A jeśli nie jesteś zadowolona z małżeństwa, to się rozwodzisz. Po prostu. Paf! Rozbijasz dom, zostawiasz męża i dziecko, po prostu sobie odchodzisz. A to nie jest - poza wszystkim innym - jak pragnę zdrowia, takie proste, to już mogę powiedzieć. Jak się rozwiedziesz, to musisz mieć nowy dom, a tego nie da się zrobić bez masy pieniędzy, a potem trzeba ruszyć na poszukiwania kolejnej połówki, a wtedy musisz mieć pieniądze na fryzjera i nowe ciuchy, i wykwintne jedzenie, i cholernie dobre wino. Potem jak już się znajdzie kogoś nowego, to trzeba znowu wprowadzić się do siebie, a wtedy potrzebne są nowe inwestycje, a jeśli małżonek po jakimś czasie już nie pasuje, to trzeba znów gaaaaadać. Omówić to. Otworzyć suwak, który ma na brzuchu każdy człowiek i wyjąć na kuchenny stół wszystkie jego wnętrzności. (...) A jeśli gdzieś znajdzie się jakąś skazę, to trzeba znowu się rozwieść. Bo człowiek ma przecież prawo być szczęśliwy. Ma się prawo poślubić kogoś perfekcyjnego. Zwłaszcza jeśli jest się babą. Prawda? Tak przecież mówi prawo. A jeśli i tak nie jest się totalnie szczęśliwym przez cały czas, jeśli człowiek nie budzi się co rano i nie śpiewa tralalala, to naprawdę nie jest to jego wina. Wtedy jest to wina matki. Albo ojca. Zwłaszcza ojca, bo przecież jest facetem, a faceci nie mają obecnie najlepszych notowań. Ojciec nie zapewniał wystarczającej akceptacji. Nie uśmiechał się. Albo nie mówił. Jasne. Bo samemu oczywiście nie ma się żadnej odpowiedzialności za swoje własne życie... Absolutnie nie.
Majgull Axelsson „Pępowina”













