Przebywając Szlak Routeburn dwa razy nocowaliśmy w schroniskach. Wstyd przyznać, że po trzech bez mała latach w Nowej Zelandii były to moje pierwsze noclegi w górach, choć oczywiście samych huts widziałem wiele i nawet je scharakteryzowałem we wpisie O schroniskach słów kilka.
Obiekty pobudowane na szlakach Great Walks należą do grupy "zaopatrywanych", czyli takich, do których dowozi się gaz do gotowania i drewno na opał — zazwyczaj helikopterem. Na miejscu jest też dyżurny strażnik, przez cały rok poza zimą. Woda pitna jest łapana do zbiorników z dachu budynku lub bezpośrednio ze strumienia i nie jest filtrowana — o to trzeba zadbać samemu lub przegotować (tak naprawdę to wiele osób pije surową nie przejmując się — jak kraj długi i szeroki, domy poza miastem nie mają wodociągu, żyjąc na deszczówce; jest to rzecz tutaj zwykła).
Wspaniałe Wędrówki nie są trudne. Zwalone drzewa są usuwane, ścieżki naprawiane, a odcinki dzienne niedługie. Pozostawia to sporo czasu na życie schroniskowe: śniadania, kolacje, przesiadywanie przy stołach, wreszcie też długi sen. Część osób woli przybyć na nocleg wcześnie — wiem to stąd, że gdy pod koniec dnia lądowaliśmy na mecie, sala główna tętniła życiem najwyraźniej już od dawna rozgoszczonych wycieczkowiczów, a najlepsze prycze były zajęte (nie rezerwuje się konkretnych łóżek ani sal). Rzucaliśmy plecaki na to, co pozostało i wmiksowywaliśmy się w wir kolacyjny.
W menu królowały lekkie liofilizaty, makarony z mięsem i sosami instant. Nie mogło zabraknąć też Świętego Kiwuskiego Smażonego Bekonu, buchającego tłustym, szczypiącym oczy dymem. O dziwo znalazło się też paru ambitnych kucharzy przyrządzających złożone dania ze świeżych warzyw — ich przytarganie musiało było być okupione sporym wysiłkiem i odpowiednim gabarytem plecaka. Godziny szczytu wieczornego w kuchni przypadały na 17:00-18:30, czyli znacznie wcześniej niż tradycyjny dinner time (19:00-21:00).
Miejsca do gotowania i jedzenia było dość przy blatach i stołach, jednak nie na tyle, by nie trzeba było się do kogoś przysiadać. Integracja postępowała więc naturalnie, pytało się skąd kto jest, w którą stronę zmierza i dalej rozmowa snuła się sama. Ludzie zjechali się z różnych zakątków świata, chociaż przede wszystkim z Nowej Zelandii. Pierwszą, cudzoziemską grupę, stanowili młodzi ludzie (tak do trzydziestki) pojedynczo lub w kilkoro, przechodzący Great Walk w ramach większej przygody. Drugi typ, miejscowi, to rodziny z dziećmi albo starsze towarzystwo kumplujących się łazęgów.
Rzeczą ciekawą i wartą odnotowania jest, że chodzenie po górach jest tutaj — obserwacja czysto merytoryczna bez jakichkolwiek rasistowskich podtekstów — zajęciem białych. Nie dotyczy to tylko Wspaniałych Wędrówek, ale wszystkich w ogóle. Dywersyfikacja rasowa zdaje się maleć wraz ze wzrostem wysokości nad poziomem morza, faworyzując fenotyp kaukaski. Tak jak ulice wszystkich miast pełne są różnorodnych, głównie azjatyckich nacji, tak szlaki przyciągają niemal wyłącznie osoby o europejskich korzeniach. Z czego to wynika, trudno mi powiedzieć z pewnością; sądzę, że po prostu turystyka górska, do której jesteśmy przyzwyczajeni w Europie, nie rezonuje kulturowo ze zwyczajami Chińczyków, Hindusów, ludów Pacyfiku. Wydaje mi się, że zamieszczałem podobne obserwacje odnoszące się do kempingów. Na Routeburn Track poszliśmy zaś nie tylko z Młodym, ale i z dwoma Chińczykami, również ojcem i synem, dokładając cegiełkę do uczynienia tego pięknego hobby bardziej międzynarodowym.
