Moja twarz zniknęła z tła, bo już nie mogłam patrzeć na te zdjęcia. Minęły dwa lata, a właściwie łącznie pięć od powstania bloga i mogłabym powiedzieć, że zmieniło się dużo, ale zmieniło się w chuj, więc nie mam zamiaru mówić inaczej niż wprost. Będzie trochę prywaty, ale może uda mi się tym postem w jakiś sposób kopnąć Cię w dupę, więc jeśli masz ochotę, to lecimy.
A więc to ja teraz. I chyba jestem to najbardziej ja z całego mojego życia.
Zadaliście mi przez te 5 lat mnóstwo pytań, na które przez jakiś czas znałam odpowiedzi, mniej lub bardziej. Pytań jak żyć, co robić, co myśleć, w co wierzyć. Było dużo wielkiego gadania, idei, niezmąconej wiary i miejscami - z mojej perspektywy - pierdolenia.
Nie spodziewałam się, że można z dnia na dzień przestać wierzyć we wszystko, w co wierzyło się całe życie.
Nie spodziewałam się, że można tak bardzo mieć dość wszystkiego i wszystkich.
Nie spodziewałam się, że można tak bardzo nie wiedzieć, co ze sobą zrobić.
Nie spodziewałam się odwiedzenia wielu miejsc, w których wylądowałam.
Nie spodziewałam się, jak wieloma osobami jeszcze będę - tymi, którymi kiedyś gardziłam, ale i tymi, którym zazdrościłam lub których podziwiałam.
Nie spodziewałam się, że można nie wiedzieć kim się jest.
Kurde, to cholernie długa droga, by lubić siebie, nie? By móc na siebie patrzeć. By o sobie jakkolwiek życzliwie myśleć.
Pytań w skrzynce nadal ogrom, ale, jak pewnie zauważyliście - przestałam odpowiadać. Bo wiecie co? Cholera, nie wiem. Jak żyć, co robić, w co wierzyć i co myśleć. Nie wiem. Wszystko się rozlało i przestało być czarno-białe. Dziesięć pierwszych momentów było trudne, ale w tej chwili jestem dzięki temu lżejsza. O wiele. Choć wtedy w ogóle bym nie pomyślała, że to możliwe.
Pierwszy raz w życiu czuję się dobrze z tym, że czegoś nie wiem. Akceptuję to. Akceptuję swoje gorsze dni, cieszę się z tych lepszych. Przestałam karać się aż tak za błędy. Pozwalam sobie odpocząć, ale i od czasu do czasu rzucić się rekreacyjnie w przepaść, jak moje “ja” się tego domaga. Ania Dąbrowska miała rację, że smutne jest takie życie, kiedy ciągle strzela się do siebie samej. Nikt tak do mnie nie strzelał, jak ja sama.
To się samo wszystko nie dzieje, nikt za Was niczego nie rozwiąże, ale też nikt Was nie uratuje. Tak samo Wy nie uratujecie nikogo innego, niestety.. Idźcie do psychiatry, idźcie do psychoterapeuty, podsuńcie ten pomysł komuś, kto może tego potrzebować. Nie bójcie się brać leków, jeśli nie jesteście w stanie funkcjonować, jeśli nie dajecie rady ze szkołą/uczelnią/pracą - to nie słabość, tylko odwaga, serio. Zdobycie się na to, by poprosić o pomoc, by powiedzieć głośno, że nie dacie sobie rady sami to ZAJEBIŚCIE WIELKI KROK i ogromne brawa dla tych z Was, którzy już dali radę to zrobić. Dobrze dobrane leki nie ogłupiają, tylko naprawdę są w stanie pomóc przetrwać trudny okres czy w ogóle dać możliwość zaczęcia jakkolwiek funkcjonować, a dlaczego, do cholery, masz sobie nie pomóc, jeśli istnieje taka możliwość? Nie chodzisz ze złamaną nogą, więc z jakiej racji masz chodzić ze złamaną duszą? Najlepsze efekty daje farmakologia w połączeniu z psychoterapią, ale spróbujcie zrobić cokolwiek. Każda próba walki o siebie to zajebiście wielka i ważna sprawa.
Pamiętajcie, że zrobienie sobie przerwy, by dojść do siebie to nie dramat. Najwyżej skończysz studia za rok. Albo za dwa lata. Albo w ogóle, bo po drodze stwierdzisz, że chcesz robić coś innego. I chuj. I trudno. Zadbaj o siebie. Zawalcz o to, by móc na siebie patrzeć, bo i z pieprzonym dyplomem nie będziesz siebie lubić, jak szwankują filary twojego poczucia wartości. Nie ma przepisu na udane życie. Nie ma kolejności, którą trzeba spełnić pt. matura, studia, ślub, dzieci, chata na kredyt… NIE MA. Choćbyś miał to wszystko, a nie mógł na siebie rano patrzeć w lustrze, to gówno będzie, a nie życie. Nikomu nie musisz niczego udowadniać (tego też uczyłam się chuj wie ile, a nadal czasami mam z tym problem), bo nikt Cię przez ten burdel za rękę nie przeprowadzi, możesz zrobić to tylko samemu. Najpierw spróbuj w ogóle zacząć się nie wkurwiać, że ty to ty.
Nadal jest trudno. Myślę, że zawsze będzie. Może to moja wina, że “nie zgadzam się na bylejakość”, ale przecież nie mam zamiaru zacząć. Nie chcę. Nie satysfakcjonuje mnie to i to moment, w którym przyjmuję w pełni tego konsekwencje. W którym już nie dziwię się, że jest trudno, bo świadomie się na to decyduję. Taka jestem. No trudno. ¯\_(ツ)_/¯
Miło mi, że dotrwałeś do tego miejsca. Dziękuję. :)
Choć nie obiecuję, że odpiszę na wszystkie wiadomości, to napisz, jeśli chcesz porozmawiać, może akurat mogę powiedzieć Ci coś, co Cię jakoś zainspiruje do działania. Nie mam totalnie żadnych odpowiedzi na to, jak żyć, co robić i jakie decyzje podejmować, więc na te pytania nie odpowiem, bo sama jestem w trakcie lotu próbnego samolotem, którego zbudowałam z takich elementów, że nawet nie myślałam, że to może latać. Ale póki co lecę. I w sumie widoki są naprawdę spoko.
Nie poddawajcie się, Dzióbki. Jest tu w chuj trudno, mamy totalnie przejebane, ale da się znaleźć ciepła miejsca, gdzie nikt nie krzyczy, nikt nikogo nie ocenia, a na obiad podają rosół, i to wcale nie z paczki.
I pamiętajcie - nie oceniajcie innych, tylko dlatego, że grzeszą inaczej niż Wy. Próbują sobie poradzić dokładnie z tym samym. Po prostu w inny sposób.