Wczesna jesień, chłodne wieczory oraz ponura atmosfera, to właśnie tego popołudnia Leon miał zamiar udać się na skraje niedużego lasu, z którym wiąże wiele różnych wspomnień.
Dziewiętnastolatek zbliżał się już powolnym krokiem do kwiaciarni, gdzie zakupił niewielki bukiet różowych goździków, które chciał zostawić przy drzewie, za którym ostatni raz widział brata.
Po drodze panująca mżawka delikatnie muskała twarz młodego mężczyzny, który właśnie mijał stary sklep, który wcześniej należał do jego rodziców. Budynek stał już zamknięty od dwóch lat, a jego stan był przerażający. Chłopak przejechał ręką po brudnym parapecie okna, po czym wbił wzrok na wnętrze budowli. W środku było ciemno, jednakże mimo to dało się ujrzeć cząstkę pomieszczenia, po zabrudzonej podłodze walały się śmieci, ściany były zmasakrowane, a paru szafkom brakowało półek. Drzwi wejściowe były otwarte, ale mimo to Leon nie miał ochoty wejść do środka, patrzył na nie z pewnego rodzaju pustką w oczach.
Odwrócił wzrok i rozejrzał się po okolicy, która z biegiem lat stawała się mu coraz to bardziej obca. Wszystko straciło życie, rodziny z dziećmi zaczęły się masowo wyprowadzać z obawy o swoje pociechy, zostawiając domy puste, a na ulicy brakowało zgiełku, który w tym momencie wydawałby się ulgą. Nawet rośliny straciły swoje wyraziste, przyjemne barwy.
Odtrącił od siebie uczucie melancholii i powrócił na obraną ścieżkę. Po dotarciu na miejsce, widok go zamurował, drzewo, do którego zmierzał, leżało oparte o klif. Musiało ono upaść niedawno, gdyż liście jeszcze znajdywały się na jego gałęziach. Ciemno włosy dotknął kory drzewa i oparł głowę o jego pień. W myślach wspominał tamten moment, który przez lata zaczynał powoli się zamazywać i widział z niego coraz mniej. Klęknął obok drzewa, położył kwiaty na korzeniach i wryty patrzył się na ziemię w ciszy, a łzy samoistnie zaczęły spływać po jego policzkach, opadając na trawę.
Niebieskooki stracił poczucie czasu i zorientował się dopiero po chwili, że spędził tam dobre dwie godziny. Rozejrzał się, słońce już zaszło, ale w mroku dostrzegł jak zapaliło się małe niebieskie światełko, które zaprowadziło go do zarośniętego strumyka, u którego brzegu Ben znalazł kamień z bransoletki, która teraz zdobiła dłoń Leona.
Ciemnowłosy wyjął telefon i zaświecił latarka na wodę, w której było widać pełnię księżyca, spojrzał w górę i zatopił się w gwieździstym niebie, które go porwało na podróż wśród koron drzew. Klęczał u brzegu z zamkniętymi oczyma, dopóki nie przerwał mu hałas z otoczenia, z przerażeniem skierował światło na miejsce, z którego dochodził szelest. Twórcą dźwięku był jedynie ptak, który teraz siedział na jednej z gałązek i przyglądał się klęczącego mężczyznę. Odetchnął z ulgą i spojrzał na ekran telefonu, wskazywał godzinę dziewiętnastą trzydzieści, jego odwiedziny się trochę przedłużyły. Wstał, otrzepał spodnie i ruszył jeszcze na chwile pod przewrócone drzewo.
Dobrze znał las, a mimo to nadal się go bał po incydencie sprzed paru lat, już mu nie ufał tak jak za dziecka.
Z powodu późnej pory parę, Leon, razy poplątał ścieżkę, przez co zajęło mu to więcej czasu, niż przewidywał. Dotarł na miejsce po czym sprawdził godzinę, dziewiętnasta pięćdziesiąt osiem, westchnął na myśl, że przegapił ostatni autobus do domu, więc czeka go powrót pieszo. Usiadł na pniu, który po chwili zaczął się pod nim zapadać, starał się wstać, jednakże nie zdążył. Wpadł do środka, uderzył parę razy głową o ścianki drzewa, stracił przytomność. Przed oczami ukazał mu się obraz gwieździstego nieba, po którym spokojnie dryfował, gdy nagle zaczął się topić w jego głębi.
Otworzył oczy i poczuł jak jego głowa jest zabandażowana jakimś materiałem, nie pamiętał co się stało. Zajęło mu chwile, by zorientować się, że jest w nieznanym mu pomieszczeniu, rozejrzał się dookoła. Otoczony był ciemno zielonymi ścianami, które tworzyły niewielki pokój, podłoga z ciemnego drewna opatulona była przytulnym dywanem znajdujący się na środku wnętrza, duże okno, które mogłoby dać ogrom światła, było zasłonięte grubą tkaniną. Chłopak leżał na miękkiej kanapie w starym stylu, obok leżała mała komoda, na której stał wazon z kwiatami, naprzeciwko sofy było masywne biurko, na którym znajdowało się pełno rozpisek i papierów, a tuż obok wielki regał pełny ksiąg. Pomieszczenie było przytulne, mimo mroku, który aktualnie tam panował.
Leon wstał i podszedł do okna, żeby zobaczyć otoczenie, w którym znajduje się budynek. Wokół było pełno drzew, na których, wśród liści, znajdowały się kolorowe kwiaty, trawa była gęsta i jasno zielona, mimo iż nie było widać nieba, w okolicy było jasno.
Podziwianie widoków zostało mu przerwane przez chłopca o wielkich zielonych oczach, który właśnie wszedł do pomieszczenia z żółtym kubkiem gorącej herbaty. Oboje wyglądali na zdziwionych, a sam Leon nawet na przerażonego, z powodu czarnych białek niższego chłopaka.
- Aaa! Dobry Jezu, nie strasz mnie! Myślałem, że jeszcze śpisz, ale cóż, to dobrze, że już wstałeś. - Odstawił kubek na komodę i podał mu rękę z szerokim uśmiechem. - Jestem Felix! A ciebie jak zwą?
Starszy chłopak uśmiechnął się ciepło i podał dłoń niższemu chłopcu. - Mam na imię Leon. Przepraszam, ale mogę ci zadać parę pytań?
- Tak, więc... Co to za miejsce?
- Ale nie, chodzi mi tak ogólnie...
- A! Jesteś w niezwykłej krainie podziemi! Tak coś podejrzewałem, że nie jesteś stąd.
- Podziemi? Skąd ja się tu wziąłem?
- Mnie pytasz? - Wziął do ręki kubek ciepłej herbaty i oparł się o blat biurka, wziął łyka i kontynuował. - Chciałem o to samo zapytać. Ale znalazłem cię na jednym z tych drzew jak wracałem wczoraj wieczorem z pracy. Krwawiła ci głowa, musiałeś mocno uderzyć, martwiłem się, więc musiałem ci pomóc. - Podrapał się po głowie, upijając więcej cudownego napoju.
-Dobrze, dziękuje za zajęcie się mną, ale muszę już iść. - Minął niższego i wyszedł z pomieszczenia, Felix jedynie podążał za nim wzrokiem. Po chwili Leon wrócił się do pokoju. - A jak się stąd wydostane? - Zapytał zakłopotany, wychylając się zza progu drzwi.
- To może być trudniejsze, niż możemy przypuszczać. - Zielonooki posłał mu szeroki uśmiech.