Wracając do schronisk, zaskoczeniem była dla mnie... wieczorna pogadanka strażniczek (akurat w obu miejscach były to panie). Zdarzenie jest stałą pozycją w harmonogramie dnia, ogłoszoną gdzieś na tablicy. Pewnie bym o nim nie wiedział, gdybym był nie podszedł pierwszego dnia do domku strażniczki, by zapytać się, jak się zameldować (nie trzeba tego robić: wystarczy wpisać się na krążącą gdzieś listę). Pogadanka rozpoczynała się jakoś o 18:30 czy 19:00, więc gdy już większość gości przestała pobrzękiwać garnkami i jeść. Tematem było omówienie trasy w obu kierunkach, przekazanie prognozy pogody, oczekiwania co do utrzymania obiektu w czystości przez gości, obowiązkowe instrukcje BHPowo-pożarowo-ewakuacyjne, zakończone sesją pytań i odpowiedzi. Na drugim noclegu, gdzie trafiło się sporo dzieci, przemiła Szwedka posadziła je wszystkie na podłodze tuż przed sobą i rozmowę kierowała to do nich, to do dorosłych — dzieciaki się wkręciły i zabawa wyszła z tego przednia.
Rolą strażnika jest trzymanie porządku, jednak porządek w dużej mierze trzyma się sam — a raczej trzymany jest rękami gości. Strażnik nie jest czyścicielem. Wśród Nowozelandczyków jest rzeczą wiadomą, że trzeba zostawić miejsce w niegorszym stanie, niż się je zastało; przyjezdnym zapewne potrzeba o tym nadmienić; wszak schroniska europejskie funkcjonują zupełnie inaczej. Elementem tutejszego savoir vivre jest na przykład chodzenie po izbach wyłącznie w obuwiu zmiennym lub boso — wszyscy karnie zostawiają buty górskie na zewnątrz. Inną jeszcze niespodzianką jest capstrzyk, i to wczesny. Światło, i tak skąpe, bo z ładowanych słońcem baterii, gaśnie o 20:30 lub 21:00 i wszyscy grzecznie udają się do izb noclegowych, rzecz jasna wieloosobowych.
Poza wieczorną pogadanką strażnik jest więc dla odwiedzających praktycznie niewidoczny, jeśli wszystko idzie zwykłym torem. Jest jednak nieocenioną pomocą w przypadku wystąpienia nietypowych problemów, a tak było na drugim noclegu, gdy z jakichś przyczyn system rezerwacji przyjął o sześć więcej osób ponad liczbę miejsc. Strażniczka wyjaśniła co się stało, choć nie wiadomo było jak, przeprosiła w imieniu Dept. of Conservation i zaradziła sytuacji. Miała w magazynie dodatkowe materace, które rozłożono w kuchni po capstrzyku, ludzie spokojnie się podogadywali, gdzie kto śpi. Nikt nie został pozostawiony samemu sobie. I to jest to, co najbardziej mnie urzekło na całej wycieczce: bomba została rozbrojona z uśmiechem, nikt nie darł ryja w stylu "zapłaciłem, to mi się należy", czy "niezły tutaj macie burdel" (choć przecież czekało się na tą wycieczkę 11 miesięcy), nikt się nie wyżywał na niewinnej strażniczce.
Nazajutrz wszyscy wstali, jedni wcześniej, drudzy później. Zjedli śniadanie, posprzątali za sobą, zabrali własne śmieci i ruszyli w swoje trasy. Na zakończenie okazuję wszystkie moje odpadki z trzech dni, mocno skompresowane: