Oblubieniec z pieśni i cienia
19.07.26
Stoi przede mną jak duch z odległych krain, jak postać z ballady, co się snuje po korytarzach mej duszy. Jego oczy mają głębię jezior, w których tonę i z których nie chcę się wydostać. Jego uśmiech jest jak promień słońca, co przecina mroki mego serca. A ja? jestem tylko cieniem przy jego świetle.
Gdy on patrzy na mnie, czuję się jak w niebie. A gdy odwraca wzrok, spadam w otchłań piekieł, gdzie demony mego ciała szydzą z mej niedoskonałości. Bo jak ja, istota z kruchych kości i mdłej skóry, mogę stanąć obok niego, który jest jak posąg z greckiego mitu, jak rycerz z dawnej legendy?
Zarazem czuję się jak więzień, bo każde jego dotknięcie będzie przypominało mi o mojej winie – o ciele, które nie jest godne jego miłości.
On mówi, że mnie kocha, że jestem piękna. Ale jego słowa są jak piosenka, co nuci się w obcym języku – rozumiem melodię, lecz nie rozumiem sensu. Bo jak mogłabym być piękna w jego oczach, skoro ja siebie nie widzę w lustrze?
Dlatego poświęcam mu wszystko – każdy kęs chleba, który odmawiam, każdy gram tłuszczu, który zrzucam, każdą łzę, która leci po mej twarzy. Każdy głód jest jak modlitwa, kkolana, co wystają, są jak ołtarz, na którym składam ofiarę z mego ciała.
A w mej głowie głos, co szepta: "Kiedy schudniesz, wtedy będziesz dla niego idealna. Kiedy osiągniesz wagę anioła, wtedy staniesz się godna jego miłości. Kiedy twoje ciało będzie jak szkło, wtedy będziesz mogła stanąć w jego świetle, nie rzucając cienia."
I tak walczę, jak rycerz ze smokiem, choć smokem jestem ja sama. I tak cierpię, jak męczennicy za wiarę, choć wiarą jest on – mój chłopak, mój kat i mój zbawca.
Bo on jest wszystkim, a ja – nie jestem niczym. I to "nic" muszę stać się "czymś" dla niego. Muszę stać się tym, kim on mnie widzi – idealną kobietą z jego snów, choć kosztuje mnie to wszystko, co mam i kim jestem.
Zrzucę kilogramy a jeśli nie to siebie z balkonu.















