Miszo przedstawia: Wilson
Tematem tego wpisu jest mój świetny przyjaciel, którego, ze względu na prawa, które bym naruszył używając jego prawdziwych danych, będę nazywać Wilson, na cześć bohatera serialu dr House. Powód tego jest prosty, bowiem ów przyjaciel wybiera sobie na kompanów bardzo apodyktycznych i mściwych ludzi, a przez milczącą naturę nie krytykuje ich wewnętrznego zła. Tak, mówię tu o sobie i jeszcze pewnej kobiecie, którą aż kusi, żeby nazwać Amber :]. Wilson jednak, pomimo wyrobionego zdania na wiele filozoficznych wręcz tematów i bardzo bogatej osobowości, maszeruje przez życie jak głuchoniemy, nie wchodząc w interakcję z niemalże niczym. Oczywiście pozdrawiam cię, Wilsonie, bardzo serdecznie, nie chciałbym przecież żebyś się teraz na mnie obraził, kiedy to za tydzień wychodzi MMO o dźwięcznej nazwie Guild Wars 2, i w które mamy razem ostro ciąć przez najbliższe kilka... epok. Wracając jednak do cynicznej rzeczywistości, inteligentny i bystry ten człowiek ma pewność siebie owcy, i jak owca udziela się forach lokalnych, jak grupa na fejsbuku czy klasa w szkole. Czyli w ogóle. Jednakowoż wielce mnie cieszy jego obecność, ponieważ nie tylko interesuje się z mniejsza lub z grubsza tym co ja, ale jest też bardzo ciekawą osobą, a że dość niepewną, to podatną na złośliwość, którą wszczepiam w niego odkąd się poznaliśmy.
Razem z nim i Pepe, o którym będzie następny wpis z serii "Miszo przedstawia" (kiedy tylko wymyślę o nim coś odpowiednio perfidnego) tworzymy "pack of bros", zaś naprawdę wyborną zabawą jest trollowanie z Wilsonem naszego przyjaciela. Wystarczy jedno zdanie: "bądźmy dla niego mili", a złowieszczy grymas pełny niezdrowej radości pojawia się na naszych ustach. Należy wtedy poczekać aż Pepe do nas dołączy, a następnie z jak najszerszym uśmiechem (bo przecież im szerszy, tym milszy i uprzejmiejszy) zauważyć, że bardzo elegancko wygląda. Kiedy z jego twarzy zniknie pogodny wyraz, zastąpiony niepewnością i złością na nas, można dodać, że jego łokieć lub plecy są dziś wyjątkowo promieniujące radością. To wystarczy, aby spowodować u niego przestrach, a następnie oglądać spektakl: najpierw rozgląda się, czy w pobliżu nie ma żadnych pięknych pań, które mogłyby zauważyć to coś, co elegancją lub radością nazywają jego przyjaciele, potem zaś przekrzywia się i wygina jak ofiara egzorcysty, próbując dojrzeć trudne do zobaczenia miejsca. Wielki fun sprawia mi wybieranie wyjątkowo niedogodnych miejsc do ogarnięcia wzrokiem ;D Zaś gdy pod koniec pyta się ze zrezygnowaniem, co z nim jest nie tak, odpowiadamy z Wilsonem, cały czas potwierdzając nasze własne słowa, że zupełnie nic. Może to trochę złe, ale czyż nie na złośliwości i okrucieństwie budowane są największe przyjaźnie? ;]
Anyway, poza dopracowaną do perfekcji kooperacją, Wilson kryje jeszcze jeden talent, którego mu zazdroszczę - ja, jako zabójca piosenek, niszczyciel obrazków i wszelkie inne epitety, które określają kogoś, kto kaleczy jakąkolwiek formę sztuki. Wilson posiada ogromne zdolności plastyczne, prace rysownicze wychodzące spod jego pokąsanych przez hodowane przez niego węże palców są istnym arcydziełem, majstersztykiem, o czym możecie się przekonać na jego deviancie, kilkając link, o ten: http://likaon0303.deviantart.com/#
Póki co kończę, bowiem nie chcę, by moje posty były za długie, ale i o Pepe, i o Amber, i o Wilsonie jeszcze usłyszycie.
Hah, "Milczenie owiec", teraz tak mi się przypomniało ;]
Pozdrawiam, 3majcie się, ~Miszo