Tracę w momencie w którym nie mówię czego chcę. I w tym kiedy mówię, też. Swoją dumę, płachtę którą nieustannie nakrywam swoje słabości i być może fragment siebie. I nie mówię tu o zwykłym “hej, zrobisz mi herbatę?”, tylko o czymś znacznie głębszym, co zachacza o wszystko czego się boję i wiecznie od tego uciekam. A uciekam od masy rzeczy i mam wrażenie, że jest tego coraz więcej. I nie, to nie pająki na ścianach i ciemności, bo to można zobaczyć, dotknąć czy wystraszyć, żeby sobie poszło (lub zapalić lampkę w przypadku ciemności). Tu chodzi właśnie o rzeczy nienamacalne. Tego nie mogę wystraszyć czy zamieść pod dywan. Ostatnio coraz częściej siedzę lub stoję jak zamrożona, nie mogąc wykonać żadnego ruchu, wypowiedzieć słowa. Czuję się jak podczas paraliżu sennego, tylko to jest na jawie. Czuję śmiechy, rozmowy, widzę ludzi, czuję zapach deszczu, kawy, na moją skórę padają promienie słońca, a ja po prostu stoję. Nawet nie potrafię opisać tej bezsilności, ilości myśli, które mam w sobie, które mnie zjadają i nie pozwalają spokojnie spać, jeść czy po prostu funkcjonować. Wciąż wspominam mimo, że ciągle powstarzam “nie obchodzi mnie to”. A potem śnią mi się obrazy i budzę się w krzykiem. Nikt nie wie, bo pewnie usłyszałbym, że dramatyzuje i za bardzo skupiam się na sobie. Ona mi to mówiła. Mówiła mi to kiedy kreśliłam na rękach, nie potrafiłam spać i dużo krzyczałam. Teraz jestem wyblakła albo niesamowicie intensywna. Przechodzę ze skrajności w skrajność. Jednego dnia nie potrafię ruszyć się z łóżka, a innego śmieję się jak 5-latka, dużo się przytulam i opowiadam jakie mam plany. Jestem zmęczona.