słońce miękkie, wciąż ciepłe,
dach nagrzany od godzin, których nikt nie liczył.
Joint w palcach, dym wznosi się powoli,
znika w lekkim powietrzu, które pachnie betonem i późnym latem.
Piwo w puszce, chłodne w dłoni,
smak młodości, która jeszcze nie wie, że minie,
śmiech przelatuje między blokami,
miasto dalekie i bliskie jednocześnie,
każdy krok zostawia echo,
każda cisza waży więcej niż rozmowy.
Bywały dni, które ciążyły jak stare ubrania,
ale teraz w tej sierpniowej poświacie
które miękko wtapiają się w światło.
Wciąż pamięta się te dachy,
schody, które uczą więcej niż szkoła,
milczenie, które waży ciężej niż gniew,
i dłonie, które mówią szybciej niż myśli.
Skrzydła po upadkach, połamane,
ale wciąż próbujące się unieść,
nie po to, by latać wysoko,
ale by poczuć, że wciąż można iść,
że świat nie musi wyznaczać każdego kroku.
Gdzieś za horyzontem dachów blokowisk świta myśl,
która pozwala po prostu iść dalej.
Ostatnie dni sierpnia pachną dymem, piwem, ciepłem,
i nostalgią, która zostaje długo po zachodzie słońca.
Każdy oddech niesie w sobie trochę młodości,
trochę tego, co było niemożliwe,
trochę tego, co wciąż można zatrzymać,