Nasza ostatnia podróż || Bucky Barnes
ʀᴏᴢᴅᴢɪᴀᴌ 𝟣𝟢. ᴋᴀᴍɪᴇɴ́
ᴍᴇʟɪꜱᴀɴᴅʀᴇ ʜɪʟʟ
- Okej, nie mam już pomysłów. - Wanda opadła ciężko na kanapę. - Nie wiem co by mogło na ciebie zadziałać.
- Jestem trudnym przypadkiem. - westchnęłam.
- To najdelikatniejsze określenie, jakie słyszałem w tym tygodniu. - siedzący naprzeciwko Tony uniósł kubek z kawą. - Kobieta umarła, wróciła do życia, przyciąga Avengersów jak magnes i przypadkiem otwiera portale do ludzi zamiast miejsc. „Trudny przypadek" brzmi wręcz optymistycznie.
- Dziękuję za wsparcie.
- Od tego tu jestem.
Oparłam głowę o oparcie fotela i przymknęłam oczy. Minęło kilka godzin od mojej rozmowy z Nyks. Kilka godzin odkąd dowiedziałam się, że bogini nocy jest moją matką. Kilka godzin odkąd usłyszałam imię, które podobno nosiłam przed Melisandre.
Eris.
Nadal nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć. Część mnie chciała uznać to za kolejne szaleństwo związane z Sanktuarium. Problem polegał na tym, że czułam, iż to prawda.
Przez następne kilka godzin próbowaliśmy znaleźć choć jeden punkt zaczepienia.
Strange przyniósł z biblioteki kolejne księgi. Stare pergaminy, mapy magicznych szlaków i zapiski pozostawione przez ludzi, którzy przez stulecia trafiali do Sanktuarium. Każda kolejna teoria kończyła się jednak dokładnie tak samo.
Nijak.
Thor uparcie twierdził, że skoro jestem boginią, to "na pewno istnieje jakaś heroiczna próba", która obudzi moją moc. Problem polegał na tym, że żadnemu z nas nie udało się ustalić, na czym taka próba miałaby polegać.
Tony próbował podejść do wszystkiego naukowo.
- Gdybyśmy mieli choć jeden wykres, jeden odczyt energii albo cokolwiek...
- Tony. - Wanda spojrzała na niego z pobłażliwym uśmiechem. - Rozmawiamy o córce bogini nocy posiadającej pierwotny kamień stworzony przez Chaos.
- Wiem. Ale mój mózg odmawia przyjęcia, że odpowiedź brzmi: "poczuj siebie".
- Bo właśnie tak brzmi.
- Nienawidzę magii.
- To wzajemne. - mruknął Strange.
Westchnęłam. Im dłużej o tym rozmawialiśmy, tym bardziej miałam wrażenie, że kręcimy się w kółko. Nie potrafiłam zaakceptować tego, co usłyszałam od Nyks. Nie potrafiłam tego odrzucić. Byłam zawieszona gdzieś pomiędzy. W końcu podniosłam się z fotela.
- Chyba potrzebuję chwili przerwy.
- Dobry pomysł. - przyznała Wanda. - Od kilku godzin wszyscy próbujemy rozwiązać problem, którego nawet nie rozumiemy.
Kiwnęłam głową.
- Obudźcie mnie, jeśli wydarzy się coś ważnego.
Tony uniósł brew.
- W Sanktuarium? Przecież tutaj nigdy nic się nie... - spojrzał na Thora. - Dobra. Cofam.
●●●
Nie pamiętałam nawet chwili, w której zasnęłam. Byłam po prostu zmęczona. Nie tyle fizycznie, co wszystkim, co wydarzyło się od mojego przebudzenia. Tym razem sny nie przyszły. Była tylko przyjemna ciemność. I cisza.
- Mel!
Czyjś głos przebił się przez sen.
- Mel!
Poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Otworzyłam gwałtownie oczy. Nade mną pochylała się Wanda, która oddychała szybko, a jej twarz była wyjątkowo bardzo poważna.
Natychmiast usiadłam.
- Co się stało?
- Mamy problem.
To jedno zdanie wystarczyło, żebym całkowicie oprzytomniała.
- Jaki?
- W Nowym Jorku doszło do kolejnego ataku.
Serce zabiło mi szybciej.
- Kolejna kreatura Ereba?
- Nie. - Wanda pokręciła głową. - To człowiek.
- Człowiek?
- Przynajmniej wygląda jak człowiek.
Wstałam z łóżka.
- Kto to jest?
Wanda zawahała się przez ułamek sekundy.
- Przedstawia się jako Tanatos.
Zamarłam. To imię coś we mnie poruszyło. Nie wspomnienie. Instynkt. Jakby moja magia rozpoznała je szybciej niż mój umysł.
- Twierdzi... - Wanda przełknęła ślinę. - ...że jest bogiem.
Przez chwilę nie powiedziałam nic.
- I czego chce?
