Idiota
ꫂ᭪݁ 07.05.26
Jestem sama w tym temblaku nicości.
Istnieje pewien rodzaj ciszy, która nie jest pustką, lekkością. To cisza tuż przed upadkiem, moment zawieszenia, gdy grawitacja jeszcze nie do końca zawładnęła twoim ciałem, ale już nie ma siły, by się oprzeć. W tej ciszy słyszę własny oddech – nie jako dowód życia, ale jak odgłos rozciągającego się do granic możliwości materiału. Wdech, a za nim wydech, i z każdym z nich czuję, jak coś cichego i delikatnego w mojej klatce piersiowej pęka. To nie ból. To tylko świadomość kruchości.
Wszystko wokół jest tak kruche. Kiedy patrzę na liść na drzewie, nie widzę symbolu odrodzenia, tylko membranę, która lada moment rozpadnie się w proch. Kiedy dotykam kubka z herbatą, czuję pod palcami nie porcelanę, ale cienką skorupę, która może z impetem pęknąć. Kiedy słyszę śmiech dzieci za oknem, nie słyszę radości, ale dźwięki, które za chwilę zginą w otchłani czasu. Życie to nie potężna rzeka, to raczej pajęcza sieć rozwieszona na wietrze. Delikatna, skomplikowana, piękna w swojej kruchości, ale gotowa zerwać się przy pierwszym, silniejszym podmuchie. I ten wiatr wieje. Zawsze wieje.
I oto, w tym powolnym rozpadzie, odkrywam coś nieoczekiwanego. Pokój. Nie ten, o którym mówią w kościołach – nie jest on nagrodą ani celem. To raczej spokój zmęczonego wojownika, który wreszcie opuszcza tarczę. Kiedy czuję, jak energia opuszcza moje palce, jak myśli stają się rzadsze i mniej natarczywe, jak zmysły tępią, nie odczuwam paniki. Odczuwam ulgę. To jakby zdejmować z siebie ciężki, cierniowy płaszcz, który nosiłem przez całe życie, nie zdając sobie sprawy, jak mnie obciążał.
Umrę. Wiem to. Nie jest to przypuszczenie, ani lęk. To jest pewność, tak pewna jak wschód słońca. Ale w tej pewności jest coś kojącego. To nie jest koniec, bo koniec zakłada, że było coś, co się kończy. A ja czuję, że to, co myślałam, że jestem, było tylko iluzją, snem, z którego się budzę. A ten sen był ciężki, męczący, pełen absurdalnych reguł i niepotrzebnego bólu. A teraz budzę się. I nawet jeśli budzę się do niczego, to nic jest lżejsze niż cokolwiek, co znałem do tej pory. To jest ostateczny akt zaufania. Zaufania do nicości. I w tym zaufaniu jest cała prawda.














