Dziś po raz pierwszy prześledziłam życie swojej prababci Stanisławy, której grób znalazłyśmy w wietrze i deszczu, na małym cmentarzu na wzgórzu, przy małym ceglanym kościółku małego wielkopolskiego miasteczka.
To tutaj urodził się mój dziadek. A w grobie prababci najpierw znalazł się jej syn Alojzy, który zmarł w 1944 roku. To ten przystojny facet na zdjęciu z białym psem, brat mojego dziadka. Prababcia nie miała takiego szczęścia do urody. Za to umiała wydoić krowę, wychować sześcioro swoich dzieci (i przygarnąć jedno nieswoje) ..oraz pięcioro wnucząt (w tym mojego tatę). Poznałyśmy się, ale nie mogę jej pamiętać, bo miałam rok, gdy zmarła.
Gdy przybliżam te zdjęcia w telefonie, to przenoszę się w czasie. Jestem na tej łące z prababkami, też w białej koszuli, długiej spódnicy, z jasnym kapeluszem. Łażą nam mrówki po nogach. Ta dziura w fotografii to ślad po kuli z I wojny światowej (!).
Słyszę szczek Puszka i plusk błota na podwórku, na którym stoi Stanisława z zięciami. Czuję smak wiśniowej naleweczki rozlewanej nad białym obrusem. Mrużę oczy od majowego słońca na pogrzebie pradziadka Ludwika (wszyscy są na czarno, na pierwszym zdjęciu).
Krzyżyki i litery na niektórych zdjęciach postawiła siostra mojego dziadka. Podejrzewam, że chciała tak pomóc własnej pamięci i niepamięci następnych pokoleń... Żeby nikt nie pomylił człowieka z jakimś innym, żeby nie snuć nieprawdziwych opowieści na podstawie źle zinterpretowanych zdjęć. To on, Ludwik. To ona, Stanisława. Nie pomylcie się.










