zawibrowała.
- To był tylko cień?
- Tak.
- Pokonałam Thanosa tym cieniem.
- Właśnie dlatego twój ojciec się ciebie obawia. Na samym początku istniał Chaos. Z niego narodziło się wszystko: bogowie, gwiazdy, światy. - jej głos stał się głębszy. - Ale zanim powstało życie, Chaos pozostawił po sobie ślady. Pierwotne Kamienie.
Poczułam dreszcz.
- Kamienie?
- Nie takie, jakie znają śmiertelnicy.
Przed moimi oczami pojawiły się obrazy. Ogromne kryształy unoszące się w pustce wszechświata.
- Są starsze od czasu. Starsze od bogów. Są samymi fundamentami rzeczywistości.
- I jeden z nich jest we mnie?
- Nie. Ty jesteś nim.
To wyjaśnienie było jeszcze gorsze.
- Bardzo pomocne.
- Kamień Ciemności wybrał cię jeszcze przed narodzinami.
Czarna energia wokół moich dłoni rozbłysła.
- Dlatego twoja moc zawsze była inna. Dlatego mogłaś robić rzeczy niemożliwe nawet dla bogów.
- A teraz?
- Teraz śpi, ponieważ śpi jego nosicielka.
Spojrzałam na nią niezrozumiale.
- Umarłaś, Eris. Część ciebie nadal kurczowo trzyma się tej śmierci.
Poczułam nieprzyjemny ucisk w gardle.
- Nieprawda.
- Naprawdę?
Nie odpowiedziałam.
- Od dnia przebudzenia próbujesz odzyskać dawną siebie.
Trafiła prosto w punkt.
- Bo to jestem ja.
- Nie. - po raz pierwszy w jej głosie pojawiła się stanowczość. - Tamta Melisandre zginęła na polu bitwy.
Te słowa zabolały bardziej niż powinny.
- Więc mam ją po prostu porzucić?
- Nie. Musisz ją zaakceptować. Zaakceptować, że umarła. Zaakceptować, że wróciłaś. Zaakceptować, że nie jesteś już tylko śmiertelniczką.
Poczułam, jak serce przyspiesza.
- A jeśli nie potrafię?
- Wtedy Kamień pozostanie uśpiony.
- A jeśli jednak mi się uda?
Tym razem Nyks milczała przez chwilę.
- Wtedy obudzisz moc, której twój ojciec boi się od chwili twoich narodzin.












