KRYZYS MĘSKOŚCI! Ziew. KRYZYS OJCOSTWA! Ziew. “Ja to bym nawet i chciała patriarchatu, ale chłopy to takie ci..y są!” Cymesik, ale też ziew. “Uwolnić od tego badziewia może nas tylko FEMINIZM”. Ziew.
Od dawna już pobrzmiewają takie “mądrości”, przewalając się w mediach w najróżniejszych kontekstach. A co w mediach, to i w głowach. Z jednej strony przyjmujemy tę liturgię słowa, z drugiej słuchamy o szesnastej fali feminizmu, emancypacji w dobie postemancypacyjnej, dziewczynach na politechnikach (ciekawe, co z chłopakami na pedagogikach?), karierach i wszechobecnym ucisku. To wszystko dzieje się u nas, gdzie podmiotowość kobiet utrzymała istotę narodowej odrębności; gdzie respekt, czyli szacunek, płeć piękna wywalczyła sobie nie biegając po ulicach z dziwnymi transparentami, tylko codzienną orką i zaradnością. No i oczywiście w państwie, w którym liczba kobiet na stanowiskach kierowniczych jest rekordowa, dwukrotnie bijąca średnią europejską. Takie rzeczy tylko w Polsce, tej brudnej prowincji cywilizowanego świata, jak mawia się w “porządnym towarzystwie”. Nie kwestionujemy tak zwanego kryzysu męskości, nie kwestionujemy kobiecej potrzeby bicia się o swoje tam, gdzie trzeba. Jednak w tym biadoleniu o kryzysach, potrzebach i dziejowych koniecznościach dostrzegamy błąd. Patrzymy bowiem na te problemy w izolacji, podczas gdy korzeniem problemu zasadniczego jest końcówka lat 60. poprzedniego stulecia. Chodzi oczywiście o rewolucję seksualną, zagospodarowaną wrażo przez lewicowych ideologów. Jej istotą stało się rozbicie pojęcia rodziny – ojciec od tamtej pory przestał być ojcem, matka matką, a małżeństwo okazało się patriarchalnym konstruktem służącym systemowemu ciemiężeniu kobiet i dzieci. W zamian otrzymaliśmy, jak to zwykle przy rewolucjach, pełną “wolność”. Po półwieczu obowiązywania tego dogmatu mężczyzna powinien być pozbawionym sprawczości wysokofunkcjonalnym sługusem i nieudacznikiem głoszącym absurdalne mądrości (okazał się jednak być czymś innym, ale o tym za chwilę). Kobieta powinna za to realizować się jako “robokop” od zarabiania pieniędzy, który przede wszystkim ma myśleć o sobie, głodzić się i na każdym rogu wyglądać dyskryminacji i terroru, by z nim ochoczo walczyć (okazała się być jednak czymś nieco innym, ale i o tym za chwilę). Dzieci, jeśli nie udało się ich zawczasu wyskrobać, trudno, niech sobie będą, państwowa szkoła się nimi zajmie. Całość, czyli rodzina, została zredukowana do roli plastycznej tkanki, w której należy grzebać, ile wlezie i wedle uznania, a jej jedynym uzasadnieniem jest perspektywa łatwiejszego otrzymania kredytu. Ten obraz jest koszmarny, ale daje sporo perspektyw, które okażą się pozorne dopiero po czasie. Największym beneficjentem owej rewolucji wydają się być kobiety, zdjęto im przecież gorset kur domowych i wyemancypowano je z profesji żon uzależnionych od mężów. Dziś są samotnymi staruszkami bez rodziny, pieniędzy (kasę trzeba przecież wydawać; człowiek stał się przy okazji konsumentem, który ma przebimbać każde zarobione pieniądze, ale o tym przy innej okazji), bez mężczyzn, którzy stali się równie dziecinni jak same dzieci. Samotne matki z dzieciakami pozbawionymi ojców, a przez konieczność zarabiania także i ich – to obraz tak powszechny, że nikogo już nawet nie dziwi. Normalka. Nie wyszło, popsuło się, niech sobie radzą nieboraki. Kobiety zostają z całym bagażem zebranym przez życie, panowie w tym czasie wchodzą w fazę powtórnego dzieciństwa – żadnych obowiązków, święty spokój, byle tylko koło siebie ogarnąć na tyle, na ile to konieczne. Życie odzyskane, życie stoi otworem, trzeba korzystać z życia. Kobiety są wystawione na żer takich palantów. No i kto więcej na tej całej rewolucji ugrał? Na pewno nie oszukana kobieta i nie dziecko z rozbitej rodziny. Jej prawdziwym beneficjentem są korporacje, wysysające całą energię kobiet, a po robocie, patrzcie, widzicie go? Czeka na nie Piotruś Pan, chłopiec, który nigdy nie dorośnie, pierwszy produkt rewolucji seksualnej, źródło KRYZYSU MĘSKOŚCI, przezwyciężymy go uzbrojone w parasolki w siedemnastej fali FEMINIZMU. Takie to są skutki rewolucji. Dopiero pół wieku minęło, na pewno to się wszystko uleży, na pewno będzie jeszcze bardzo ciekawie.
Przypominamy tylko o prostej recepcie na tę przypadłość. Jest to małżeństwo zawarte nie przed urzędnikiem państwowym, lecz oficerem rzymskiej armii, która prowadzi nas w bój ze złem aż do ostatecznego zwycięstwa – zbawienia. Wydawane bez recepty. Nie zagraża zdrowiu i życiu.