Wanda spojrzała mi prosto w oczy.
- Ciebie. - potem dodała jeszcze ciszej - Powiedział, że jeśli córka Nyks sama do niego nie przyjdzie... zamieni całe miasto w cmentarz.
Momentalnie wybiegłam z pokoju i skierowałam się do salonu gdzie włączony był telewizor.
●●● ʙᴜᴄᴋʏ ʙᴀʀɴᴇꜱ
- Macie ostatnią szansę. - powiedział spokojnie mężczyzna stojący kilka metrów przede mną.
Był wysoki. Zdecydowanie wyższy ode mnie. Miał nienaturalnie bladą skórę, niemal popielatą, jakby od wieków nie widział światła słońca. Długie, czarne włosy opadały swobodnie na ramiona, a ciemny płaszcz poruszał się mimo całkowitego braku wiatru.
Najbardziej niepokoiły jednak jego oczy. Nie miały źrenic. Były całkowicie czarne.
Nie wyglądał jak człowiek. Ale też nie przypominał żadnego z potworów, z którymi walczyliśmy przez ostatnie miesiące. Tamte kierowały się instynktem. Ryczały, rozrywały wszystko na swojej drodze i zostawiały po sobie jedynie zniszczenie.
Ten... Był spokojny. Zbyt spokojny.
- Powtórzę tylko raz. - odezwał się ponownie. - Gdzie jest Eris?
Sam wymienił ze mną krótkie spojrzenie.
- Nie znamy żadnej Eris. - odpowiedział chłodno.
Mężczyzna westchnął z wyraźnym rozczarowaniem.
- Kłamstwo jest bardzo ludzkim odruchem.
- A grożenie ludziom też należy do twoich hobby?
Na jego twarzy pojawił się ledwie zauważalny uśmiech.
- Nie grożę. - zrobił krok. Asfalt pod jego stopą zaczął ciemnieć. Pękał, jakby obumierał. - Uprzedzam.
Sam powoli rozłożył skrzydła.
- Okej... zdecydowanie wolę te głupie potwory. - stwierdził.
- Ja też. Tamte przynajmniej nie mówiły. - przyznałem.
Mężczyzna przechylił lekko głowę.
- Jestem Tanatos. - wypowiedział swoje imię z absolutnym spokojem, jakby oczekiwał, że samo jego brzmienie wystarczy, by wszyscy padli na kolana.
- Rodzice byli fanami mitologii? - uniosłem brew.
Przez krótką chwilę patrzył na mnie bez słowa.
- To wy, ludzie, stworzyliście mitologię z własnej niewiedzy. - odparł lodowatym tonem. - Ja nie noszę imienia boga. Ja nim jestem.
Kącik moich ust drgnął.
- Jasne. A ja jestem Święty Mikołaj.
W jego czarnych oczach nie pojawiła się nawet iskra rozbawienia.
- Jesteś jedynie ludzkim pomiotem, który nie rozpoznaje istoty stojącej przed nim.
- Wiesz... wszyscy, którzy przedstawiają się jako bogowie, zwykle kończą skuci kajdankami albo na terapii.
Tanatos nawet nie mrugnął.
- Skoro odrzucacie możliwość rozmowy...
Uniósł dłoń. Powietrze momentalnie zgęstniało, a ja nagle poczułem potężny nacisk, jakby niewidzialna siła uderzyła we mnie z każdej strony jednocześnie. Asfalt pękł pod moimi stopami.
- Buck! - krzyknął Sam.
Ruszył pierwszy. Rozłożył skrzydła i wystrzelił w stronę Tanatosa z tarczą uniesioną do ciosu. Tanatos spojrzał na niego z wyraźnym znużeniem.
- Jesteś zbyt wolny.
Nie wykonał nawet pełnego ruchu tylko lekko poruszył nadgarstkiem. Sam został odrzucony w bok, jakby uderzył w rozpędzony pociąg. Przeleciał kilkanaście metrów i z hukiem przebił ścianę pobliskiego budynku.
- Sam!
Rzuciłem się naprzód. Metalowa pięść przecięła powietrze dokładnie tam, gdzie przed chwilą stał, ale on zniknął.
- Za tobą.
Odwróciłem się instynktownie. Jego otwarta dłoń uderzyła mnie w klatkę piersiową. Nie bolało. Przynajmniej przez ułamek sekundy. Potem poczułem, jak całe moje ciało odrywa się od ziemi. Wbiłem się plecami w zaparkowany samochód, zgniatając go niemal do połowy. Metal zaskrzypiał, a w moich uszach zadźwięczało.
- To właśnie są obrońcy tego świata? Żałosne. Jesteście zbyt słabi, by zatrzymać choćby cień prawdziwego boga.
Nagle powietrze za jego plecami rozdarł niski, głuchy pomruk, a przestrzeń pękła.
- Więc zmierz się z kimś równym sobie.












